Na naszych oczach

Wrzesień 9, 2017

Gęsiński został członkiem ekskluzywnego klubu, do którego statutowych zadań należało krzewienie kultury, tolerancji i zasad savoir vivre’u.  Ekskluzywność klubu polegała na tym, że nie przyjmowano do niego wszystkich, lecz tylko tych, którzy zostali zarekomendowani przez obecnych członków, a i to niekoniecznie. Regulamin klubu przewidywał, że członkowie spełnią kilka warunków wstępnych i złożą deklarację dotyczących panujących w klubie zasad i reguł.

Gąsiński złożył. Wszyscy członkowie klubu gratulowali Gęsińskiemu i oświadczyli, że się cieszą. Widząc, że Gęsiński wysmarkał się w rękaw, dyskretnie udali, że tego nie dostrzegają.

Bycie członkiem klubu wiązało się z szeregiem przywilejów, ale również i obowiązów. Gęsiński nie miał najmniejszych problemów z zaakceptowaniem przywilejów. Pojawiał się w klubie regularnie, korzystając z sali bilardowej, palarni cygar i biblioteki. Zarówno w dni powszednie jak i w święta. Z właściwym sobie umiarem i skromnością korzystał z darmowych trunków. Gdy został przyłapany na przelewaniu koniaku do przyniesionej ze sobą butelczyny, zachował się kulturalnie i z godnością powstrzymując się od zbędnych, krytycznych uwag. Tylko cicho, pod nosem, wyjaśnił światu, że mu się w zasadzie, w ramach rekompensaty za trudne dzieciństwo, należy. Jak psu buda.

Gęsiński członkowstwo w klubie sobie cenił (co podkreślał wielokroć) i z prawdziwym zadowoleniem brał udział zarówno w klubowych obiadach, jak i w dyskusjach toczonych w bibliotece przy cygarach i kawie. Wszystko by prawdopodobnie było dobrze, gdyby zupełnie przypadkowo i niepotrzebnie nie został przyłapany na sikaniu do umywalki. Na zwróconą mu uwagę na niestosowność tego zachowania, Gęsiński zareagował alergicznie. Po pierwsze w statucie klubu nie było mowy o niestosowności takiego zachowania, a po drugie, to gdzie jest powiedziane że to on, Gęsiński musi się dostosować do innych, a nie inni do niego? Zwołane naprędce walne zgromadzenie członków klubu poddało kwestię pod głosowanie i Gęsiński niestety poległ. Również początkowy kapitał zaufania i sympatii, którymi go obdarzano, chyba jednak trochę ucierpiał. Można to było poznać po tym, że każdemu pojawieniu się Gęsińskiego towarzyszyła niezręczna cisza. Co najwyraźniej dowodziło tego, że tak ostentacyjnie manifestowana tolerancja pozostałych członków klubu jest, jak przyjdzie co do czego, funta kłaków warta.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że Gęsiński gotów był w tych niesprzyjających warunkach skapitulować. Zamiast skulić uszy po sobie i podporządkować się dyktatowi większości Gęsiński postanowił walczyć o swoją tożsamość i prawo do nieskrępowanego manifestowania swojej natury. Nie mogąc z oczywistych powodów brać udziału w dyskusjach, Gęsiński zaczął donośnie i notorycznie pierdzieć.

Z jakichś znanych tylko sobie powodów Gęsiński jest przekonany, że w ostateczności odniesie zwycięstwo.

Reklamy

Teza jest taka, że przyjmowanie uchodźców jest związane z nieobliczalnym ryzykiem zarówno jeśli chodzi o bezpieczeństwo publiczne jak i utratę narodowej tożsamości.

Jest to teza słuszna, co udowodnimy na konkretnym przykładzie.

Tocząca się od pewnego czasu rzeczowa debata pomiędzy obozem władzy i jej nieprzypadkowo przerażonym elektoratem z jednej, a lekkoduchami kierującymi się lekkomyślnie miłością bliźniego i innymi pobudkami określanymi przez obóz patriotyczny jako lewackie z drugiej strony, zasługuje na uwagę. Przedmiotem sporu jest w zasadzie proste zagadnienie: czy należy pomagać bliźnim tylko dlatego, że są w potrzebie (nawet za cenę utraty tego co powszechnie zwykło określać się tożsamością) czy też wręcz przeciwnie, należy się okopać w swojskości rozumianej jako całokształt tego co jest i do czego się przyzwyczailiśmy. Bo kto wie, do czego to jeszcze może doprowadzić. Człowiek Polak wyciągnie pomocną dłoń i ani się obejrzy, a niedobry uchodźca mu tę dłoń odgryzie. Albo co gorzej, człowiek Polak, któregoś dnia się obudzi i nie pozna świata wokół siebie. I już nie będzie u siebie tylko u obcych, którzy będą u siebie bardziej niż on. I tu dochodzimy do nazwiska niejakiego Abdula Fattah Jandali, swego czasu syryjskiego uchodźcy politycznego, zatrzymajmy się przez chwilę, historia jest pouczająca.

Abdul Fattah Jandali urodził się w Homs, mieście wyglądającym obecnie jak śródmieście Warszawy w grudniu 1944 roku. Czyli niespecjalnie. Ale gdy Abdul Fattah J. się urodził, Homs wyglądało całkiem przyzwoicie. Był rok 1931, świat był inaczej uporządkowany. Minęło18 lat. Abdul udaje się na studia do Bejrutu (będącego wówczas naprawdę pięknym miastem) i rozpoczyna studia na tamtejszym amerykańskim uniwersytecie. Tak się składa, że urzędujący prezydent Bachara El Khoury akurat wpadł na pomysł aby łamiąc konstytucję zapewnić sobie ponowny wybór. Młodzieży to się nie spodobało, nie spodobało to się również Abdulowi, który w międzyczasie, obok bycia studentem, zajął się wydawaniem wraz z kolegami panarabistycznego czasopisma „Al Urwa Al Wuthka”. Takie czasy były, jak ktoś się zaangażował politycznie to wydawał pismo lub pisemko. Twittera nie było.

Ponieważ prezydent był uparty a i służby specjalne nie należały do najmilszych, to podejrzanemu politycznie i narażonemu na represje pozostawało tylko opuścić w pośpiechu kraj. W 1954 El Khoury zostanie wreszcie zmieciony przez masowe demonstracje, ale Abdula już tam nie będzie. Będzie w USA, gdzie wystąpi o azyl polityczny (i go otrzyma). Po przybyciu na miejsce pomoże mu również krewny będący syryjskim ambasadorem przy ONZ. Abdul rozpoczyna studia : wpierw na Columbia University, potem na Wisconsin University gdzie udało mu się uzyskać stypendium. Studia ukończy tamże zdobywając dyplom z nauk politycznych i ekonomii.

Powiedzmy sobie otwarcie: Abdul Jandali nie ograniczał się w czasie swoich studiów tylko do nauki. On się spotykał ze studentkami i to niekoniecznie należącymi do kręgów, w których spotykanie się z syryjskimi uchodźcami natrafiało wówczas na entuzjazm. Z Joanną Carol Schieble, studentką z dobrej chrześcijańskiej rodziny spotykał się tak skutecznie, że zaszła w ciążę. Para postanowiła się pobrać. Ojciec przyszłej oblubienicy zmusił jednak Joannę do wybicia sobie z głowy mezaliansu. Abdul zostaje wyrzucony za drzwi. Ponieważ rodzina była głęboko wierząca ciąża musiała być donoszona, natychmiast po urodzeniu młodą matkę rodzice zmusili do oddania dziecka do adopcji. W ten sposób Abdul Jandali nigdy nie miał już zobaczyć swego syna. I najprawdopodobniej nie zobaczył.

Potem Jandali robił karierę akademicką, jeszcze później powrócił do Syrii (gdzie znów miał kłopoty natury politycznej), a jeszcze później powrócił do USA gdzie imał się rozmaitych zajęć: od właściciela sieci restauracji do prezesa wielkiej korporacji. O ile nie umarł, to żyje do dzisiaj, ostatnio widziano go na czele konsorcjum zarządzającym kasynami w Las Vegas.

W międzyczasie Jandali odnajduje swą wielką miłość z czasów studenckich i Joanna Carol Schieble oraz Abdul Fattah Jandali stają wreszcie przed urzędnikiem stanu cywilnego. Para doczeka się córki, Mona Simpson jest znaną amerykańską pisarką. Małżeństwo niestety po kilku latach się rozpada. Ot życie.

Najciekawsze jednak są losy syna Abdula Jandali. Trafił do zupełnie przeciętnej ale solidnej kalifornijskiej rodziny. Przybrani rodzice zapewnili mu dobre wykształcenie, przybrany ojciec, będąc inżynierem, zdołał w młodym człowieku wzbudzić techniczne zainteresowania. Miłe złego początki.

Bo prawda niestety jest taka, że młody człowiek wydatnie przyczynił się do tego, że żyjemy obecnie w zupełnie innym świecie niż ten, w którym byśmy żyli, gdyby Abdul Fattah Jandali został zamęczony w bejruckim więzieniu lub chociaż miał wystarczająco przyzwoitości aby utonąć w drodze do Ziemi Obiecanej. Albo gdyby chociaż USA nie przyjmowały uchodźców.
Młody człowiek wpadł w niedobre towarzystwo i z wnukiem uchodźców ekonomicznych z Polski zaczął majstrować w wynajętym garażu. Powszechnie wiadomo, że gdy uchodźcy w tajemnicy zaczynają majstrować w odosobnionym miejscu to nic dobrego z tego wyjść nie może. I nie wyszło.

Skutki przyjmowania uchodźców potrafią być straszne i  nieprzewidywalne.


Lektury uzupełniające, aczkolwiek nieobowiązkowe:

  1. „The life and times of Steve Job’s syrian father”: tutaj
  2.  „Who is Steve Job’s syrian  immigrant father Abdul Fattah Jandali? ” tutaj
  3.  Mona Simpson says

Czy Aniołowie mają duszę?

A jeśli tak, to po co?

Tomasz z Akwinu twierdził, że wyłanianie poszczególnych części anioła jest niedopuszczalne. Jeśli założymy, że anioł ma duszę, to pytanie o jej siedlisko nie da na siebie zbyt długo czekać. Jeśli założymy, że jej nie ma, to doktryna może również mieć spory problem. Jego istotę można streścić następująco: brak duszy uniemożliwia jej (odwieczne lub czasowe) potępienie i oznacza, że anioł może  sobie bezkarnie grzeszyć. Co musi być przyjemne. Brak duszy uniemożliwia jednak również jej zbawienie. Co, z punktu widzenia anioła, nie jest raczej wesołą perspektywą

Takie i tym podobne pytania dręczyły Kropotkina gdy jeszcze był dzieckiem. Potem, gdy trochę dorósł, do pytań natury teologicznej dołączyły pytania natury fizjologicznej, a potem nawet anatomicznej.  Rafaelici przedstawiali anioły jako istoty bezpłciowe. U malarzy flamandzkich anioły występowały  obleczone w szaty; ponieważ newralgiczne rejony anioła były, dajmy na to u takiego Breugla (starszego) zawsze zasłonięte, to ku utrapieniu Kropotkina, wówczas jeszcze wyrostka, nic godnego uwagi nie można było niestety  zobaczyć.

Przełom nastąpił dopiero dzięki uprzejmości Petera Rubensa i jego Upadkowi zbuntowanych aniołów, dziełu imponującemu zarówno swoimi rozmiarami jak i niebywałym bogactwem szczegółów. Nie tylko okazało się, że anioły wyposażone są w genitalia, czasem nawet pokaźnych rozmiarów, ale również, że niektóre z aniołów były, nie wstydźmy się nazywania rzeczy po imieniu, obficie cycate Jak nie przymierzając dozorczyni Sawincewa z domu po drugiej stronie ulicy.

Upadek zbuntowanych aniołów jest do obejrzenia w Monachium, w Starej Pinakotece. Dzieło, oblane przez Waltera Menzla w 1959 roku kwasem solnym,  udało się odrestaurować. Menzl, czując się myślicielem niedowartościowanym,postanowił w ten sposób zwrócić uwagę ludzkości na stworzony przez siebie system filozoficzny. Chyba mu się  jednak nie udało.

Obraz do obejrzenia również tutaj

Zapiski stróża nocnego

Luty 16, 2017

Prowadzimy coś na kształt dyskursu zrezygnowawszy z podejmowania ryzyka uprzedniego definiowania pojęć i z pokory wobec wielości znaczeń. To jest naturalnie spore uogólnienie lecz nie powinno odwracać naszej uwagi od łatwo stwierdzalnego faktu, że aksjologia jest wielką przegraną naszych czasów.

Społeczeństwo jest wspólnotą, którą łączy sprzeczność interesów, a dzieli wspólny język.  W przypadku narodu jest dokładnie odwrotnie.

Nie widomo jednak komu można to zakomunikować. Gdy każdy może powiedzieć wszystko, nic nie jest godne niepodzielnej uwagi. Szymon Słupnik pozbawiony słupa staje się postacią tragikomiczną. Szczególnie wówczas, gdy jeszcze tego nie zauważył.

Czy to się może skończyć dobrze?

Baronowa Unbehagen najlepsze czasy miała za sobą.
Po śmierci męża zamieszkiwała w mieszkaniu na parterze. I nie, nie było ono ani przestronne, ani jasne.To znaczy mieszkanie nie tyle było małe, co zagracone do granic. Niemożliwości. Okno pokoju stołowego wychodziło na podwórko-studnię. Podobnie zresztą jak wszystkie inne okna. Od czasu do czasu baronowa otwierała okno i sypała pozostałe po krojeniu czegośtam okruchy na parapet lub na bruk podwórka. Przylatujące od czasu do czasu ptaki korzystały z okazji. Baronowa z graniczącym z rozczuleniem zadowoleniem przyglądała się wzrastającej z tygodnia na tydzień gromadzie oczekującej na kolejny wysyp.

Dozorca Gęsiński nie podzielał entuzjazmu baronowej. Dozorca Gęsiński nie podzielał niczyjego entuzjazmu z zasady, ale w przypadku ptaków pewną rolę odgrywały względy higieniczne. Mówiąc krótko i posługując się przy tym językiem literackim: ptaki srały gdzie popadnie.

Kot dozorcy nie podzielał natomiast krytycznego stosunku swego właściciela. Obecność ptaków stanowiła dla niego rodzaj miłego urozmaicenia. Na zmianę czaił się, albo oblizywał. Albo jedno łączył z drugim.

Dozorca Gęsiński rozsypał na podwórku trutkę na szczury. Posesja co prawda nie była specjalnie nękana przez szczury, ale z ptakami trzeba było coś zrobić. Spełniwszy (nie bez zadowolenia) swój obowiązek, udał się do siebie, czyli do mieszkania w suterenie. Mieszkanie dozorcy było jeszcze mniejsze i bardziej mroczne niż baronowej, ale Gęsińskiemu było wszystko jedno gdzie pije piwo i ogląda futbol.

Ptaki uprzątnęły trutkę zanim szczury zdążyły się zorientować. Może nie wiedziały, że to nie dla nich?

Kot Gęsińskiego nie pogardził. Niemrawy ptak był łatwą zdobyczą. Kot jak to kot, wsunął co znalazł.

Zarysy spisku nie były trudne do zidentyfikowania. Pozbawiony kota dozorca Gęsiński stracił serce do futbolu. Piwo mu nie smakuje. Wykuwa w zaciszu swojej sutereny plany zemsty.
Zemsta będzie straszna.
Na baronowej Unbehagen, naturalnie.

—————————————————————————————————–

Lektury uzupełniające ale nieobowiązkowe:
1. „On Being Sane In Insane Places” by David L. Rosenhan, np. dostępne TUTAJ. Albo TUTAJ
2. „Anatoly Kreinin” “Hearing voices” in schizophrenia: Who’s voices are they? Medical Hypotheses Volume 80, Issue 4 , strony 352-356, April 2013 Bezpłatny abstract TUTAJ

czyli Polacy

Luty 2, 2016

Boy-Żeleński przetłumaczył w 1936. Gondowicz jeszcze raz w 2006.  Boy-Żeleński był uprzejmy opatrzyć swój przekład obszernym wstępem. Kiedyś tak  naprawdę było: tłumaczami dostarczającymi  (czasem) kongenialnych wersji naszojęzykowych bywali pasjonaci opatrujący tłumaczenie przedmową. A ta przedmowa bywała czasem czytana częściej niż samo dzieło. Wstyd wynikał wówczas jeszcze z ignorancji. Niewiedza oznaczała wykluczenie.

Przedmowy dostarczały nieocenionych usług brylującym w literackich kawiarniach. Tak, kawiarniach.

Czytamy:

(…) kontrast między „wielkością dziejów” a pospolitością tych którzy je nieraz tworzą, bardzo zabawny. Alboż tak nie bywało? Alboż nie było na tronach przygłupków, warjatów, lub też zabijaków węszących za krwią na prawo i lewo, byle tylko nie otrzymać z rąk historji przydomka „gnuśny”?

„Ubu (…) to głupota olbrzymia, o czole byka; głupota tryumfalna, miażdżąca masą, jedynym swoim argumentem, wszystko co mogłoby być sztuką, inteligencją, subtelnością, inicjatywą. To zły urzędnik, zły szef, tępy generał; to samo państwo i jego gospodarka, o ile się w niej stosuje ślepe prawidła, nie troszcząc się o następstwa. Ubu, to władza, która zgłupiała…”

 

Alfred Jarry powinien mieć w Polsce w każdym mieście, nawet najmniejszym, ulicę swego imienia. Albo plac. Albo pomnik. A najlepiej i ulicę, i plac. Na którym stoi pomnik.

Z jakiegoś (dla Kropotkina) nie do końca zrozumiałego powodu los zdecydował inaczej.

Aniołek zagłady

Styczeń 17, 2016

Gruszyński miał raka. Ale go nie lubił. Od pewnego czasu Gruszyński miał również prezydenta, który, łagodnie mówiąc, mu nie odpowiadał. W przeciwieństwie do raka, prezydent przypałętał się do Gruszyńskiego w wyniku wyborów równych, powszechnych i sprawiedliwych. Gruszyński, mimo usiłowań, nie potrafił sobie wytłumaczyć jakim okropnym czynem zasłużył na swój los. W sprawie raka wypowiedział się lekarz onkolog. Ale niejasno. W sprawie prezydenta lekarz się nie wypowiedział. W kwestii raka można by zrobić, według lekarza, to i tamto.

Oprócz prezydenta, który machając łapkami wygłaszał co nuż orędzia do narodu, Gruszyński był również szczęśliwym posiadaczem nowego, nad wyraz sprawnego rządu wyłonionego przez wybraną demokratycznie, a jakże, większość parlamentarną. Rząd robił co chciał, niekoniecznie jednak to, czego chciał Gruszyński. Rak, powiedzieli lekarze, nie jest powodem do tego aby się poddawać. Wręcz przeciwnie. Trzeba mieć nadzieję, powiedzieli.

Nadchodziła sroga zima. Ptaki zaczęły dokarmiać ludzi.

Martin

Wrzesień 21, 2015

Dzień, podobny do wielu poprzednich i najprawdopodobniej niewiele różniący się od tych, które miały jeszcze nastąpić, chylił się ku zmierzchowi. Nadszedł czas pożegnań. Martin, rozchyliwszy gąszcz brody, ujawnił diaboliczny w zamierzeniu uśmiech.
– Jest taka anegdota – powiedział. Gdyby milczenie nie panowało już od dłuższego czasu, można by powiedzieć że zapadło.
-Religia – zauważył – reprezentuje pogląd, że Bóg stworzył człowieka. Nauka jednak -ciągnął – stoi na twardym stanowisku, że Bóg pochodzi od małpy.

Fakt, że tego popołudnia usłyszeliśmy powyższą anegdotę po raz trzeci nie sprawił, że stała się ona lepszą lub gorszą. W powietrzu unosił się zapach pierwszych dni jesieni i schyłku czegoś, co nie zdołało się tak naprawdę jeszcze zacząć.

Choroba Bechterewa

Styczeń 26, 2015

Kongres odbywał się w zimie, 23 grudnia  Moskwa była zaśnieżona i skuta mrozem. Uczestnicy kongresu  Międzynarodowego Towarzystwa Neuropatologów i  Psychiatrów postanowili uczcić Władymira Michajłowicza w sposób wyjątkowy. Gdy zakończył swój długo przez wszystkich oczekiwany referat o neurofizjologii dziecięcej, słuchacze podnieśli się z miejsc i zgotowali mówcy gorącą ba, entuzjastyczną, długo niemilknącą owację. Być może był to błąd, ale było kogo uczcić: Władymir Michajłowicz położył podwaliny pod nowoczesną neuropatologię, chociaż i jego zasługi dla nowoczesnej psychiatrii nie ustępowały wcale osiągnięciom na polu badania funkcji mózgu i powiązania tychże z określonymi strukturami obszarów podkorowych. Był to, jednym słowem, triumf Władymira Michajłowicza, który osiągnąwszy 70 rok życia z dumą mógł patrzyć nie tylko na ciąg dokonań, ale również na jednostkę chorobową swego imienia.

Samuel Semjonowicz Mnuchin miał nigdy już nie zapomnieć tego dnia. Chwilę po zakończeniu obrad pojawił się w hallu oficer łącznikowy przynosząc serdeczne zaproszenie tego, któremu nie można było odmówić. Samochód już czekał na zewnątrz budynku, droga była krótka. Samuel Semjonowicz towarzyszył Władymirowi Michajłowiczowi, jako asystent i ulubiony uczeń sędziwego już przecież mistrza uważał to za swój obowiązek.  Pozostał jednak w przedpokoju, przed masywnymi drzwiami gabinetu, tak że rozmowa pomiędzy uczonym a generalnym sekretarzem odbyła się bez świadków.  Wymiana poglądów musiała być ożywiona, bo Władymir Michajłowicz opuścił gabinet nader wzburzony. W zasadzie skomentował całość tylko jednym, rzuconym przez zaciśnięte zęby słowem: paranoik.

Wobec kompetencji fachowca nie ma powodu wątpić w trafność diagnozy. O tym, że była trafna świadczy dalszy przebieg wypadków.

Przybywszy do hotelu uczeni postanowili nie udawać się do restauracji i zamówili składający się z zupy i głównego dania posiłek do pokoju. Kelner, który przyniósł dwa talerze zupy – wspominał po latach Mnuchin – był milczący i miał wypielęgnowane paznokcie. Uczeni zaczęli jeść,  a Władymir Michaiłowicz krótko zrelacjonował rozmowę. Stalin uroił sobie że jest wielkim, niezastąpionym przywódcą, geniuszem z misją. Na czele państwa stoi chory, niebezpieczny i nieobliczalny człowiek. Konsekwencje aż trudno sobie wyobrazić.

Pierwsze bóle brzucha pojawiły się zanim zupa została do końca spożyta.  Były porażające i Władymir Michaiłowicz osunął się z krzesła na podłogę. Mnuchin zerwał się próbując mu pomóc, ale widząc, że uczony traci przytomność i zaczyna się dusić rzucił się do telefonu aby wezwać pomoc. Linia była martwa. Dopiero w pokoju pokojówki zdołał odnaleźć działający telefon i wezwać ambulans. Gdy wrócił do pokoju Władymir Michajłowicz Bechterew już nie żył.

Pogrzeb Bechterewa odbył się z pompą należną głowom państwa. Obdukcji nie wykonano, zadowolono się wydobyciem mózgu. Mnuchin milczał przez następne 40 lat. Dopiero w 1967 roku zwierzył się najbliższym krewnym, którzy zdali potem relację Antonowowi-Owsejence.

Członkowie rodziny Bechterewa (syn, jego żona i dzieci)  zostali na wniosek Wyszyńskiego zaaresztowani i straceni bez sądu w 1937.

Mnuchin zmarł w 1972 roku. Bechterew został zapamiętany ze względu na inną, opisaną przez siebie chorobę. Nieprzyjemną, ale nie mającą tak gwałtownego przebiegu ji zupełnie inne objawy niż wyżej opisane schorzenie. Anton Antonow-Owsejenko opublikował swój „Portret tyrana”w samizdacie w 1980 roku. Książka zyskała sporą popularność w latach osiemdziesiątych. Obecnie jest zapomniana i nie doczekała się po 1999 roku dalszych, rosyjskojęzycznych wznowień.

A mimo to temat doprosił się zmartwychwstania i sprawa wygrzebała się z niebytu ponownie 2005 roku. Lerner, Margolin i Witztum, trzech związanych z uniwersytetem Ben Guriona w Tel Avivie historyków medycyny opublikowało pracę o życiu i okolicznościach śmierci Bechterewa. Nie żeby kwestionowali iż uczony został otruty, ale przytaczają trochę odmienne okoliczności. Według nich Bechterew wezwany przez Stalina w celu konsultacji neurologicznej, najwidoczniej nie sprostał oczekiwaniom pacjenta. Nie widział możliwości terapeutycznych w przypadku stalinowskiego schorzenia ręki, natomiast ochoczo i sam z siebie zdiagnozował u Józefa Wissarionowicza ostrą paranoję. Co miało ten skutek, że następnego dnia, w przerwie przedstawienia teatralnego został przez dwóch dziarskich, uprzejmych młodych ludzi zaproszony na  poczęstunek w postaci ciasta i czegoś do popicia. Tego samego wieczoru  pojawiły się  gwałtowne wymioty. Wezwany lekarz stwierdził podrażnienie żołądka. Nad ranem pacjent poczuł się trochę lepiej i wówczas pojawili się dwaj niezapowiedzeni lekarze. Tej wizyty Bechterew już nie przeżył.

1. Anton Władymirowicz Antonow-Owsejenko, „Портрет тирана”, 1980, 1990
2. „The Mystery of the Death of V. M. Bekhterev”.”The Bekhterev Review of Psychiatry and Medical Psychology” The Bekhterev Review of Psychiatry and Medical Psychology, American Psychiatric Press, Inc. 84. 1992.
3. Lerner V, Margolin J, Witztum E. Vladimir Bekhterev: his life, his work and the mystery of his death. „History of Psychiatry”. 16 (2), s. 217-227, 2005.

A w Odessie

Kwiecień 11, 2014

Na naszej ulicy największym łobuziakiem był Wowa P. Wpierw zagwarantował Wadimowi Wadimowiczowi bezpieczeństwo zdrowia i mienia, a potem, wstyd przyznać, ukradł mu zegarek. Poproszony o zajęcie wyraźnego stanowiska w sprawie ukradzionego ostatnio Wadimowi Wadimowiczowi zegarka, Wowa jasne stanowisko zajął. Bez ociągania. Wyjaśnił, że co prawda gwarantował, ale było to dawno i nie ma pewności, czy dzisiejszy Wadim Wadimowicz jest identyczny z ówczesnym, przez niego zagwarantowanym. On, Wowa, ma pewne poważne wątpliwości, bo przecież widać jak na dłoni, że obecny Wadim Wadimowicz jest jakby starszy. Co do zegarka, to Wowa zegarek znalazł, a poza tym ładnie wygląda na przegubie Wowy, o wiele ładniej niż na przegubie Wadima Wadimowicza. Naturalniej. Nie ma wątpliwości, że zegarek woli być własnością Wowy, świadczą o tym wyraźnie wyniki referendum, w którym wzięli udział Wowa i zegarek.

Ponieważ jednak on, Wowa, nie jest człowiekiem kłótliwym to proponuje ponowienie danych onegdaj gwarancji. W zamian za oddanie krawata Wowa może zagwarantować, że pozostawi Wadimowi Wadimowiczowi buty.

Cywilizowany świat odetchnął z ulgą.

Licyjczycy

Wrzesień 7, 2013

Zwyczaje mieszkańców Licji  nie znajdowały wśród Greków ani akceptacji, ani też zrozumienia.

Herodot pisał: „Ich obyczaje odmienne są od zwyczajów innych ludów i obrzydliwe. Miast nazwiska ojca przyjmują nazwisko matki. Kiedy pani szlachetnego rodu będzie brzemienna z niewolnikiem, to potomstwo będzie nie tylko wolne, lecz również obdarzone ogólnym uznaniem.  Gdy jednak mężczyzna, nawet powszechnie poważany i piastujący ważne urzędy, zwiąże się z cudzoziemką, to dzieci z tego związku pozbawione będą statusu, czci i poważania.”

W przeciwieństwie do heteronormatywności (która przez następne dwa i pół tysiąca lat – przynajmniej w percepcji ogółu –  nie utraciła swej pełnej zadowolenia oczywistości) wynikające z niej normy społeczne uległy trudnej do pojęcia petryfikacji.

Ale może tylko tak się wydaje z miejsca gdzie wczoraj staliśmy?

Jam jest Pan, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Polub mnie na facebooku.

——

inspired by

Tyle dobrych, darmowych rzeczy dookoła. A szczególnie w sieci. Pomyślał sobie Kropotkin.

Te takie. Blip. Tłiter. Fejsbuk. Gugiel. Z wszystkim przyrostkami i przybudówkami. No przecież. Ale z drugiej strony od niewiadomokiedy  słychać było wołanie na puszczy, które się ostatnio jakby nasiliło. Więc jak to tak? Można interpretować różnorako, ale na wszelki wypadek to chyba  lepiej jednak się wystrzegać nieuzasadnionego optymizmu. Tak trzymać.

Kropotkin, wiedziony najgorszymi przeczuciami, położył się do łóżka. Przed zaśnięciem postanowił sobie, dla pokrzepienia morale, poczytać dokładniej tego Zittraina. Nie wytrwał jednak długo. Zapadł w głęboki sen. Z którego obudził się zapakowany w ładny papier i obwinięty fikuśną wstążeczką. 

———-

Ponieważ w dyskusji pojawił się beztrosko rozpowszechniany pogląd, że nie ma możliwości skutecznego i indywidualnego dopasowywania tego co widzimy w internecie do tego co według dostarczycieli innformacji powinniśmy zobaczyć (lub co najzwyczajniej innym się opłaca, abyśmy zobaczyli) to zestawiłem mały wybór dotyczący gugla.

Do obejrzenia:

http://vimeo.com/51181384#

Do poczytania:

http://dontbubble.us (również częściowo po polsku)

http://idealab.talkingpointsmemo.com/2012/10/impersonal-google-search-results-are-few-and-far-between-duckduckgo-finds.php?ref=fpnewsfeed

http://searchengineland.com/flavors-of-google-personalized-search-139286

http://www.searchenginejournal.com/the-google-filter-bubble-and-its-problems/29879/

http://pandodaily.com/2012/01/23/googles-real-problem/

http://online.wsj.com/article/SB10001424052748704901104575423294099527212.html#

——————

Do obejrzenia:

http://vimeo.com/51181384#

Znaczenie każdej informacji powinno i musi być traktowane jako kontekstualne.

Alogiczność jest integralnym składnikiem tego, co przyjeliśmy nazywać zdrowym rozsądkiem. Konsument, rozumiany jako wielkość statystyczna, jest w swym zachowaniu i sposobie podejmowania decyzji przewidywalny. Szczególnie, gdy jest głęboko przekonany, że jego to nie dotyczy.

Nad drzwiami do piekła umieszczony jest widoczny z daleka napis: wstęp bezpłatny.  

非樂上
是故子墨子曰:「今天下士君子,請將欲求興天下之利,除天下之害,當在樂之為物,將不可不禁而止也。」

Mohizm, piękny w swych założeniach jak pierwotny komunizm, powinien jednak być stanowczo zakazany.

%d blogerów lubi to: