Choroba Bechterewa

Styczeń 26, 2015

Kongres odbywał się w zimie, 23 grudnia  Moskwa była zaśnieżona i skuta mrozem. Uczestnicy kongresu  Międzynarodowego Towarzystwa Neuropatologów i  Psychiatrów postanowili uczcić Władymira Michajłowicza w sposób wyjątkowy. Gdy zakończył swój długo przez wszystkich oczekiwany referat o neurofizjologii dziecięcej, słuchacze podnieśli się z miejsc i zgotowali mówcy gorącą ba, entuzjastyczną, długo niemilknącą owację. Być może był to błąd, ale było kogo uczcić: Władymir Michajłowicz położył podwaliny pod nowoczesną neuropatologię, chociaż i jego zasługi dla nowoczesnej psychiatrii nie ustępowały wcale osiągnięciom na polu badania funkcji mózgu i powiązania tychże z określonymi strukturami obszarów podkorowych. Był to, jednym słowem, triumf Władymira Michajłowicza, który osiągnąwszy 70 rok życia z dumą mógł patrzyć nie tylko na ciąg dokonań, ale również na jednostkę chorobową swego imienia.

Samuel Semjonowicz Mnuchin miał nigdy już nie zapomnieć tego dnia. Chwilę po zakończeniu obrad pojawił się w hallu oficer łącznikowy przynosząc serdeczne zaproszenie tego, któremu nie można było odmówić. Samochód już czekał na zewnątrz budynku, droga była krótka. Samuel Semjonowicz towarzyszył Władymirowi Michajłowiczowi, jako asystent i ulubiony uczeń sędziwego już przecież mistrza uważał to za swój obowiązek.  Pozostał jednak w przedpokoju, przed masywnymi drzwiami gabinetu, tak że rozmowa pomiędzy uczonym a generalnym sekretarzem odbyła się bez świadków.  Wymiana poglądów musiała być ożywiona, bo Władymir Michajłowicz opuścił gabinet nader wzburzony. W zasadzie skomentował całość tylko jednym, rzuconym przez zaciśnięte zęby słowem: paranoik.

Wobec kompetencji fachowca nie ma powodu wątpić w trafność diagnozy. O tym, że była trafna świadczy dalszy przebieg wypadków.

Przybywszy do hotelu uczeni postanowili nie udawać się do restauracji i zamówili składający się z zupy i głównego dania posiłek do pokoju. Kelner, który przyniósł dwa talerze zupy – wspominał po latach Mnuchin – był milczący i miał wypielęgnowane paznokcie. Uczeni zaczęli jeść,  a Władymir Michaiłowicz krótko zrelacjonował rozmowę. Stalin uroił sobie że jest wielkim, niezastąpionym przywódcą, geniuszem z misją. Na czele państwa stoi chory, niebezpieczny i nieobliczalny człowiek. Konsekwencje aż trudno sobie wyobrazić.

Pierwsze bóle brzucha pojawiły się zanim zupa została do końca spożyta.  Były porażające i Władymir Michaiłowicz osunął się z krzesła na podłogę. Mnuchin zerwał się próbując mu pomóc, ale widząc, że uczony traci przytomność i zaczyna się dusić rzucił się do telefonu aby wezwać pomoc. Linia była martwa. Dopiero w pokoju pokojówki zdołał odnaleźć działający telefon i wezwać ambulans. Gdy wrócił do pokoju Władymir Michajłowicz Bechterew już nie żył.

Pogrzeb Bechterewa odbył się z pompą należną głowom państwa. Obdukcji nie wykonano, zadowolono się wydobyciem mózgu. Mnuchin milczał przez następne 40 lat. Dopiero w 1967 roku zwierzył się najbliższym krewnym, którzy zdali potem relację Antonowowi-Owsejence.

Członkowie rodziny Bechterewa (syn, jego żona i dzieci)  zostali na wniosek Wyszyńskiego zaaresztowani i straceni bez sądu w 1937.

Mnuchin zmarł w 1972 roku. Bechterew został zapamiętany ze względu na inną, opisaną przez siebie chorobę. Nieprzyjemną, ale nie mającą tak gwałtownego przebiegu ji zupełnie inne objawy niż wyżej opisane schorzenie. Anton Antonow-Owsejenko opublikował swój „Portret tyrana”w samizdacie w 1980 roku. Książka zyskała sporą popularność w latach osiemdziesiątych. Obecnie jest zapomniana i nie doczekała się po 1999 roku dalszych, rosyjskojęzycznych wznowień.

A mimo to temat doprosił się zmartwychwstania i sprawa wygrzebała się z niebytu ponownie 2005 roku. Lerner, Margolin i Witztum, trzech związanych z uniwersytetem Ben Guriona w Tel Avivie historyków medycyny opublikowało pracę o życiu i okolicznościach śmierci Bechterewa. Nie żeby kwestionowali iż uczony został otruty, ale przytaczają trochę odmienne okoliczności. Według nich Bechterew wezwany przez Stalina w celu konsultacji neurologicznej, najwidoczniej nie sprostał oczekiwaniom pacjenta. Nie widział możliwości terapeutycznych w przypadku stalinowskiego schorzenia ręki, natomiast ochoczo i sam z siebie zdiagnozował u Józefa Wissarionowicza ostrą paranoję. Co miało ten skutek, że następnego dnia, w przerwie przedstawienia teatralnego został przez dwóch dziarskich, uprzejmych młodych ludzi zaproszony na  poczęstunek w postaci ciasta i czegoś do popicia. Tego samego wieczoru  pojawiły się  gwałtowne wymioty. Wezwany lekarz stwierdził podrażnienie żołądka. Nad ranem pacjent poczuł się trochę lepiej i wówczas pojawili się dwaj niezapowiedzeni lekarze. Tej wizyty Bechterew już nie przeżył.

1. Anton Władymirowicz Antonow-Owsejenko, „Портрет тирана”, 1980, 1990
2. „The Mystery of the Death of V. M. Bekhterev”.”The Bekhterev Review of Psychiatry and Medical Psychology” The Bekhterev Review of Psychiatry and Medical Psychology, American Psychiatric Press, Inc. 84. 1992.
3. Lerner V, Margolin J, Witztum E. Vladimir Bekhterev: his life, his work and the mystery of his death. „History of Psychiatry”. 16 (2), s. 217-227, 2005.

A w Odessie

Kwiecień 11, 2014

Na naszej ulicy największym łobuziakiem był Wowa P. Wpierw zagwarantował Wadimowi Wadimowiczowi bezpieczeństwo zdrowia i mienia, a potem, wstyd przyznać, ukradł mu zegarek. Poproszony o zajęcie wyraźnego stanowiska w sprawie ukradzionego ostatnio Wadimowi Wadimowiczowi zegarka, Wowa jasne stanowisko zajął. Bez ociągania. Wyjaśnił, że co prawda gwarantował, ale było to dawno i nie ma pewności, czy dzisiejszy Wadim Wadimowicz jest identyczny z ówczesnym, przez niego zagwarantowanym. On, Wowa, ma pewne poważne wątpliwości, bo przecież widać jak na dłoni, że obecny Wadim Wadimowicz jest jakby starszy. Co do zegarka, to Wowa zegarek znalazł, a poza tym ładnie wygląda na przegubie Wowy, o wiele ładniej niż na przegubie Wadima Wadimowicza. Naturalniej. Nie ma wątpliwości, że zegarek woli być własnością Wowy, świadczą o tym wyraźnie wyniki referendum, w którym wzięli udział Wowa i zegarek.

Ponieważ jednak on, Wowa, nie jest człowiekiem kłótliwym to proponuje ponowienie danych onegdaj gwarancji. W zamian za oddanie krawata Wowa może zagwarantować, że pozostawi Wadimowi Wadimowiczowi buty.

Cywilizowany świat odetchnął z ulgą.

Licyjczycy

Wrzesień 7, 2013

Zwyczaje mieszkańców Licji  nie znajdowały wśród Greków ani akceptacji, ani też zrozumienia.

Herodot pisał: „Ich obyczaje odmienne są od zwyczajów innych ludów i obrzydliwe. Miast nazwiska ojca przyjmują nazwisko matki. Kiedy pani szlachetnego rodu będzie brzemienna z niewolnikiem, to potomstwo będzie nie tylko wolne, lecz również obdarzone ogólnym uznaniem.  Gdy jednak mężczyzna, nawet powszechnie poważany i piastujący ważne urzędy, zwiąże się z cudzoziemką, to dzieci z tego związku pozbawione będą statusu, czci i poważania.”

W przeciwieństwie do heteronormatywności (która przez następne dwa i pół tysiąca lat – przynajmniej w percepcji ogółu –  nie utraciła swej pełnej zadowolenia oczywistości) wynikające z niej normy społeczne uległy trudnej do pojęcia petryfikacji.

Ale może tylko tak się wydaje z miejsca gdzie wczoraj staliśmy?

Jam jest Pan, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Polub mnie na facebooku.

——

inspired by

Tyle dobrych, darmowych rzeczy dookoła. A szczególnie w sieci. Pomyślał sobie Kropotkin.

Te takie. Blip. Tłiter. Fejsbuk. Gugiel. Z wszystkim przyrostkami i przybudówkami. No przecież. Ale z drugiej strony od niewiadomokiedy  słychać było wołanie na puszczy, które się ostatnio jakby nasiliło. Więc jak to tak? Można interpretować różnorako, ale na wszelki wypadek to chyba  lepiej jednak się wystrzegać nieuzasadnionego optymizmu. Tak trzymać.

Kropotkin, wiedziony najgorszymi przeczuciami, położył się do łóżka. Przed zaśnięciem postanowił sobie, dla pokrzepienia morale, poczytać dokładniej tego Zittraina. Nie wytrwał jednak długo. Zapadł w głęboki sen. Z którego obudził się zapakowany w ładny papier i obwinięty fikuśną wstążeczką. 

———-

Ponieważ w dyskusji pojawił się beztrosko rozpowszechniany pogląd, że nie ma możliwości skutecznego i indywidualnego dopasowywania tego co widzimy w internecie do tego co według dostarczycieli innformacji powinniśmy zobaczyć (lub co najzwyczajniej innym się opłaca, abyśmy zobaczyli) to zestawiłem mały wybór dotyczący gugla.

Do obejrzenia:

http://vimeo.com/51181384#

Do poczytania:

http://dontbubble.us (również częściowo po polsku)

http://idealab.talkingpointsmemo.com/2012/10/impersonal-google-search-results-are-few-and-far-between-duckduckgo-finds.php?ref=fpnewsfeed

http://searchengineland.com/flavors-of-google-personalized-search-139286

http://www.searchenginejournal.com/the-google-filter-bubble-and-its-problems/29879/

http://pandodaily.com/2012/01/23/googles-real-problem/

http://online.wsj.com/article/SB10001424052748704901104575423294099527212.html#

——————

Do obejrzenia:

http://vimeo.com/51181384#

Znaczenie każdej informacji powinno i musi być traktowane jako kontekstualne.

Alogiczność jest integralnym składnikiem tego, co przyjeliśmy nazywać zdrowym rozsądkiem. Konsument, rozumiany jako wielkość statystyczna, jest w swym zachowaniu i sposobie podejmowania decyzji przewidywalny. Szczególnie, gdy jest głęboko przekonany, że jego to nie dotyczy.

Nad drzwiami do piekła umieszczony jest widoczny z daleka napis: wstęp bezpłatny.  

非樂上
是故子墨子曰:「今天下士君子,請將欲求興天下之利,除天下之害,當在樂之為物,將不可不禁而止也。」

Mohizm, piękny w swych założeniach jak pierwotny komunizm, powinien jednak być stanowczo zakazany.

Z okazji nowego roku

Grudzień 31, 2011

Detroit, 28. grudzień 1951

Mr. Solomon Lefschetz Ph D
Department of Mathematics
Fine Hall, Washington Road
Princeton NJ 08544-1000 USA

Drogi Panie,

dziękuję za otrzymane życzenia świąteczne i załączony upominek. I chociaż topologia algebraiczna nie stoi – jak na razie – w centrum moich zainteresowań, to mimo to przesłany przez Pana pamiątkowy album z fotografiami z dorocznego zjazdu Towarzystwa sprawił mi dużo radości. Z okazji nadchodzącego nowego roku 1952 życzę Panu dużo powodzenia we wszystkich zamierzeniach i pozwalam sobie również sprawić Panu mały prezent. Ufam, że zrobione przez moją żonę na drutach rękawiczki będą Panu długo służyć.

Moc pozdrowień.

Pański Abraham Nemeth

Nie chcę by.

Grudzień 29, 2011

 
Chesterfield described dirt as matter out of place. Distracting is, similarly, desirable at the wrong time. And technology is continually being refined to produce more and more desirable things. Which means that as we learn to avoid one class of distractions, new ones constantly appear, like drug-resistant bacteria.

Paul Graham. Disconnecting distraction

Nie chcę, by okradano mnie z mojego życia.

Jan Zych. Kantata

Od wielu lat z całego Combray wszystko, co nie było sceną i dramatem mego układania się do snu, nie istniało już dla mnie, kiedy pewnego zimowego dnia, skoro wróciłem do domu, matka widząc, że jest mi zimno, namówiła mnie, abym się napił wbrew zwyczajowi trochę herbaty. Odmówiłem zrazu; potem, nie wiem czemu, namyśliłem się. Posłała po owe kruche i pulchne ciasteczka zwane magdalenkami, które wyglądają, jak odlane w prążkowanej skorupie muszli. I niebawem, przytłoczony ponurym dniem i widokami smutnego jutra, machinalnie podniosłem do ust łyżeczkę herbaty, w której rozmoczyłem kawałek magdalenki. Ale w tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciasta dotknął mego podniebienia, zadrżałem czując, że się we mnie czuje coś niezwykłego. Owładnęła mną rozkoszna słodycz, odosobniona, nieumotywowana. Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jego błahe, krótkość złudna; działała w ten sam sposób, w jaki działa miłość, wypełniając mnie kosztowną esencją; lub raczej ta esencja nie była we mnie, była mną. Przestałem czuć się miernym, przypadkowym, śmiertelnym. Skąd mogła mi spłynąć ta potężna radość? Czułem, że jest złączona ze smakiem herbaty i ciasta, ale że go przekracza nieskończenie, że nie musi być tej samej natury. Skąd pochodzi? Co znaczy? Gdzie ją chwytać? Piję drugi łyk, w którym nie znajduję nic więcej niż w pierwszym; trzeci, który przynosi mi nieco mniej niż drugi. Jasne jest, że prawda, której szukam nie jest w nim, ale we mnie. Napój obudził ją we mnie, lecz jej nie zna i może jedynie powtarzać bez końca, ale z coraz mniejszą siłą, to samo świadectwo, którego nie umiem sobie wyłożyć i którego chcę bodaj móc żądać od niego i odnajdywać je nietknięte, wedle swojej ochoty, natychmiast, dla ostatecznego wyjaśnienia. Stawiam filiżankę i zwracam się do swojej inteligencji. Do niej należy odkryć prawdę. Ale jak?
Wiedziony ciekawością usiadłem przed monitorem i wpisałem w zachęcające swą pustką pole wyszukiwarki słowo „herbata“. Wyszukiwarka zasugerowała, że odpowiedź może się ukrywać pośród dwunastu milionów możliwych wyników. Na czele widniały hasło wikipedii i anons sklepu próbującego mi zaoferować herbatę po cenie arbitralnie uznanej przez oferenta za atrakcyjną. A może „magdalenka“? Dwieścieosiemnaście tysięcy wyników. Na samej górze znów wikipedia z odpowiednim hasłem, tuż za nim informator internetowy rady sołeckiej. Nie, nie ustąpię tak łatwo. Próbuję kombinacji „herbata + magdalenka“. Dziewięćset tysięcy wyników. Na początku triumfalny komunikat popularnego portalu: „Znaleziono herbata w Magdalenka. Zobacz firmy na mapie i zdjęciach satelitarnych. Obejrzyj galerię zdjęć, filmy. Sprawdź telefon i zadzwoń!“ Wieńczący zdanie wykrzyknik nie przekonał mnie zupełnie. Ale też ostatecznie nie zniechęcił. Mogę sprawdzić najnowsze wiadomości serwisu informacyjnego. Mogę, a zatem sprawdzam. Są nieistotne i jutro zostaną zastąpione przez inne nieistotne wiadomości wymyślone przez ich producentów. Zniecierpliwiony postanowiłem sprawdzić maile. Nic ważnego. Dostrzegłem łatwy i wygodny sposób przeskoczenia do prognozy pogody. Jutro będzie taka sama jak dziś. Pojutrze trochę inna, ale pojutrze już zapewne nie będę pamiętał jaka miała być. Znów wiadomości. Nadal nic ważnego się nie wydarzyło. I jeszcze tylko maile. Nadal nikt nie napisał.

Powoli nadciągało nieuniknione znużenie. Czego szukałem? Co odnalazłem?

Herbata wystygła. Znów poczułem się miernym, przypadkowym, śmiertelnym.

Tekst niebieski: tłumaczenie Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

Esej (bardzo krótki) Paula Grahama – tu.

Wigilijny symbol komunistyczny

Grudzień 22, 2011

W związku z wywodzącymi się z określonych kręgów postulatami legislacyjnymi, których celem jest zwalczanie i ostateczne usunięcie z przestrzeni publicznej symboli, dzieci nie słuchajcie, komunistycznych, wychodzimy naprzeciw społecznemu zapotrzebowaniu i wskazujemy usłużnie palcem gdzie i od czego można, a nawet niewykluczone, że należy, zacząć. Sztuka bezinteresownej denuncjacji jest kunsztem trudnym i wymagającym ciągłego doskonalenia. Inaczej można wyjść z wprawy.

Błędne przeświadczenie, że karp wigilijny to niezbywalna część rodzimej, staropolskiej tradycji jest nader rozpowszechnione. Wigilia bez karpia jest dla ogółu rodaków niewyobrażalna. Odpowiedzialny za taki stan rzeczy jest syn niejakiego Oskara Minca i Stefanii de domo Fajersztajn, urodzony dawno temu, a zmarły w 1974 roku Hilary. Również Minc, a poza tym minister gospodarki w pierwszym rządzie Cyrankiewicza Józefa, desygnowany tamże z ramienia partii komunistycznej, nazywanej wówczas żartobliwie Polską i Robotniczą.

Hilary Minc, mimo rozlicznych, późniejszych prób przedstawiania go jako tępego aparatczyka był chyba jednak postacią ciekawą i pełną sprzeczności. Zagorzały komunista, ale z drugiej strony z francuskim, przedwojennym doktoratem z ekonomii. Zrobiony majorem w Dywizji Kościuszkowskiej, zdegradowany za posiadanie własnego zdania do stopnia szeregowca, znów dosługuje się stopnia majora. Współtwórca niesławnego Związku Patriotów Polskich i współautor Manifestu PKWN, ale trzymający się przez cały czas twardo i konsekwentnie tego, na czym się jako tako, przynajmniej nominalnie, znał: gospodarki. Twórca – jeden z ważniejszych – PZPR, partii, z której go później wyrzucono. Zadziwiająca postać. Czupurna. I z pomysłami.

Jednym z takich pomysłów Minca był Karp. Bezpośrednio po wojnie sytuacja zaopatrzenia ludu pracującego miast i wsi w ryby była, łagodnie mówiąc, niezadowalająca, a mówiąc dosadnie – katastrofalna. Katastrofa polegała na tym, że ryb nie było. To znaczy może były, ale na pewno nie tam gdzie trzeba, czyli w sklepach. Flotę rybacką okupant zniszczył, większość stawów rybnych pozostała za Bugiem i nie dała się, w przeciwieństwie do ludności, repatriować. Jest rok 1948 i na arenę dziejów wkracza Minister Hilary Minc z atrakcyjnym hasłem „karp na każdym polskim wigilijnym stole“. Plan jest, czegóż innego można się po komuniście spodziewać, przewrotny. Kopanie i zarybianie stawów odpowiadało duchowi epoki i władzy miłującej się w zrywach, czynach  i akcjach. Tworzenie Państwowych Gospodarstw Rybnych mieściło się w stylistyce uchodzącej za postępową kolektywizacji. Ponieważ ciągłe zaopatrzenie było poza zasięgiem możliwości, wypunktowana została w sposób kokieteryjny wigilijność karpia. „Rzucanego” w stanie żywym i nieprzerobionym na rynek i rozprowadzanego przez zakłady pracy. I tu jesteśmy świadkami narodzin przedziwnego, niespotykanego poza Polską masowego rytuału: męczenia pochodzącej z Chin ryby, która masowo (przed świętami) odławiana i transportowana w niekarpich warunkach, nabywana zostaje przez ludność gdy i kiedy się uda. A następnie niesiona do domu, najlepiej  w duszącej ją plastikowej torbie. Po przybyciu na miejsce zwierzę umieszczane zostaje w wannie, w której oczekuje na egzekucję. W wigilię (lub ewentualnie w przeddzień) pan domu wkracza do łazienki uzbrojony w tasak, szmatę i młotek i zamienia się na chwilę w oprawcę dzikiej zwierzyny. Płynie krew. Proszę mi wierzyć, karpie są może wszędzie, ale powyżej opisane rytuały są powszechne jedynie w Polsce. A wszystko przez tego Minca i bezgraniczną ludzką łatwowierność. No i może powojenną biedę.

Nie sposób twierdzić, że przed Mincem karpia w Polsce nie było. Był. Już Cystersi trzymali go w XIII wieku w przyklasztornych stawach. Pojawiał się też od czasu do czasu na pańskim stole, tyle że nie hodowlany, ale rzeczny karp dziki. Do Polski karp przylazł kulinarnie z południa, z Czech, pojawiając się w XIX wieku na mieszczańskich, galicyjskich stołach. Wpłynął też w tym samym czasie od strony Śląska. Nie rozpowszechnił się jednak specjalnie, a o tym, aby traktować go jako zbiorowy wigilijny obowiązek nie mogło nawet być mowy. I owszem, była na wigilię ryba, przeważnie śledzie. Czasem też, w zamożniejszym domu, sandacz lub szczupak. Sporadycznie, w południowej, rzadziej jeszcze w centralnej Polsce karp. Masowość i obligatoryjność karpia zainicjował dopiero ojciec gospodarki planowej i scentralizowanej – Hilary Minc. Polski Żyd i komunista przekonał prawdziwych Polaków, że wigilijne spożywanie jakże popularnej w żydowskiej tradycyjnej kuchni ryby jest najlepszym sposobem obchodzenia urodzin innego Żyda, co do którego też można mieć wątpliwości, czy był zadeklarowanym zwolennikiem wolnego rynku. Wystarczy tylko wspomnieć te wszystkie podejrzane pomysły z wypędzaniem przekupniów ze świątyni, potępianiem lichwy i pochwałą dzielenia dóbr doczesnych z bliźnim połączone z konsekwentnym niedostrzeganiem w nim tego, czym naprawdę jest, czyli konsumenta. W tym kontekście używany tak często i lekkomyślnie termin „żydokomuna“ nabiera ciekawych właściwości. A może nawet i jednoznacznego posmaku.

Jeśli powstanie komisja d.s. usuwania z przestrzeni publicznej symboli komunistycznych to powinna się koniecznie zająć w pierwszym rzędzie z pozoru wigilijnym, a w gruncie rzeczy komunistycznym, karpiem. Wesołych świąt.

Kryzys

Listopad 16, 2011

Głos w słuchawce był z jednej strony uprzejmy, z drugiej jednak, trochę jakby nieprzyjemny.
– Pan mi jest winien pieniądze – powiedział głos.
– Ach, kanonik Vaubain, jakże się cieszę – skłamał Myszkin. I dodał:
– Pamiętam, naturalnie, że pamiętam.
Kanonik Vaubain przypomniał Myszkinowi coś, o czym Myszkin co prawda wiedział, ale o czym jednocześnie wcale nie chciał pamiętać. W zaistniałej sytuacji najgłupsze było jednak to, że kanonik świetnie wiedział, że Myszkin nie chce pamiętać, a Myszkin wiedział, że kanonik wie.
Dalsza rozmowa nie potoczyła się wartko. I nie dotyczyła wynalazku Plauta.

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli

Listopad 10, 2011

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli.
Maurice Barrès; Scènes et doctrines du nationalisme.
 
Zakładając, że słowo może być źródłem twórczej energii (założenie, które jednak czasem budzi zrozumiałe wątpliwości), można powiedzieć, że słowa Barrèsa są w stanie zaspokoić jedynie najbardziej wulgarne apetyty. Wezwany do wyjaśnienia niektórych ze swych najbardziej znanych maksym, Maurice Barres nie jest w stanie dostarczyć żadnego poważnego argumentu na ich poparcie. (…) Nie, Barrès nie jest żałosnym idiotą, Barrès jest idiotą niebezpiecznym.
André Breton; L’Affaire Barrès (Littérature, sierpień 1921, nr. 20)

1.

Stojąc na rozdrożu, wybieramy (instynktownie i bez wahania) ścieżkę, którą swego czasu powędrował Breton z kolegami. Gdy formułował swój akt oskarżenia (pamfletowi nadana została forma sprawozdania z procesu pokazowego wytoczonego Barrèsowi w imię uczciwości, człowieczeństwa i zdrowego rozsądku), ostatnie z ofiar epidemii wieńczących Wojnę Światową dogorywały lub wrzucane były do masowych grobów z wapnem. Siedemnaście milionów mogił uczestników wielkiej rzezi nie zdążyło się pokryć gęstą trawą. Na ulicach europejskich stolic żebrali beznodzy inwalidzi wojenni, było ich więcej, o wiele więcej, niż skłonnych do obdarzenia ich datkami. Wojna Światowa nie posiadała jeszcze liczebnika porządkowego i wydawała się unikalnym i niepowtarzalnym nieporozumieniem, powtórka była, wobec panujących powszechnie nastrojów, niewyobrażalna. Barrès, uginający się pod ciężarem lat i wawrzynów, nie bronił się zbyt energicznie. Klimat był ku temu niesprzyjający. Na pożółkłych fotografiach ma wygląd zmęczonego starca, a przecież nie ukończył jeszcze 59 roku życia. Osiągnął wszystko, co można było wówczas jako „poeta i myśliciel narodowy“ osiągnąć. Dwa lata później umrze. Mimo że zarówno Malraux jak i Aragon (których przecież nie sposób podejrzewać o ideologiczne pokrewieństwo) wielokrotnie jeszcze zaświadczą, że to „na nim“ uczyli się pisać, wiatr zawieje miałkim piaskiem zapomnienia płytę nagrobną ufundowaną w zbiorowej pamięci; nie pozostanie nic, nawet początkowo ogromiaste hasło w encyklopedii skurczy się do kilku linijek.

2.

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli. Fałsz i tani patos są dziś w ojczyźnie Barrèsa (przeważnie) wyczuwalne z oddali i (również przeważnie) bez trudu identyfikowane jako zgniły trupi odór wydobywający się spod powierzchni frazesu. Podobnie zresztą w Niemczech. Po „Blut und Boden“ nie pozostało nic, jeśli nie liczyć samizdatów autorstwa bezrobotnych skinheadów z Dupiejewa. I chociaż zarówno Barrès z kolegami, jak i niemieccy piewcy nacjonalizmu planowali odwieczne rzucanie się sobie do gardła jako konieczność dziejową, to jakoś nic z tej odwieczności nie wyszło. Zupełnie nic. Ludzie otrzeźwieli z amoku i przestali być narodami przez duże G z wbudowanym  imperatywem walki, czyli rzucania się do tętnicy szyjnej sąsiada.

3.

Podejrzenie, że w dzisiejszej Polsce sytuacja przedstawia się niestety zupełnie odmiennie, zamienia się w pewność, gdy zbliża się 11 listopada, Święto Wielkiej Redukcji mające być – w zamierzeniu co poniektórych –  zwycięstwem Barrèsa i jemu podobnych zza grobu. Z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem można założyć, że barresowski frazes nie spotkałby się z protestem (jakże chętnie) maszerujących uczestników, ani stojących przy krawężniku przypadkowych świadków. Nie tylko nie dostrzegli by w nim niczego niestosownego, lecz najprawdopodobniej uważali by powyższe słowa za własne. Nasze, polskie. Patriotyczne. Potrzebne. Godne powtarzania i podziwu. Przy okazji i zupełnie bez związku pragniemy przypomnieć, że marsze nacjonalistów miały w popierwszowojennej Europie koniunkturę. W jednym z bardziej znanych, Marszu na Rzym, wzięło udział 30 000 uczestników. Chodziło o miłość do ojczyzny, danie oporu lewactwu, zrobienie porządku i takie podobne sprawy. Wystarczyło 30 000 cudacznie poprzebieranych w fantazyjne mundurki miłośników maszerowania, aby, przy bierności ogółu, sprowadzić na spory europejski kraj i jego mieszkańców niewyobrażalne nieszczęście. To niepojęte, że kilkadziesiąt lat po tych wydarzeniach, znów pojawiają  się (lub wierzą, że trzeba się pojawić)  zwolennicy wyrażania uczuć do ojczyzny krokiem marszowym.  Co rozumieją pod pojęciem ojczyzny, wydaje się przy tym, na pierwszy rzut oka,  drugorzędne

4.

Gdy przyjrzymy się uważniej, okazuje się, że dostrzeżona powyżej drugorzędność nie jest wcale oczywista. Pomiędzy pojmowaniem ojczyzny jako sumy szczątków ludzkich i terytorium, na którym zostały pogrzebane, a pochwałą (jako jedynego, możliwego do zaakceptowania wariantu) delikatnej tkanki języka, kultury i obyczajów, w którą wpleceni są ci, którzy są nam z różnych, nie tylko plemiennych powodów bliscy, rozciąga się szeroki pas możliwej do zagospodarowania ziemi niczyjej.

5.

Redukcja święta narodowego, które może i powinno być wydarzeniem pogodnym i radosnym, do ponurego taplania się we krwi, trupim zaduchu i błocie pól bitewnych cofa nas – jako ogół – o dokładnie 100 lat. W nieciekawe czasy poprzedzające Wojnę Światową numer jeden. W ten sam sposób pojmowania patriotyzmu jako bogoojczyźnianego szczękościsku skierowanego przeciw desygnowanemu obcemu. Wrogowi, który nas krzywdził i będzie krzywdził. Ale my się nie damy, my się odpłacimy, bo my wiemy, że Ojczyzna to Ziemia i Zmarli. Nacjonalizm w postaci dziewiczej, toczka w toczkę zmartwychwstały Barrès.

6.

Maszerujący, podążając za typowym dla reprezentowanych środowisk odruchem, już zidentyfikowali potencjalnych i rzeczywistych przeciwników tzw. marszu niepodległości jako skrajną lewicę. Zidentyfikowani rewanżują się – również odruchowo – nazywając anachronistyczny  zaduch faszyzmem. Swoją drogą ciekawe, co by dzisiaj zrobił André Breton. I do jakiego stopnia jest uzasadnione zapożyczenie użytego przez niego w stosunku do patrioty Barrèsa określenia. Na użytek bieżący.

7.

Co można przeciwstawić świadomym i nieświadomym pogrobowcom Barrèsa? Stwierdzenie, że Ojczyzna to nie Ziemia i Zmarli, lecz Przestrzeń, której granice wyznaczają Kultura i Język. I Żywi.  Przede wszystkim ci ostatni. Wraz ze swymi aspiracjami i marzeniami. Breton z kolegami próbował w 1921, jak wiemy z podręczników historii, nie do końca skutecznie. Potrzebny był akt drugi, z jeszcze większą górą trupów, aby zachodnioeuropejska większość zrozumiała i pogodziła się z myślą, że droga do własnej tożsamości nie może prowadzić w kierunku wyznaczanym przez drogowskazy, na których widnieją łatwe i apelujące do plemiennych emocji slogany.

reedit; 10.11.11. g. 06.57 Dodany został punkt 4 i 7.

Instytut Amnezji Narodowej

Listopad 6, 2011

skutecznie zapomnianySzymon G. urodził się przed 102 laty we Włocławku, dzieciństwo spędził w Warszawie. Wcześnie dostrzeżono jego (jak później wielokrotnie pisali zachwyceni krytycy) niewątpliwy geniusz. Prawdopodobnie nie przesadzali, bo jakże inaczej wytłumaczyć sobie fakt, że jeden z najwybitniejszych ówczesnych pedagogów muzycznych, usłyszawszy grę ośmioletniego malca, w uznaniu dla niebywałego talentu, decyduje się podjąć wyzwanie rezygnując przy tym z honorarium. Dalszy rozwój wypadków potwierdził mądrość i dalekowzroczność tej decyzji. Zanim G. skończy 16 lat otrzyma stanowisko koncertmistrza Drezdeńskiej Filharmonii, aby, w przededniu swych 20 urodzin, na osobistą prośbę Carla Furtwänglera, objąć tę samą funkcję w najsłynniejszej podówczas europejskiej orkiestrze. Oszałamiającą karierę, której istotnym elementem była przyjaźń z Paulem Hindemithem (G. był, obok Feuermanna jednym z członków legendarnego tria Hindemitha) przerywa dojście do władzy narodowych socjalistów; nie pomagają protesty, ani osobista interwencja zrozpaczonego Furtwänglera, zakaz występów jest nieodwołalny. Emigracja nie wygląda początkowo zbyt różowo, Brytyjczycy internują go na Isle of Man, działalność koncertową będzie mógł podjąć dopiero po roku. Rozpoczyna się niekończąca seria sukcesów koncertowych, których ukoronowaniem jest triumfalna owacja po występie w nowojorskim Carnegie Hall w 1938 roku. Amerykańscy krytycy nazywają go wówczas Rubinsztajnem skrzypiec, porównanie – biorąc pod uwagę zadziwiającą zbieżność losów obu muzyków – nie pozbawione sensu. Wybuch II Wojny Swiatowej nie przerywa błyskotliwej kariery, przerywa ją dopiero niefortunna decyzja wyruszenia w azajatyckie tournee w momencie przystąpienia Japonii do działań wojennych. Szymon G. zostaje przez Japończyków internowany na 3 lata na Jawie, w 1946 roku widzimy go znów święcącego triumfy w australijskich salach koncertowych. Nieustająca działalność koncertowa, praktycznie wszędzie na świecie, będzie trwała do 1955 roku. W 1953 przyjmuje obywatelstwo amerykańskie, wzbrania się jednak – wskazując na swe związki emocjonalne z krajem pochodzenia – na zmianę swego imienia z polskiego Szymon na łatwiejsze do wymówienia Simon. Szymonem pozostanie do śmierci. W 1955 roku zakłada w Amsterdamie przesłynną Nederlands Kamerorkest, ze stworzonym przez siebie, znanym z mistrzowskich interpretacji dzieł Bacha i Mozarta zespołem przemierza w ciągu następnych 22 lat, jako solista i dyrygent, nieomal cały świat. Dyryguje (między innymi) takimi zespołami symfonicznymi jak London Symphony Orchestra, BBC Symphony Orchestra, Cleveland Orchestra, Chicago Symphony Orchestra i Boston Symphony Orchestra. Jednocześnie zdobywa opinię jednego z najbardziej cenionych na świecie (obok Menuhina i Ojstracha) pedagogów skrzypiec. Prowadzi kursy mistrzowskie w nowojorskiej Juilliard School of Music, w New Haven Yale University, Philadelphia Curtis Institute, New York Manhattan School of Music i Aspen Music School. W 1977 przejmuje prowadzenie Manchester Camerata, ostatnie lata życia spędza głównie w Londynie, w 1990 roku decyduje się na opuszczenie Europy i wyjazd do Japonii. Wiąże się z pianistką Miyoko Yamane, zamieszkuje w maleńkiej miejscowości w Toyama, nieopodal Tokio i poświęca cały swój czas i energię tworzeniu Nowej Tokijskiej Orkiestry Symfonicznej. Umiera tamże w 1993. Obszerne, pełne podziwu szacunku, miłości i odania nekrologi oraz artykuły okolicznościowe zapełniają szpalty gazet w cywilizowanej części świata. W cywilizowanej.
Zarówno jako światowej sławy dyrygent, jak i wirtuoz skrzypiec pozostawił po sobie bogatą i trudną do objęcia spuściznę nagraniową. Jest łatwy do znalezienia w leksykonach i encyklopediach. Prawie wszędzie, bo u nas raczej nie. Proszę nie szukać go w polskim wydaniu wikipedii. W Wielkiej Encyklopedii PWN go nie ma. W Wielkiej Encyklopedii Muzycznej, w której w zasadzie jest każdy włącznie z portierem konserwatorium warszawskiego, jest króciutka notka (część biograficzna, tom III, E-F-G, str. 364). Krótsza o wiele, niż poświęcona np. gitarzyście elektrycznemu znanemu na wybrzeżu w latach 60-ych.

Niesprawiedliwym byłoby jednak twierdzić, że potomni o nim zapomnieli, bądź że zupełnie go nie docenili. Szymon G. posiada pomnik. W Bostonie. I ulicę swego imienia. Na przedmieściach Groningen.

Kropotkin, wiedziony przemożną chęcią napisania bardzo krótkiego, apolitycznego tekstu, którego treść nie pozostawałaby w żadnym, ale to w żadnym związku z wieńczącym ją tytułem, postanowił ulec pokusie.

Zarost Ockhama

Październik 24, 2011

„Z punktu widzenia czynników oficjalnych odpowiedzialność za katastrofy żywiołowe daje się łatwo przypisać niegodziwości niepożądanych, wrogich jednostek“
A.A. Zinowjew „ Ziejące wyżyny“

Everything happens for a reason – stwierdził swego czasu John Locke. Zdanie, efektowne ze względu na pozorną prostotę, potrafi nas jednak szybko doprowadzić do logicznej ściany płaczu. Bo niemożność przeprowadzenia dowodu dotyczącego słuszności stawia przed alternatywą zwątpienia (bez uzasadnienia) lub wiary (na słowo), co jest, np. dla sceptyka, wysoce niekomfortową sytuacją.

Jeszcze gorzej jest z winą. Językoznawca, prawnik, etyk i prosty człowiek sprzed telewizora używają tego samego terminu nie bacząc, że każdy z nich, akceptując wyłączność znaczenia do którego się przyzwyczaił, mówi coś zupełnie innego. Wina jednego, nie jest winą drugiego, nie jest winą trzeciego. Bo jakże. Nie wiadomo jaka jest przyczyna tego skandalu, jeszcze mniej wiadomo, kogo można (o ile można) obarczyć za powyższy stan rzeczy winą. Uwikłani w sieć pojęć niejednoznacznych, nieprzystawalnych i (ogólnie rzecz biorąc) mętnych, pozostajemy bezradni.

Aby nie wpaść w zamęt, skierujmy się, dla odmiany, na tor anegdotyczny. Związki przyczynowo-skutkowe dają się nader łatwo zastąpić koncepcją winy. Elster, cytując Зияющие высоты Zinowiewa (Aleksandra Aleksandrowicza) nie mógł przewidzieć, że ten wkrótce oszaleje do tego stopnia, że będzie wstyd się na niego powoływać. Ostatnie 15 lat życia i działalności Zinowiewa sprawiły, że wymazaliśmy go zupełnie, nie tylko jego niekwestionowany geniusz, ale również osobę. Kto by jeszcze przed ćwierćwieczem pomyślał. Trochę szkoda. Bo poruszając się po wytyczonej (onegdaj) przez nigo ścieżce możemy dobrnąć do „Les Orangers du Lac Balaton“ Maurice Duvergera i sobie przeczytać:

„Za czasów rządów stalinisty Rákosiego światłe węgierskie przywództwo podjęło uchwałę o utworzeniu na brzegu Balatonu plantacji drzewek pomarańczowych. Jezioro Balaton, mimo że posiada dobroczynny, łagodzący wpływ na kontynentalny klimat równiny panońskiej, nadając szczególnie osłoniętemu od mroźnych, północnych wiatrów wybrzeżu śródziemnomorski charakter, zwykło każdej zimy zamarzać. Agronom, któremu partia powierzyła odpowiedzialne zadanie, miał odwagę cywilną wskazać na ten niekorzystny aspekt, wróżąc przedsięwzięciu nieuniknione fiasko. Na próżno. Partia, działając w oparciu o naukowe podstawy historycznego materializmu nie mogła się (w przeciwieństwie do agronoma) pomylić. Ministerstwo rolnictwa zakupiło (płacąc bezcennymi dewizami) tysiące sadzonek i drzewka zostały posadzone. Po czym – zgodnie z przewidywaniami sceptyka – wszystkie wymarzły. Agronom zaś został zaaresztowany, oskarżony o sabotaż i postawiony przed sądem. I naturalnie skazany. Sąd przychylił się bowiem do argumentacji oskarżenia twierdzącego, że zademonstrowane przez niego swego czasu krytykanctwo dowodzi niezbicie, że zamierzał sabotować decyzję biura politycznego. A skoro na czele od początku stał sabotażysta i malkontent, to nic dziwnego, że przedsięwzięcie zakończyło się fiaskiem.

Warto, naprawdę warto, pamiętać tę historię, gdy dobiega do nas codzienny szum i pokrzykiwania poszukujących winnego. Jak również wówczas, gdy nam coś – w naszych oczach zasłużenie, bądź niezasłużenie – nagle, niespodziewanie spada na plecy.

Jesień potrafi przynieść, poza nieprzyjemną pogodą, rzeczy przerażające.

——-

/napisane - w ogólnych zarysach - chyba w 2009/
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 69 obserwujących.

%d bloggers like this: