Teza jest taka, że przyjmowanie uchodźców jest związane z nieobliczalnym ryzykiem zarówno jeśli chodzi o bezpieczeństwo publiczne jak i utratę narodowej tożsamości.

Jest to teza słuszna, co udowodnimy na konkretnym przykładzie.

Tocząca się od pewnego czasu rzeczowa debata pomiędzy obozem władzy i jej nieprzypadkowo przerażonym elektoratem z jednej, a lekkoduchami kierującymi się lekkomyślnie miłością bliźniego i innymi pobudkami określanymi przez obóz patriotyczny jako lewackie z drugiej strony, zasługuje na uwagę. Przedmiotem sporu jest w zasadzie proste zagadnienie: czy należy pomagać bliźnim tylko dlatego, że są w potrzebie (nawet za cenę utraty tego co powszechnie zwykło określać się tożsamością) czy też wręcz przeciwnie, należy się okopać w swojskości rozumianej jako całokształt tego co jest i do czego się przyzwyczailiśmy. Bo kto wie, do czego to jeszcze może doprowadzić. Człowiek Polak wyciągnie pomocną dłoń i ani się obejrzy, a niedobry uchodźca mu tę dłoń odgryzie. Albo co gorzej, człowiek Polak, któregoś dnia się obudzi i nie pozna świata wokół siebie. I już nie będzie u siebie tylko u obcych, którzy będą u siebie bardziej niż on. I tu dochodzimy do nazwiska niejakiego Abdula Fattah Jandali, swego czasu syryjskiego uchodźcy politycznego, zatrzymajmy się przez chwilę, historia jest pouczająca.

Abdul Fattah Jandali urodził się w Homs, mieście wyglądającym obecnie jak śródmieście Warszawy w grudniu 1944 roku. Czyli niespecjalnie. Ale gdy Abdul Fattah J. się urodził, Homs wyglądało całkiem przyzwoicie. Był rok 1931, świat był inaczej uporządkowany. Minęło18 lat. Abdul udaje się na studia do Bejrutu (będącego wówczas naprawdę pięknym miastem) i rozpoczyna studia na tamtejszym amerykańskim uniwersytecie. Tak się składa, że urzędujący prezydent Bachara El Khoury akurat wpadł na pomysł aby łamiąc konstytucję zapewnić sobie ponowny wybór. Młodzieży to się nie spodobało, nie spodobało to się również Abdulowi, który w międzyczasie, obok bycia studentem, zajął się wydawaniem wraz z kolegami panarabistycznego czasopisma „Al Urwa Al Wuthka”. Takie czasy były, jak ktoś się zaangażował politycznie to wydawał pismo lub pisemko. Twittera nie było.

Ponieważ prezydent był uparty a i służby specjalne nie należały do najmilszych, to podejrzanemu politycznie i narażonemu na represje pozostawało tylko opuścić w pośpiechu kraj. W 1954 El Khoury zostanie wreszcie zmieciony przez masowe demonstracje, ale Abdula już tam nie będzie. Będzie w USA, gdzie wystąpi o azyl polityczny (i go otrzyma). Po przybyciu na miejsce pomoże mu również krewny będący syryjskim ambasadorem przy ONZ. Abdul rozpoczyna studia : wpierw na Columbia University, potem na Wisconsin University gdzie udało mu się uzyskać stypendium. Studia ukończy tamże zdobywając dyplom z nauk politycznych i ekonomii.

Powiedzmy sobie otwarcie: Abdul Jandali nie ograniczał się w czasie swoich studiów tylko do nauki. On się spotykał ze studentkami i to niekoniecznie należącymi do kręgów, w których spotykanie się z syryjskimi uchodźcami natrafiało wówczas na entuzjazm. Z Joanną Carol Schieble, studentką z dobrej chrześcijańskiej rodziny spotykał się tak skutecznie, że zaszła w ciążę. Para postanowiła się pobrać. Ojciec przyszłej oblubienicy zmusił jednak Joannę do wybicia sobie z głowy mezaliansu. Abdul zostaje wyrzucony za drzwi. Ponieważ rodzina była głęboko wierząca ciąża musiała być donoszona, natychmiast po urodzeniu młodą matkę rodzice zmusili do oddania dziecka do adopcji. W ten sposób Abdul Jandali nigdy nie miał już zobaczyć swego syna. I najprawdopodobniej nie zobaczył.

Potem Jandali robił karierę akademicką, jeszcze później powrócił do Syrii (gdzie znów miał kłopoty natury politycznej), a jeszcze później powrócił do USA gdzie imał się rozmaitych zajęć: od właściciela sieci restauracji do prezesa wielkiej korporacji. O ile nie umarł, to żyje do dzisiaj, ostatnio widziano go na czele konsorcjum zarządzającym kasynami w Las Vegas.

W międzyczasie Jandali odnajduje swą wielką miłość z czasów studenckich i Joanna Carol Schieble oraz Abdul Fattah Jandali stają wreszcie przed urzędnikiem stanu cywilnego. Para doczeka się córki, Mona Simpson jest znaną amerykańską pisarką. Małżeństwo niestety po kilku latach się rozpada. Ot życie.

Najciekawsze jednak są losy syna Abdula Jandali. Trafił do zupełnie przeciętnej ale solidnej kalifornijskiej rodziny. Przybrani rodzice zapewnili mu dobre wykształcenie, przybrany ojciec, będąc inżynierem, zdołał w młodym człowieku wzbudzić techniczne zainteresowania. Miłe złego początki.

Bo prawda niestety jest taka, że młody człowiek wydatnie przyczynił się do tego, że żyjemy obecnie w zupełnie innym świecie niż ten, w którym byśmy żyli, gdyby Abdul Fattah Jandali został zamęczony w bejruckim więzieniu lub chociaż miał wystarczająco przyzwoitości aby utonąć w drodze do Ziemi Obiecanej. Albo gdyby chociaż USA nie przyjmowały uchodźców.
Młody człowiek wpadł w niedobre towarzystwo i z wnukiem uchodźców ekonomicznych z Polski zaczął majstrować w wynajętym garażu. Powszechnie wiadomo, że gdy uchodźcy w tajemnicy zaczynają majstrować w odosobnionym miejscu to nic dobrego z tego wyjść nie może. I nie wyszło.

Skutki przyjmowania uchodźców potrafią być straszne i  nieprzewidywalne.


Lektury uzupełniające, aczkolwiek nieobowiązkowe:

  1. „The life and times of Steve Job’s syrian father”: tutaj
  2.  „Who is Steve Job’s syrian  immigrant father Abdul Fattah Jandali? ” tutaj
  3.  Mona Simpson says
Reklamy
%d blogerów lubi to: