Kryzys

Listopad 16, 2011

Głos w słuchawce był z jednej strony uprzejmy, z drugiej jednak, trochę jakby nieprzyjemny.
– Pan mi jest winien pieniądze – powiedział głos.
– Ach, kanonik Vaubain, jakże się cieszę – skłamał Myszkin. I dodał:
– Pamiętam, naturalnie, że pamiętam.
Kanonik Vaubain przypomniał Myszkinowi coś, o czym Myszkin co prawda wiedział, ale o czym jednocześnie wcale nie chciał pamiętać. W zaistniałej sytuacji najgłupsze było jednak to, że kanonik świetnie wiedział, że Myszkin nie chce pamiętać, a Myszkin wiedział, że kanonik wie.
Dalsza rozmowa nie potoczyła się wartko. I nie dotyczyła wynalazku Plauta.

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli

Listopad 10, 2011

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli.
Maurice Barrès; Scènes et doctrines du nationalisme.
 
Zakładając, że słowo może być źródłem twórczej energii (założenie, które jednak czasem budzi zrozumiałe wątpliwości), można powiedzieć, że słowa Barrèsa są w stanie zaspokoić jedynie najbardziej wulgarne apetyty. Wezwany do wyjaśnienia niektórych ze swych najbardziej znanych maksym, Maurice Barres nie jest w stanie dostarczyć żadnego poważnego argumentu na ich poparcie. (…) Nie, Barrès nie jest żałosnym idiotą, Barrès jest idiotą niebezpiecznym.
André Breton; L’Affaire Barrès (Littérature, sierpień 1921, nr. 20)

1.

Stojąc na rozdrożu, wybieramy (instynktownie i bez wahania) ścieżkę, którą swego czasu powędrował Breton z kolegami. Gdy formułował swój akt oskarżenia (pamfletowi nadana została forma sprawozdania z procesu pokazowego wytoczonego Barrèsowi w imię uczciwości, człowieczeństwa i zdrowego rozsądku), ostatnie z ofiar epidemii wieńczących Wojnę Światową dogorywały lub wrzucane były do masowych grobów z wapnem. Siedemnaście milionów mogił uczestników wielkiej rzezi nie zdążyło się pokryć gęstą trawą. Na ulicach europejskich stolic żebrali beznodzy inwalidzi wojenni, było ich więcej, o wiele więcej, niż skłonnych do obdarzenia ich datkami. Wojna Światowa nie posiadała jeszcze liczebnika porządkowego i wydawała się unikalnym i niepowtarzalnym nieporozumieniem, powtórka była, wobec panujących powszechnie nastrojów, niewyobrażalna. Barrès, uginający się pod ciężarem lat i wawrzynów, nie bronił się zbyt energicznie. Klimat był ku temu niesprzyjający. Na pożółkłych fotografiach ma wygląd zmęczonego starca, a przecież nie ukończył jeszcze 59 roku życia. Osiągnął wszystko, co można było wówczas jako „poeta i myśliciel narodowy“ osiągnąć. Dwa lata później umrze. Mimo że zarówno Malraux jak i Aragon (których przecież nie sposób podejrzewać o ideologiczne pokrewieństwo) wielokrotnie jeszcze zaświadczą, że to „na nim“ uczyli się pisać, wiatr zawieje miałkim piaskiem zapomnienia płytę nagrobną ufundowaną w zbiorowej pamięci; nie pozostanie nic, nawet początkowo ogromiaste hasło w encyklopedii skurczy się do kilku linijek.

2.

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli. Fałsz i tani patos są dziś w ojczyźnie Barrèsa (przeważnie) wyczuwalne z oddali i (również przeważnie) bez trudu identyfikowane jako zgniły trupi odór wydobywający się spod powierzchni frazesu. Podobnie zresztą w Niemczech. Po „Blut und Boden“ nie pozostało nic, jeśli nie liczyć samizdatów autorstwa bezrobotnych skinheadów z Dupiejewa. I chociaż zarówno Barrès z kolegami, jak i niemieccy piewcy nacjonalizmu planowali odwieczne rzucanie się sobie do gardła jako konieczność dziejową, to jakoś nic z tej odwieczności nie wyszło. Zupełnie nic. Ludzie otrzeźwieli z amoku i przestali być narodami przez duże G z wbudowanym  imperatywem walki, czyli rzucania się do tętnicy szyjnej sąsiada.

3.

Podejrzenie, że w dzisiejszej Polsce sytuacja przedstawia się niestety zupełnie odmiennie, zamienia się w pewność, gdy zbliża się 11 listopada, Święto Wielkiej Redukcji mające być – w zamierzeniu co poniektórych –  zwycięstwem Barrèsa i jemu podobnych zza grobu. Z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem można założyć, że barresowski frazes nie spotkałby się z protestem (jakże chętnie) maszerujących uczestników, ani stojących przy krawężniku przypadkowych świadków. Nie tylko nie dostrzegli by w nim niczego niestosownego, lecz najprawdopodobniej uważali by powyższe słowa za własne. Nasze, polskie. Patriotyczne. Potrzebne. Godne powtarzania i podziwu. Przy okazji i zupełnie bez związku pragniemy przypomnieć, że marsze nacjonalistów miały w popierwszowojennej Europie koniunkturę. W jednym z bardziej znanych, Marszu na Rzym, wzięło udział 30 000 uczestników. Chodziło o miłość do ojczyzny, danie oporu lewactwu, zrobienie porządku i takie podobne sprawy. Wystarczyło 30 000 cudacznie poprzebieranych w fantazyjne mundurki miłośników maszerowania, aby, przy bierności ogółu, sprowadzić na spory europejski kraj i jego mieszkańców niewyobrażalne nieszczęście. To niepojęte, że kilkadziesiąt lat po tych wydarzeniach, znów pojawiają  się (lub wierzą, że trzeba się pojawić)  zwolennicy wyrażania uczuć do ojczyzny krokiem marszowym.  Co rozumieją pod pojęciem ojczyzny, wydaje się przy tym, na pierwszy rzut oka,  drugorzędne

4.

Gdy przyjrzymy się uważniej, okazuje się, że dostrzeżona powyżej drugorzędność nie jest wcale oczywista. Pomiędzy pojmowaniem ojczyzny jako sumy szczątków ludzkich i terytorium, na którym zostały pogrzebane, a pochwałą (jako jedynego, możliwego do zaakceptowania wariantu) delikatnej tkanki języka, kultury i obyczajów, w którą wpleceni są ci, którzy są nam z różnych, nie tylko plemiennych powodów bliscy, rozciąga się szeroki pas możliwej do zagospodarowania ziemi niczyjej.

5.

Redukcja święta narodowego, które może i powinno być wydarzeniem pogodnym i radosnym, do ponurego taplania się we krwi, trupim zaduchu i błocie pól bitewnych cofa nas – jako ogół – o dokładnie 100 lat. W nieciekawe czasy poprzedzające Wojnę Światową numer jeden. W ten sam sposób pojmowania patriotyzmu jako bogoojczyźnianego szczękościsku skierowanego przeciw desygnowanemu obcemu. Wrogowi, który nas krzywdził i będzie krzywdził. Ale my się nie damy, my się odpłacimy, bo my wiemy, że Ojczyzna to Ziemia i Zmarli. Nacjonalizm w postaci dziewiczej, toczka w toczkę zmartwychwstały Barrès.

6.

Maszerujący, podążając za typowym dla reprezentowanych środowisk odruchem, już zidentyfikowali potencjalnych i rzeczywistych przeciwników tzw. marszu niepodległości jako skrajną lewicę. Zidentyfikowani rewanżują się – również odruchowo – nazywając anachronistyczny  zaduch faszyzmem. Swoją drogą ciekawe, co by dzisiaj zrobił André Breton. I do jakiego stopnia jest uzasadnione zapożyczenie użytego przez niego w stosunku do patrioty Barrèsa określenia. Na użytek bieżący.

7.

Co można przeciwstawić świadomym i nieświadomym pogrobowcom Barrèsa? Stwierdzenie, że Ojczyzna to nie Ziemia i Zmarli, lecz Przestrzeń, której granice wyznaczają Kultura i Język. I Żywi.  Przede wszystkim ci ostatni. Wraz ze swymi aspiracjami i marzeniami. Breton z kolegami próbował w 1921, jak wiemy z podręczników historii, nie do końca skutecznie. Potrzebny był akt drugi, z jeszcze większą górą trupów, aby zachodnioeuropejska większość zrozumiała i pogodziła się z myślą, że droga do własnej tożsamości nie może prowadzić w kierunku wyznaczanym przez drogowskazy, na których widnieją łatwe i apelujące do plemiennych emocji slogany.

reedit; 10.11.11. g. 06.57 Dodany został punkt 4 i 7.

Instytut Amnezji Narodowej

Listopad 6, 2011

skutecznie zapomnianySzymon G. urodził się przed 102 laty we Włocławku, dzieciństwo spędził w Warszawie. Wcześnie dostrzeżono jego (jak później wielokrotnie pisali zachwyceni krytycy) niewątpliwy geniusz. Prawdopodobnie nie przesadzali, bo jakże inaczej wytłumaczyć sobie fakt, że jeden z najwybitniejszych ówczesnych pedagogów muzycznych, usłyszawszy grę ośmioletniego malca, w uznaniu dla niebywałego talentu, decyduje się podjąć wyzwanie rezygnując przy tym z honorarium. Dalszy rozwój wypadków potwierdził mądrość i dalekowzroczność tej decyzji. Zanim G. skończy 16 lat otrzyma stanowisko koncertmistrza Drezdeńskiej Filharmonii, aby, w przededniu swych 20 urodzin, na osobistą prośbę Carla Furtwänglera, objąć tę samą funkcję w najsłynniejszej podówczas europejskiej orkiestrze. Oszałamiającą karierę, której istotnym elementem była przyjaźń z Paulem Hindemithem (G. był, obok Feuermanna jednym z członków legendarnego tria Hindemitha) przerywa dojście do władzy narodowych socjalistów; nie pomagają protesty, ani osobista interwencja zrozpaczonego Furtwänglera, zakaz występów jest nieodwołalny. Emigracja nie wygląda początkowo zbyt różowo, Brytyjczycy internują go na Isle of Man, działalność koncertową będzie mógł podjąć dopiero po roku. Rozpoczyna się niekończąca seria sukcesów koncertowych, których ukoronowaniem jest triumfalna owacja po występie w nowojorskim Carnegie Hall w 1938 roku. Amerykańscy krytycy nazywają go wówczas Rubinsztajnem skrzypiec, porównanie – biorąc pod uwagę zadziwiającą zbieżność losów obu muzyków – nie pozbawione sensu. Wybuch II Wojny Swiatowej nie przerywa błyskotliwej kariery, przerywa ją dopiero niefortunna decyzja wyruszenia w azajatyckie tournee w momencie przystąpienia Japonii do działań wojennych. Szymon G. zostaje przez Japończyków internowany na 3 lata na Jawie, w 1946 roku widzimy go znów święcącego triumfy w australijskich salach koncertowych. Nieustająca działalność koncertowa, praktycznie wszędzie na świecie, będzie trwała do 1955 roku. W 1953 przyjmuje obywatelstwo amerykańskie, wzbrania się jednak – wskazując na swe związki emocjonalne z krajem pochodzenia – na zmianę swego imienia z polskiego Szymon na łatwiejsze do wymówienia Simon. Szymonem pozostanie do śmierci. W 1955 roku zakłada w Amsterdamie przesłynną Nederlands Kamerorkest, ze stworzonym przez siebie, znanym z mistrzowskich interpretacji dzieł Bacha i Mozarta zespołem przemierza w ciągu następnych 22 lat, jako solista i dyrygent, nieomal cały świat. Dyryguje (między innymi) takimi zespołami symfonicznymi jak London Symphony Orchestra, BBC Symphony Orchestra, Cleveland Orchestra, Chicago Symphony Orchestra i Boston Symphony Orchestra. Jednocześnie zdobywa opinię jednego z najbardziej cenionych na świecie (obok Menuhina i Ojstracha) pedagogów skrzypiec. Prowadzi kursy mistrzowskie w nowojorskiej Juilliard School of Music, w New Haven Yale University, Philadelphia Curtis Institute, New York Manhattan School of Music i Aspen Music School. W 1977 przejmuje prowadzenie Manchester Camerata, ostatnie lata życia spędza głównie w Londynie, w 1990 roku decyduje się na opuszczenie Europy i wyjazd do Japonii. Wiąże się z pianistką Miyoko Yamane, zamieszkuje w maleńkiej miejscowości w Toyama, nieopodal Tokio i poświęca cały swój czas i energię tworzeniu Nowej Tokijskiej Orkiestry Symfonicznej. Umiera tamże w 1993. Obszerne, pełne podziwu szacunku, miłości i odania nekrologi oraz artykuły okolicznościowe zapełniają szpalty gazet w cywilizowanej części świata. W cywilizowanej.
Zarówno jako światowej sławy dyrygent, jak i wirtuoz skrzypiec pozostawił po sobie bogatą i trudną do objęcia spuściznę nagraniową. Jest łatwy do znalezienia w leksykonach i encyklopediach. Prawie wszędzie, bo u nas raczej nie. Proszę nie szukać go w polskim wydaniu wikipedii. W Wielkiej Encyklopedii PWN go nie ma. W Wielkiej Encyklopedii Muzycznej, w której w zasadzie jest każdy włącznie z portierem konserwatorium warszawskiego, jest króciutka notka (część biograficzna, tom III, E-F-G, str. 364). Krótsza o wiele, niż poświęcona np. gitarzyście elektrycznemu znanemu na wybrzeżu w latach 60-ych.

Niesprawiedliwym byłoby jednak twierdzić, że potomni o nim zapomnieli, bądź że zupełnie go nie docenili. Szymon G. posiada pomnik. W Bostonie. I ulicę swego imienia. Na przedmieściach Groningen.

Kropotkin, wiedziony przemożną chęcią napisania bardzo krótkiego, apolitycznego tekstu, którego treść nie pozostawałaby w żadnym, ale to w żadnym związku z wieńczącym ją tytułem, postanowił ulec pokusie.

%d blogerów lubi to: