Szczęśliwego Nowego Roku

Grudzień 31, 2010

Dziwne życzenia, pomyślał Kropotkin. Czy to takie istotne, aby rok był szczęśliwy? Powtarzamy formułkę w rozlicznych krajach, dziesiątkach języków, zyliony razy, Życzymy szczęśliwego nowego roku, w domyśle ufając, że obdarowany przez nas życzeniami osobnik zrozumie, że szczęśliwy to ma być on, a nie rok. Ale tak naprawdę, zastanawiał się dalej Kropotkin, jest to myślenie magiczne. Tak naprawdę ufamy w skrytości ducha, że jeśli będziemy życzyli bliźniemu nie szczęścia w nowym roku, lecz roku szczęśliwego, to z tej niesprecyzowanej rocznej szczęśliwości coś także dla nas skapnie.

Kropotkin zgrabnie przeskoczył przez zaspę i kontynuował mozolny marsz przez przeważnie zaśnieżone, a często nawet oblodzone ulice wieczornego miasta. Pojedyncze wybuchy petard płoszyły konie dorożkarskie, furmani klęli jak szewcy, owinięte w futra panie czepiały się rozpaczliwie mankietów palt osób towarzyszących. Do końca roku pozostało kilka godzin.

A w zasadzie, pomyślał, minione doświadczenia powinny nas nauczyć, że słowo raczej nie staje się ciałem. Od stuleci życzymy sobie szczęśliwego nowego roku, a potem wybuchają zarazy, wojny tudzież wulkany, spadają samoloty z prezydentami, wybory wygrywają nielubiane partie, w stawach łupie, wyrostek robaczkowy dokucza i drożeje prąd elektryczny. My jednak, doświadczani niezmiennie przez los, życzymy sobie i innym naiwnie, dalej i bez zmian tego samego. Szczęśliwego. Wzbraniając się przed przyjęciem do wiadomości, że nieuniknione tak czy inaczej nadejdzie. Bo zawsze nadchodziło.

Kropotkin stanął przed wejściem do kamienicy, wysupłał z kieszeni kożucha klucz i po chwili rozpoczął mozolną wspinaczkę po nieskazitelnie wypastowanych przez baronową Sołowiow schodach. Już dawno zauważył, że nikt tak ładnie i starannie nie pastuje schodów jak zdeklasowane arystokratki. Baronowa nie była wyjątkiem. W mieszkaniu sędziostwa grał patefon, Kropotkin przystanął na półpiętrze i przysłuchiwał się stłumionym dźwiękom. Melodia wydawała mu się znajoma. Stał i słuchał, a melodia nie przestała się wydawać. Z drugiej strony, z tego wydawania się nic nie wynikało. W sensie kompozytora lub tytułu. Westchnął.

Gdy tak wzdychał i stał, stał i wzdychał, z dołu dobiegł odgłos otwieranej bramy i zbliżających się ciężkich, zmęczonych kroków. Po chwili, na podeście parteru pojawił się cień, a za cieniem Brodsky. Brodsky nie poprzestał na pojawieniu się i z godną podziwu konsekwencją kontynuował wchodzenie po schodach. Głowę miał spuszczoną. Po chwili osiągnął półpiętro, bez słowa wyminął Kropotkina i poczłapał dalej, zmierzając najwidoczniej do swej nory na poddaszu. Pod pachą niósł wyświechtaną teczkę, przez ramię przerzucił zwinięty zgrabnie powróz.

– Szczęśliwego Nowego Roku – wyrwało się radośnie Kropotkinowi

– Śliwego – odburknął Brodsky.

Patrzcie Państwo, pomyślał Kroptkin, jaki nieuprzejmy.

%d blogerów lubi to: