Baronowa Unbehagen najlepsze czasy miała za sobą.
Po śmierci męża zamieszkiwała w mieszkaniu na parterze. I nie, nie było ono ani przestronne, ani jasne.To znaczy mieszkanie nie tyle było małe, co zagracone do granic. Niemożliwości. Okno pokoju stołowego wychodziło na podwórko-studnię. Podobnie zresztą jak wszystkie inne okna. Od czasu do czasu baronowa otwierała okno i sypała pozostałe po krojeniu czegośtam okruchy na parapet lub na bruk podwórka. Przylatujące od czasu do czasu ptaki korzystały z okazji. Baronowa z graniczącym z rozczuleniem zadowoleniem przyglądała się wzrastającej z tygodnia na tydzień gromadzie oczekującej na kolejny wysyp.

Dozorca Gęsiński nie podzielał entuzjazmu baronowej. Dozorca Gęsiński nie podzielał niczyjego entuzjazmu z zasady, ale w przypadku ptaków pewną rolę odgrywały względy higieniczne. Mówiąc krótko i posługując się przy tym językiem literackim: ptaki srały gdzie popadnie.

Kot dozorcy nie podzielał natomiast krytycznego stosunku swego właściciela. Obecność ptaków stanowiła dla niego rodzaj miłego urozmaicenia. Na zmianę czaił się, albo oblizywał. Albo jedno łączył z drugim.

Dozorca Gęsiński rozsypał na podwórku trutkę na szczury. Posesja co prawda nie była specjalnie nękana przez szczury, ale z ptakami trzeba było coś zrobić. Spełniwszy (nie bez zadowolenia) swój obowiązek, udał się do siebie, czyli do mieszkania w suterenie. Mieszkanie dozorcy było jeszcze mniejsze i bardziej mroczne niż baronowej, ale Gęsińskiemu było wszystko jedno gdzie pije piwo i ogląda futbol.

Ptaki uprzątnęły trutkę zanim szczury zdążyły się zorientować. Może nie wiedziały, że to nie dla nich?

Kot Gęsińskiego nie pogardził. Niemrawy ptak był łatwą zdobyczą. Kot jak to kot, wsunął co znalazł.

Zarysy spisku nie były trudne do zidentyfikowania. Pozbawiony kota dozorca Gęsiński stracił serce do futbolu. Piwo mu nie smakuje. Wykuwa w zaciszu swojej sutereny plany zemsty.
Zemsta będzie straszna.
Na baronowej Unbehagen, naturalnie.

—————————————————————————————————–

Lektury uzupełniające ale nieobowiązkowe:
1. „On Being Sane In Insane Places” by David L. Rosenhan, np. dostępne TUTAJ. Albo TUTAJ
2. „Anatoly Kreinin” “Hearing voices” in schizophrenia: Who’s voices are they? Medical Hypotheses Volume 80, Issue 4 , strony 352-356, April 2013 Bezpłatny abstract TUTAJ

czyli Polacy

Luty 2, 2016

Boy-Żeleński przetłumaczył w 1936. Gondowicz jeszcze raz w 2006.  Boy-Żeleński był uprzejmy opatrzyć swój przekład obszernym wstępem. Kiedyś tak  naprawdę było: tłumaczami dostarczającymi  (czasem) kongenialnych wersji naszojęzykowych bywali pasjonaci opatrujący tłumaczenie przedmową. A ta przedmowa bywała czasem czytana częściej niż samo dzieło. Wstyd wynikał wówczas jeszcze z ignorancji. Niewiedza oznaczała wykluczenie.

Przedmowy dostarczały nieocenionych usług brylującym w literackich kawiarniach. Tak, kawiarniach.

Czytamy:

(…) kontrast między „wielkością dziejów” a pospolitością tych którzy je nieraz tworzą, bardzo zabawny. Alboż tak nie bywało? Alboż nie było na tronach przygłupków, warjatów, lub też zabijaków węszących za krwią na prawo i lewo, byle tylko nie otrzymać z rąk historji przydomka „gnuśny”?

„Ubu (…) to głupota olbrzymia, o czole byka; głupota tryumfalna, miażdżąca masą, jedynym swoim argumentem, wszystko co mogłoby być sztuką, inteligencją, subtelnością, inicjatywą. To zły urzędnik, zły szef, tępy generał; to samo państwo i jego gospodarka, o ile się w niej stosuje ślepe prawidła, nie troszcząc się o następstwa. Ubu, to władza, która zgłupiała…”

 

Alfred Jarry powinien mieć w Polsce w każdym mieście, nawet najmniejszym, ulicę swego imienia. Albo plac. Albo pomnik. A najlepiej i ulicę, i plac. Na którym stoi pomnik.

Z jakiegoś (dla Kropotkina) nie do końca zrozumiałego powodu los zdecydował inaczej.

Aniołek zagłady

Styczeń 17, 2016

Gruszyński miał raka. Ale go nie lubił. Od pewnego czasu Gruszyński miał również prezydenta, który, łagodnie mówiąc, mu nie odpowiadał. W przeciwieństwie do raka, prezydent przypałętał się do Gruszyńskiego w wyniku wyborów równych, powszechnych i sprawiedliwych. Gruszyński, mimo usiłowań, nie potrafił sobie wytłumaczyć jakim okropnym czynem zasłużył na swój los. W sprawie raka wypowiedział się lekarz onkolog. Ale niejasno. W sprawie prezydenta lekarz się nie wypowiedział. W kwestii raka można by zrobić, według lekarza, to i tamto.

Oprócz prezydenta, który machając łapkami wygłaszał co nuż orędzia do narodu, Gruszyński był również szczęśliwym posiadaczem nowego, nad wyraz sprawnego rządu wyłonionego przez wybraną demokratycznie, a jakże, większość parlamentarną. Rząd robił co chciał, niekoniecznie jednak to, czego chciał Gruszyński. Rak, powiedzieli lekarze, nie jest powodem do tego aby się poddawać. Wręcz przeciwnie. Trzeba mieć nadzieję, powiedzieli.

Nadchodziła sroga zima. Ptaki zaczęły dokarmiać ludzi.

Martin

Wrzesień 21, 2015

Dzień, podobny do wielu poprzednich i najprawdopodobniej niewiele różniący się od tych, które miały jeszcze nastąpić, chylił się ku zmierzchowi. Nadszedł czas pożegnań. Martin, rozchyliwszy gąszcz brody, ujawnił diaboliczny w zamierzeniu uśmiech.
– Jest taka anegdota – powiedział. Gdyby milczenie nie panowało już od dłuższego czasu, można by powiedzieć że zapadło.
-Religia – zauważył – reprezentuje pogląd, że Bóg stworzył człowieka. Nauka jednak -ciągnął – stoi na twardym stanowisku, że Bóg pochodzi od małpy.

Fakt, że tego popołudnia usłyszeliśmy powyższą anegdotę po raz trzeci nie sprawił, że stała się ona lepszą lub gorszą. W powietrzu unosił się zapach pierwszych dni jesieni i schyłku czegoś, co nie zdołało się tak naprawdę jeszcze zacząć.

Choroba Bechterewa

Styczeń 26, 2015

Kongres odbywał się w zimie, 23 grudnia  Moskwa była zaśnieżona i skuta mrozem. Uczestnicy kongresu  Międzynarodowego Towarzystwa Neuropatologów i  Psychiatrów postanowili uczcić Władymira Michajłowicza w sposób wyjątkowy. Gdy zakończył swój długo przez wszystkich oczekiwany referat o neurofizjologii dziecięcej, słuchacze podnieśli się z miejsc i zgotowali mówcy gorącą ba, entuzjastyczną, długo niemilknącą owację. Być może był to błąd, ale było kogo uczcić: Władymir Michajłowicz położył podwaliny pod nowoczesną neuropatologię, chociaż i jego zasługi dla nowoczesnej psychiatrii nie ustępowały wcale osiągnięciom na polu badania funkcji mózgu i powiązania tychże z określonymi strukturami obszarów podkorowych. Był to, jednym słowem, triumf Władymira Michajłowicza, który osiągnąwszy 70 rok życia z dumą mógł patrzyć nie tylko na ciąg dokonań, ale również na jednostkę chorobową swego imienia.

Samuel Semjonowicz Mnuchin miał nigdy już nie zapomnieć tego dnia. Chwilę po zakończeniu obrad pojawił się w hallu oficer łącznikowy przynosząc serdeczne zaproszenie tego, któremu nie można było odmówić. Samochód już czekał na zewnątrz budynku, droga była krótka. Samuel Semjonowicz towarzyszył Władymirowi Michajłowiczowi, jako asystent i ulubiony uczeń sędziwego już przecież mistrza uważał to za swój obowiązek.  Pozostał jednak w przedpokoju, przed masywnymi drzwiami gabinetu, tak że rozmowa pomiędzy uczonym a generalnym sekretarzem odbyła się bez świadków.  Wymiana poglądów musiała być ożywiona, bo Władymir Michajłowicz opuścił gabinet nader wzburzony. W zasadzie skomentował całość tylko jednym, rzuconym przez zaciśnięte zęby słowem: paranoik.

Wobec kompetencji fachowca nie ma powodu wątpić w trafność diagnozy. O tym, że była trafna świadczy dalszy przebieg wypadków.

Przybywszy do hotelu uczeni postanowili nie udawać się do restauracji i zamówili składający się z zupy i głównego dania posiłek do pokoju. Kelner, który przyniósł dwa talerze zupy – wspominał po latach Mnuchin – był milczący i miał wypielęgnowane paznokcie. Uczeni zaczęli jeść,  a Władymir Michaiłowicz krótko zrelacjonował rozmowę. Stalin uroił sobie że jest wielkim, niezastąpionym przywódcą, geniuszem z misją. Na czele państwa stoi chory, niebezpieczny i nieobliczalny człowiek. Konsekwencje aż trudno sobie wyobrazić.

Pierwsze bóle brzucha pojawiły się zanim zupa została do końca spożyta.  Były porażające i Władymir Michaiłowicz osunął się z krzesła na podłogę. Mnuchin zerwał się próbując mu pomóc, ale widząc, że uczony traci przytomność i zaczyna się dusić rzucił się do telefonu aby wezwać pomoc. Linia była martwa. Dopiero w pokoju pokojówki zdołał odnaleźć działający telefon i wezwać ambulans. Gdy wrócił do pokoju Władymir Michajłowicz Bechterew już nie żył.

Pogrzeb Bechterewa odbył się z pompą należną głowom państwa. Obdukcji nie wykonano, zadowolono się wydobyciem mózgu. Mnuchin milczał przez następne 40 lat. Dopiero w 1967 roku zwierzył się najbliższym krewnym, którzy zdali potem relację Antonowowi-Owsejence.

Członkowie rodziny Bechterewa (syn, jego żona i dzieci)  zostali na wniosek Wyszyńskiego zaaresztowani i straceni bez sądu w 1937.

Mnuchin zmarł w 1972 roku. Bechterew został zapamiętany ze względu na inną, opisaną przez siebie chorobę. Nieprzyjemną, ale nie mającą tak gwałtownego przebiegu ji zupełnie inne objawy niż wyżej opisane schorzenie. Anton Antonow-Owsejenko opublikował swój „Portret tyrana”w samizdacie w 1980 roku. Książka zyskała sporą popularność w latach osiemdziesiątych. Obecnie jest zapomniana i nie doczekała się po 1999 roku dalszych, rosyjskojęzycznych wznowień.

A mimo to temat doprosił się zmartwychwstania i sprawa wygrzebała się z niebytu ponownie 2005 roku. Lerner, Margolin i Witztum, trzech związanych z uniwersytetem Ben Guriona w Tel Avivie historyków medycyny opublikowało pracę o życiu i okolicznościach śmierci Bechterewa. Nie żeby kwestionowali iż uczony został otruty, ale przytaczają trochę odmienne okoliczności. Według nich Bechterew wezwany przez Stalina w celu konsultacji neurologicznej, najwidoczniej nie sprostał oczekiwaniom pacjenta. Nie widział możliwości terapeutycznych w przypadku stalinowskiego schorzenia ręki, natomiast ochoczo i sam z siebie zdiagnozował u Józefa Wissarionowicza ostrą paranoję. Co miało ten skutek, że następnego dnia, w przerwie przedstawienia teatralnego został przez dwóch dziarskich, uprzejmych młodych ludzi zaproszony na  poczęstunek w postaci ciasta i czegoś do popicia. Tego samego wieczoru  pojawiły się  gwałtowne wymioty. Wezwany lekarz stwierdził podrażnienie żołądka. Nad ranem pacjent poczuł się trochę lepiej i wówczas pojawili się dwaj niezapowiedzeni lekarze. Tej wizyty Bechterew już nie przeżył.

1. Anton Władymirowicz Antonow-Owsejenko, „Портрет тирана”, 1980, 1990
2. „The Mystery of the Death of V. M. Bekhterev”.”The Bekhterev Review of Psychiatry and Medical Psychology” The Bekhterev Review of Psychiatry and Medical Psychology, American Psychiatric Press, Inc. 84. 1992.
3. Lerner V, Margolin J, Witztum E. Vladimir Bekhterev: his life, his work and the mystery of his death. „History of Psychiatry”. 16 (2), s. 217-227, 2005.

A w Odessie

Kwiecień 11, 2014

Na naszej ulicy największym łobuziakiem był Wowa P. Wpierw zagwarantował Wadimowi Wadimowiczowi bezpieczeństwo zdrowia i mienia, a potem, wstyd przyznać, ukradł mu zegarek. Poproszony o zajęcie wyraźnego stanowiska w sprawie ukradzionego ostatnio Wadimowi Wadimowiczowi zegarka, Wowa jasne stanowisko zajął. Bez ociągania. Wyjaśnił, że co prawda gwarantował, ale było to dawno i nie ma pewności, czy dzisiejszy Wadim Wadimowicz jest identyczny z ówczesnym, przez niego zagwarantowanym. On, Wowa, ma pewne poważne wątpliwości, bo przecież widać jak na dłoni, że obecny Wadim Wadimowicz jest jakby starszy. Co do zegarka, to Wowa zegarek znalazł, a poza tym ładnie wygląda na przegubie Wowy, o wiele ładniej niż na przegubie Wadima Wadimowicza. Naturalniej. Nie ma wątpliwości, że zegarek woli być własnością Wowy, świadczą o tym wyraźnie wyniki referendum, w którym wzięli udział Wowa i zegarek.

Ponieważ jednak on, Wowa, nie jest człowiekiem kłótliwym to proponuje ponowienie danych onegdaj gwarancji. W zamian za oddanie krawata Wowa może zagwarantować, że pozostawi Wadimowi Wadimowiczowi buty.

Cywilizowany świat odetchnął z ulgą.

Licyjczycy

Wrzesień 7, 2013

Zwyczaje mieszkańców Licji  nie znajdowały wśród Greków ani akceptacji, ani też zrozumienia.

Herodot pisał: „Ich obyczaje odmienne są od zwyczajów innych ludów i obrzydliwe. Miast nazwiska ojca przyjmują nazwisko matki. Kiedy pani szlachetnego rodu będzie brzemienna z niewolnikiem, to potomstwo będzie nie tylko wolne, lecz również obdarzone ogólnym uznaniem.  Gdy jednak mężczyzna, nawet powszechnie poważany i piastujący ważne urzędy, zwiąże się z cudzoziemką, to dzieci z tego związku pozbawione będą statusu, czci i poważania.”

W przeciwieństwie do heteronormatywności (która przez następne dwa i pół tysiąca lat – przynajmniej w percepcji ogółu –  nie utraciła swej pełnej zadowolenia oczywistości) wynikające z niej normy społeczne uległy trudnej do pojęcia petryfikacji.

Ale może tylko tak się wydaje z miejsca gdzie wczoraj staliśmy?

Jam jest Pan, Bóg twój, którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Polub mnie na facebooku.

——

inspired by

Tyle dobrych, darmowych rzeczy dookoła. A szczególnie w sieci. Pomyślał sobie Kropotkin.

Te takie. Blip. Tłiter. Fejsbuk. Gugiel. Z wszystkim przyrostkami i przybudówkami. No przecież. Ale z drugiej strony od niewiadomokiedy  słychać było wołanie na puszczy, które się ostatnio jakby nasiliło. Więc jak to tak? Można interpretować różnorako, ale na wszelki wypadek to chyba  lepiej jednak się wystrzegać nieuzasadnionego optymizmu. Tak trzymać.

Kropotkin, wiedziony najgorszymi przeczuciami, położył się do łóżka. Przed zaśnięciem postanowił sobie, dla pokrzepienia morale, poczytać dokładniej tego Zittraina. Nie wytrwał jednak długo. Zapadł w głęboki sen. Z którego obudził się zapakowany w ładny papier i obwinięty fikuśną wstążeczką. 

———-

Ponieważ w dyskusji pojawił się beztrosko rozpowszechniany pogląd, że nie ma możliwości skutecznego i indywidualnego dopasowywania tego co widzimy w internecie do tego co według dostarczycieli innformacji powinniśmy zobaczyć (lub co najzwyczajniej innym się opłaca, abyśmy zobaczyli) to zestawiłem mały wybór dotyczący gugla.

Do obejrzenia:

http://vimeo.com/51181384#

Do poczytania:

http://dontbubble.us (również częściowo po polsku)

http://idealab.talkingpointsmemo.com/2012/10/impersonal-google-search-results-are-few-and-far-between-duckduckgo-finds.php?ref=fpnewsfeed

http://searchengineland.com/flavors-of-google-personalized-search-139286

http://www.searchenginejournal.com/the-google-filter-bubble-and-its-problems/29879/

http://pandodaily.com/2012/01/23/googles-real-problem/

http://online.wsj.com/article/SB10001424052748704901104575423294099527212.html#

——————

Do obejrzenia:

http://vimeo.com/51181384#

Znaczenie każdej informacji powinno i musi być traktowane jako kontekstualne.

Alogiczność jest integralnym składnikiem tego, co przyjeliśmy nazywać zdrowym rozsądkiem. Konsument, rozumiany jako wielkość statystyczna, jest w swym zachowaniu i sposobie podejmowania decyzji przewidywalny. Szczególnie, gdy jest głęboko przekonany, że jego to nie dotyczy.

Nad drzwiami do piekła umieszczony jest widoczny z daleka napis: wstęp bezpłatny.  

非樂上
是故子墨子曰:「今天下士君子,請將欲求興天下之利,除天下之害,當在樂之為物,將不可不禁而止也。」

Mohizm, piękny w swych założeniach jak pierwotny komunizm, powinien jednak być stanowczo zakazany.

Z okazji nowego roku

Grudzień 31, 2011

Detroit, 28. grudzień 1951

Mr. Solomon Lefschetz Ph D
Department of Mathematics
Fine Hall, Washington Road
Princeton NJ 08544-1000 USA

Drogi Panie,

dziękuję za otrzymane życzenia świąteczne i załączony upominek. I chociaż topologia algebraiczna nie stoi – jak na razie – w centrum moich zainteresowań, to mimo to przesłany przez Pana pamiątkowy album z fotografiami z dorocznego zjazdu Towarzystwa sprawił mi dużo radości. Z okazji nadchodzącego nowego roku 1952 życzę Panu dużo powodzenia we wszystkich zamierzeniach i pozwalam sobie również sprawić Panu mały prezent. Ufam, że zrobione przez moją żonę na drutach rękawiczki będą Panu długo służyć.

Moc pozdrowień.

Pański Abraham Nemeth

Nie chcę by.

Grudzień 29, 2011

 
Chesterfield described dirt as matter out of place. Distracting is, similarly, desirable at the wrong time. And technology is continually being refined to produce more and more desirable things. Which means that as we learn to avoid one class of distractions, new ones constantly appear, like drug-resistant bacteria.

Paul Graham. Disconnecting distraction

Nie chcę, by okradano mnie z mojego życia.

Jan Zych. Kantata

Od wielu lat z całego Combray wszystko, co nie było sceną i dramatem mego układania się do snu, nie istniało już dla mnie, kiedy pewnego zimowego dnia, skoro wróciłem do domu, matka widząc, że jest mi zimno, namówiła mnie, abym się napił wbrew zwyczajowi trochę herbaty. Odmówiłem zrazu; potem, nie wiem czemu, namyśliłem się. Posłała po owe kruche i pulchne ciasteczka zwane magdalenkami, które wyglądają, jak odlane w prążkowanej skorupie muszli. I niebawem, przytłoczony ponurym dniem i widokami smutnego jutra, machinalnie podniosłem do ust łyżeczkę herbaty, w której rozmoczyłem kawałek magdalenki. Ale w tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami ciasta dotknął mego podniebienia, zadrżałem czując, że się we mnie czuje coś niezwykłego. Owładnęła mną rozkoszna słodycz, odosobniona, nieumotywowana. Sprawiła, że w jednej chwili koleje życia stały mi się obojętne, klęski jego błahe, krótkość złudna; działała w ten sam sposób, w jaki działa miłość, wypełniając mnie kosztowną esencją; lub raczej ta esencja nie była we mnie, była mną. Przestałem czuć się miernym, przypadkowym, śmiertelnym. Skąd mogła mi spłynąć ta potężna radość? Czułem, że jest złączona ze smakiem herbaty i ciasta, ale że go przekracza nieskończenie, że nie musi być tej samej natury. Skąd pochodzi? Co znaczy? Gdzie ją chwytać? Piję drugi łyk, w którym nie znajduję nic więcej niż w pierwszym; trzeci, który przynosi mi nieco mniej niż drugi. Jasne jest, że prawda, której szukam nie jest w nim, ale we mnie. Napój obudził ją we mnie, lecz jej nie zna i może jedynie powtarzać bez końca, ale z coraz mniejszą siłą, to samo świadectwo, którego nie umiem sobie wyłożyć i którego chcę bodaj móc żądać od niego i odnajdywać je nietknięte, wedle swojej ochoty, natychmiast, dla ostatecznego wyjaśnienia. Stawiam filiżankę i zwracam się do swojej inteligencji. Do niej należy odkryć prawdę. Ale jak?
Wiedziony ciekawością usiadłem przed monitorem i wpisałem w zachęcające swą pustką pole wyszukiwarki słowo „herbata“. Wyszukiwarka zasugerowała, że odpowiedź może się ukrywać pośród dwunastu milionów możliwych wyników. Na czele widniały hasło wikipedii i anons sklepu próbującego mi zaoferować herbatę po cenie arbitralnie uznanej przez oferenta za atrakcyjną. A może „magdalenka“? Dwieścieosiemnaście tysięcy wyników. Na samej górze znów wikipedia z odpowiednim hasłem, tuż za nim informator internetowy rady sołeckiej. Nie, nie ustąpię tak łatwo. Próbuję kombinacji „herbata + magdalenka“. Dziewięćset tysięcy wyników. Na początku triumfalny komunikat popularnego portalu: „Znaleziono herbata w Magdalenka. Zobacz firmy na mapie i zdjęciach satelitarnych. Obejrzyj galerię zdjęć, filmy. Sprawdź telefon i zadzwoń!“ Wieńczący zdanie wykrzyknik nie przekonał mnie zupełnie. Ale też ostatecznie nie zniechęcił. Mogę sprawdzić najnowsze wiadomości serwisu informacyjnego. Mogę, a zatem sprawdzam. Są nieistotne i jutro zostaną zastąpione przez inne nieistotne wiadomości wymyślone przez ich producentów. Zniecierpliwiony postanowiłem sprawdzić maile. Nic ważnego. Dostrzegłem łatwy i wygodny sposób przeskoczenia do prognozy pogody. Jutro będzie taka sama jak dziś. Pojutrze trochę inna, ale pojutrze już zapewne nie będę pamiętał jaka miała być. Znów wiadomości. Nadal nic ważnego się nie wydarzyło. I jeszcze tylko maile. Nadal nikt nie napisał.

Powoli nadciągało nieuniknione znużenie. Czego szukałem? Co odnalazłem?

Herbata wystygła. Znów poczułem się miernym, przypadkowym, śmiertelnym.

Tekst niebieski: tłumaczenie Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

Esej (bardzo krótki) Paula Grahama – tu.

Wigilijny symbol komunistyczny

Grudzień 22, 2011

W związku z wywodzącymi się z określonych kręgów postulatami legislacyjnymi, których celem jest zwalczanie i ostateczne usunięcie z przestrzeni publicznej symboli, dzieci nie słuchajcie, komunistycznych, wychodzimy naprzeciw społecznemu zapotrzebowaniu i wskazujemy usłużnie palcem gdzie i od czego można, a nawet niewykluczone, że należy, zacząć. Sztuka bezinteresownej denuncjacji jest kunsztem trudnym i wymagającym ciągłego doskonalenia. Inaczej można wyjść z wprawy.

Błędne przeświadczenie, że karp wigilijny to niezbywalna część rodzimej, staropolskiej tradycji jest nader rozpowszechnione. Wigilia bez karpia jest dla ogółu rodaków niewyobrażalna. Odpowiedzialny za taki stan rzeczy jest syn niejakiego Oskara Minca i Stefanii de domo Fajersztajn, urodzony dawno temu, a zmarły w 1974 roku Hilary. Również Minc, a poza tym minister gospodarki w pierwszym rządzie Cyrankiewicza Józefa, desygnowany tamże z ramienia partii komunistycznej, nazywanej wówczas żartobliwie Polską i Robotniczą.

Hilary Minc, mimo rozlicznych, późniejszych prób przedstawiania go jako tępego aparatczyka był chyba jednak postacią ciekawą i pełną sprzeczności. Zagorzały komunista, ale z drugiej strony z francuskim, przedwojennym doktoratem z ekonomii. Zrobiony majorem w Dywizji Kościuszkowskiej, zdegradowany za posiadanie własnego zdania do stopnia szeregowca, znów dosługuje się stopnia majora. Współtwórca niesławnego Związku Patriotów Polskich i współautor Manifestu PKWN, ale trzymający się przez cały czas twardo i konsekwentnie tego, na czym się jako tako, przynajmniej nominalnie, znał: gospodarki. Twórca – jeden z ważniejszych – PZPR, partii, z której go później wyrzucono. Zadziwiająca postać. Czupurna. I z pomysłami.

Jednym z takich pomysłów Minca był Karp. Bezpośrednio po wojnie sytuacja zaopatrzenia ludu pracującego miast i wsi w ryby była, łagodnie mówiąc, niezadowalająca, a mówiąc dosadnie – katastrofalna. Katastrofa polegała na tym, że ryb nie było. To znaczy może były, ale na pewno nie tam gdzie trzeba, czyli w sklepach. Flotę rybacką okupant zniszczył, większość stawów rybnych pozostała za Bugiem i nie dała się, w przeciwieństwie do ludności, repatriować. Jest rok 1948 i na arenę dziejów wkracza Minister Hilary Minc z atrakcyjnym hasłem „karp na każdym polskim wigilijnym stole“. Plan jest, czegóż innego można się po komuniście spodziewać, przewrotny. Kopanie i zarybianie stawów odpowiadało duchowi epoki i władzy miłującej się w zrywach, czynach  i akcjach. Tworzenie Państwowych Gospodarstw Rybnych mieściło się w stylistyce uchodzącej za postępową kolektywizacji. Ponieważ ciągłe zaopatrzenie było poza zasięgiem możliwości, wypunktowana została w sposób kokieteryjny wigilijność karpia. „Rzucanego” w stanie żywym i nieprzerobionym na rynek i rozprowadzanego przez zakłady pracy. I tu jesteśmy świadkami narodzin przedziwnego, niespotykanego poza Polską masowego rytuału: męczenia pochodzącej z Chin ryby, która masowo (przed świętami) odławiana i transportowana w niekarpich warunkach, nabywana zostaje przez ludność gdy i kiedy się uda. A następnie niesiona do domu, najlepiej  w duszącej ją plastikowej torbie. Po przybyciu na miejsce zwierzę umieszczane zostaje w wannie, w której oczekuje na egzekucję. W wigilię (lub ewentualnie w przeddzień) pan domu wkracza do łazienki uzbrojony w tasak, szmatę i młotek i zamienia się na chwilę w oprawcę dzikiej zwierzyny. Płynie krew. Proszę mi wierzyć, karpie są może wszędzie, ale powyżej opisane rytuały są powszechne jedynie w Polsce. A wszystko przez tego Minca i bezgraniczną ludzką łatwowierność. No i może powojenną biedę.

Nie sposób twierdzić, że przed Mincem karpia w Polsce nie było. Był. Już Cystersi trzymali go w XIII wieku w przyklasztornych stawach. Pojawiał się też od czasu do czasu na pańskim stole, tyle że nie hodowlany, ale rzeczny karp dziki. Do Polski karp przylazł kulinarnie z południa, z Czech, pojawiając się w XIX wieku na mieszczańskich, galicyjskich stołach. Wpłynął też w tym samym czasie od strony Śląska. Nie rozpowszechnił się jednak specjalnie, a o tym, aby traktować go jako zbiorowy wigilijny obowiązek nie mogło nawet być mowy. I owszem, była na wigilię ryba, przeważnie śledzie. Czasem też, w zamożniejszym domu, sandacz lub szczupak. Sporadycznie, w południowej, rzadziej jeszcze w centralnej Polsce karp. Masowość i obligatoryjność karpia zainicjował dopiero ojciec gospodarki planowej i scentralizowanej – Hilary Minc. Polski Żyd i komunista przekonał prawdziwych Polaków, że wigilijne spożywanie jakże popularnej w żydowskiej tradycyjnej kuchni ryby jest najlepszym sposobem obchodzenia urodzin innego Żyda, co do którego też można mieć wątpliwości, czy był zadeklarowanym zwolennikiem wolnego rynku. Wystarczy tylko wspomnieć te wszystkie podejrzane pomysły z wypędzaniem przekupniów ze świątyni, potępianiem lichwy i pochwałą dzielenia dóbr doczesnych z bliźnim połączone z konsekwentnym niedostrzeganiem w nim tego, czym naprawdę jest, czyli konsumenta. W tym kontekście używany tak często i lekkomyślnie termin „żydokomuna“ nabiera ciekawych właściwości. A może nawet i jednoznacznego posmaku.

Jeśli powstanie komisja d.s. usuwania z przestrzeni publicznej symboli komunistycznych to powinna się koniecznie zająć w pierwszym rzędzie z pozoru wigilijnym, a w gruncie rzeczy komunistycznym, karpiem. Wesołych świąt.

Kryzys

Listopad 16, 2011

Głos w słuchawce był z jednej strony uprzejmy, z drugiej jednak, trochę jakby nieprzyjemny.
– Pan mi jest winien pieniądze – powiedział głos.
– Ach, kanonik Vaubain, jakże się cieszę – skłamał Myszkin. I dodał:
– Pamiętam, naturalnie, że pamiętam.
Kanonik Vaubain przypomniał Myszkinowi coś, o czym Myszkin co prawda wiedział, ale o czym jednocześnie wcale nie chciał pamiętać. W zaistniałej sytuacji najgłupsze było jednak to, że kanonik świetnie wiedział, że Myszkin nie chce pamiętać, a Myszkin wiedział, że kanonik wie.
Dalsza rozmowa nie potoczyła się wartko. I nie dotyczyła wynalazku Plauta.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 80 obserwujących.

%d bloggers like this: