Wieczny tułacz

Marzec 30, 2009

„C’est l’antisémite qui fait le juif”
J-P. Sartre, „Réflexions sur la question juive”

Antysemita, przybywszy w okolice bliżej mu dotąd nie znane, rozgląda się uważnie. Choć znużony wędrówką, stara się mimo skrajnego wyczerpania nie utracić tak potrzebnej czujności. Poszukiwania nie są łatwe, a wróg może się czaić wszędzie. Na szczególną nieufność zasługują zamożni lub wykazujący się starannym wykształceniem. Obdarzeni nieprzeciętnymi talentami bądź znajomością języków innych niż własny. Pewną wskazówkę stanowić może również brak agresji, lub pełen poświęcenia, lecz jakże pozorny i niesłuszny patriotyzm.

Wbrew popularnemu mniemaniu, porównywanie kształtu nosów i zaglądanie do gaci nie jest jego specjalnością. Już nie.

Poszukiwanie Żyda w bliźnim jest misją niemożliwą do spełnienia bez wytrwałości i wyrzeczeń. Zajęciem znojnym, żmudnym i wymagającym poświęceń. Nie zawsze uwieńczone bywa ono sukcesem.

Nie zdoławszy Żyda odnaleźć, antysemita niezwłocznie rusza w dalszą drogę. I tak już od tysiącleci. Pokryty kurzem minionych wędrówek, spragniony zrozumienia i narażony na wytykiwanie palcami przez prześmiewców, przenosi się z miejsca na miejsce, wierząc głęboko, że kiedyś wreszcie modlitwy jego zostaną wysłuchane. Że kiedyś musi się udać. Nie zazna spokoju aż nie dopełni się misja. Antysemita. Wieczny tułacz.

Reklamy

Będzie dla odmiany długo i wyczerpująco. Ale ciekawie. Znużenie historiami niebyłymi skłania nas do poświęcenia dla odmiany naszej uwagi faktom na pozór nieprawdopodobnym – choć starannie udokumentowanym . Tym razem chodzi o wielkiego człowieka, człowieka którego wielkość nie sprostała próbie czasu. Ale co tam.

Zdumiewająca doprawdy to postać i nie sposób zająć się wszelkimi aspektami życia i działalności tego giganta myśli i czynu. Dla nas powinno być ważne, że otrzymał wszystkie nieomal najwyższe polskie odznaczenia. Czy zasłużył, nie ma sensu dziś dociekać. Nie ma się zresztą czego wstydzić, inne narody nie były pod tym względem lepsze i wiedząc o jego słabości, obwieszały go bez umiaru. W ojczyźnie miłowano go do tego stopnia, że nazwano jego imieniem osiem miast, jedną górę i jedną wyspę. Tylko jedną i to dziwi, bo wysp w ojczyźnie ojca narodu był przecież dostatek. Gdy zmarł, za jego trumną szły trzy bataliony królów, prezydentów i dyktatorów. W pierwszym rzędzie konduktu pogrzebowego dojrzeć można było zgodnie pogrążonych w smutku Helmuta Schmidta, Saddama Husseina, Jassira Arafata, Leonida Breżniewa i Margareth Thatcher. Tak odprowadza się prawdziwych bohaterów. Ale po koleji.

Nasz tytan urodził się 7 maja 1892 roku, zadekretował jednak, by poddani obchodzili jego urodziny 25 maja. Składanie hołdów wymagało odpowiedniej meteorologicznej oprawy, a takowa 7 maja była raczej niepewna.

W 1912, jako dwudziestoletni młodzian, przebywa akurat w miejscowości Cenkovo na terenie dzisiejszych Czech. Będąc z zawodu bezrobotnym dołącza się na niejasnych zasadach do strajku miejscowych robotników domagających się wyższych zarobków. W trakcie strajku poznaje Marusę Novakovą, niepełnoletnią córkę miejscowego lekarza. Utrzymując się z pożyczanych i nie oddawanych pieniędzy, składa dziewczynie kilka interesujących ofert, między innymi propozycję okradzenia zamożnego tatusia i zbliżenia o charakterze intymnym. Marusa ustosunkowuje się pozytywnie, zaznacza jednak, że wolałaby wpierw udać się do ołtarza. Gdy nasz bohater dowiaduje się że Marusa jest w ciąży, deklaruje natychmiast, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, gotowość zawarcia małżeństwa i przyjęcia posady załatwionej przez teścia. W dniu ślubu wsiada do pociągu z krótko przedtem poznaną Lizą Spunner i wyjeżdża do Wiednia. Syn Leopard Novakov przychodzi na świat w 1913 roku w Pradze Czeskiej.

Jest rok 1913. Liza Spunner kocha naszego bohatera miłością prawdziwą i bezkompromisową. Przychodzi jej to tym łatwiej, że jest od niego o 10 lat starsza. W Wiedniu zajmują mały apartament, którego ciasnota staje się uciążliwa po tym jak wprowadza się doń dodatkowo Lizy najnowszy kochanek. Jak przystało na kochającą kobietę, Liza Spunner podczas rozlicznych miłosnych zmagań drapie naszego bohatera a nawet namiętnie gryzie, ten zdradza jednak coraz większą irytację. W tym czasie bohater nasz udziela się od czasu do czasu lirycznie pisząc dla Lizy wiersze, a gdy nie pisze okrada ją regularnie z oszczędności aby mieć pieniądze na przygody natury damsko-męskiej. Pewnego dnia Liza oświadcza mu że jest w ciąży. Nasz bohater nie daje temu wiary, udaje się w podróż związaną z interesami i już więcej z niej nie powraca. Syn, Hans Spunner rodzi się w Wiedniu w 1914 roku, zostaje austriackim inżynierem, aby zostawszy wiele lat później powołany do Wehrmachtu, zginąć w 1943 roku w Jugosławii, w trakcie walk z miejscowymi partyzantami.

W 1914 roku widzimy naszego bohatera w Zagrzebiu w towarzystwie Teresy Stazner, młodej damy z lepszego towarzystwa. Poznali się przypadkowo w Wiedniu na wyścigach konnych i tak zawiązała się nić sympatii. Teresa stara się pomóc naszemu bohaterowi uniknąć służby wojskowej – bez skutku. Ten, ze swojej strony, stojąc przed komisją poborową usiłuje symulować głuchotę, sprawa kończy się nieomal przed plutonem egzekucyjnym. Z twierdzy wyciąga go wreszcie ustosunkowany ojciec panny Stazner, niestety nie oznacza to zwolnienia od służby wojskowej. W trakcie służby bohater nasz uczy się strzelać i osiąga w tej dyscyplinie zdumiewająco dobre wyniki zdobywając trzecie miejsce w konkursie strzeleckim Cesarskiej i Królewskiej Armii. W końcu zostaje wysłany na front rosyjski i już z niego nie powraca. Z początkiem roku 1915 Tersa Stazner powije bliźniaki, Gabrielę i Paula. Gabriela umiera w kołysce, Paul zostaje później inżynierem.

W 1915 roku możemy spotkać naszego bohatera w Rosji, w okolicy przysiółka Korutowo, dokąd udało mu się akurat szczęśliwie zdezerterować. Spotyka się tutaj z całym szeregiem atrakcyjnych rosyjskich dziewcząt, jak również z młodymi, równie atrakcyjnymi mężatkami. Jedną z nich jest Lusia Sedlowska, kobieta wykształcona i obdarzona wszechstronnymi talentami. Nasz ulubieniec proponuje jej wspólną ucieczkę do Ameryki, Lusia nie reflektuje, bo się boi męża. I słusznie, ten bowiem zastając zakochaną parę w sypialni, tłucze żonę a do uciekającego amanta wali z dubeltówki. Lusia błaga, aby nie bił zbyt mocno, bo jest w ciąży. Syn, Kirył Sedlowski rodzi się jeszcze w 1915 roku, aby później zostać radzieckim weterynarzem.

Poważnie postrzelony, trafia nasz protagonista do lazaretu, gdzie opiekuje się nim pielęgniarka Ira Gligoriewa, z którą już uprzednio łączyły go zażyłe stosunki. Stanąwszy jako tako na nogi, poślubia ją w pobliskim Swiazeńsku. Ira jest zazdrosna o będącą w zaawansowanej ciąży Lusię, co doprowadza do niesnasek, jak również do nawiązania bliższych stosunków z niejaką Darią Andirelową, uroczą lekarką z arystokratycznym rodowodem, gotową dzielić z nim nie tylko łoże lecz również wprowadzić go do lepszego towarzystwa. Ira Gligoriewa umiera w trakcie przedwczesnego porodu. Syn, Sierjoża Gligoriew zostaje później działaczem partyjnym w radzieckim Briamsku.

Po śmierci żony nasz bohater wprowadza się do willi Darii, gdzie obejmuje opiekę nad stajniami. Wkrótce przeprowadzają się oboje do Moskwy, w domu rodziców swej nowej oblubienicy poznaje Olę Kutinę, uroczą studentkę nauk ekonomicznych. Daria Andirelowa pragnie zalegalizowania związku, Ola w zasadzie też, ale się boi tatusia. Z Darią porozumienie jest trudne, źródłem niesnasek są wygórowane żądania finasowe kandydata na męża. W końcu Daria wyrzuca go z domu. Syn, Josip Andrilow przychodzi na świat w 1916 roku. Ginie zestrzelony w 1944 roku nad Berlinem jako pilot radzieckiego bombowca.

Z Moskwy udaje się nasz bohater do St. Petersburga aby odwiedzić Ninę Bazan, najlepszą przyjaciółkę wspomnianej już pobieżnie Oli. Nina ma siostrę bliźniaczkę o imieniu Swietłana, po upływie trzech miesięcy obie zachodzą w ciążę co jest kłopotliwe, ponieważ nasz bohater zaręczony jest z Niną ale zakochał się w międzyczasie w niejakiej Newie o której niestety niewiele wiadomo. Bliźniaczki, aby uniknąć skandalu postanawiają obciążyć odpowiedzialnością za brzemienny stan Swietłany jednego z jej nauczycieli. Sytuacja robi się nieprzyjemna gdy z sejfu rodziny Bazanów giną w niewyjaśnionych okolicznościach kosztowności. Obrażony niesłusznymi jego zdaniem podejrzniami, bohater naszej opowieści wyprowadza się z niegościnnego domu, niestety nie zauważywszy, że w międzyczasie wybuchła rewolucja październikowa. Za brak papierów zostaje zaaresztowany i wysłany na Sybir. Syn, Wladimir Bazan przychodzi na świat w 1918 roku. Zostanie lekarzem w Leningradzie.

W drodze na Syberię udaje się naszemu dobremu znajomemu wyskoczyć z pociągu w okolicach Omska. Otaczają go opieką miejscowi Kirgizi, schronienie znajduje ostatecznie w jurcie zamożnego posiadacza ogromnych stad bydła, niejakiego Zalida Badahura. Badahur ma córke niezwykłej urody o imieniu Zuhra. Nasz bohater zostaje pasterzem i obiecuje Zuhrze ożenek. 18. marca 1918 roku stają na ślubnym kobiercu. Zuhra zachodzi w ciążę. W zorganizowanym przez zwycięską Armię Czerwoną konkursie jeździeckim Zuhra, mimo błogosławionego stanu, zdobywa główną nagrodę: szczerozłotą podkowę. Następnego ranka nasz bohater, z podkową w bagażu podręcznym dosiada konia i udaje się do Omska. Syn Kadi Badahur rodzi się w 1918 roku. Zostanie później inżynierem petrochemikiem w Baku.

Czasy były niebezpieczne. W drodze do Omska nasz jeździec zostaje zaaresztowany, na nic próby tłumaczenia że jest Kirgizem. W trakcie rozlicznych przesłuchań dostrzega nagle urocze dziewczę w mundurze i stwierdza, że chyba się znają. Pelagija Biełołusowa, pseudonim rewolucyjny Polka, też sobie coś przypomina. To ona po raz pierwszy pokazuje mu przechowywaną na piersi fotografię wodza rewolucji Włodzimierza Iliicza. Mimo pewnych nieporozumień wynikłych z przelotnej znajomości naszego bohatera z mieszkającą w sąsiedztwie nauczycielką, niejaką Anną Iwanowicz, wszystko kończy się dobrze. Związek małżeński zostaje zawarty 19 czerwca 1919 roku. Syn Zarko Broz przychodzi na świat tego samego roku, zostaje zawodowym wojskowym i żyje po wojnie w Jugosławii.

Czasy były nadal niebezpieczne, ale też nad wyraz ciekawe. Na pewien czas tracimy naszego bohatera z oczu. W 1934 roku widzimy jak opuszcza więzienie w Omsku i zamieszkuje u prawosławnego biskupa o nazwisku Rozman. Przedstawia się jako inżynier Rudi, Austryjak. W ogrodach biskupich poznaje dziewczę o imieniu Vida. Odkrywają, że łączy ich wspólne umiłowanie muzyki, Vida pragnie udać się do Wiednia aby studiować grę na fortepianie w tamtejszym konserwatorium. W przebraniu uciekają wspólnie przez zieloną granicę. Vida Kogej zostaje studentką, bohater nasz natomiast nawiązuje bliższe kontakty z miejscowymi komunistami. Przyprowadza nawet do domu rozmaite kobiety przedstawiając je Vidzie jako aktywistki i działaczki. Vida zachodzi w ciążę a nasz ulubieniec postanawia ją poślubić. Dochodzi jednak do wniosku, że jego miejsce jest jednak gdzie indziej i opuszcza Wiedeń. Syn, Dymitr Kogej przychodzi na świat w 1935 roku w Wiedniu. Zostanie potem profesorem muzyki.

W 1935 roku widzimy go znów w Moskwie jako pracownika Kominternu. Tym razem występuje pod pseudonimem Walter. Biuro obok zajmuje Elsa Gerlach, pseudonim Rider. Prawdziwa, oddana sprawie komunistka. Zauważywszy, że w jego pokoju pali się światło do późnych godzin wieczornych, Elsa oskarża Waltera o uleganie burżuazyjnym nawykom i zużywanie zbyt dużej ilości energii elektrycznej. Sprawa kończy się na szczęście samokrytyką. Walter zwraca się do Komitetu Wykonawczego Kominternu o pozwolenie poślubienia towarzyszki Rider i pozwolenie otrzymuje. Oboje wprowadzają się do luksusowego jednoizbowego apartamentu z niszą kuchenną wyposażonego nawet w radio. Elsa Gerlach, będąc czujną komunistką nie spuszcza oka ze swego Waltera, przeważnie ku jego niezadowoleniu. W międzyczasie rozpoczął on mianowicie romans z obiecującą aktorką Wasylissą Kowesznikową. Zupełnie nieuzasadniona nieufność Elsy denerwuje go do tego stopnia, że zmuszony jest poinformować organa bezpieczeństwa o jej rzekomych kontaktach z amerykańskimi szpiegami. Jest rok 1937. Elsa znika bez śladu, zdążywszy jeszcze w areszcie urodzić syna Wiktora Gerlacha, dalsze losy nieznane.

Zmiana dekoracji. W 1937 roku widzimy naszego bohatera jak wysiada z pociągu na paryskim dworcu. Na ulicy spotyka kobietę z córeczką. Jeanne Coitier jest młodą wdową, córeczka ma na imię Danielle. Rozmawiają ze sobą po rosyjsku bo tak się składa, że ona zna ten język. Gdyby nie znała, raczej nie mogli by się ze sobą porozumieć.  Ale zna. Jeanne zgadza się udzielać naszemu bohaterowi lekcji francuskiego. Gdy zachodzi w ciążę, nasz pieszczoch dochodzi do wniosku,  że chyba jednak nie lubi dzieci. Kłótnia i rozstanie. Syn, Oliver Coitier ur. 1938 żyje w Paryżu jako fizyk jądrowy.

Zuhra Reuf-Anadolka jest kobietą bajecznie bogatą. Nasz bohater,zajęty konspitracją lecz utrzymujący się z hazardu, postanawia poświęcić jej zatem jak najwięcej szczerego zainteresowania. Jej powszechnie znany i raczej swobodny stosunek do spraw damsko-męskich bynajmniej go nie odstręcza. Za pośrednictwem przyjaciół wynajmuje za pożyczone pieniądze pałac hiszpańskiego markiza  i zdradza  wybrance swego serca, że jest właścicielem kopalni złota w Jugosławii. Nasz nowo wykreowany krezus oświadcza się, oświadczyny zostają przyjęte. Razem udają się do Turcji aby uzyskać zgodę tatusia. Tatuś zgodę wyraża i ślub zostaje zawarty w Paryżu. Lipiec 1937 roku para spędza w podróży poślubnej w Turcji. Po powrocie do Francji, nasz bohater pragnie zamieszkać u żony, ona woli jednak mieszkać w jego pałacu. Na to on oddaje klucze do zamku, oświadczając jednocześnie małżonce, że obiekt sprzedał aby pokryć długi, posiadana zaś przezeń kopalnia złota najzwyczajniej zbankrutowała. Udaje się następnie w podróż do Chorwacji, a gdy wraca musi stwierdzić, że żona w międzyczasie nie tylko nie dochowała mu wierności lecz chyba wprost wręcz przeciwnie. Jest oburzony, dochodzi do kłótni. Zuhra nakazuje służącym wyrzucić go za drzwi. Wspólny syn, Izet Reuf przychodzi na świat w Paryżu w 1938 roku. Zyje później w Stambule jako zamożny turecki kupiec.

W 1940 roku widzimy go ukrywającego się przed Gestapo w wiedeńskim mieszkaniu Herthy Haas, poznanej jeszcze w 1937 roku w Paryżu znajomej. Hertha jest aktywistką działającej w podziemiu partii komunistycznej a poza tym w zaawansowanej ciąży. Z naszym bohaterem oczywiście, który w nie cierpiących zwłoki sprawach musi udać się do okupowanej przez Niemców Jugosławii. Syn, Aleksander Misza Broz , ur. 1941, zostaje oddany do przytułku, miejsce kobiety jest przy boku walczącego z okupantem oblubieńca. Gdy przybywa jednak na miejsce, dowiaduje się, że ten związał się w międzyczasie z jakąś Daworjanką. Taki pech.

W 1941 roku nasz ulubieniec piastuje już stanowisko sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Jugosławii. Jego towarzyszką życia i walki jest oficjalnie niejaka Ljubimka Djodjevic-Buba. Oficjalnie. Daworjanka Paunowic-Zdenka jest jedynie sekretarką. Prawdziwe uczucie nie zna jednak przeszkód i Daworjanka, mimo gwałtownego sprzeciwu Komitetu Centralnego, zajmuje szybko jej miejsce. Po czym zachodzi w ciążę a krótko potem dostaje gruźlicy. Syn, Slawisza Paunowic zostaje umieszczony u serbskich dziadków w miejscowości Foca, a Daworjanka udaje się do ZSSR na leczenie. Zamiast dbać o zdrowie, wygłasza tam płomienne mowy na rozlicznych manifestacjach i wiecach. W 1945 roku bohater nasz wprowadza się – tym razem już na stałe – do prawdziwego pałacu, Dworjankę umieszcza zaś w sanatorium, w którym umrze ona 1 maja 1948 roku. Po jej śmierci oświadczy zgromadzonym towarzyszom, że była to największa miłość jego życia.

Dręczony przez kamicę żółciową i depresję, bohater nasz zamienia się w miarę upływu lat w introwertyka, traci na pewien czas zainteresowanie nowymi związkami i oddaje się nowemu hobby – sprawowaniu niepodzielnej władzy. Jednym z jego pierwszych darów dla miłującego go narodu jest stworzenie obozu pracy dla przeciwników politycznych, w związku z czym, z czasem przeciwników ubywa, a miłujących go poddanych wciąż przybywa. Jovanka Budisavljević (Stevo) umieszczona zostaje w pałacu już w 1945 roku, w jakim charakterze trudno dociec bo Davorjanka jeszcze żyje a nasz ulubieniec interesuje się głównie śpiewaczką operową Zinką Kunc, Ta jednak, jest bardziej zainteresowna rozwojem własnej kariery i daje naszemu bohaterowi, noszącemu teraz na co dzień skromny mundur marszałka, najzwyklejszego kosza. Co gorsza, odmawia wysłuchania jego argumentów, woląc zamieszkiwać sobie z dala od stron rodzinnych w obcym kulturowo Paryżu. Slub z Jovanką odbywa się w 1959 roku. Razem zamieszkują w 40 pałacach, które wdzięczny naród podarował swemu ukochanemu przywódcy. Razem hodują konie wyścigowe, kolekcjonują biżuterię i oddają się wspólnemu hobby jakim jest czyszczenie jego nieprzeliczonych odznaczeń, jedzenie ostryg, podróże po kraju prywatnym pociągiem i spędzanie czasu na rozlicznych luksusowo wyposażonych jachtach. Szczęśliwa codzienność zostanie przerwana raz tylko, gdy małżonka umieszczona zostaje w areszcie domowym pod zarzutem przygotowywania spisku. W tym czasie, w międzyczasie sędziwy już nasz bohater poświęca swój czas śpiewaczce operowej Gertrudzie Munitic. Gdy się z nią rozstanie, Jovanka przywrócona zostanie do łask, a mąż wyda dekret przyznający jej po jego śmierci dożywotnie bajeczne apanaże i przywileje prezydenckiej wdowy.

Wesołe lata siedemdziesiąte XX wieku zbliżają się jednak nieuchronnie ku końcowi. Gospodarka spoczywa w ruinach, w kraju wybuchają pierwsze zamieszki. Latem 1980 roku, mimo wysiłków lekarzy, nasz Casanova umiera w stosunkowo młodym wieku 88 lat. Natychmiast po pogrzebie ojca narodu, wdzięczny naród pozbawia wdowę wszelkich przywilejów i umieszcza ją w areszcie domowym.

Rozpoczyna się czas wielkiego zamętu.

Josip Broz Tito, ulubieniec zachodnich demokratów i twórca Ruchu Państw Niezaangażowanych, kawaler nieomal wszystkich znanych i całego szeregu mniej znanych Krzyży, Gwiazd i Orderów, niepodzielny władca swego kraju przez okres 35 lat zniknął w mrokach historii, z których się uprzednio wyłonił, i mało kto dziś o nim pamięta. Niesłusznie. Gdyby ktoś wpadł na pomysł napisania scenariusza filmowego, którego fikcyjny bohater przypomina postać opisaną powyżej,  uznano by go bez wątpienia za obdarzonego rozpasaną wyobraźnią i skłonnego do niebotycznej przesady fantastę.

Opis zwycięstwa

Marzec 22, 2009

Gdyby dręczony potwornym kacem generał Oskar Potiorek nie spędził wieczoru na pijatyce w klubie oficerskim, a potem w burdelu otyłej Madame Sbebetowic,  lecz jak Pan Bóg przykazał, a zdrowy rozsądek podpowiadał, na łonie rodziny, wypadki potoczyłyby się z pewnością zupełnie inaczej. Ale spędził i teraz wszyscy byli wściekli, najbardziej zaś Rummerskirch, który po wizycie w ratuszu zastąpił Leopolda Loykę za kierownicą krowiastej limuzyny Gräf-Stift. Potiorek już trzy razy zmienił swe instrukcje dotyczące trasy przejazdu do leżącego na drugim końcu miasta lazaretu, w którym na niezapowiedzianą wizytę Arcyksięstwa oczekiwał poraniony odłamkami rzuconego przez terrorystę granatu Merizzi. Gdy w końcu kolumna pojazdów osiągnęła i pokonała Latinsky Most, skołowany zupełnie Rummerskirch, miast pojechać prosto, skręcił  w prawo, w ulicę Franciszka Józefa. Zauważywszy swą pomyłkę zatrzymał automobil i – przy akompaniamencie rzucanych półgłosem przekleństw Potiorka i pełnego irytacji posapywania Jego Arcyksiążęcej Mości – wrzucił wsteczny bieg, rozpoczynając w sposób nacechowany nieudolnością będącą przekleństwem ludzi niepewnych, mozolny manewr cofania. Być może, gdyby za kierownicą siedział dowiadczony Loyka, wszystko zakończyło by się  pomyślnie, nie obeznajomiony jednak z wymaganiami limuzyny Rummerskirch wszystko pomylił i, przy akompaniamencie przeraźliwego zgrzytu umęczonej skrzyni biegów, najzwyczajniej zadławił silnik. Od strony stojących na trotuarze gapiów rozległy się szydercze śmiechy i gwizdy. Na czole  generała Potiorka pojawiły się grube krople potu, a twarz arcyksięcia oblała się purpurą.

Szczęśliwym trafem szybko znalazło się kilku wiernych monarchii przechodniów gotowych popchnąć unieruchomiony automobil. Dołączył do nich młody, cherlawy człowiek ze śmiesznym wąsikiem, do tej pory obserwujący scenę z zalanego słońcem tarasu leżącej parę metrów dalej kawiarni Moryca  Schillera.

Wspólnymi siłami udało się wreszcie nawrócić pojazd i uruchomić silnik. W momencie gdy limuzyna nabierała rozpędu, Zofia (dla jednych Chotek, a dla innych księżna von Hochenberg)  zdołała jeszcze obdarzyć młodego człowieka w wyświechtanym ubraniu  pełnym wdzięczności spojrzeniem.

Gawrił Princip odprowadził znikającą w perspektywie ulicy limuzynę wzrokiem i skierował swe kroki w stronę tarasu kawiarni gdzie oczekiwał go napoczęty uprzednio sandwicz.  Po drodze, mijając kosz na śmieci, pozbył się bez żalu zawiniętego w brudną chustkę do nosa nowiutkiego browninga model FN 1910. Upalne popołudnie 28 czerwca 1914 roku dopiero się rozpoczynało. Gawrił cieszył się na nadchodzący, ciepły wieczór. Nudny, spokojny wieczór spędzony przy dźwiękach bośniackiej kapeli, misce z okraszoną smalcem kaszą i szklance chłodnego piwa.

Latem – a dokładnie 5 lipca 1838 roku – ukazała się drukiem książka nosząca tytuł “Przygody Artura Gordona Pyma z Nantucket”. Zdumiewająca to i zagadkowa z wielu względów opowieść. Mimo iż strony tytułowej nie zdobiło nazwisko autora, wiemy dziś, że jej twórcą był Edgar Allan Poe. W treści, pośród szeregu przerozmaitych zdarzeń, na szczególną uwagę zasługuje historia zabicia i zjedzenia chłopca okrętowego przez zgłodniałego Pyma i jego dwóch towarzyszy niedoli. Chłopiec nazywa się Richard Parker. Poe umiera 11 lat później w niejasnych okolicznościach.

Latem – a dokładnie 5 lipca 1884 roku – jacht o nazwie Mignonette tonie w odległości 1600 mil na północny zachód od Przylądka Dobrej Nadzieji. Czteroosobowej załodze udaje się uratować, niestety bez jakichkolwiek zapasów. Po 19 dniach dryfowania trzech rozbitków zabija i zjada chłopca okrętowego. Konsumenci nazywają się Dudley, Stephens i Brooks , zjedzony nosi nazwisko Richard Parker. Cała sprawa znajduje, po cudownym ocaleniu uczestników posiłku, swój finał przed sądem jej Królewskiej Mości w Londynie, przechodząc do annałów sądownictwa jako przypadek znany później pod nazwą “Korona przeciw Dudleyowi i Stephensowi”.

Józef K. proszony przez dziecko o wyjaśnienie na czym polega rachunek prawdopodobieństwa, jak również jaka jest tegoż prawdopodobieństwa definicja, zaczyna powoli podejrzewać, że chyba nie najlepiej wybrał przykład. Czuje się nieswojo obawiając się, że ogarniające go poczucie zakłopotania jest nieprzypadkowe.

Rozliczne są historie niezłomnych patriotów dawanych młodzieży za wzór przez autorytety moralne i tych, którzy pragnęli, bądź nadal pragną za takowe uchodzić. Gaius Mucius zajmuje miejsce szczególne, pokolenia młodzianków wychowywano w przeświadczeniu, że jak przyjdzie co do czego, to trzeba naśladować i nie ma zlituj. Niezłomny charakter i żelazna wola: Mucjusz Scewola. Oj popularny był ten Scewola w ojczyźnie naszej. Już Kochanowski Jan, będąc samemu w wieku raczej zdziadziałym, stawiał go młodziankom za wzór:

Pali rękę Scewola dla ojczyzny: a my
I w zimną wodę onej włożyć się wzdrygamy?
Nie cierpieć nic, czynić nic – własne polskie dzieło
Bodajże się o takim Polaku nie śniło!

Pomińmy ocenę wartości literackiej i przypatrzmy się aspektom dydaktycznym. Zamiary poety wydają się być jasne. Wniosek powinien nasunąć się młodziankowi automatycznie i utrwalić pod postacią odruchu bezwarunkowego: prawdziwy patriota cierpi. Im więcej cierpi, tym większy zeń patriota. Powoli zaczyna nam świtać, gdzie należy doszukiwać się archetypu romantycznego modelu patriotyzmu straceńczego, gdzie nawet samookaleczenie jest dowodem poświęcenia i powodem do dumy. Ale do rzeczy, przypomnijmy to co uchodzi za fakty. Jest rok 508 przed narodzeniem, od trzech lat – po wygnaniu ostatniego monarchy – w Rzymie panuje rodzaj obywatelskiego samorządu mającego przejść do historii pod nazwą republiki. Lars Porsenna, etruski władca, oblega wraz ze swymi oddziałami miasto, wówczas jeszcze nie wieczne, w celu ujarzmienia i podporządkowania, taka już wredna natura tych królów. Rycerz rzymski Gajus Mucius wykrada się poza mury, wkracza do wrażego obozu z zamiarem zrobienia Porsennie kuku, rzuca się na odzianego w najbardziej efektowne i ozdobne szaty osobnika i przebija go mieczem. To, że miast króla, uśmierca królewskiego sekretarza, potwierdza niestety najgorsze stereotypy rozpowszechniane na temat inteligencji wojskowych. To natomiast, że rzuciwszy się do ucieczki, daje się złapać strażom,  może, choć niekoniecznie musi, dowodzić niedołęstwa. Doprowadzony przed oblicze monarchy przyznaje się bez bicia do zamiaru królobójstwa, po czym pakuje prawicę w płonący żar i przy akompaniamencie skwierczącego mięsa wygłasza swe słynne przemówienie na temat miejsca odwagi cywilnej w panteonie rzymskich wartości, swych własnych motywów oraz ilości współobywateli, którzy – co raczej nie rokuje monarsze długowieczności – z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem za jego, Muciusa przykładem podążą. Moment ten wywarł na potomnych tak duże wrażenie, że uwieczniony został przez ponad dwa tuziny renesansowych i barokowych artystów, wymieńmy tylko dla porządku Tintoretta, Schviavone, Lebruna, Rubensa i VanDycka. Scena przedstawiana była nieomal zawsze w ten sam sposób: panowie Gajus Mucius i Lars Porsenna stoją sobie odprężeni i zagłębieni w pogawędkę, przy czym ten pierwszy – mimo trzymanej w ogniu i ulegającej powolnemu zwęgleniu kończyny – śmiecha się uprzejmie. Nieopodal leżą zwłoki lubującego się w modnych strojach sekretarza, ale nikt nie zwraca na nie szczególnej uwagi. Słowem splapstick w najczystszej postaci.

Dalszy przebieg wypadków jest ogólnie znany. Panowie dochodzą do porozumienia, król życzy naszemu bohaterowi dużo szczęścia w życiu osobistym i sukcesów w zawodowym, po czym, uznając wyższość moralną bohaterstwa rzymskiego nad etruskim, postanawia zwinąć namioty i się odalić. Mucius waraca do Rzymu, otrzymuje (co jest zrozumiałe) przydomek Scaevola i szmat ziemi na Zatybrzu w charakterze gratyfikacji.

Zabawną tę, aczkolwiek mało prawdopodobną  historię zawdzięczamy najprawdopodobniej wyobraźni autora wiekopomnej Historii Rzymu, Liwiuszowi. Niewykluczone, że również Dionizos z Halikarnasu maczał tutaj swe palce, jednym słowem: dziś nie sposób już dociec który zmyślił, a który tylko odpisał. Obaj żyli w czasach Augusta, gdy zapotrzebowanie na wspaniałą, dorównującą współczesności przeszłość było ewidentne. Tacyt w każdym razie twierdził, że chodzi tu o problematyczny rodzaj legendy, problematyczny bo Porsenna zdobył i podporządkował sobie Rzym nie napotykając przy tym zresztą większych trudności. Szereg historyków podzielało ten pogląd, tym bardziej, że nazwisko Scaevola pojawiło się dopiero pod koniec III wieku p.n.e., a przedstawiciele rodu nosili, wszyscy bez wyjątku, imiona Quintus i Publiusz.

Dlaczego przez wieki otaczano podziwem i stawiano młodzieży za wzór matoła, którego jedynym osiągnięciem było historycznie nieuzasadnione samookaleczenie, pozostanie dla próbującego myśleć racjonalnie czytelnika tajemnicą. Szczególnie, gdy uświadomimy sobie dobrze – zarówno przez historyków jak i przez antropologów kultury – udokumentowany fakt: w VI i V wieku p.n.e. w kręgu kultur latyńskich, karano przypaleniem prawej dłoni zdrajców, złodzieji i krzywoprzysięzców.

Geld ist nicht wichtig. Hauptsache man hat welches.
Karl Valentin

Kropotkin postanowił przyjrzeć się uważniej światowym finansom. Przyglądanie się wprawiło Kropotkina w lekką depresję i dlatego postanowił przypatrzyć się dla odmiany finansom własnym. Dylemat, czy wpierw poświęcić chwilę cennego czasu pakietowi posiadanych akcji, czy też raczej stanowi oszczędności, nie był dylematem trudnym bo oszczędności już nie posiadał. Rozeszły się ostatnio. Jakoś tak.
– A zatem – pomyślał – zacznijmy od akcji.
Sądził, że nic już nie jest w stanie nim wstrząsnąć, ale najwidoczniej było to przekonanie błędne.
– Ciężko przyszło – mruknął przypatrując się ruinom – ale za to łatwo poszło.

Ponieważ dalsze przypatrywanie się nie miało większego sensu, Kropotkin postanowił oddać się rozmyślaniom na temat upadku Konstantynopola w 1453 roku. Oblężenie zakończyło się dla obleganych raczej niekorzystnie, ponieważ ktoś przed kolejnym szturmem zapomniał zamknąć furtkę. Prawdopodobnie odźwierny miał słaby dzień. Ponieważ tę część mieszkańców, która nie została pognana na targ niewolników, Turcy natychmiast po zdobyciu miasta wyrżnęli co do nogi, do dzisiaj nie udało się ustalić, kto był winien tego drobnego zaniedbania. Innymi słowy, sprawcy tego zabawnego qui pro quo najzwyczajniej się się upiekło.
– Wszystko ma swe złe i dobre strony – pomyślał Kropotkin – najważniejsze to dostrzegać te dobre i nie tracić nadziei. Na przykład taka szklanka. Może być ona, proszę szanownej publiczności albo do połowy pełna albo do połowy pusta. Ha!
Zdumiony oryginalnością tego spostrzeżenia uniósł butelkę do spragnionych ust. Szklanki zostały co do ostatniej wytłuczone przez rozochoconego Zajcewa w trakcie zeszłotygodniowej libacji.

Niekończący się korowód postaci wątpliwego autoramentu otwiera niejaki Filipiddes. Jeśli wierzyć spisującemu swe relacje 60 lat po bitwie Herodotowi, dziwny ten człowiek miał jakoby na zlecenie Militiadesa pobiec z Maratonu do Sparty w celu sprowadzenia posiłków, tak potrzebnych do pokonania niedobrych Persów. Spartanie, zajęci akurat świętowaniem, nie wystawili posiłków lecz zaofiarowali posłańcowi dobre słowo i wyrazy solidarności z bratnim ludem ateńskim. Tyle historyk. Jak się skończyła bitwa wiadomo powszechnie, jak skończył Militiades również. Wdzięczność pobratymców była bezgraniczna i niepohamowana, Militiades został uczczony z należytą pompą, aby następnie zgnić w ateńskim więzieniu. Szczegóły zawdzięczamy Neposowi, pewnie tak było.

Maraton od Sparty dzieliło 245 kilometrów, Filippides nie mógł jednak tego w żaden sposób wiedzieć, ponieważ kilometr wynaleziono znacznie później. Gdyby wiedział, najprawdopodobniej by się przestraszył i nie dobiegł. Według Herodota posłaniec potrzebował na przebycie dystansu dwa dni i dwie noce. Szacowny ojciec greckiej historiografii nie wspomina, czy Filipiddes pobiegł natychmiast z powrotem, czy też bitwa odbyła się bez jego udziału.

W jaki jednak sposób nasz Filipiddes pojawia się ponownie w opisie bitwy autorstwa żyjącego 500 lat później Plutarcha i znów biegnie, tym razem w pełnej zbroi ale w zupełnie innym kierunku, pozostanie na zawsze tajemnicą bajkopisarzy uznawanych dziś przez nas z braku rozsądnych alternatyw za historyków. Tym razem droga wiedzie do Aten, reszta znana jest z rozlicznych opisów, przeważnie autorstwa pisarzy z zamiłowaniem do powierzchownego ale efektownego wspominania dziejów bądź spragnionych taniego patosu poetów. Filippides biegnie, biegnie, biegnie aby w końcu wbiec na Areopag, wrzasnąć „zwycięstwo!” i skonać na oczach licznie zgromadzonej widowni.
Tutaj nasuwa się dużo pytań – chociaż od razu powinniśmy uczciwie przyznać, że nie należy raczej spodziewać się sensownej odpowiedzi. Czym tłumaczyć niepojęty spadek formy posłańca? Dlaczego nie zdjął zbroi, lecz wybrał się w drogę objuczony jak wielbłąd? Bez rynsztunku byłoby przecież łatwiej, a koledzy na pewno by popilnowali. I najważniejsze: jakim bezgranicznym idiotą musi być osobnik, poświęcający swe życie aby zakomunikować innym to, o czym prędzej czy później tak czy owak by się dowiedzieli? Przyjmijmy już lepiej, że Plutarch (a za nim Lukian) historię tę najzwyczajniej zełgał. Rzuca to nowe światło na postać Quentina Tarrantino, który powinien być w obliczu powyższego postrzegany przez nas jako kontynuator tradycji klasycznego dziejopisarstwa. Ale co tam.

Nie zmienia to jednak faktu, że 1750 lat później, 10 kwietnia 1896 roku, dla uczczenia wymysłu hellenistycznego mitomana, Pierre de Coubertin wzywa grupę bogu ducha winnych entuzjastów lekkiej atletyki do powtórzenia wyczynu Filippidesa. Coubertin sam nie biega, jako palacz cygar i smakosz lubi przypatrywać się jak biegają inni. Maraton dzieli od Aten 37 kilometrów, po zaokrągleniu wychodzi Coubertinowi 40, do startu, gotowi, hop. Na metę wbiega (po dwóch godzinach, pięćdziesięciuośmiu minutach i pięćdziesięciu sekundach) Spirous Louis, wieśniak biegnący nie ze względu na wrodzony entuzjazm, lecz dlatego, że nie miał innego wyjścia. Pełniąc akurat zasadniczą służbę wojskową, nie potrafił odmówić życzeniu bezpośredniego przełożonego. Po zwycięstwie Louisa naród grecki oszalał z radości, a obdarzony przez naturę zdumiewającą siłą perswazji major Papadiamantopoulos dostał z rąk króla odznaczenie. A Coubertin zostaje nawet baronem. Jak widać, zwyczaj nagradzania osób mających ze sprawą niewiele wspólnego, był już wówczas nader rozpowszechniony.

O ile jednak Sz. P. pragną się dowiedzieć, dlaczego współcześni męczennicy począwszy od 1908 roku muszą biec po przebyciu 40 kilometrów jeszcze dwa kilometry z hakiem, to proszę bardzo, odpowiedź jest nader prosta. W 1908 roku, igrzyska olimpijskie odbywały się w akurat Londynie, a otyli oraz rozleniwieni członkowie rodziny królewskiej nie mieli najmniejszej ochoty na opuszczanie w słoneczny, upalny dzień wschodniego tarasu Pałacu Buckingham. Dystans wydłużono zatem dla wygody Jaśniepaństwa. I tak już zostało.

Można i tak.

Marzec 2, 2009

Noc była duszna, upalna i obfitująca w rozrywki dla dorosłych.
Nad ranem, krótko przed świtem, nadszedł wreszcie sen. Sen był z początku lekko zamazany, ale po chwili obraz się wyostrzył. Brzeg Nilu. Kołyszące się zarośle papirusu. Plusk wody.
Nagle z Nilu zaczęły wyłazić tłuste, spasione krowy.
– Tylko nie znowu te krowy – jęknął Józef – wszystko, tylko nie krowy.
Krowy posłusznie zawróciły i zniknęły w odmętach.
Józef, uspokojony rozwojem wypadków, objął ramieniem talię żony Putyfara i spał dalej cicho pochrapując. Na zewnątrz, za okiennym otworem, powoli budził się dzień.

Empatia może przybierać zadziwiające formy. Zadzwiające niejednokrotnie nawet dla tego, kto ją odczuwa.

Nieuchronne i mimowolne uczucie niepewności i zagubienia, ogarniające ludzi głęboko wierzących, w momencie gdy zostają skonfrontowani z historią pierwszych wieków chrześcijaństwa, powinno skłaniać nas do pełnej współczucia refleksji. Czy jednak skłania?

Począwszy od nadprzyrodzonego wniebowstąpienia Nazareńczyka, rozpoczyna się trwający dwa stulecia nieustający festiwal cudów i zjawisk niemożliwych do ogarnięcia rozumem. Głoszący chwałę Pana apologeci nowej religii wskrzeszają zmarłych, pomnażają w razie potrzeby dobra doczesne, uzdrawiają nieuleczalnie chorych z łatwością muszącą zawstydzać ówczesnych lekarzy, władają biegle obcymi językami mimo braku znajomości tychże, widzą rzeczy, których nie ma i sprawiają, że niemożliwe i nieistniejące objawia się w miarę potrzeby również niedowiarkom. Nie zawsze wprawdzie, ale wystarczająco często, aby rzesza owieczek wzrastała w tempie postępu geometrycznego. Można wręcz odnieść wrażenie, że wobec cudotwórczej apostolskiej wszechmocy, śmierć męczeńska była raczej kwestią kaprysu, luksusem wynikającym z osobistej decyzji lub wynikiem radosnego dążenia do uzyskania wiecznej chwały, niż smutną, wynikającą z niezasłużonych represji koniecznością.
Gibbon trafnie zauważył, że w czasach szerzącego w Galii chrześcijaństwo Ireneusza, pod koniec II wieku , nawet wskrzeszania zmarłych nie uważano już za wypadek niezwykły. Cud ten był zjawiskiem częstym i powodowanym przez wspólne błagania wiernych miejscowego Kościoła połączone z postami i umartwianiem powłoki doczesnej. Nie aż tak może częstym aby prowokować ziewanie znudzonych powszedniością aktu wiernych, lecz wystarczająco powszednim aby skłaniać coraz rzadszych sceptyków do formułowania bezczelnych rządań.
Czytamy zatem:
„Pewien Grek szlachetnego rodu oparł na tej doniosłej podstawie wszystkie swe argumenty przeciwko chrześcijaństwu, przyrzekając Teofilowi, biskupowi Antiochii, że natychmiast przyjmie religię Chrystusową, jeśli będzie miał satysfakcję, ujrzenia choćby jednej osoby rzeczywiście zmartwychpowstałej. Godnym uwagi jest fakt, że ten najwyższy duchowny pierwszego Kościoła wschodniego, jakkolwiek bardzo mu zależało na nawróceniu przyjaciela, uznał za stosowne odmówić jego słusznemu i uzasadnionemu wyzwaniu“
E. Gibbon „Moce cudotwórcze pierwotnego kościoła“ w „Upadek cesarstwa Rzymskiego, II, ss. 27-31

Festiwal cudów i zjawisk nadprzyrodzonych ustał tak samo raptownie jak się rozpoczął – a mianowicie natchmiast po edykcie Konstantyna instalującym chrześcijaństwo jako powszechny obowiązek poddanych, czyli w momencie instytucjonalizacji nowej wiary. Cuda przestały być konieczne, czas łagodnej perswazji i nieodpartych argumentów przemiął, nawrócenie niewiernych można było wreszcie wymusić siłą. A opornych poddać nieodzownym sankcjom, do złudzenia przypominającym stosowane uprzednio wobec chrześcijan.
I w tym momencie człowiek głęboko wierzący powinien zacząć mieć poważny dylemat. Raptowne pozbawienie Ojców Kościoła mocy cudotwórczych, rzuca niezbyt korzystne światło na domniemany charakter chrześcijańskiego Boga, który najwyraźniej nagle, nieomal z dnia na dzień postanowił pozostawić wiernych sam na sam z ewentualnymi wątpliwościami, zmuszając tym samym zwolenników opartej na koncepcji miłości bliźniego doktryny, do stosowania narzędzi przemocy, z paleniem ewentualnych sceptyków żywcem włącznie.

Wierzącemu pozostaje jedynie niezłomna wiara w to, że niezbadane są wyroki opatrzności. Agnostyk zaś zaryzykuje z uśmiechem twierdzenie, że Bóg chrześcijan postanowił najwidoczniej być wygodny lub złośliwy.Trudno bowiem założyć, że się nagle zmęczył.

%d blogerów lubi to: