Palenie nie szkodzi katolikom

Listopad 25, 2010

Wiara musi być jedynie odpowiednio głęboka. I obejmować (koniecznie) przekonanie, że ostateczna instancja w sprawach doktryny, Głowa Kościoła Rzymsko-Katolickiego (dalej zwana Papieżem) nie może przecież błądzić.

Na zdjęciu: Jego (chwilę później) Swiątobliwość Papież Jan XXIII (po lewej) w trakcie audiencji.

Informacja dla mniej zorientowanych, ateistów i agnostyków:

Jan XXIII, którego pontyfikat trwał od 1958 do 1963 roku, zwany był przez wiernych również Dobrym Papieżem Janem, Janem Pokornym, Przyjacielem Polski, Janem Uśmiechniętym. Aby wymienić tylko najważniejsze przydomki. Zreformował Koścół Katolicki, ekskomunikował Fidela Castro, pobłogosławił Ante Pavelica, Matkę Bożą Królową Polski ogłosił główną patronką Polski.

Nieprawdą jest, jakoby przewidział powrót Jezusa w Nowym Jorku w 2000 r. Prawdą jest natomiast, że nie zmarł na raka płuc. Zmarł na raka żołądka. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Nie mam innej woli, jak tylko wolę Boga”.

Dogmat o nieomylności papieża ogłoszony został w roku 1870 na soborze watykańskim I. Nieomylność papieża należy rozumieć jako bezbłędność w sprawach wiary i obyczajów.

Polska ustawa antytytoniowa uchwalona została ostatecznie na  62 posiedzeniu sejmu VI kadencji, przy walnym poparciu partii prawicowych i katolickich i sprzeciwie większości posłów tzw. szeroko rozumianej lewicy.

Reklamy

Łatwo skrzywdzić drugiego człowieka. Czasem przydarza się to, zupełnie niezasłużenie, również całym narodom. Zdumiewające jest to, że czasem wystarczy jedna, nieuzasadniona bądź nieprzemyślana denuncjacja. I już tak pozostaje, jak sobie w chwili słabości wybredził swawolny oszczerca. Po wsze czasy.

Wandalizm jest wynalazkiem stosunkowo niedawnym. Wbrew pozorom. Wandalizm wymyślił katolicki duchowny pod koniec XVIII wieku. Henri Jean-Baptiste Grégoire, biskup prowincji Blois miał na pieńku z co poniektórymi zwolennikami Jakobinów. Rewolucja Francuska obfitowała w nieładne, lecz niestety liczne przykłady niszczenia dóbr kultury, głównie materialnej. Oberwało się wszystkim po kolei, kościołom i zgromadzonym w nich dziełom sztuki też. Był sierpień 1794 roku. Sankiuloci kosili równo, Dogmat, głoszący że lud, w swej naturalnej, niezgłębionej mądrości musi mieć zawsze rację, dawał od pierwszych dni rewolucji swoistą carte blanche każdej swołoczy w imieniu tego ludu występującej lub uważającej się za lud. Nawet gdy lud plądrował bazylikę lub wyrzucał przez okna pałacu zupełnie (ze swego punktu widzenia) niepotrzebne obrazy i rzeźby, to nadal pozostawał suwerenem. Dobry pasterz postanowił coś z tym zrobić. Jako biskup konstytucyjny (byli tacy) i członek Konwentu, publikuje broszurkę pod tytułem Rapport sur les destructions opérées par le vandalisme, w której piętnuje bezmyślny szał niszczenia. Wandalizm po raz pierwszy w historii ujrzał światło dzienne. Był potrzebny, powołanie germańskich (a zatem obcych ideałom francuskiej rewolucji i Francuzom jako takim) barbarzyńców jako protoplastów zjawiska, miało za zadanie wzbudzić solidarną niechęć współobywateli do tego, czego się sami dopuszczali. Udało się. Nikt we Francji (i nie tylko) nie chciał być porównywany do barbarzyńców, a co dopiero germańskich.

Rzym został zdobyty i złupiony siedmiokrotnie, w tym przez germańskich Chrześcijan (tak, wyznania ariańskiego, ale zawsze Chrześcijan) trzykrotnie. Wpierw był Alaryk ze swymi Wyzygotami, Wandalowie przyszli jako drudzy. Zachowywali się (przyjmując ówczesne standarty zachowań) w miarę przyzwoicie. Przybyli do Rzymu w 455 roku, wezwani na pomoc przez cesarską wdowę po Walentynianie III, Licynię Eudoksję, która nie mogła się porozumieć z aktualnym mężem. Rzym zdobyli w ramach braterskiej pomocy (Genzeryk podpisał swego czasu z Walentynianem porozumienie gwarantujące rękę jedynej córki cesarza synowi władcy Wandalów). Czy plądrowali? Naturalnie, że plądrowali, nie więcej jednak niż zwykły wówczas plądrować zwycięskie wojska. Zdaniem współczesnego obserwatora Sylwanusa z Marsylii ograniczali się do dzieł sztuki i wyrobów z metali szlachetnych, szanując domy oraz dobytek prywatny obywateli i nie wkraczając do świątyń. Sylwanus napisze później: „w Rzymie podczas okupacji Gotów i Wandali, panował taki porządek, obyczajność i poszanowanie prawa, że poniektórzy Rzymianie zaczęli brać przykład z okupantów“. Był, widział, nie ma powodu mu nie wierzyć. Nawiasem mówiąc, o wiele, wiele gorsza od wizyty Wandali, były odwiedziny miasta przez Ostrogotów pod wodzą Totilii w 556 roku. Potem jeszcze parę razy święte miasto było zdobywane i plądrowane, ale jakoś tak bezskutecznie, bo wychodząc za każdym razem, jako Gesamtkunstwerk, z kolejnej dziejowej zawieruchy obronną ręką. Za sprawę musiało się zabrać dopiero dwóch zagorzałych katolików i wielkich przyjaciół sztuki aby się naprawdę powiodło. 6 maja 1527 roku oddziały zaciężne katolickiego władcy Karola V wkroczyły do miasta, w którym panował wielki mecenas sztuki, jego świątobliwość papież Klemens VII i z okrzykami sławiącymi Jezusa Chrystusa Pana naszego, jak również Niepokalaną Maryję Dziewicę rzuciły się do rabunku i gwałtów. Zanim zaczęły palić wszystko, jak popadnie. Karolowi nie podobało się, że papież sprzyjał Francuzom, za papiesko-cesarskie niesnaski zapłaciło jednak wieczne miasto obrócone przez rozszalałych żołdaków w kupę dymiących gruzów. Mieszkańcom to już nie przeszkadzało, bo w przeważającej większości końca orgii zniszczeń nie dożyli. Może to i lepiej, bo nie musieli przyglądać się jak systematycznemu zniszczeniu uległo 90% wszystkich budowli i dzieł sztuki. Ze szczególnym uwzględnieniem kościołów. Karol z Klemensem pogodzili się trzy lata później, niesnaski i drobne nieporozumienia uległy zapomnieniu i papież, doceniając zasługi Karola jako obrońcy wiary, własnoręcznie koronował tegoż na włodarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Jak mawiają skłonni do optymizmu Niemcy: Ende gut, alles gut.

Trudno obecnie dociec, co akurat Wandalowie francuskiemu biskupowi uczynili. On sam w późniejszych czasach mętnie się tłumaczył, twierdząc że wybrał ich, bo potrzebował kozła ofiarnego, o którego nikt się nie upomni. Wandalowie zniknęli z kart podręczników historii tak samo szybko i bez pozostawienia trwałych śladów, jak się pojawili. Biskup Grégoire, prawdopodobnie wiedziony wyrzutami sumienia, wielokrotnie próbował skorygować raz rzuconą potwarz. Bez skutku. Gdy umierał w 1831 roku, wszyscy wiedzieli już jacy niedobrzy, okrutni i bezmyślni byli ci Wandalowie, bo przecież dopuszczali się wandalizmu, prawda?

Jeśli, drogi czytelniku zobaczysz pocięte siedzenia w autobusie komunikacji miejskiej, wątpliwej jakości graffiti na ścianie wychodka lub nieprzyzwoity czteroliterowy wyraz domalowany wprawną ręką na plakacie wyborczym popularnego polityka, to pamiętaj: jest to typowy przykład karolizmu. Zjawiska o dobrych katolickich, świetnie udokumentowanych przez historyków korzeniach. Nie wiń dawno wymarłych barbarzyńców. Oni z tym nie mają nic wspólnego.

Odwagi!

Listopad 1, 2010

Dzień Zmarłych jest świętem pożytecznym i pouczającym. Obserwacja przedziwnych rytuałów, niejednokrotnie jawiących się nam, na pierwszy rzut oka, jako absurdalne lub odstręczające, pozwala zastanowić się nad kondycją umysłową i emocjonalną żywych. Zarówno obserwowanych, jak i obserwujących. Dzisiaj: Famadihana, czyli dzień zmarłych bez zgniłych kompromisów. Nie, nie u nas.

Famadihana jest wynalazkiem malgaskim. Kościół Rzymsko-Katolicki, w przeciwieństwie do wybrzydzających jak zawsze duchownych protestanckich, może nie w pełni popiera, ale na pewno toleruje, a nawet wyraźnie sympatyzuje. Mimo swej niewątpliwie pozytywnej wymowy i radosnego charakteru, malgaski obyczaj czczenia zmarłych jakoś się dotąd – poza Madagaskarem –  nigdzie nie upowszechnił. A szkoda. O ileż bardziej pogodne i pełne niezapomnianych wrażeń dla dorosłych i dzieci byłoby nasze, z roku na rok coraz bardziej upodabniające się do meksykańskiego, skomercjalizowanego ” Dia de los muertos” święto, gdybyśmy potrafili przełamać nieuzasadnione opory i otworzyć się na świeży powiew dalekich i egzotycznych kultur. Czego chłop nie zna, nie je. Mamy szansę to zmienić. Alors, on y va.

Nieuniknione dygresje

Przypatrzmy się wpierw, jak emocjonalnie ubogi jest nasz (polsko-katolicki i trochę – co tu ukrywać – pogański) sposób świętowania. Nasi zmarli spoczywają w miejscach odosobnionych, wyrzuceni poza nawias naszej codzienności – co pozwala na luksus usunięcia ich z naszej aktywnej (nieokazjonalnej) pamięci. Zamurowani w kryptach, przywaleni granitowymi lub betonowymi płytami, spoczywają umieszczeni raz na zawsze (czyli na okres wynikający z wysokości uiszczonej opłaty) w miejscu odosobnienia, w miejscu będącym egzemplifikacją zinstytucjonalizowanej codziennej niepamięci, przydając się nam, tak naprawdę, jedynie raz do roku. Wówczas to dochodzi do symultanicznego aktu masowej ekspiacji, manifestującej się w nabywaniu rozmaitych, zmarłym do niczego nie potrzebnych roślin i przedmiotów, a następnie umieszczania tychże, w sposób doskonale widoczny dla czujnej konkurencji (nieodżałowany mąż, teść ojciec, dziadek, pradziadek i magister z lewej, niezapomniany mąż, ojciec i dyrektor z prawej), na uprzednio odpowiednio wypucowanej mogiłce…(Niech się Jóźwiakowa martwi gdzie w przyszłym roku dostanie sztuczniejsze wieńcokwiaty i większe znicze, moje są pozłacane i wielkości wiadra, większych nie dostanie. A jak dostanie, to ja szklane zalewane, długopalne postawię. Albo gipsowe w kształcie anioła w kapliczce. Albo nawet szklane, duże w obudowie z estetycznego tworzywa)

Ale niepotrzebnie zbaczamy, wszyscy w końcu wiemy jak jest. Jest nieładnie. Z braku rozsądnych alternatyw większość z nas bierze raz do roku roku udział w powszechnym, żenującym spektaklu rozpasanej, stadnej komercji. Najczęściej aby nie sprawić bólu bliskim (przy czym bliscy nie chcą sprawić przykrości nam) i ufając w skrytości ducha, że ziarenko niesionej przez nas na cmentarz pamięci usprawiedliwia i tłumaczy udział w masowej orgii ekshibicjonistycznego kiczu.  A można przecież inaczej. Alternatywy są. I należy im się (bo dlaczego nie?)  uważnie przyjrzeć.

Koniec nieuniknionych dygresji

A zatem famadihana, już sama nazwa brzmi poetycko poszumem egzotycznego morza w przyłożonej do ucha muszli. Opis tego uroczego i głęboko ludzkiego obyczaju należy rozpocząć od tego, że famadihana, w przeciwieństwie do Dnia Zmarłych, zmarłych z rytuału nie wyklucza. Wręcz przeciwnie. Podobnie jak my, Malgasowie udają się gromadnie na cmentarz, na tym jednak podobieństwa się kończą. Zamiast bowiem ograniczyć się do odwiedzin zmarłych w miejscu ich spoczynku (i ewentualnego szybkiego opuszczenia miejsca odwiedzin, gdy już jest po ptakach), licznie zgromadzeni krewni wygrzebują swych zmarłych z mogił (wygrzebywanie powierza się tradycyjnie już młodym, krzepkim mężczyznom), aby następnie, w radosnym i cudacznym korowodzie, w rytm pogodnej, tanecznej muzyki zanieść szczątki doczesne do domu, gdzie już czekają suto zastawiony stół, napoje i najzwyczajniej dobry biesiadny nastrój.

Odgrzebywanie zwłok ukochanych osób połączone jest, szczególnie w pierwszych latach po pochówku, z drobnymi trudnościami natury technicznej, te jednak zostają przez kochających krewnych pokonane z godną pozazdroszczenia pogodą ducha. I tak na przykład nieocenioną pomocą są kolorowe całuny i nieprzemakalne płachty i maty trzymające doczesne szczątki w poręcznym tłumoku, tak że nie trzeba się obawiać, że poszczególne części najbliższej osoby zagubią się w trakcie tanecznej procesji lub się, nie daj Bóg, ze sobą pomieszają. Po przyniesieniu ukochanych krewnych do domu, rozpoczyna się właściwa uroczystość, ukochane zwłoki otrzymują nowy, czysty całun i sadzane są przy stole, tak aby mogły wziąć udział w niekończącej się i pełnej toastów i radosnych pieśni biesiadzie. W zależności od stopnia zamożności rodziny, uroczystość trwa od dwóch dni do tygodnia. Pląsom i śpiewom nie ma końca, zwłoki naturalnie też tańczą przy wydatnej pomocy rozbawionych biesiadników. Gdy jadło i napoje się wreszcie skończą, a szacowni zmarli – wyściskani za wszystkie czasy – znają już wszystkie najnowsze plotki z życia żywych, radosny korowód udaje się z powrotem na cmentarz. Tam dochodzi do ponownego pochówku pełnego melancholijnej pogody ducha – w końcu żegnamy się z najbliższymi jedynie do następnego razu.

Pierwszym Europejczykiem, który opisał famadihanę był Émile Durkheim. (Les formes élémentaires de la vie religieuse.Félix Alcan, Paris 1912). Lektura warta polecenia. Ten Durkheim to postać naprawdę fascynująca. Ale o tym może kiedy indziej. Zrobiło się późno. Spokojnej nocy i pogodnych snów. Dobranoc.

Trochę do poczytania i pooglądania (ładny reportaż) tutaj

%d blogerów lubi to: