Pan Kotek nie miał powodów do śmiechu. Pan Kotek był chory i leżał w łóżeczku. I przyszedł pan Doktor i nic nie powiedział, tylko pokiwał głową i znów sobie poszedł, bo miał dużo innych ważnych, nie cierpiących zwłoki zajęć. Choroba kotka pasowała do nich jak pięść do nosa. Poza tym pan Doktor podejrzewał, że pan Kotek – podobnie jak większość jego pacjentów – jest symulantem. Niskie mniemanie o pacjencie, jak również ugruntowane przekonanie o błahości jego schorzeń nie przeszkadzało mu jednak domagać się stosownego honorarium.

Pan Kotek (ze swojej strony) uważał pana Doktora za leniwego hochsztaplera. Gdy o nim opowiadał krewnym bądź znajomym, używał przeważnie sformułowania “ten zachłanny felczer”. Było to najłagodniejsze z wszystkich używanych przez pana Kotka sformułowań, innych nie przytoczymy – bo i po co.
Poza tym pan Kotek, nasłuchawszy się opowiastek, że praca pana Doktora nie jest pracą, lecz służbą, uważał że mu się należy. Jest chyba zbytecznym nadmieniać, że pan Doktor nie podzielał tego zdumiewająco naiwnego poglądu.

I tak sobie koegzystowali: pan Kotek wieszał psy na panu Doktorze, ten zaś rewanżował się niską jakością świadczonych usług przy jednoczesnym wygórowanym mniemaniu dotyczącym ich wartości. I żyli by sobie długo i szczęśliwie gdyby pan Doktor nie zmarł nagle na zawał serca. Co dla pana Kotka -bądźmy szczerzy – było rodzajem afrontu.

Obecnie pan Kotek żyje w stanie nieustannego dyskomfortu, a czasem nawet strachu. Negatywne emocje wynikają z faktu, że na wypadek ponownego pojawienia się dolegliwości, nie będzie miał na kogo narzekać.

Drogie dziatki, pamiętajcie: jeśli (w przyszłości) usłyszycie propozycję wzięcia udziału w poważnej dyskusji na temat roli służby zdrowia, jakości jej świadczeń, sprawiedliwości lub niesprawiedliwości systemu ubezpieczeń zdrowotnych, knowań lobby farmaceutycznego,
tego co pomaga, a co nie pomaga na to i owo – nie strońcie od trudnych tematów. Pamiętając, że jeszcze nigdy i nigdzie nie wynaleziono systemu, który zadowoliłby tych, których on dotyczy.

Reklamy

O rybaku i złotej rybce

Październik 6, 2010

Krótka preambuła (można pominąć)

Bajki mają to do siebie, że nie przygotowują dzieci do życia takiego jakim ono jest, lecz do takiego, jakie – zdaniem bajarza – być ono powinno. Rezultaty widoczne jak okiem sięgnąć. Frustracja, skłonność do nieuzasadnionej agresji, używek, byle jakiego seksu z przypadkowymi partnerami, a w szczególnie poważnych przypadkach nawet do nadużywania telewizji i gier komputerowych. Jak zwykł mawiać po niemiecku dobrze znający ten język Goethe: schlimm, schlimm.

Konfrontacja bajecznej rzeczywistości napotkanej w wieku pacholęcym, z rzeczywistością rzeczywistą okresu późniejszego, może mieć charakter głęboko traumatyczny i prowadzić, w wybranych przypadkach, do poważnych i opornych na terapię nerwic. Ten –  zadowalający jedynie psychoanalityków paradygmat –  stanowczo domaga się odwrócenia. Bajki powinny przygotowywać dziecię do życiowego scenariusza typu „worst case”. Potem, nawet najmniejsza odmiana od spodziewanej niedoli, stanowić będzie źródło niespodziewanego szczęścia, wdzięczności, a może nawet trwałej satysfakcji.

A zatem, jak mawiali wykształceni Rosjanie w czasach Lwa Tołstoja: A l’ouvrage , Du courage ! Dieu t’aidera !.

O rybaku i złotej rybce.

Był sobie rybak, który miał bardzo nierozsądną żonę. Była do tego stopnia nierozsądna, że w zasadzie można by powiedzieć, że była głupia. Bywają gorsze nieszczęścia, niż głupia żona, żeby wymienić choćby głupiego męża. Albo, przepraszam drogie dzieci za wyrażenie, głupiego konkubenta. Ale nie odbiegajmy.

Pewnego dnia, rybak miał więcej szczęścia niż w pozostałe dni i złowił flądrę. Flądra poinformowała go, że tylko wygląda jak flądra, ale tak naprawdę to jest zaczarowanym księciem i jeśli zwróci jej wolność, to spełni ona każde jego życzenie.

– Każde, ale to każde – zapewniła. I nie wiadomo dlaczego mrugnęła do rybaka obleśnie lewym okiem.

Rybak, który w dzieciństwie słyszał już podobną historię, nie namyślał się długo. Wrzucił flądrę do wody, a ta odpłynęła. Dopiero wówczas przypomniał sobie, że nie wyraził żadnego, nawet najskromniejszego życzenia. Udał się więc, chcąc nie chcąc, do swej obskurnej, walącej się chatki, gdzie już czekała na niego głupia i swarliwa małżonka..

Po tym godnym wzmianki wydarzeniu, rybak i jego żona żyli krótko i raczej nieszczęśliwie. Często się kłócąc. Wkrótce rybak zmarł na zawał, pozostawiając żonie pokaźne długi i zepsuty telewizor.

Nie wiemy co się stało z żoną. Prawdę mówiąc, niespecjalnie nas to interesuje.

—–

Tekst powyższy jest (w pewnym sensie) kontynuacja rozpoczętego niegdyś cyklu pt. „Bajki dla niegrzecznych dzieci”. Wchodząc jeszcze raz do tej samej rzeki, starałem się – nie rezygnując z wrodzonej złośliwości – dorobić do cyklu (patrz preambuła) pożyteczną ideologię. Chyba nie wyszło.

A mad tea party revisited

Grudzień 14, 2009

– Bo oni wszyscy tacy – powiedział Marcowy Zając – chodzi im tylko o jedno!

– Niewykluczone – powiedział Szalony Kapelusznik – że chodzi im głównie o herbatę. Lub herbatniki.

Na odgłos słowa „herbatniki” Suseł obudził się i zaczął przyglądać się Alicji z uwagą graniczącą z natarczywością.

– Czy ktoś – ziewnął – czy ktoś mówił coś o melasie?

– Jedno tylko mają w głowie – dorzucił Marcowy Zając – i nie jest to melasa.

– Acha – mruknął rozczarowany Suseł. I zasnął.

Przez chwilę panowało milczenie. Ciszę przerywało jedynie wymowne siorbanie Szalonego Kapelusznika. I szelest tkaniny. Alicja poczuła nagle dłoń smutnego sąsiada w oklicy gdzie kończyła się podwiązka, a zaczynał brak podwiązki.

– O jedno im chodzi – powtórzył ponuro Marcowy Zając

– Jest taka zagadka – przerwał Szalony Kapelusznik – chodzi w niej o…

-Melasę!!? – ożywił się suseł

– Nie – odparł Kapelusznik – nie o melasę. I o to, co ma na myśli Marcowy Zając, również nie.

– Czy mógłby Pan zdjąć rękę z mojego kolana – zapytała Alicja – łaskocze mnie pan!

– To nie jest kolano – zauważył smutny sąsiad.

– A ten Dodgson to znów… – zaczął Marcowy Zając, ale pod wpływem spojrzenia Kapelusznika natychmiast zamilkł.

Alicja miała dziwne wrażenie, że powinna jeszcze coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedziała co.  Dłoń smutnego sąsiada powoli wędrowała w rejony nie związane z podwieczorkiem. Wbrew pozorom nie było to przyjemne.

Noc Nr. 345. Do poduszki.

Listopad 24, 2009

Pewien przesławny król polecił ogłosić ludowi, że „każdemu, kto odważy się dać żebrakowi jałmużnę, obcięte zostaną obie dłonie”. Poddani, przejęci trwogą, przestali dawać jałmużnę i ku smutkowi Allaha nikt nikomu nie ważył się podarować nawet okruszków chleba.

Zdarzyło się jednak, że do pewnej niewiasty zbliżył się żebrak (a zaprawdę cierpiał dotkliwy głód i niedostatek) i powiedział: daj mi czcigodna niewiasto drobny datek, albowiem cierpię głód.

Tu Szeherezada przerwała opowieść, bo za oknem widoczna była jutrzenka i pokornie czekała na królewski wyrok. Król zaś, ciekaw dalszego ciągu, łaskawie pozostawił ją przy życiu aż do momentu gdy zapadła

noc trzysetna i czterdziesta i piąta.

a Szeherezada podjęła swą opowieść tam gdzie ją przerwała.

– Jakże bym mogła dać ci jałmużnę miły żebraku – rzekła kobieta – skoro nasz dobrotliwy władca zapowiedział, że każe mi wówczas obciąć dłonie?

– Błagam Cię o jałmużnę w imię Allaha sprawiedliwego – zaklinał ją żebrak.

– Allaha? W takim razie, to co innego – odparła niewiasta – w takim przypadku nie widzę problemu. Proszę oto dwa kawałki chleba. I smacznego życzę!

Gdy wieść o tym zdarzeniu dotarła do króla, ten wezwał niewiastę przed swoje oblicze i polecił uciąć jej obie dłonie. Tak się też stało, rach ciach i po sprawie. Pozbawiona rączek powróciła do domu rodzinnego. Król zaś, jak to bywa w zwyczaju orientalnych władców, rozesłał sługi w cztery strony świata w celu wzbogacenia swego haremu o nowe atrakcje. Dla odmiany życzył sobie żony nie tylko pięknej, ale również mądrej i obdarzonej łagodnym charakterem. W końcu, po długich poszukiwaniach, znaleziono odpowiednią kandydatkę. Nawet mamusi króla się spodobała.

– Jest tylko mały problem – powiedział Wielki Wezyr – ona ma pewien mały mankament.

– Jakiż to? – zainteresował się władca

– Nie ma obu rąk. Obcięte.

– Niech rzucę okiem – ożywił się król.

Przyprowadzono zatem niewiastę przed oblicze monarchy, a ten – olśniony jej wdziękiem i urodą – natychmiast ją poślubił. Radości było co niemiara. Oblubieńcy radowali się, drogie dzieci, do tego stopnia, że wkrótce kobieta bez rąk powiła synka. Nie pytajcie co to znaczy powiła, powiła i już. Szczęście małżonków nie trwało jednak zbyt długo, pozostałe żony króla, zazdrosne że aż strach,  oczerniły ją przed władcą, no przecież mówię, oczerniły. Król się strasznie zdenerwował i polecił wygnać kobietę bez rąk na pustynię. Dzieciątko mogła zabrać ze sobą. Szła przez tę straszną pustynię, szła – nie płacz gówniarzu – aż doszła do wielkiej rzeki. Ponieważ była spragniona, uklękła przy brzegu i pochyliła się, aby napić się wody, niestety przytwierdzone do jej grzbietu niemowlę wpadło – plusk – w odmęty. I tyle je widziała.

Dokąd uciekasz, natychmiast wracaj do łóżka. Natychmiast! Człowiek sobie żyły wypruwa, czyta bajki po nocach, a niewdzięczny bachor ni z tego ni z owego ucieka. Wracaj natychmiast!!!!

Osobom, które posądzą mnie o chorą wyobraźnię, pragnę polecić (ponowną) lekturę Baśni z 1000 i jednej nocy. Pierwowzór uroczej baśni do znalezienia np. tutaj.

 

Puchatek był w zasadzie za. Krzyś i Tygrysek też. Krzyś nawet bardzo.

Kłapouchy i Kangurzyca byli przeciw. To jednak nie powinno nikogo dziwić, Kłapouchy niemal zawsze był przeciw. Gdzieś coś słyszał i niepokoiło go to coś. Zapytany o szczegóły, wymruczał coś o wpływie planet na jakość szczepionki. Problemem była Kangurzyca. Ze względu na jej ośli upór, dyskusje ciągnęły się w nieskończoność. Kangurzyca przeczytała w gazecie, że szczepionka może zaszkodzić Maleństwu i domagała się gwarancji. Ponieważ zapomniała tytułu gazety, nikt nie rozumiał do końca o jakie gwarancje jej chodzi. Ona chyba też nie.

A potem Prosiaczek zachorował na grypę i żarty się skończyły.

– Umieram! –  oświadczy zebranym u wezgłowia przyjaciołom.

Krzysiu poczuł ulgę. Obóz zwolenników szczepień ochronnych rósł w siłę. Teraz należało tylko spokojnie poczekać na dalszy rozwój wypadków.

Dzisiaj bajka o nietrudnym do odgadnięcia morale.  A zatem: „Nowe szaty cesarza”

——

Dawno, dawno temu, na dwór cesarski przybyło dwóch tkaczy i zaprezentowało władcy cudowną tkaninę.  Jej cudowność polegała na tym,  że jedynie ewidentni głupcy nie byli w stanie jej zobaczyć. Tkanina spodobała się Najjaśniejszemu Panu nadzwyczaj.  Do tego stopnia, że zapragnął aby uszyto mu z niej nową szatę. Życzenie władcy było rozkazem – garderoba cesarska wzbogaciła się o nowy, lekki, praktyczny, a zarazem wzbudzający powszechny podziw strój.

Gdy cesarz prezentował swe nowe szaty ludowi, ten wpadł w zachwyt graniczący z euforią. Ochom i achom nie było końca. Jakiś mały gówniarz usiłował wprawdzie zakłócić uroczystość, ale – ku zadowoleniu ogółu – szczęśliwie udało się go skutecznie uciszyć.

Minęły lata. Z chwilą pojawienia się przemysłu, ubrania z cudownej tkaniny skierowano do masowej produkcji. Obecnie cieszą się szeroką popularnością i można je nabyć po przystępnej cenie.



Zaniedbywanie najmłodszych czytelników jest karygodne. Najwyższy czas to naprawić. Dzisiaj: „Pasikonik i Mrówka”.

——

Był sobie pewnego razu pasikonik, stworzenie wesołe i beztroskie. Całymi dniami radował się i oddawał rozmaitym przyjemnościom takim jak jedzenie, picie, śpiew i niepohamowany seks.

Nie uszło to uwadze zamieszkującej w bezpośrednim sąsiedztwie mrówki. Mrówka była pilna, pracowita i przewidująca. Krótko mówiąc: poukładana. Wiedziona miłością bliźniego, mrówka postanowiła zwrócić uwagę pasikonika na irracjonalność jego zachowania. I zwróciła.

– Oddal się ode mnie mrówko – powiedział pasikonik. Należy zaznaczyć, że pasikonik użył innego sformułowania, ale sens był zbliżony.

Mrówka, pełna chęci czynienia dobra, nie zamierzała zrezygnować. Włóczyła się za pasikonikiem zrzędząc i rozpościerając przed nim ponure wizje naznaczonej głodem i nędzą przyszłości. Jej poczucie misji było tak silne, że zaniedbała wszelkie inne obowiązki, w tym niestety również – gromadzenia zapasów na zimę.

Gdy nadeszły jesienne chłody, jej sytuacja stała się nie do pozazdroszczenia. Przed nadejściem mrozów nabawiła się grypy, a potem zapalenia płuc i umarła.

Nie wiemy co stało się z pasikonikiem. Podobno pożyczył pieniądze i wyjechał do ciepłych krajów. Ale czy można wierzyć wszystkiemu co ludzie wygadują?

 

 

%d blogerów lubi to: