Wielkość dzieła bywa kwestią dyskusyjną. To co jedni postrzegają jako wielkie, dla innych może być znacznie mniejsze. A czasem nawet małe. Z liczbami jednak trudno dyskutować. Czterdzieści dwa metry kwadratowe to przecież – jakby na to nie patrzeć – nie w kij dmuchał. Trzypokojowe mieszkanie za późnego Gierka. Dzieło wisi w Muzeum Narodowym w Warszawie i uznawane jest, wbrew zgodnym w zasadzie opiniom fachowców, że raczej tak nie jest, przez większość rodaków za arcydzieło. Fachowcy swoje, szary obywatel swoje. Od lat. Ciekawy i zasługujący na uwagę fenomen.

Wyszydzanie „Bitwy pod Grunwaldem“ autorstwa Jana Matejki ma długą i sławetną tradycję, my jednak nie dołączymy do peletonu parodystów i prześmiewców. Byłoby to zbyt łatwe, chociaż z drugiej strony, kto nie chciał by znaleźć się w tym znamienitym towarzystwie? Prus (Bolesław), gdy pokazano mu obraz, zauważył z przekąsem, że „w tym ścisku można by co najwyżej wyciągać portmonetki, a nie walczyć “. Aleksander Swiętochowski zwykł mawiać, że mu się robi duszno na sam widok tej ilości tkanin, Wyspiański nie mógł się powstrzymać i narysował swój powszechnie znany komentarz.  Zarówno Boy Żeleński jak i Karol Irzykowski, którzy nigdy w żadnej sprawie nie byli ze sobą zgodni, harmonijnie twierdzili, że to „nie obraz lecz obraza“. Nie mogli się jednak porozumieć co do kwestii, czy bardziej zmysłu estetycznego, czy raczej inteligencji odbiorcy. Co na temat dzieła twierdził Stanisław Witkiewicz pomińmy lepiej wstydliwym milczeniem. A zaraz po wojnie, Władysława Strzemińskiego malowidło „mdliło“, również z przyczyn pozaartystycznych. Nie ma w historii polskiego malarstwa dzieła, które bardziej by łączyło artystycznych rodaków. Zastępy twórców natrząsały się (zgodnie) z płótna, powstawały przedziwne koalicje i sojusze, po tej samej stronie linii frontu znaleźli się np. Edward Krasiński, Stanisław Bareja, „Łódź Kaliska“, Edward Dwurnik i Katarzyna Kozyra.

Gwoli (przepraszam) ścisłości, należy jednak wspomnieć, że dzieło miało również swych zagorzałych obrońców i wielbicieli. Zaobserwować można przy tym interesujące zjawisko: krytycy sztuki podkreślali „ogromną wiedzę historyczną autora“ podczas gdy historycy zwracali uwagę na wybitne walory artystyczne. Jest to w jakiś sposób zrozumiałe.

Pierwszym nie przeszkadzało zupełnie, że na obrazie dzieją się rzeczy przedziwne. Nieobecny pod Grunwaldem (późniejszy) husyta Jan Žižka potyka się z równie nieobecnym wicemistrzem Henrykiem von Plauen, furkoczą husarskie skrzydła, rycerze odziani są w późnorenesansowe zbroje dekoracyjne, Wielki Książę ma na sobie zaprojektowany i uszyty na zamówienie Matejki cudaczny strój i kołpak, a żeby było zupełnie śmiesznie przepasany zostaje przezeń dodatkowo taśmą od wiszącego w przedpokoju artysty dzwonka. Alegorystę się usprawiedliwia. Alegoryście się wybacza.

Drudzy wskazywali na gęstość i sugestywność artystycznego przekazu, przechodząc jednocześnie do porządku dziennego nad wstydliwym faktem, że postacie (odziane w stroje z różnych epok, ze starannym pominięciem późnego gotyku), kłębią się w sytuacji pozostającej w rażącej sprzeczności do chronologii przebiegu bitwy opisanej przez Długosza. Według panującego bowiem dogmatu, Matejko miał malować z kronikami Długosza w ręku, co może dziwić zważywszy, że artysta zmuszony był porzucić Gimnazjum św. Anny w wieku lat 13, ze względu na marne postępy w nauce m.in. łaciny, a Kroniki zostały opublikowane w tłumaczeniu na język polski dopiero w XX wieku. Ale co tam. Króla polskich malarzy się nie krytykuje za drobiazgi.

Zresztą podobne fenomeny zaobserwować można było nie tylko w naszej ojczyźnie. Gdy obraz został w 1880 roku zaprezentowany w Paryżu, recenzje w tamtejszej prasie były nieomal jednogłośnie miażdżące i (w najłagodniejszych przypadkach) wskazujące na to, że autorowi pomyliła się sztuka z muzeum. Wyjątek stanowił artykuł w konserwatywnym „Le Gaulois“, w którym krytyk zadał sobie sam pytanie, czy jest to wielkie malarstwo i z rozbrajającą szczerością udzielił sobie też odpowiedzi, że „pan Matejko jest z pewnością wielkim polskim patriotą“.

Powiedzmy sobie jednak szczerze: szydzenie z matejkowskiej „Bitwy pod Grunwaldem“ było i jest zabiegiem popularnym, ale i tanim. Nie jest bowiem rzeczą prostą przemówić do zbiorowej wyobraźni w sposób tak sugestywny i wzbudzający tyle emocji. W roku 1885 obraz został oblany benzyną i podpalony przez młodą kobietę która nie mogła oprzeć się sile wizji artysty. Akty wandalizmu, lub ich próby, powtarzały się kilkakrotnie, po raz ostatni na malowidło rzucił się w 1928 roku szaleniec z ciupagą. Ciupagą. Ilu współczesnych twórców marzy w skrytości, aby ich dzieła wzbudzały takie emocje! Poza Kozyrą w zasadzie nikomu się to ostatnio nie udało.

Jan Matejko osiągnął to, co jest najtrudniejsze – stworzył atrakcyjną wizję odległą od historycznej prawdy i zdołał zaszczepić ją ogółowi jako jedynie słuszną i obowiązującą. Alegoryczny obraz mitu zwyciężył fakty, emocje wzięły górę nad chłodnym rozsądkiem obserwatora. Czy zupa pomidorowa Campbella jest jeszcze tylko zupą po tym, jak zabrał się za nią Warhol? Czy komiks po Royu Lichtensteinie jest jeszcze tym samym czym był przedtem?

Matejko Jan, jako wybitny żartowniś i niewątpliwy  prekursor oraz  jedyny przedstawiciel nurtu alegoryczno- historiozoficznego w obrębie europejskiego pop-artu wyprzedził swą epokę. O kilka długości. To jest wielkie i należy to docenić.

Reklamy

Kiedy byłem małym chłopcem, poddano mnie egzaminowi
Jakiż on był prosty
Było wprost niewyobrażalne abym mógł oblać

Pyt. 1. Opisz smak księżyca

Napisałem: Księżyc ma smak tworzenia
Aromat gwiezdnego blasku

Pyt.2. Jakiego koloru jest miłość?

Miłość – napisałem – posiada barwę wody
odnalezionej przez wędrowca zagubionego na pustyni

Pyt. 3. Dlaczego topnieją płatki śniegu?

Napisałem, że topnieją ponieważ
opadają na ciepły język Boga

Było jeszcze wiele innych
równie prostych pytań

Potrafiłem opisać smutek Adama
wypędzonego z Raju
Podać dokładny ciężar
snu słonia

Minęło wiele lat. Dzisiaj
zarabiam na utrzymanie zamiatając ulice
lub czyszcząc toalety
w wypasionych hotelach

Dlaczego? Ponieważ oblałem
wszystkie egzaminy

Dlaczego? No cóż, spróbujmy razem
odpowiedzieć na kilka
egzaminacyjnych pytań

Pyt. 1 Jak duża jest wyobraźnia
dziecka?

Pyt. 2. Jak skarłowaciała musi być
dusza ministra odpowiedzialnego
za egzaminy?

Z: Brian Patten, Armada, Harper Collins 1996

tłum. własne

Ilu Krzyżaków zginęło pod Grunwaldem? Ani jeden. To nie jest żart, tak twierdzą mediewiści, fachowcy, którzy w końcu przyjrzeli się sławetnej bitwie, po tym, jak przez półtora stulecia zajmowali się nią propagandyści dwóch narodów, które – jeśli wierzyć siedemnastowiecznej przepowiedni Wacława Potockiego, mają marne szanse na to aby się (jak świat, światem itd.) ze sobą zbratać.

Dość dokładnie wiadomo, gdzie zwolennicy Przenajświętszej Panienki wzięli się 15 lipca 1410 roku za łby z oddanymi sługami Jezusa Chrystusa. Było to na polach pomiędzy dwiema wsiami: Tannenbergiem (obecnie: Stębark) i Ludvigsdorf (dzisiaj: Ludwigowo). Tam też poległo 203 (według jednych źródeł) lub 209 (według źródeł innych) braci-rycerzy z czarnym krzyżem na białym płaszczu. Znani są od stuleci z imienia, nazwiska i herbu, w komturii w Maastrich znajduje się wmurowana tablica, każdy mógł i może sobie nadal przeczytać. Szkoda że wielcy mitotwórcy nie znaleźli czasu aby zawracać sobie głowę takimi nieistotnymi szczegółami. Jeszcze bardziej żal, że nie przeczytali dokładnie Długosza, ufając bardziej neofickiemu zapałowi sympatycznego skądinąd,  spolszczonego Austriaka. Spróbujmy zaprowadzić trochę porządku do tego bałaganu.

Przydługi wstęp.

Początek XV stulecia. Spór pomiędzy Zakonem, który nigdy nie zwał się sam Krzyżackim (Ordo fratrum domus Sanctae Mariae Theutonicorum Ierosolimitanorum zawdzięczał swą nazwę ufundowanemu przez niemieckiego (z pochodzenia) cesarza szpitalowi w Jerozolimie), a (dopiero co) zjednoczonymi poprzez unię personalną państwami zwącymi się wówczas Koroną i Litwą (przy czym ta ostatnia obejmowała terytorialnie w 80% tereny Rusi przeróżnych odcieni i barw) nabrzmiewał sobie już od pewnego czasu. Obie strony nie miały łatwo. Po występie Filipa Pięknego, który na przykładzie Zakonu Templariuszy pokazał, rach-ciach, jak to się robi, Zakon Najświętszej Marii Panny miał podstawy do pewnej nerwowości i wybrał (jeszcze bardziej dynamiczną niż dotychczas) ekspansję terytorialną jako rodzaj ucieczki do przodu. Z braku pogan (Litwini i Żmudzini zdradzali poważne inklinacje do przyjęcia nowej wiary nie tylko na pergaminie) zakonni przywódcy wymyślili sprytną koncepcję tzw. prawdziwych chrześcijan. Było to rozwiązanie mądre, bo implikujące również istnienie chrześcijan nieprawdziwych. Wszelkie podobieństwa do lansowanej obecnie w pewnych środowiskach idei „prawdziwych Polaków“ są naturalnie przypadkowe. Prawdziwi chrześcijanie byli gotowi krzewić wiarę nawet w sytuacji ewidentnego braku prawdziwych pogan, a szukającym rycerskich wawrzynów Flandryjczykom, Burgundczykom, Frankom bądź Anglosasom było to ganc pomada. Ważne, aby były wawrzyny, a do tego była potrzebna krucjata, czyli rzeź niewiernych na rubieżach chrześcijaństwa. Zresztą papiestwo zakon wielokrotnie popierało, więc w czym rzecz? Gdy w 1409 roku zakon wezwał kwiat europejskiego rycerstwa do rozprawy z nieprawdziwymi chrześcijanami, chętni stawili się licznie, aczkolwiek nie tak licznie jakby mogli, gdyby chcieli. Czas krucjat jakby minął. Ziemię Dobrzyńską i Kujawy zajmować musieli (z braku ochotników) kosztowni, bo domagający się uczciwego żołdu najemnicy. Zresztą wycofani na czas zimy. Na przełomie 1409 i 1410 roku Władysław porozumiał się wreszcie w Brześciu z kuzynem Witoldem i sprawy potoczyły się bardziej wartko. Zanosiło się.

Recepcja

Uważny czytelnik, przekonany że interpretacja tego fragmentu naszej historii może być najwyżej przedmiotem polsko-niemieckich kontrowersji, może się poważnie zdziwić. Pierwsze zdziwienie dotyczy Litwinów, którzy zupełnie oficjalnie podają, że w zwycięskiej bitwie stoczonej pod Žalgirio przez dwóch Litwinów, Jogailę i Vytautasa brali również udział (między innymi) Polacy. Inne rewelacje w białoruskich podręcznikach, podkreślony zostaje wkład protoplasty białoruskiego rodu Gruszeckich. Holender dowiaduje się, że w Slag bij Tannenberg, polski król Wladislaus II odniósł zwycięstwo nad „strijdkrachten van de Duitse Orde en hun Boheemse en andere bondgenoten“ (siłami zbrojnymi niemieckiego zakonu, Czech i innych sojuszników). Rosyjski student wyczyta w swej książce, że pogromu teutońskiego zakonu dokonały połączone siły królestwa Polski i Wiekiego Księstwa Litwy i Rusi, a Czech rozpoczyna swą edukację od ważnej informacji, że „byla to bitva mezi řádem německých rytířů a polsko-litevskou koalicí, výrazně podpořenou českým vojevůdcem Janem Sokolem z Lamberka a Janem Žižkou z Trocnova, který zde, podle některých historiků, mohl přijít o oko.“ Aż strach pomyśleć co na ten temat można wyczytać w mołdawskich lub mongolskich podręcznikach.

Skąd ten Grunwald?

Przez pomyłkę. W liście pisanym bezpośrednio po bitwie do domu, król informuje małżonkę że odniósł zwycięstwo nieopodal wsi Grunenvelt, miał zapewne na myśli przysiółek o nazwie Grünenfelde, przy którym znajdował się obóz przeciwnika.  Dwa pokolenia później, ze znanych tylko sobie powodów, Długosz wymienia w swych kronikach Grunewald i tak już w polskim dziejopisarstwie pozostało. Dla reszty świata była to bitwa pod Tannenbergiem, jednak heroiczne boje polskich wikipedystów sprawiły, że nawet w anglojęzycznej Wikipedii zwyciężył w 2007 roku Grunwald. Późno, ale zawsze. W zasadzie już tylko Niemcy i kilka innych nacji upiera się przy Tannenbergu, reszta przychyla się do Grunwaldu lub końskim targiem podaje rozmaite nazwy. Polak potrafi. Wioska Grünfelde uzyskała swą słuszną nazwę Grunwald na skutek administracyjnej decyzji  dopiero w 1945 roku. Do tego momentu takiej miejscowości (poza polską literaturą) nie było. Zresztą przekręty geograficzne były po obu stronach. Gdy w sierpniu 1914 armia niemiecka dokonała na południe od Olsztyna przełomu rosyjskiego frontu, natychmiast – chociaż działania wojenne toczyły się na odcinku ponad 100 km – nazwano to znaczące osiągnięcie „Bitwą pod Tannenbergiem“. W celu skutecznego „zmazania hańby“ przesunięto nawet słynny „kocioł“ Hindenburga o 30 kilometrów na zachód i postawiono na polu pod Tannenbergiem monument upamiętniający to zdarzenie. W 1945 roku pomnik został wysadzony w powietrze przez wycofujące się niemieckie oddziały. Najprawdopodobniej z obawy, że  zwycięzcy zrobią z pomnikiem to, co hitlerowcy zrobili by w 1939 z grunwaldzkim płótnem Matejki, gdyby je znaleźli. Czy można by im się dziwić?

Liczebność wojsk.

Jest to zabawny aspekt. Do dzisiejszego dnia uczeni w piśmie nie mogą się jakoś sensownie porozumieć. Zaczęło się już krótko po bitwie, tzw. Kroniki Lubeckie donoszą o bitwie przeogromnej, w której wzięły udział 1.700.000 Polaków, 2.700.000 Litwinów i skromne inne posiłki innych nacji w liczbie jednego miliona chłopa. Nic dziwnego, że Zakon poniósł klęskę. Współczesny (wydarzeniom) burgundzki kronikarz Enguerrand de Monstrelet jest już o wiele skromniejszy podając liczbę 600.000 adwersarzy Zakonu Marii Panny. Fantazjujący na dworze Wacława II augustynin Ondřej z Řezna nie miał aż takich hamulców i liczbę tę podwoił (1.200.000 nas tam było). Długosz nie pozostawił żadnych szczegółowych danych, tak że ostatnie 200 lat były nieustającym festiwalem historyków którym raz wydawało się to, a kiedy indziej coś innego. Pierwszym, który zaczął liczyć zamiast szacować był Ludwik Kolankowski (30 tysięcy sił polsko-litwewskich), Henryk Łowmiański w swej (zatrzymanej przez cenzurę) „Polityce Jagiellonów“ zredukował siły polskie do 12.000, a ostatni z długiego pocztu polskich mediewistów, Andrzej Nadolski pogrzebał w źródłach, posłużył się metodami statystycznymi i poszedł jeszcze dalej. Najbardziej zaskakująca jest podana przezeń liczba rycerzy zakonnych: wzięło ich udział w zmaganiach 250, poległo 203 z czego jedynie 18 na polu bitwy, a reszta została wyrżnięta przez chłopstwo w trakcie zdobywania taborów. Ot, ilość ludzi, która zmieściła by się w trzech autobusach.

Skład etniczny

Pomysł, że pod Grunwaldem zmagali się głównie Polacy z Niemcami jest pomysłem nowym i raczej trudnym do obrony. Wszystko przemawia raczej za spotkaniem dwóch wieloetnicznych armii, potykających się w ramach wojny, której stawką była suwerenność i zdolność przeżycia dwóch zgoła odmiennych organizmów państwowych. Długosz pozostawił nader dokładny spis walczących po obu stronach chorągwi, łatwo (przy odrobinie chęci) dojść jakiego pochodzenia byli np. Sołtysi założonych na prawie niemieckim wsi będący podporą tzw. 13 koronnych chorągwi regionalnych. Ale też w czterech głównych chorągwiach tzw. dworskich było kolorowo i wesoło. W małopolskiej obok siebie ramię w ramię walczyli Zyndram z Maszkowic, Marcin z Wrocimowic i Zawisza Czarny. Kwiat polskiego rycerstwa. Tak, tak – ten sam Zyndram herbu słońce co u Sienkiewicza wołał „Gotuj się, gotuj!. Sienkiewicz zapomniał tylko napisać w jakim języku wołał – Sindram był małopolskim Niemcem, a jego ojciec przywędrował z Hesji. A taki chorąży koronny Marcin z Wrocimowic (ten co upuścił główną chorągiew z orłem białym) to dopiero był numer. Nasz Martin, chociaż utracił nadane jego (jak najbardziej niemieckiej) rodzinie Wrocimowice, nadal przywiązany był do tytułu. Król mu zresztą incydent z chorągwią potem wybaczył i nawet dał we władanie Dębowiec. Sprawę z chorągwią uratował Savischa der Schwarze von Grabow. Tak przynajmniej nazywa wiernego druha Jana Luksemburczyka niemiecka encyklopedia i można by to uznać za popłuczyny niemieckiej, szowinistycznej propagandy, gdyby informacja o niemieckim pochodzeniu rycerza nie pochodziła od Jana Długosza. Z drugiej strony, jak się pomyśli, że obok wielkiej chorągwi zakonu (tej, którą dowodził Frideric von Wallenrode), stali towarzysze broni z chorągwi księcia oleśnickiego Konrada Białego, a zaraz kawałek dalej chorągiew miasta Chełmna wystawiona przez rycerza Janusza Orzechowskiego, a dalej chorągiew Kazimierza V, księcia szczecińskiego (mogę dalej) to brr, dziwnie się robi. Nadolski może mieć niestety rację sugerując, że ilość zarówno Niemców jak i Polaków mogła być mniej więcej równa po obu stronach. Tyle że my, to również Litwini, Rusini, Tatarzy,i Mołdawianie, oni zaś, to kolorowa zbieranina zachodnioeuropejskich sprzymierzeńców. Czesi i Morawianie rozłożyli się (podobnież) równo po obu stronach. I choć Sienkiewicz twierdził (za Szejnochą i Długoszem), że oddziały Jogaiły ruszyły do boju z Bogurodzicą na ustach, zakonni sprzymierzeńcy twierdzili potem z uporem, że wszystko zagłuszało tatarskie Ałła! Ałła! I po wykupieniu z niewoli ponieśli w Europę wieść o strasznej porażce poniesionej w bitwie z Saracenami.

Skąd się wzięło to co (obecnie) mamy?

Ojcem mitologii grunwaldzkiej (po stronie polskiej historiografii) jest niewątpliwie Karol Szajnocha. Ciekawa to postać. W zasadzie był synem austryjackiego lekarza o nazwisku Wenzel Scheynoha-Vtelensky, ojciec jednak odkrył w sobie słowiańską krew, ożenił się z Polką a nawet nauczył trochę polskiego. Dzieci wychował na polskich patriotów, Karl Scheynoha wpierw zmienił nazwisko na Szejnocha, potem imię na Karol by w końcu, przez całe życie, bezskutecznie próbować zatrzeć ślady swego pochodzenia. Jako historyk pojmował swoją rolę jako patriotyczną misję i w tym duchu stworzył szereg pozycji fantastyczno-historycznych, na których następnie, przez resztę XIX wieku wychowywała się inteligencja zaboru austriackiego i rosyjskiego. To z jego czterotomowego dzieła pt. „Jadwiga i Jagiełło“ zaczerpnął (nie trudząc się dalej sprawdzaniem wiarygodności źródła) swe pomysły w swym komiksie Henryk Sienkiewicz. Wyszło mu to co wyszło, uroczy, czarno-biały literacki kicz krzepi serca aż po dzień dzisiejszy i nic nie można już na to poradzić. Krzyżacy są bez wyjątku podstępnymi psychopatami, paranoikami, sadystami i erotomanami, a po stronie polskiej występują niezliczone rzesze aniołów i cierpiętników. Ładny esej na ten temat napisał swego czasu Ludwik Stomma. Jan Matejko zilustrował komiks na dużej powierzchni, dostarczając wizualnego uzupełnienia literackiej wizji noblisty. Czego tam nie ma! Wszystko jest! Wielki Mistrz ginie z ręki wojownika odzianego w katowski kaptur (dobrze mu tak!), drugi osiłek godzi w Ulricha włócznią Bolesława Chrobrego. Większość przedstawionych rekwizytów jest z XVI wieku, a twarze zapożyczył nasz genialny rodak od krakowskich znajomych. Nad krajobrazem unosi się polski święty błogosławiąc hufcom polskim z obłoków i jest to najbardziej realistyczny element całości. W okresie międzywojennym historycy nieśmiało i dyskretnie próbowali wprowadzić do wizji realia – bezskutecznie. Imperatyw patriotyczno-wolnościowy był niemożliwy do zakwestionowania i wszelkie próby klasyfikowane były natychmiast jako zdrada narodowa. Wydawało się, że po 1945 roku coś się może zmienić, historia sprawiła nam jednak figla. Obsesja antyniemiecka Władysława Gomułki była tak silna, że całe zastępy cenzorów dbały o podtrzymanie w masowej wyobraźni obrazu zachodnioniemieckiego imperialisty, który obowiązkowo, obok hełmu wehrmachtu musiał mieć biały płaszcz z czarnym krzyżem. Uwypuklono rolę dzielnych pułków smoleńskich. W ten nurt wpisał się idealnie Aleksander Ford z jego niezapomnianym dziełem, w którym Wielki Mistrz ma wyraźny adolfowy obłęd w oku, a komturzy przed bitwą wrzeszczą mu zgodnym chórem „sieg heil!“ Po stronie zakonu występują rzesze odzianych w stal i czarno-białe insygnia niesympatycznych statystów. Jedyny naiwny Francuz zaś zostaje podstępnie zadźgany.

Niesprawiedliwością byłoby jednak twierdzić, że mitomani i mitotwórcy byli jedynie po stronie polskiej. Stworzona przez Treitschkego nacjonalistyczna szkoła historyczna przekręciła historię w sposób równie twórczy przez wirówkę nonsensu, przynosząc niezliczone prace dotyczące (wyłącznie) niemieckiej misji cywilizacyjnej na wschodzie i niewdzięcznych, podstępnych podludzi, którzy sprzymierzywszy się z dziczą ze wschodu bezskutecznie próbowali zatrzymać bieg dziejów. Tak, że czasem trudno się się Sienkiewiczowi dziwić. Szczególnie, gdy się wspomni, co to były za czasy.

State of the art.

Ostanie 25 lat przyniosło szereg przystępnych prac polskich i niepolskich mediewistów, z których wynika większość tego co powyżej. Niekoniecznie trzeba sięgać do Turnbulla (Turnbull, S. R. Tannenberg 1410: Disaster for the Teutonic Knights ), można też znaleźć co nieco po polsku. Nie tylko nieżyjących już Kolankowskiego i Łowmiańskiego. Zaczął nieśmiało Stefan M. Kuczyński (Bitwa pod Grunwaldem, Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1985), potem dołączył Marian Biskup (Grunwaldzka bitwa, Wydawnictwo Interpress, W-wa 1991) a na koniec zabłysnął Andrzej Nadolski (Grunwald 1410, Dom Wydawniczy Bellona, W-wa 1999). Jest co czytać. Pozostanie przy wersji, że bitwę z niedobrym niemieckim krzyżakiem wygrał Zbyszko z Bogdańca ze stryjem, bo mu zależało na Jagience, jest obecnie kwestią wolnego wyboru.

—-

Dalej o tym samym: tutaj



Historia niemieckiego hymnu narodowego nie jest wprawdzie krótka, ale za to nader pouczająca. Na początku sprostowanie dla tych miłych rodaków, którym umknęło ostatnie 60 lat historii: w tekście niemieckiego hymnu nie ma słów „Deutschland, Deutschland über alles”. Nie jest to również tytuł utworu. Nigdy nie był. Ale może po kolei.

Na początku był wnuk Marii Teresy de domo Habsburg (tej od rozbiorów), niejaki Franciszek, Józef oraz Karol. Mimo wielu imion, chodzi o jedną osobę zapamiętaną jako Franciszek II, z zawodu cesarz. W 1797 roku, gdy Franz II nie jeszcze był cesarzem tylko zwykłym regentem, pod pretekstem urodzin monarchy in spe, niejaki Lorenz Leopold Haschka usiadł i napisał spontanicznie utwór poetycki pt. „Gott erhalte Franz, den Keiser” (Uchowaj nam Boże cesarza Franciszka). Józef Haydn nie chciał być gorszy i – trzask, prask – skomponował wpadającą w ucho melodię. Prezent urodzinowy dla władcy był gotowy. Haydn, nie w ciemię bity, przerobił nieznacznie wcześniej skomponowany utwór, ponoć tak czy owak skradziony Tellemanowi, motyw wykorzystał zresztą wielokrotnie to tu to tam, ale nie gubmy się w dygresjach odbierając chleb muzykologom. Haydn umiera w 1809 roku, utwór staje się oficjalnym hymnem habsburskiej Monarchii w 1826, rok później opuszcza ten padół Haschka, niepocieszony wobec faktu, że cesarz zlecił napisanie nowego tekstu (spodobała mu się jedynie pierwsza linijka). Melodia była łatwo przyswajalna, znajdujemy ją w całości lub we fragmentach w dorobku Salieriego, Beethovena, Czernego, Jana Straussa (syna), Smetany, Paganiniego, Wieniawskiego, Czajkowskiego a nawet Christy Päffgen znanej powszechnie jako Nico, muza Warhola z Velvet Undergroundu. Uff. Najlepiej komponuje się znane utwory.

W okresie poprzedzającym rewolucję z roku 1848 działo się w Niemczech (których jeszcze wówczas nie było) nader burzliwie, nawet pozornie normalni i trzeźwo myślący ludzie dostawali wówczas nagłych ataków patriotyzmu na zmianę z gorączką liberalną. Swym uczuciom dał również wyraz nauczyciel, literat i liberał August Heinrich Hoffmann von Fallersleben, pisząc wierszem trzystrofowy utwór zaangażowany, zatytułowany „Pieśń Niemców” i zaczynający się od słów „Niemcy, Niemcy ponad wszystko”. Chodziło o Niemcy jako ideę państwa wolnościowego, własność ludu wolnego od tyranii domów panujących i interesów dynastycznych, a nie o Niemców pragnących podkreślać, że są ważniejsi od innych. Jak to trzeba uważać na słowa, nigdy nie wiadomo co potomni mogą z nimi zrobić. Zeby postępowym patriotom było łatwiej utwór wykonać, von Fallersleben ułożył słowa tak, aby pasowały do powszechnie znanego hitu opiewającego cesarza Franciszka nr. 2.

Tak rozpoczęła się kariera piosenki, początkowo popularnej w kręgach uważających się za nader postępowe. Gdy von Fallersleben umierał w 1874 roku, Niemcy były zjednoczone pod berłem niejakiego Wilhelma Hohenzollerna przyjmując formę pruskiej monarchii o charakterze państwa militarno-policyjnego, Oficjalnego hymnu nie było bo cesarz, zajęty zbrojeniami, nie widział takiej potrzeby. Tzw. „Pieśń Niemców” przetrwała w śpiewnikach domowych. Przypomniał sobie o niej dopiero w 1922 socjaldemokratyczny prezydent Fryderyk Ebert czyniąc z niej na mocy dekretu oficjalny hymn państwowy młodej Republiki Weimarskiej. Nie na długo, dokładnie rzecz biorąc na 12 kolejnych lat.

Gdy w 1933 roku do władzy dochodzi energiczny i elokwentny przywódca z prostym i zrozumiałym programem (ma być sprawiedliwie i panować porządek), dwie zwrotki zostają skreślone, z oryginalnego tekstu pozostają jedynie pierwsze słowa o wyższości i ważności Niemiec ponad wszystko inne, bajdurzenie na temat wolności zostaje zastąpione piosenką pt. „Die Fahne Hoch” czyli innymi słowy pieśnią bojową szturmówek SA znaną również jako Horst-Wessel-Lied. Na pamiątkę zastrzelonego przez komunistycznego sutenera młodego patrioty i pałkarza, zresztą również sutenera. Nieważne, ważne, że Goebbelsowi udało się ze zmarłego skutecznie zrobić męczennika za sprawę narodowego socjalizmu, robienie ze zmarłych świętych (niezależnie od zasług lub ich braku) ma, jak widzimy, długą , sławetną i w pewnym sensie europejską tradycję.

Wiadomo powszechnie jak się skończyła niemiecka przygoda z dążeniem do prawa i porządku, w 1949 roku powoli odradzająca się ze zgliszczy totalnej klęski niemiecka państwowość stanęła w obliczu znalezienia sobie jakiegoś hymnu, konstytucję napisali wprawdzie okupujący Niemcy alianci-wyzwoliciele, hymnami nie chcieli się podzielić. Dwie ofiary narodowosocjalistycznych prześladowań, chadek Adenauer (kanclerz) i socjaldemokrata Heuss (prezydent), porozumiały się ponad podziałami wyciągając z lamusa wolnościowy XIX-wieczny przebój. A dokładnie rzecz biorąc jego trzecią zwrotkę, nikt przy zdrowych zmysłach nie wpadłby przecież w tamtych czasach na pomysł, aby podkreślać przy każdej okazji, że Niemcy są najważniejsze, wiadomo było, do czego takie śpiewanie może doprowadzić. Hymn chwali zatem zalety wolności, jedności, praworządności i powszechnej zgody, chociaż niekoniecznie w tej kolejności. Wykonywanie pierwszej zwrotki nie zostało nigdy (wbrew uporczywie grasującym mitom) objęte sankcjami, tego się po prostu nie robi. Tak, jak nie puszcza się wiatrów przy stole i nie smarka w rękaw.

W listopadzie 2009 roku, nawalony jak stodoła Pete Doherty, w trakcie swego monachijskiego koncertu wpadł na pomysł aby zanucić do mikrofonu „Deutschland, Deutschland über alles”, licząc zapewne że słuchacze się wzruszą. Licznie zgromadzona, młoda niemiecka publiczność nie tylko się nie wzruszyła, lecz go wygwizdała, a nawet obrzuciła brzydkimi przedmiotami jak również epitetami, z których „faszysta” był najłagodniejszym. Ponieważ młodzież nie mogła się uspokoić, (transmitowany przez media) koncert przerwano.

%d blogerów lubi to: