Tęcza daltonisty

Wrzesień 26, 2008

Z punktu widzenia strusia chowającego głowę w piasek, rzeczywistość przestaje istnieć. W tym momencie, bezstronnego obserwatora nachodzi przemożna ochota wymiany poglądów z przypadkowo przechodzącym przedstawicielem radykalnego konstruktywizmu. Przeważnie okazuje się jednak, że przedstawiciel wybrał inną drogę. I akurat nie przechodzi. Albo co gorsza pozostał w domu. Można i tak.
Dlatego lepiej porzucić pragnienia wiodące bezpośrednio w ślepą uliczkę zwątpienia, oddając się miast tego rozmyślaniom na jakikolwiek inny temat. Na przykład na temat jakości życia.
Jakość życia w rzeczywistości zdominowanej przez pozbawionych wyobraźni konformistów, bądź obdarzonych jej nadmiarem tchórzy, zdaje się przypominać tęczę daltonisty.
Tęcza daltonisty jest piękna, niepowtarzalna i składa się z wielu kolorów, że wymienię tylko żółty, beżowy, różowy, marchwiowy, pomarańczowy oraz, nieomal bym przeoczył, fiolet biskupi.

Reklamy

Uczeń Hǎo Chī postanowił nauczyć się odmawiać. W tym celu udał się do Mistrza prosząc go o radę. Mistrz siedział nieruchomo w progu swego domostwa i wpatrywał się w swoje dłonie. Powietrze drżało od upału, a z oddali dobiegało szczekanie psa.

– Wielokrotnie – odezwał się Hǎo Chī – próbowałem nauczyć się odmawiać. Nie potrafiłem tego jako dziecko, nie umiem tego również teraz. Za każdym razem, gdy muszę komuś powiedzieć „nie” ogarnia mnie poczucie bezradności i wstydu.

Mistrz przyglądał się dalej swym dłoniom powoli poruszając palcami.

– Nie potrafiąc nikomu odmówić cierpię – ciągnął Hǎo Chī – a cierpienie zakłóca mój spokój ducha. Czy mógłbyś powiedzieć mi co mam czynić aby pozbyć się cierpienia.

-Wykluczone – odparł Mistrz.

Chrześcijański dylemat

Wrzesień 19, 2008

Litość, pomyślał Kropotkin, jest ogólnie uznawana za cnotę. Kogoś, kto zasługuje sobie na miano bezlitosnego rzadko potrafimy obdarzyć naszą sympatią. Nawet gdy jesteśmy przekonani, że nie pragniemy łatwego pocieszenia, w głębi duszy trudno nam przyjąć, że miłosierdzie jest czymś zbędnym. Bądź zdrożnym. Przeświadczenie, że świat pozbawiony miłosierdzia wydałby nam się miejscem smutniejszym, bardziej pustym i na pewno o wiele mniej gościnnym, jest raczej powszechne.

Z drugiej strony jednak, litość jest przecież zbyteczna tam gdzie nikt nie cierpi. Czyżby zatem obecność cierpienia była warunkiem nieodzownym do tego aby litość nie utraciła swej racji istnienia?

Kropotkin zastanawiał się do późnych godzin wieczornych. Po zapadnięciu zmroku za oknami dał się słyszeć wielki szum. Kropotkin wyszedł na balkon i zadarł głowę do góry.

Nad domem kołował powoli Anioł Stróż sąsiada ateisty.

Ślepy snajper

Wrzesień 10, 2008

Wszyscy Kreteńczycy kłamią, rzekł niegdyś pewien mieszkaniec Krety. Wypowiedź ta zapoczątkowała epokę zwątpienia w podstawy logiki opierającej się na akceptacji faktu, że prawda i fałsz muszą się koniecznie wykluczać. I modelu rzeczywistości, dla której ten rodzaj logiki stanowi fundament. I percepcji tego modelu, stanowiącej podstawę tego, co zwykliśmy nazywać komunikacją.

Nie wiadomo czy wszyscy Kreteńczycy kłamali. Nie wydaje się to obecnie ani istotne ani wielce prawdopodobne. Nie wiadomo nawet czy Epimenides żył naprawdę, czy tylko został wymyślony przez potomnych. Aelian, Pauzaniasz i Plutarch należą tutaj do grona podejrzanych. Mało prawdopodobną wydaje się również historia jego 57-letniego snu. Szczerze mówiąc – nie wahajmy się użyć tego słowa – jest to najoczywistsza bzdura. Russell i Whitehead mogli spokojnie zająć się czymś pożyteczniejszym, np. hodowlą owiec. Albo uprawą pieczarek. Lub też produkcją wykałaczek. Bądź też naprawą automatycznych skrzyni biegów. Wymyślaniem strategii marketingowych wspierających sprzedaż napędzanych emergią słoneczną pojazdów.
Nie mogli?
Nonsens. Dla chcącego nic trudnego,jak głosi ludowe przysłowie i nie ma powodu aby mu nie wierzyć.

Udanych wakacji

Wrzesień 8, 2008

Ci, którzy opisują swe podróże to kłamcy,  już sam fakt, że to czynią jest wystarczającym powodem aby im nie wierzyć“

Ci, którzy uważają, że wypowiedź ojca starożytnej geografii pełna jest nieuzasadnionego sarkazmu, przesadnego radykalizmu, ba, niegodnej naukowca przesady, powinni wysłuchać skróconej historii wyspy Hy Brazil.

Wyspę Hy Brazil odkrył na południowy wschód od Irlandii niejaki Madoc ab Gwynedd, o którym również można by w nieskończoność, ale to już zupełnie inna bajka. Umówmy się, że o ile istniał (a raczej mało na to wskazuje) był on Celtem, prawdopodobnie walijskim księciem, a z całą pewnością piramidalnym kłamcą. Wyspę odkrył w roku 1170, wracając z odkrytej przez siebie właśnie Ameryki. To nie jest żart. Wielu poważnych uczonych o tym pisało a dzieci uczyły się tego w angielskich szkołach.

Pierwsza, historycznie udokumentowana ekspedycja odkrywcza, której celem była penetracja naniesionej przez pilnych kartografów na większość późnośredniowiecznych i renesansowych map wyspy, odbyła się w w roku 1480. Ponieważ nie została ona uwieńczona sukcesem, wysłana została w roku 1497 cała flota pod dowództwem niejakiego kapitana Cabota. Dziwnym trafem jednak i tym razem nie udało się wyspy odnaleźć.

Dokładne położenie lądu Hy Brazil ustalił wreszcie ponad wszelką wątpliwość w roku 1636 Nathaniel Rich, kapitan floty JKM króla Anglii. Pierwszy dokładny opis pochodzi jednak dopiero z roku 1674. Zawdzięczamy go kapitanowi Johnowi Nisbetowi. Bogactwo szczegółów jest zdumiewające. O prawdziwości jego relacji zaświadczyli Szkoci, uwolnieni przez Nisbeta z niewoli, w której trzymali ich niegodziwi mieszkańcy wyspy. W 1675 roku, dzięki inicjatywie pana Mathiew Calhoona, który zwrócił się w tej sprawie z petycją do króla Karola I, Hy Bryzil stała się oficjalnie częścią brytyjskiego terytorium. W 1684 roku wyspę odwiedził niejaki Morogh O’Ley i spędził na niej dwa przyjemne dni. Nie był on ostatni – niezliczone zastępy podróżników odwiedzały lub widziały Hy Brazil. Szczegółowe opisy pojawiają się przez cały wiek XVIII i trudne są do zliczenia.

Chociaż w 1825 oficjalnie i ostatecznie ustalono, że takiej wyspy nie ma, ani też nigdy nigdy nie było, podróże wcale nie ustawały. Tym bardziej, że jeszcze w 1865 roku, można było znaleźć Hy Brazil na oficjalnych mapach brytyjskiej admiralicji.

Ostatni raz Hy Brazil ukazała się brytyjskiemu pisarzowi T.J. Westroppowi w roku 1872. Uprzednio widział wyspę już dwukrotnie i dwukrotnie spotkał się z kpinami niedowiarków. Prawdopodobnie dlatego zabrał na pokład jachtu, jako świadków, mamusię i grupę przyjaciół, aby razem z nim zobaczyli co należy. Zobaczyli. I dali świadectwo.

Tekst powyższy pragnę zadedykować wszystkim, którzy przekonani są, że skłonność do wiary w mity i złudzenia dotyka zawsze jedynie innych. I życzę udanych wakacji na Hy Brazil, przepięknej, owianej mgłami wyspie na Atlantyku. Dojazd nie powinien być trudny, wyspa oddalona jest jedynie o około 100 mil morskich od południowo-zachodnich brzegów Irlandii.

Historia pewnej znajomości

Wrzesień 4, 2008

M. zawsze była kobietą niezależna.. Pierwszą naprawdę niezależną, którą miałem okazję poznać. Było to przed laty. Od tej pory śledzę jej fascynujące losy.
Nasze drogi krzyżowały się nieczęsto ale z zadziwiającą konsekwencją. Poznałem ją w Berlinie, wówczas jeszcze zachodnim, szukając schronienia przed gwałtowną czerwcową ulewą. Elegancki sklep okazał się być salonem kuśnierskim. Stała za ladą czekając najwidoczniej na jakże rzadkich o tej porze roku gości. Zamieniliśmy kilka zdań, zanim nasza rozmowa przerwana została poprzez pojawienie się groźnie wyglądającego właściciela, który wyłonił się z zaplecza poprawiając kamizelkę opinającą opasły brzuch.
Po paru latach spotkałem ją ponownie. Był styczeń, na sztokholmskich ulicach szalała zadymka, Stała za kontuarem jasno oświetlonej lecz wyludnionej kafejki. Co było zrozumiałe biorąc pod uwagę, że można tam było nabyć jedynie lody. Gelati italiani. Wyraziłem zdziwienie i przez chwilę rozmawialiśmy. Podstarzały włoski właściciel o wyglądzie zakurzonego amanta przyglądał mi się nieufnie, jakby oczekując że opuszczę jego lokal.
Ostatnio słyszałem że. przebywa w Atenach i związała się z dyrektorem pewnej rozgłośni radiowej. Nie porzuciła jednak swej niezależności. Otrzymała w radiu etat jako striptizerka.

Polskie Termopile, wszyscy uczyliśmy się w szkole, nazywają się Westerplatte i to  stamtąd, w ramach nieugiętej, heroicznej walki bohaterskiej garstki polskich obrońców z ogromną machiną militarną połączonych sił Wehrmachtu, SS, Luftwaffe i Kriegsmarine prosto do nieba trójkami szli, chociaż może były to czwórki. I tak dalej. Dzień za dniem, godzina za godziną zacięty opór. Tak było niewątpliwie, bo przecież podręczniki historii nie kłamią, czasem tylko ku pokrzepieniu serc trochę przeinaczą lub pominą niewygodny fragment. Zacznijmy zatem prostować, chociaż, obawiam się, nikt nas za to nie polubi.

Graf Manfredo Gravina był nie tylko Wysokim Komisarzem Ligi Narodów ale również autorem porozumienia ,z którego wynikały trójstronne ustalenia dotyczące statusu Westerplatte. Stronami porozumienia były Polska, Niemcy i Wolne Miasto Gdańsk. Polskie podręczniki pomijają grafa i słusznie bo jeszcze ktoś mógłby zacząć zadawać niewygodne pytania do czegóż też umawiające się strony się zobowiązały. Strona Polska np. do tego, że posterunek wartowniczy na Westerplatte nie będzie liczył więcej niż dwóch oficerów, 20 podoficerów i 66 osób personelu. W jaki sposób po trwającej 7 długich dni śmiertelnej bitwie liczba poddających się była ponad dwukrotnie wyższa nie powinno nas interesować. Pewnie cud. Polacy nie byli jedyną stroną łamiącą umowy i nie powinniśmy im tego wytykać. Nie będziemy kalać. W każdym razie liczebność garnizonu pilnującego składnicy tranzytowej wynosiła wg rozmaitych źródeł 205-220 żołnierzy i oficerów.

O godzinie 4:47 wystrzały z przeznaczonego na zezłomowanie stareńkiego liniowca dogorywającego jako statek szkoleniowy a zwanego przez polskich historyków z niejasnych powodów uporczywie pancernikiem rozpoczęły oficjalnie II wojnę światową, która trwała już od pewnego czasu i rozpoczęła się bombardowaniem Wielunia (wg. źródeł polskich i zachodnioeuropejskich) lub incydentem na moście Marco Polo (Marco Polo Incident) dwa lata wcześniej. Wersja ta obowiązuje w Azji, obu Amerykach, Australii oraz Oceanii – czyli prawie wszędzie. Nie ma się jednak co dziwić skoro część bardziej patriotycznych źródeł fińskich przenosi początek wojny światowej na 1940 rok, a w myśl rosyjskiego dziejopisarstwa patriotycznego do 21 czerwca 1941 roku panował w zasadzie pokój.

Wraże pociski nie trafiły w nic szczególnego, bo jak z zawstydzeniem wspominają źródła niemieckie, dowództwo statku nie dysponowało mapą, na której byłby zaznaczony cel bo zapomniało takową zabrać ze sobą a zresztą widok zasłaniał las. W każdym razie 1 września przywieziona przez Schleswig-Holstein grupa szturmowa w sile jednej kompanii (Marinestosstruppkompanie w sile 225 żołnierzy) w towarzystwie SS-Heimwehr Danzig nie dała sobie rady i zmuszona została przez siedzących w bunkrach bohaterskich obrońców Westerplatte do odwrotu. Drugiego Września, gdy drugi atak również się nie powiódł Westerplatte zostało pod wieczór zbombardowane przez 60 bombowców nurkujących Stuka i jak pisał w swych (dziwnym trafem prawie nigdy nie cytowanych) wspomnieniach Major Sucharski, gotowe było się w przypadku następnego natarcia wroga się poddać, do czego jednak nie doszło, bo następny atak nie nastąpił. Od czasu do czasu strzelano sobie przez następne dni, Niemcom było to z powodu całkowitego braku militarnego znaczenia Westerplatte najwidoczniej obojętne, walki nie wiązały żadnych sił, a z symboliki jaką Wsterplatte miało dla Polaków strona niemiecka nie zdawała sobie najwidoczniej sprawy. Siódmego września nastąpił wreszcie zmasowany atak Niemców z użyciem artylerii oraz miotaczy ognia i Polacy wywiesili białą flagę. O rozmiarach swego nieludzkiego heroizmu dowiedzieli się wzięci do niewoli obrońcy Westerplatte dopiero w obozie jenieckim od współtowarzyszy niedoli. Ci wiedzieli naturalnie lepiej, bo słuchali komunikatów Rozgłośni Polskiego Radia z Warszawy.

Budowa mitu polskich Termopil i nadmuchiwanie patriotycznego balona rozpoczęło się na dobre dopierow w czasach wczesnego PRLu. Weteranów Obrony Westerplatte zapisano do ZBOWiDu i obwożono po akademiach „ku czci” po całym kraju przez lat czterdzieści. Każde miasto powiatowe uzyskało ulicę bądź plac im. Obrońców Westerplatte a miasta wojewódzkie i ulicę i plac. Imię to nadano jednej uczelni wyższej, jednej brygadzie pancernej, dwóm statkom, licznym hufcom harcerskim oraz niezliczonej ilości szkół podstawowych, gimnazjów, liceów i zespołów szkół zawodowych. Obok koszmarnego pomnika, pod którym przedstawiciele władz partyjnych, delegacje aktywu robotniczego i w zależności od stanu zdrowia czterech do dziesięciu dziadków weteranów składało co rok wieńce postawiono z niezrozumiałych powodów radziecki czołg T34. Weterani, zadowoleni z uzyskanych rent zbowidowskich nie przyczyniali się do demaskacji mitu. W miarę upływu czasu większość z nich uwierzyła, że naprawdę to było tak jak pokazano to w filmie autorstwa brata Tadeusza Różewicza.

Filmie czarno-białym i słusznym.

– – – – – – – –  reedited 2009 – – – – – – – – –

Ponieważ, mimo upływu czasu,  wciąż pojawiają się uwagi tudzież obelgi sugerujące, że termin „Polskie Termopile” po wsze czasy zarezerwowany jest dla Bitwy nad Wizną (cześć ich pamięci), koniecznym wydaje się wyjaśnienie, że tytuł powyższego tekstu był wynikiem świadomej przekory. Tradycja do odruchowego sięgania przez polskich  literatów i dziejopisów do miejsca antycznej klęski Leonidasa jest długa i stanowi w zasadzie doskonały materiał na odrębną historię.  Niezliczone są polskie Termopile i ich piewcy.   Nie, nieprawdą jest, jakoby po raz pierwszy użyto tego terminu w stosunku do Bitwy pod Węgrowem (3.2.1863). Również bitwy pod Zadwórzem (1920), Dytiatynem (1920) i obrona Wizny w 1939 roku nie wyczerpują wszystkich możliwości. Warta wspomnienia jest Bitwa pod Borysowem (1812). Ta ostatnia znana jest raczej jedynie polskim historykom – ale może to i lepiej, nie ma się specjalnie czym chwalić. Nadęty (i nader głupkowaty) poeta Konstanty Gaszyński (ten co nałgał Mickiewiczowi w sprawie Ordona) rozpoczął swój poemat „Olszyna grochowska” od słów „Witaj, gaju Grochowa, polskie Termopile!”. Jak do sprawy podszedł Tadeusz Miciński pominiemy w tym miejscu milczeniem. Polskie Termopile sławili ponadto  m.in. Norwid, Konopnicka, Różewicz. Za każdym razem inne. Oni mogli – to i ja mogę. Ironia, wbrew głębokiemu przeświadczeniu rozmiłowanych w klęskach genetycznych patriotów, nie jest bynajmniej równoznaczna z blasfemią.

%d blogerów lubi to: