Lewactwo

Maj 31, 2011

To nie jest śmieszny tekst, będziemy kopać leżącego. Nie sprawia przyjemności, ale co tam. Czasem trzeba.

Trudno powiedzieć, kto pierwszy wprowadził u nas ten żałosny element do pozorów dyskursu. Wiadomo, w jakich kręgach i przy czyjej pomocy ten wypadek przy pracy się upowszechnił. Po 1989 roku spotykamy rozliczne nieporadne próby reanimacji języka, którym mogą (mogłyby) posługiwać się strony w procesie wymiany poglądów nazywanych często frywolnie politycznymi. Zaryzykujmy twierdzenie: ojcem był brak wyobraźni, matką ignorancja. Wyszło – jak często u nas wychodzi – strasznie, głupio i śmiesznie.

Krótka wycieczka w przeszłość.

Cofamy się o 200 lat. Z kawałkiem. Polityczne spektrum z podziałem na „prawo i lewo“ pojawiło się w 1789 roku, bo jakoś trzeba było dokonać uproszczonej publicystycznej wiwisekcji utworzonej (akurat, akurat) paryskiej konstytuanty. Ale już wówczas (z dzisiejszej perspektywy) było zabawnie. Żeby się nie mieszało, feudalizm zasiadł po prawej, a zalążki tworzącego się akurat kapitalizmu, po lewej. To nie pomyłka: kapitalizmu. Burżuazja, zwolennicy akumulacji kapitału, wolnego rynku i takich tam siedzieli z lewej strony. W ten sposób infantylnie uproszczony sposób klasyfikacji poglądów wkroczył na scenę tzw. dziejów i (mimo oczywistej, zacierającej złożoność pozycji/poglądów jedno-wymiarowości) już pozostał. To, co w zamierzeniu miało kibicom wydarzeń ułatwić (przez wprowadzenie zrozumiałego sytemu koordynat) ich zrozumienie, rozpoczęło swój byt samoistny, byt będący długą procesją swobodnych interpretacji, mniej lub bardziej nieporadnych insynuacji i zwykłych pomyłek wypływających z ignorancji. Cały wiek XIX tak było i ciągnęło się aż (nieomal) do przełomu lat 60tych i 70-tych zeszłego stulecia. Nieadekwatność politycznej kartografii opartej o dwie strony zaczęła być oczywista już w okresie dwudziestolecia międzywojennego, gdy nacjonaliści zaczęli epatować socjalizmem, komuniści nacjonalizmem, konserwatyści liberalizmem, a socjaldemokraci odkryli konserwatyzm. Stare przyzwyczajenia mają jednak to do siebie, że nie wymierają wówczas, gdy tracą rację swego istnienia. W prowincjonalnej retoryce terminy potrafią przetrwać również, gdy ich funkcja jest niejasna i służy (zamiast orientacji) zniesławieniu przez rzucanie niezrozumiałych kalumnii. Droga do nowych, uwzględniających zaistniałe zmiany krajobrazu, modeli politycznego spektrum nie była prosta. Zaczął (chyba) w 1963 Pournelle, za nim podążyli w 1968 roku Brysson i McDill („The Political Spectrum: A Bi-Dimensional Approach” w The Rampart Journal of Individualist Thought, 1968). Również z politologiczno-anarchistycznego kącika odezwali się Stuart Christie i Albert Melzer. W 1971, za oceanem zabrzmiał Nolan, a potem, wobec niezliczonej mnogości jedno- i wielowymiarowych modeli, nie tylko politolodzy, lecz nawet gminni działacze partyjni i związkowi przestali używać archaicznej nomenklatury opartej na schemacie lewo-prawo.

Co się stało?

Historia lubi sobie jednak z nas od czasu do czasu zadrwić. Rok 1989 wyrzucił na brzeg sadzawki europejskiej demokracji szereg państw, których obywatele, z przyczyn od siebie niezależnych, przez ponad pół wieku oddzieleni byli nie tylko od korzeni i areny politologicznego dyskursu, lecz również – chcąc, nie chcąc – przespali ewolucję używanego w nim języka. Oznaczało to zmartwychwstanie (głównie w państwach byłego bloku radzieckiego) dawno pogrzebanych trupów lewicowości i prawicowości w publicystyce mającej ambicję uchodzenia za polityczną. Terminy nie opisują co prawda ani zastanej, ani chcianej rzeczywistości, nadają się jednak do obrzucania się zarzutami „o coś” i insynuowania (w zamierzeniu insynuujących kompromitującej) proweniencji konkurenta do  władzy. I tutaj dochodzimy do miejsca, gdzie nader płytko pogrzebany leży pies, o którym jest ten tekst, czyli „lewactwo”.

Jak to działa?

Bez „lewactwa“ trudno sobie wyobrazić mechanizm machania cepem zwany też w Polsce czasem żartobliwie wymianą politycznych poglądów. Lewactwo zadomowiło się w podkorowych obszarach (uważających się za konserwatywnych tytanów myśli) pieniaczy i wydobywa się (przy każdej okazji) na powierzchnię wszechogarniającego bełkotu. „Lewakiem” (podobnie jak Żydem) zostaje się w naszej ojczyźnie w sposób uznaniowy. W uproszczeniu, przyjmując na moment obcą optykę,  można jako lewaka zdefiniować „każdego, posiadającego poglądy odmienne od poglądów uważającego się za strażnika konserwatywnych wartości osobnika, który się tym epitetem mniej lub bardziej nieporadnie posługuje“. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że istotne jest przyporządkowanie rozmówcy definiowalnego zestawu poglądów, lub określonej przynależności. Chodzi raczej o gest maskujący językową bezradność, bezradność, której istotą jest przeświadczenie, że używając określenia obraźliwego, używający może pozwolić sobie na luksus rezygnacji z uzasadniania sensowności swego stanowiska. Luksus, wobec oczywistości intelektualnych niedomagań, oksymoronyczny, bo niezbędny.

Cała sprawa ma jednak niebywale zabawny aspekt, który najwodoczniej umyka tym, którzy się  epitetem na co dzień posługują. I głównie dlatego jest zabawny. „Lewactwo” nie jest wynalazkiem ani konserwatywnych think tanków, ani prawdziwych patriotów. Ojcem chrzestnym (tak potrzebnego konserwatywnym wannabies) pojęcia jest Włodzimierz Uljanow, znany też jako Lenin. To on, jeszcze w 1922 roku w ramach obrony monopartyjnej dyktytury wymyślił,  „lewactwo“ (левизна ) jako zbiorowe określenie na tych, którzy w swej infantylnej oraz naiwnej (lecz jego zdaniem na pewno szkodliwej) ślepocie nie zgadzali się z jego wizją przebudowy społeczeństwa. Sylvia Pankhurst mogłaby na ten temat powiedzieć dużo. I swego czasu powiedziała. Bycie „lewakiem” nie było przyjemne w raju robotników i chłopów. Każdy mógł nim zostać, np. domagając się sprawiedliwości społecznej, powołując się na zaszczytne idały rewolucji lub kwestionując omnipotencję nowej biurokracji. Albo nie robiąc zupełnie nic. Anarchiści, anarchosyndykaliści, związkowcy, feministki, niewygodni krytycy spotykali się (po uzyskaniu etykietki) w tym samym łagrze lub przed tym samym plutonem egzekucyjnym. Po 1945 „lewactwo“ przetrwało w partyjnej nowomowie opierających się reformatorskim tendencjom zachodnich komunistycznych jaczejek (jako leftism lub gauchisme) do ich początku końca, czyli do końca lat 60tych zeszłego stulecia. Ironia losu sprawiła, że po 1989 reanimatorami językowego, leninowskiego trupa, stali się postkomunistyczni kandydaci na konserwatystów.

Finał, czyli co mamy.

Tak więc mamy obecnie to, co mamy. Uważających się za praw(ico)ych publicystów i dyskutantów wymachujących w celach denuncjacyjnych leninowskim dyktatorskim wynalazkiem w przeświadczeniu, że jest to sprytne rozwiązanie. Jak również uważających się ( z jakichś niejasnych powodów)  za lewicowych  publicystów i dyskutantów przejmujących (niejednokrotnie bezmyślnie i bez większego sprzeciwu) język przeciwnika.

Tłumaczenie, że u podstaw stosowanej retoryki nie leży ani znajomość znaczenia, ani świadomość źródłosłowu, ani też jakaś szczególnie wyuzdana koncepcja intelektualna, jest nadaremne i mija się niestety z celem. Lewactwo. Machnijmy ręką.

—-

Wpis ten jest (w swoisty sposób) kontynuacją tego i tego.

Reklamy

Przez całe życie gromadził długi i przedmioty. Długi były nieuniknione, zadłużony był nieomal od dziecka. Wpierw – jako nastolatek –  u rodziny, potem u wydawców, potem u wszystkich. Zarabiał krocie, wydawał zawsze więcej niż zarabiał. Pieniądze  były nieodzowne do finansowania przepychu: coraz większych apartamentów, wykwintnych mebli, niezliczonych strojów, dzieł sztuki, służby, loży w teatrze, przyjęć, powozów. Wiąże się zazwyczaj z kobietami zamożniejszymi od siebie; będąc plebejuszem i wnukiem wieśniaka, umieszcza przed swym nazwiskiem arystokratyczne „de”, co wystawia go na śmieszność.  Karetę zdobi wyimaginowanym herbem. Czterokrotnie przemierza polskie ziemie, pozostawione świadectwo nie jest raczej pochlebne, szczególnie ostatnia podróż, podjęta z żoną daje mu się we znaki. Z Drezna napisze potem do matki:

„Potrzebowaliśmy przeszło miesiąca czasu na odbycie drogi, która zwykle trwa sześć dni. Nie raz, ale sto razy życie nasze było w niebezpieczeństwie. Czasem piętnastu, szesnastu ludzi musiało lewarami wyciągać nas z grzęzawiska, w które zapadaliśmy się po szyby karety. W końcu przybyliśmy tutaj – żywi, choć bardzo zmęczeni i chorzy”

Po przybyciu do miejsca zamieszkania, chory i wyczerpany rani się w nogę zahaczając o jeden z niezliczonych i niepotrzebnych mebli-bibelotów. Wkrótce potem umrze. Trudno powiedzieć co go zabiło. Czy tylko  polskie gościńce, czy własna mania gromadzenia przedmiotów, czy obojętność kobiety, którą kochał?  Być może wszystko na raz?   Umierając w otoczeniu najbliższych, nie chce zaakceptować odmiany losu nawet na łożu śmierci. Uporczywie domaga się wezwania  doktora Horacego B., jedynego lekarza do którego ma zaufanie. Ten nie przybywa. Dlaczego?

Casus belli

Maj 16, 2011

„In all life there are many truths; in outstanding journalism, often enough, there is always one truth too far, for the likes of the cliché mongers.“
Geoffrey Goodman(1)

To mogło zacząć się na przykład tak:

Wstał o świcie. Było gorąco i mimo wczesnej pory już sucho. Bez widoków na jakże o tej porze roku potrzebny deszcz. Cztery dni wcześniej, w odległym Czernobylu zdarzyło się coś nieprzyjemnego i teraz nad północną Europą wędrowała chmura radioaktywnego pyłu, lecz Djorde Martinovic o tym nie wiedział, a gdyby wiedział, to i tak by to go specjalnie nie obchodziło. Djorde, 56-letniego ojca przeważnie już dorosłych dzieci, obchodziła cebula. Pole z cebulą znajdowało się dwa kilometry od przedmieść rodzinnego Gnijlane.  Djorde obawiał się, jak najbardziej słusznie, że bardziej od cebuli odporne na suszę chwasty zaduszą ją, o ile nie zostaną przez niego, Djorde, w porę usunięte. Biorąc pod uwagę stan zaopatrzenia, pozostanie w stanie bezcebulowym, zupełnie się Djorde nie uśmiechało. I dlatego zapakował do wypłowiałego chlebaka kanapki, półlitrową butelkę po piwie wypełnioną cienką, ziołową herbatą i ruszył w drogę. Cebula wzywała. Butelka okaże się jeszcze istotna.

Nie wiemy co się stało na polu. Do dzisiaj nie udało się tego, mimo niezliczonych przesłuchań, szczegółowego śledztwa i obradujących latami wieloetnicznych komisji, ostatecznie ustalić. Około godziny 13 czasu miejscowego Djorde Martinovic zdołał przyczołgać się do skraju łączącej Gnijlane z Prisztiną drogi, gdzie ostatecznie utracił przytomność. Przywieziony do szpitala w Prisztinie, poddany został wielogodzinnej operacji. Operujący go lekarze stwierdzili zgodnie, że czegoś takiego jeszcze nigdy przedtem nie widzieli.
Gdy Djorde udawał się na pole, nie mógł jeszcze wiedzieć, że jego nazwisko będzie wkrótce znane każdemu mieszkańcowi jego wielonarodowej ojczyzny. Nie wiedział, że dokładny opis jego przypadku trafi (chociaż zgodnie z ustaleniami śledztwa trafić nie powinien) do tej części SANU-Memorandum, która opublikowana zostanie kilka miesięcy później w gazecie Večernje Novosti i stanie się przedmiotem coraz bardziej histerycznej i irracjonalnej debaty, ostatecznie przeradzającej się w niekończącą się tyradę szowinistycznej nienawiści. Nie mógł nawet przypuszczać, że społeczny odbiór SANU-Memorandum zainspiruje Slobodana Milosevica do spojrzenia życzliwszym okiem na nacjonalizm jako czynnik pomagający rządzić i wygłoszenia 28 czerwca 1989 roku na Kosowym Polu swej słynnej mowy (nikt nie będzie Was już nigdy bił, bracia Serbowie), mowy, która była wstępem do zniesienia autonomii Kosova, żądań rewizji obowiązującej od 1974 roku konstytucji i która (przez nawiązanie do ideii Wielkiej Serbii) zapoczątkowała ostateczną dezintegrację Jugosławii. W wyniku toczonych przez następne 10 lat działań wojennych zginęło 120 do130 tysięcy nienawidzących się serdecznie Jugosłowian.  Jugosłowian, tórych wzajemna nienawiść przemieniła (w zdumiewająco krótkim czasie) z żyjących zgodnie współobywateli, w serbskich, chorwackich, bośniackich, albańskich lub słoweńskich żarliwych patriotów (jak im się wydawało), bądź szowinistów nienawidzących wszystkiego co nie ichnie (jak postrzegali ich inni).

Większość ekspertyz i ustaleń skłania się niezmiennie ku poglądowi, że Serb Djorde Martinovic nigdy nie został – jak początkowo zeznał – zgwałcony na swym polu przez dwóch „posługujących się językiem albańskim“ osobników. O wiele bardziej prawdopodobna jest wersja, że był to przypadek samookaleczenia w trakcie aktu masturbacji odwróconą do góry dnem butelką po piwie. Aby było Djorde wygodniej, umocował butelkę na kijku, nieszczęście chciało, że w trakcie aktu się „omsknął“. Jeszcze bardziej nieszczęśliwą była okoliczność, że „nabijanie na pal“ stanowiło nader rozpowszechniony w czasach otomańskiej niewoli rodzaj egzekucji. Trudno się wobec głębokiego zakorzenienia traumy dziwić, że serbskim historykom, literatom i innym wyspecjalizowanym w patriotycznej publicystyce zaraz się skojarzyło. Nie wiadomo, czy chirurdzy, którzy usuwali z wnętrzności Djorde fragmenty butelkowego szkła i zszywali jego rozszarpany odbyt, byli patriotami. Dwóch było Albańczykami, pod koniec operacji dołączył do nich Serb. Operując Djorde nie wiedzieli też zapewne, że zszywają „ofiarę muzułmańskiego ludobójstwa wymierzonego przeciw narodowi serbskiemu i zmierzającemu do wyniszczenia wszystkich Serbów“. Ale wkrótce mogli już to przeczytać w (nieomal) każdej serbskiej gazecie. Gazety nieserbskie również nie pozostały obojętne, przychylały się jednak do wersji, że była to serbska podła prowokacja mająca usprawiedliwić zbliżające się, a skierowane przeciw innym etniom represje.

Zaryzykujmy ostrożną konkluzję: spotkanie się butelki po piwie z  nadgorliwością patriotycznych mediów i cynizmem polityka potrafiącego wykorzystać wilgotne sny pobratymców o wieeelkiej (i naturalnie – najważniejszej) ojczyźnie potrafi doprowadzić do naprawdę zdumiewających skutków.

Djorde Martinovic zmieniał wielokrotnie swą wersję wydarzeń,  zeznając raz tak, raz siak i zmarł w końcu we wrześniu 2000 roku. Jugosłowiańskie wojny domowe zakończyły się rok wcześniej. Pozostały liczne pamiątki.

Obecnie, po upływie 12 lat od zakończenia ostatnich działań wojennych, w krajach byłej Jugosławii pojawia się nostalgia za niegdyś osiągniętą jednością i coraz częściej dają słyszeć się głosy, że to wszystko było zupełnie zupełnie niepotrzebne.

————-

 

1. „Too many truths” Geoffrey Goodman  British Journalism Review, Vol. 10, No. 2, 1999 – tu

2. In GREATER SERBIA: from Ideology to Aggression, Stevan Moljevic, Homogeneous Serbia (1941) – warto przeczytać wstęp Moljewica, wydaje się taki znajomy – tu

3. Rola mediów w doprowadzeniu do wojny jugosłowiańskiej – tu. Warto przeczytać zanim się weźmie do ręki Gazetę Polską. Pouczające.

Resztę sobie każdy może (o ile ma taką potrzebę) poszukać.

Pojmujemy się (my, czyli żyjący w Polsce Polacy) jako byt zbiorowy umiejscowiony pomiędzy Wschodem (do którego nie chcemy należeć), a Zachodem (za którego część pragniemy uchodzić). Znamiennym jest, że nigdy nie uważaliśmy się za część Północy, ani Południa. Uciekając (niegdyś) z realnosocjalistycznego raju, Polak rejterował „na Zachód“, nawet gdy udawał się do Szwecji, bądź Norwegii. Albo pozostawał „na Zachodzie“, mimo że była to Austria, lub Grecja.

Nasze emocje uporządkowane są zgodnie z busolą, która wskazuje jedynie dwie strony świata. Sięgając do francuskiej encyklopedii (w tym wypadku Larousse), ze zdumieniem czytamy, że „la Pologne, (…) est un pays d’Europe orientale“. Jak tak można! Bycie przedmurzem chrześcijaństwa nie jest ani łatwe, ani (najwidoczniej) powszechnie doceniane.

Nasza optyka nie zawsze pokrywa się z optyką innych. W „Tako rzecze Bellavista“ Luciano De Crescenzo dokonał w latach 80tych podziału Europy na południową (przeważnie katolicką) i północną (przeważnie protestancką) posługując się, jako kryterium, dominującym wyposażeniem łazienek w wanny bądź prysznice. Wanna była według niego urządzeniem typowo katolickim, prysznic natomiast wynalazkiem protestanckim. Dzielący oba subkontynenty równoleżnik wannowo-prysznicowy wyznaczał granicę pomiędzy intymnym wylegiwaniem się w ciepłej wodzie, a szybkim oblaniem się wodą pozostającym w zgodzie z protestanckim etosem pracy. Wprowadzony przez De Crescenzo podział wydaje się ostatnimi czasy zacierać, co jest najprawdopodobniej skutkiem rozpowszechniania się wzornictwa i obyczajowości proweniencji protestanckiej również w krajach katolickich. Choćby taka IKEA.

Różnice (pomiędzy krajami katolickimi i protestanckimi) jednak pozostają i dotyczą nie tylko kultu świętych, obyczaju obchodzenia imienin (Happy name day to you, happy name day to you brzmi co najmniej śmiesznie), świętowania karnawału i chodzenia z procesjami. Uwidaczniają się one w zupełnie odmiennym pojmowaniu estetyki (czyli tego co jest powszechnie uznawane za ładne lub brzydkie) i nie dotyczy to wyłącznie wystroju wnętrz obiektów sakralnych. Ogólnie rzecz biorąc, świat katolicki jest bardziej kolorowy i (z punktu widzenia protestanta) pstrokaty. W krajach katolickich obywatel nie lubi pustki (co by tu jeszcze powiesić na ścianie, ona taka pusta) i lubi rzeźbić. Szansa, że przerzeźbi, jest spora. Konia z rzędem (lub ekwiwalent) temu, kto np. w skandynawskiej wiosce napotka chałupę krytą kanarkową blachodachówką i otoczoną okrutnie zdobionym ogrodzeniem, którego immanentną cechą jest imperatyw odróżniania się od sąsiada (bo po co ma być równo). Kobiety w krajach katolickich kultywują bliżej niesprecyzowaną „kobiecość“ i noszą więcej (przeważnie złotej) biżuterii, mężczyźni ubierają się (do pracy) w sposób bardziej konserwatywny. Świat katolicki jest nie tylko światem ozdób i ornamentów, lecz również firan, zasłon, zazdrostek. Protestant, widząc ukrywającego za firaną swe życie katolika, zastanawia się, co ten w zaciszu domowym wyrabia, że tak mu na tym zależy, aby to ukryć.

Uważny obserwator zauważy jeszcze jedną, małą, ale istotną różnicę. Przeniesiony w obszar nowego budownictwa mieszkaniowego w jednym z miast europejskich, natychmiast może stwierdzić jakie wyznanie jest dominujące i urzędowe. W krajach protestanckich rowery stoją przed domami. W katolickich natomiast stoją one (o ile nie są zamknięte w piwnicach i komórkach) na balkonach.
Protestancki rower na balkonie jest trudny do wyobrażenia. Pytanie, czy fenomen ten pozostaje w jakimkolwiek związku z przynoszącym rozgrzeszenie sakramentem spowiedzi, pozostaje (nadal) otwarte.

Beznadziejnie głupie pytanie, prawda? Nikt przy zdrowych zmysłach nie spróbuje przecież upierać się że jest inaczej. Dlaczego? No bo, hm, prawda, naukowcy udowodnili. Jacy naukowcy? No, przecież wszyscy, medycyna twierdzi, prawda, jednoznacznie. Twierdzi? Twierdzi. Od kiedy? Tu proszę państwa zaczyna się robić ciekawie. Medycyna twierdzi tak od niedawna. Przedtem, przez wieki całe, ustami swych najsłynniejszych i najbardziej światłych przedstawicieli twierdziła, że wręcz odwrotnie. Teraz będzie to co najbardziej lubimy, czyli krecia robota.

Szamanistyczne praktyki ostatnich 5000 lat, jak również terapeutyczne zastosowanie palonych (przez Scytów i Traków) nasion konopi nie będą nas tu zupełnie interesować. Potraktujemy pobłażliwie Hipokratesa (tak, to ten, na którego przysięgają tegoroczni absolwenci wydziałów lekarskich) – nie wiemy ilu pacjentkom zaszkodził zalecając wdychanie dymu jako panaceum na „schorzenia kobiece“. Co on mógł wiedzieć? Ciekawszy już był Piliniusz Starszy ze swoją wypróbowaną metodą leczenia (również dymem) uporczywego kaszlu. Ale co tam – dawno i nieprawda, zapomniane i wybaczone.

Przeskoczmy zatem do czasów nowożytnych, w których (po mrokach średniowiecza) zaczyna rządzić rozum, a uczeni, aby móc zasługiwać na to określenie, muszą – jak się powszechnie uważa – coś umieć. Jest wiek XVI, na scenę wkracza Jean Nicot, co prawda nie lekarz, ale jak najbardziej poważny uczony zwany (też) ojcem francuskiej leksykografii. Jakże niesprawiedliwie. Jego bezsprzecznie największym osiągnięciem było spopularyzowanie „nowej rośliny leczniczej“, a był skuteczniejszym popularyzatorem (tego na czym się nie znał) niż leksykografem (na leksykografii znał się). Nicot był człowiekiem obdarzonym poczuciem misji. Niestrudzenie pisał listy do głów koronowanych, egzotyczna (już niedługo) roślina miała pomagać wszystkim na wszystko. Cierpiącą na uporczywe migreny Katarzynę Medycejską wyleczył nowym zielem o nazwie tabah szybko i skutecznie. Owrzodzony kardynał Franciszek Lotaryński pozbył się dzięki tytoniowi wrzodów. Entuzjazm wyleczonych rodzi wyznawców. Na pierwszego koryfeusza nauk medycznych, który był gotów podeprzeć istniejący entuzjazm własnym autorytetem nie trzeba było długo czekać. Współczesny Nicotowi ojciec hiszpańskiej medycyny Nicolás Monardes odkrywa cudowne właściwości lecznicze tytoniu i zaczyna stosować zielsko (z pewnym powodzeniem i jeszcze głębszym przekonaniem) jako lek z wyboru na „bóle głowy, raka, choroby układu oddechowego, owrzodzenie skóry, choroby kobiece (wpływ Hipokratesa?) jak również – mówiąc kolokwialnie – robale. Są to najważniejsze zastosowania, pełna lista jest dłuższa i obejmuje 36 pozycji. Monardes – jak na uczonego przystało – nie tylko leczył, ale również pisał, a co gorsza napisane potem publikował. Pozostawił po sobie nieznaną liczbę ofiar i znaną liczbę uczonych ksiąg, w których zawarł to co zawarł. Ponieważ siła rażenia wiedzy jest nieporównanie większa, niż siła rażenia zabobonu (m.in. dlatego, że uczeni od siebie odpisują) – tytoń rozpoczął swój zwycięski (ponad) 300-letni pochód jako panaceum na wszelkie schorzenia. Kontynentalny wyczyn Nicota powtarza na Wyspach Brytyjskich Sir Walter Raleigh, również on znajduje swego Monardesa w osobie niejakiego Anthony’ego Chute, który nie bacząc na formalne braki w wykształceniu publikuje dzieło o znamiennym tytule „Tobaco“. Autor ogłasza rewolucję w medycynie, zalecane jest (terapeutyczne i profilaktyczne) palenie cudownego ziela w fajce. Obyczaj palenia upowszechnia się tak szybko (wszyscy chcą być zdrowi), że król Jakub I (Stuart) pisze pamflet i próbuje zakazać. Bezskutecznie, tytoń to już nie tylko nałóg, lecz również duże pieniądze. Również dla korony brytyjskiej ze względu na nałożone podatki.

W XVII wieku zaczyna się robić naprawdę dziwnie. Tytoniowi zaczyna się przypisywać cudowne właściwości – ze zdolnością przywracania życia zmarłym włącznie. Kto nie wierzy niech poczyta sobie o cudownym zmartwychwstaniu Anne Green powieszonej w 1650 roku za dzieciobójstwo i przywróconej do życia m.in. przy pomocy dymu tytoniowego. Lekarze zalecają żucie tytoniu (jako środek na m.in. ból zębów), picie nalewek tytoniowych (na wzmocnienie), łykanie pigułek (na imbecylizm i konwulsje) palenie fajki (na schorzenia płuc i oskrzeli). Damom zaleca się regularne używanie tabaki. Mazidła tytoniowe wcierane są w skórę, dym używany do inhalacji. Wiek XVIII przynosi szereg nowych, interesujących terapeutycznych pomysłów. Szczególnie zasłużył się tutaj (naprawdę słynny i szanowany) doktor i prekursor intensywnej terapii o nazwisku Richard Mead. Z jednej strony zasłużył się, z drugiej jednak (prosimy dzieci i osoby wrażliwe o chwilowe odejście od odbiorników) jego pomysły były, hm, do dupy. Dosłownie. Mead, zauważywszy że wtłaczanie dymu do płuc osób nieprzytomnych jest trudne i nieprzyjemne, postanowił znaleźć inną drogę podania życiodajnego specyfiku i przeszedł do historii jako wynalazca aparatu do lewatywy dymem tytoniowym. Doodbytnicze pompowanie dymu do wnętrza (przeważnie nieprzytomnego) pacjenta, było terapią z wyboru przez następne 150 lat w przypadku omdleń i utonięć (a w zasadzie podtopień). To nie są jakieś przesądy, w każdym przyzwoitym podręczniku medycyny znajdował się odpowiedni rozdział. Przeświadczenie o skuteczności metody było tak powszechne, że Royal Human Society (ówczesny brytyjski odpowiednik dzisiejszego WOPRu) uznał je w 1780 roku (na wniosek królewskiego stowarzyszenia medycznego) oficjalnie za ważniejsze od sztucznego oddychania i zainstalował wzdłuż brzegów Tamizy skrzynki z „zestawem do ratowania tonących“. W zestawie, a jakże, znajdował się aparat do lewatywy dymem tytoniowym. Pierwsze, nieśmiałe sugestie dotyczące ewentualnej szkodliwości metody pojawiły się w 1811 (Benjamin Brodie stwierdza niekorzystny wpływ nikotyny na pracę serca) – nie przeszkodziło to jednak jego uczonym kolegom przez cały XIX wiek poszukiwać coraz to nowych terapeutycznych zastosowań podawanego doodbytniczo tytoniowego dymu. Leczono (a jakże, z powodzeniem) zaparcia, przepukliny, anemię ba nawet cholerę.
W sanatoriach dla (jakże licznych wówczas) chorych na gruźlicę, lekarze zalecali chorym palenie papierosów i staranne zaciąganie się aromatycznym dymem. Chorzy krztusili się, kaszleli, ale nie było litości, czego się zresztą nie robi dla zdrowia, szczególnie gdy lekarz zaleca. Ostatnie doniesienia o korzystnym wpływie dymu tytoniowego na przebieg gruźlicy płuc można znaleźć w pulmonologicznych żurnalach z okresu bezpośrednio poprzedzającego wojnę światową.
Gdy zatem lekarz próbuje nakłonić nas do porzucenia zgubnego nałogu, warto pamiętać, że przedtem, przez jakieś 300 lat z okładem, jego uczeni koledzy usilnie nas do niego przekonywali.

Autor nie zaleca palenia tytoniu w żadnej postaci, ani też nie twierdzi, że palenie jest nieszkodliwe.

Nie możemy narzekać na brak poradników i leksykonów. Jest rzeczą drugorzędną, czy pragniemy nauczyć się grać w tenisa w weekend, języka Suahili w dwa tygodnie, zostać znawcami grzybów, ekspertami w zakresie fizyki kwantowej, szamanizmu, homeopatii lub psychoanalizy – odpowiedni poradnik, bądź samouczek wyskoczy nam naprzeciw obiecując surogat wiedzy i złudzenie łatwo osiągalnej kompetencji. Kto jednak myśli o potrzebach jakże licznych hipochondryków? W poszukiwaniu objawów interesujących i zarazem groźnych schorzeń grupa ta pozostawiona zostaje (bezlitośnie) samej sobie. Zdani na przypadkowe i często niezrozumiałe informacje, hipochondrycy błądzą bezradnie, narażając się niejednokrotnie na śmieszność i drwiny. Wychodząc naprzeciw trudnemu do zakwestionowania zapotrzebowaniu, przedstawiamy dziś pierwszy odcinek i serwujemy chorobę Parkinsona.

Ogólnie.

Nie jest prawdą, że choroba Parkinsona (Parkison’s Disease, PD) jest schorzeniem urojonym. Istnieje ona naprawdę. Została po raz pierwszy opisana przez angielskiego zbieracza skamielin, który parał się w chwilach wolnych od publicystyki politycznej również medycyną. Szansa, że będziemy na nią (chorobę, nie medycynę) cierpieć, wynosi około 0,3%, jeśli jednak uda nam się przekroczyć 60 rok życia, zwiększa się ona w sposób znaczący, osiągając (w zależności od źródła) nawet do 1,65%. Chociaż PD uchodzi za chorobę ludzi starszych, znana jest również postać młodzieńcza. Może nas trafić w każdym wieku, a zatem młodzi hipochondrycy nie powinni tracić nadziei. Choroba Parkinsona jest często mylona z parkinsonizmem, czyli zespołem objawów przypominających PD i pojawiającym się w przebiegu innych intrygujących chorób. To nie jest to samo.

Objawy.

Objawów jest mnóstwo i każdy może znaleźć wśród nich coś dla siebie. Cztery z nich uznane zostały za tzw. objawy centralne. Są to: drżenie spoczynkowe, sztywność mięśniowa, spowolnienie i zubożenie ruchów oraz niestabilność postawy. Jeśli wstając rano mamy wrażenie, że jesteśmy sztywni jak kołek, znowu nie dogonimy tramwaju, chociaż innym się to udało, znajomi dziwią się, że się ostatnio garbimy, a podnosząc do ust kieliszek zauważymy nieznaczne drżenie – to nie jest jeszcze całkiem pewne, że cierpimy na chorobę Parkinsona. Z drugiej strony nie da się tego, prawda, całkiem wykluczyć.
Choroba zaczyna się podstępnie. Objawy poprzedzające (prodromalne) łatwo przeoczyć lub zignorować. Pojawiają się (lub nie) przeważnie powoli i w różnej, zupełnie nieprzewidywalnej kolejności. Pewna (początkowo trudno zauważalna) niezręczność ruchów, psychiczne spowolnienie, trudności koncentracji lub (nieznaczne) kłopoty z pamięcią, skłonność do zaparć lub pisania maczkiem, przygnębienie, a nawet łojotokowy trądzik dopiero w późniejszym okresie bywają kojarzone z początkiem choroby. Przy odrobinie dobrej woli, każdy hipochondryk dostrzeże niektóre z nich u siebie.

Etiologia (skąd się to bierze)

Tak naprawdę, to nikt nie wie. W śródmózgowiu znajduje się tkanka zwana substancją czarną (substantia nigra), a w niej komórki produkujące (ważny neurotransmiter) dopaminę. W pewnym momencie zaczynają one obumierać i dopaminy nie ma kto produkować, czyli, używając kolokwializmu, nie wychodzi to nam na zdrowie. Ponieważ mózg jest organem o sporych możliwościach kompensacyjnych, trochę potrwa,  zanim rozwinie się pełen obraz schorzenia. Przeważnie około 15 lat, ale jest zawsze szansa, że o wiele szybciej. Dopamina odpowiedzialna jest (głównie) za przewodzenie bodźców regulujących napięcie mięśni, koordynację ruchów nieświadomych i szereg innych czynności. Jej braku nie da się wyrównać jedzeniem (lub podawaniem inną drogą) dopaminy, okazuje się bowiem, że nie wystarczy, aby była wewnątrz pacjenta, musi jeszcze być tam, gdzie jest potrzebna. A tym miejscem niekoniecznie jest układ pokarmowy lub krwiobieg.

Rozpoznanie (po czym lekarz poznaje, lub sądzi, że poznaje)

Lekarz stawia rozpoznanie na podstawie tego co widzi (jeśli ma czas, ochotę i umiejętności, aby dobrze popatrzeć), co opowiada mu chory i co wyczytał w podręczniku napisanym przez innych lekarzy. Nie ma żadnych obiektywnych, jednoznacznych testów ani laboratoryjnych markerów charakterystycznych jedynie dla Choroby Parkinsona. Jednoznaczne rozpoznanie jest jednak możliwe, dokonuje go anatomopatolog w czasie sekcji. Zadowolenie pacjenta z uzyskanej wreszcie pewnej i jednoznacznej diagnozy utrzymuje się jednak (z przyczyn łatwych do zrozumienia) w rozsądnych granicach.

Leczenie (tak zwane).

Choroba Parkinsona jest (piszemy to w maju 2011 roku) schorzeniem uznawanym powszechnie za nieuleczalne. Co naturalnie nie przeszkadza armii neurologów leczyć dotkniętych nią pacjentów. Ponieważ jednak leczenie, którego skutkiem nie może być wyleczenie (uzdrowienie) pacjenta mogłoby doprowadzić do (na przykład semantycznych) nieporozumień, medycyna wymyśliła pojęcie leczenia paliatywnego. Leczenie paliatywne polega na stosowaniu rozmaitych metod, co do których panuje (aktualne) przekonanie, że może mogą złagodzić postęp lub przebieg nieuleczalnego schorzenia. Nie gniewajmy się jednak na lekarzy: robią co mogą (nawet gdy mogą mało) nie starając się szczególnie– co nie powinno dziwić – o nagłośnienie tej smutnej prawdy. Metod jest kilka.
I. Leczenie farmakologiczne
Leczenie farmakologiczne choroby Parkinsona polega głównie na podawaniu pacjentom prekursora dopaminy (L-DOPA) w nadziei, że coraz to nowe objawy będą pojawiać się z pewnym opóźnieniem. Innymi słowy, że pacjent będzie dłużej chory. Rezultatem jest przeważnie pojawienie się, obok objawów schorzenia, również ich przeciwieństwa (nie zaś braku), co też nie musi być zabawne. Oprócz tego, ze zmiennym szczęściem i bez gwarancji pewnej skuteczności, stosowane są inne środki, takie jak antagoniści dopaminy, inhibitory monoaminooksydazy B, środki antycholinergiczne i kilka innych medykamentów.
II. Leczenie neurochirurgiczne
Zabieg zwany talamotomią (prawda, że ładniej się słyszy niż chirurgiczne zniszczenie części tkanki mózgowej) pozwala (u niepodatnych na leki pacjentów) na ograniczenie irytującego i trudnego do opanowania drżenia. W większości przypadków zamiast drżenia pojawiają się mało zabawne porażenia, ale nie szukajmy od razu przysłowiowego włosa w zupie.
III. Wszczepianie komórek macierzystych
Bardzo obiecujące. Niestety, raczej w przyszłości. Szczury nie podzielają entuzjazmu (u większości ogoniastych pacjentów co prawda ustąpiły objawy eksperymentalnie wywołanego parkinsonizmu, niestety pojawiły się teratomy, dla niezorientowanych: to takie nowotwory). Pewne nadzieje wiąże się obecnie z komórkami macierzystymi substancji czarnej, entuzjazm terapeutów nie jest jednak dotychczas poparty danymi  statystycznymi, uzyskanymi w ramach (odpowiednio)  szeroko zakrojonych badań.
IV. Co jeszcze pomaga lub szkodzi?
Pomagają (ponoć) dobre geny, a w zasadzie brak niedobrych mutacji. Ponieważ jednak nie mamy na to (te geny) żadnego wpływu, to pomijamy. Dobre podobno (poważne dane statystyczne) jest intensywne palenie tytoniu i picie morza kawy. Ale niewykluczone też, że miłośnicy używek żyją krócej i mają w związku z tym mniejszą szansę na dożycie wieku, w którym zwykło się chorować. Pewną uzasadnioną nadzieję budzi zastosowana przez niejaką Marie Simon-Pierre metoda terapeutyczna polegająca na intensywnych modłach skierowanych do mężczyzny imieniem Karol. Wystarczyło kilka modlitw i proszę, jak ręką odjął. Po raz kolejny okazało się, że również proste i mało kosztowne metody mogą przynieść zdumiewające rezultaty. Zazdrość i brak zrozumienia ze strony środowiska medycznego nie powinny w związku z tym nikogo dziwić.

Hipochondryków (i wszystkich, którzy pragną nimi zostać) pragniemy pocieszyć. Doświadczenie uczy, że od pierwszych prób klinicznych do rozpowszechnienia się nowej terapii mijają dekady. Jakże przydatne i łatwo dostrzegalne objawy choroby Parkinsona mogą nam służyć jeszcze lata całe.

%d blogerów lubi to: