Zaśnieżony (adekwatnie do pory roku) krajobraz powinien działać kojąco. Nie działa. Kropotkin siedzi przy biurku pogrążony w ponurej zadumie. To, co spisane, nabiera mocy. Tylko to. Przed Kropotkinem leży kartka papieru i prowokuje niepokalaną czystością. Niekończąca się lista niezrealizowanych zamierzchłych planów wisi nad Kropotkinem i domaga się uzupełnienia o nowe, niezużyte jeszcze, w pewien sposób dziewicze zamierzenia.

Z drugiej strony: ileż to razy dobre postanowienia noworoczne zamieniały się (niepostrzeżenie) po upływie kilku dni w pobożne życzenia? Z przygnębieniem stwierdza, że realizacja dobrych postanowień skazana jest – zgodnie z nieznanym jeszcze prawem natury – na porażkę. Sromotną klęskę, która nadejdzie z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością.

Postanawia zatem w nowym roku udawać się później na spoczynek i wstawać zdecydowanie później. Unikać sportu i stronić od ruchu na świeżym powietrzu. Palić i pić dzielnie, odżywiając się przy tym konsekwentnie niezdrowo. Więcej tłuszczu i węglowodanów, za to mniej owoców i warzyw – notuje na kartce. Mniej czytać, a jeśli się nie uda, unikać przynajmniej pozycji wymagających intelektualnego wysiłku, koncentrując się na twórczości łatwej, trywialnej i mało wymagającej. Zacząć wreszcie regularnie oglądać telewizję. Wrzeszczeć na bliskich, stronić od instrumentów muzycznych, zaniedbać naukę języków obcych. Spóźniać się z regularnością szwajcarskiego zegarka.

Po upływie kwadransa lista jest gotowa. Kropotkin przypatruje się jej z rosnącą ufnością. Powinno się nie udać. Statystyka jest tym razem po jego stronie.

Starej Majchrzakowej ukazał się we śnie Adolf Hitler. Stał na kładce przerzuconej nad strumieniem oddzielającym pole starego Serwety od łąk książęcych i taki blask od niego bił, że aż czy bolały. Ubrany był w damski szlafrok w kwiaty, na bosych stopach miał kąpielowe klapki koloru lila. Stara Majchrzakowa chciała się we śnie przeżegnać, albo chociaż splunąć na ziemię i powiedzieć: idź precz maro nieczysta, ale nie mogła. Stali więc tak naprzeciw siebie przez dłuższą chwilę, Majchrzakowa wpatrywała się w Hitlera, Hitler wpatrywał się w Majchrzakową, w porastającym brzegi strumienia tataraku słychać było kumkanie żab. W końcu Hitler przełknął ślinę, wciągnął ze świstem powietrze, machnął prawą dłonią w kierunku widniejącego na horyzoncie elewatora i wyszeptał: pójdź dziecię, ja cię uczyć każę.

Tego już było starej Majchrzakowej za dużo i postanowiła się bezzwłocznie obudzić.

Opowieść Wigilijna

Grudzień 24, 2009

Dowódca straży Ezechiel (syn Ezechiela, poborcy) miał wszystkiego serdecznie dosyć. Wszystkiego. Dzień targowy zakończył się tumultem wywołanym jak zwykle przez poganiaczy osłów, którzy opiwszy się winem palmowym rozpoczęli zaczepiać przechodzące niewiasty. Skończyło się przewracaniem straganów i ogólnym mordobiciem. Po zapadnięciu zmroku straż była wzywana jeszcze wielokrotnie, po raz ostatni przez Izjasza, właściciela zajazdu, w którego stajni zagnieździło się dwoje włóczęgów. Kobieta była w zaawansowanej ciąży, mężczyzna, najwidoczniej wędrowny rzemięślnik, obszarpany i brudny, stawiał początkowo opór, dał się jednak przekonać, że poród w stajni nie jest dobrym pomysłem. Skończyło się na tym, że dziecię przyszło na świat w Ezechielowej kuchni, Rebeka pomogła i wyczerpana matka odpoczywała teraz wraz z potomkiem w przyległej sypialni.

Ezechiel zastanawiał się, gdzie wobec takiego rozwoju wypadków spędzą z żoną nadchodzącą noc. Rozmyślania przerwało łomotanie do drzwi. W progu stał znów wzburzony Izjasz. W obręb zabudowań wtargnęła gromada pastuchów, nie potrafili wyjaśnić w jakim celu, bredząc coś o jakimś stworzeniu ze skrzydłami, które poleciło im udać się do izjaszowej stajni i nie ma gadania. Czego to ludzie nie wymyślą. Ezechiel obiecał Izjaszowi interwencję licząc w cichości ducha, że sprawa rozejdzie się – jak zazwyczaj – po kościach. Wpierw musiał się zająć trzema najwidoczniej zbłąkanymi cudzoziemcami, nikt nie mógł zrozumieć o co im chodzi, wykrzykiwali niezrozumiałe słowa w równie niepojętym narzeczu wskazując na przemian na przystroczone do siodeł wielbłądów sakwy i na niebo.

Od czasu pojawienia się tej komety, pomyślał Ezechiel, ludzie zachowują się co najmniej dziwnie. Dzień jak co dzień, niby nic się nie zdarzyło, a człowiek namorduje się jak koń pod górkę. W mroku otaczającym przedmieścia rozbrzmiewało wycie bezpańskich psów. Tej nocy Betlejem długo jeszcze nie mogło zasnąć.

Są święta, ludzie składają sobie życzenia. To dobry zwyczaj. A zatem: wszystkiego ludzkiego. Wszystkim. Tobie też.

Sobie życzę, aby pełni świątecznego uniesienia bliźni dobrze życzyli sobie i innym również w pozostałe dni roku. Może to i trudne, ale czy niemożliwe?

Początek ostatniego rozdziału

Grudzień 17, 2009

Kiedy Cukerbrot dowiedział się, że żona Kacenbacha urodziła trojaczki, ubrał swój najlepszy garnitur na prawie czysty podkoszulek i pożyczony od brata einsteckkragen. Wybór garnituru  nie był trudny ponieważ miał tylko jeden. Szczerze powiedziawszy, poza wzmiankowanym garniturem nie posiadał chwilowo innego okrycia, chyba żeby liczyć jesionkę zastawioną w lombardzie na Zarzeczu. Następnie, za uzyskane pod zastaw zegarka pieniądze, nabył w okolicach Zaułka Rzeźniczego bukiet czerwonych róż i podążył energicznym krokiem w stronę Nowego Rynku gdzie pod trzynastką mieściła się kancelaria Kacenbacha. Był dobrej myśli.

Kacenbacha w kancelarii nie było. Spotkany na wiodących do wejścia budynku schodach ślepiec próbował mu bezskutecznie sprzedać los na loterię, Niebo zaciągnęło się, najwidoczniej zbierało się znów na deszcz. Cukerbrot rzucił okiem na przegub, na którym jeszcze przed godziną znajdował się zegarek, odczytanie godziny z przegubu przerastało jednak jego możliwości. Stojąc na środku trotuaru narażał się na potrącenia licznych o tej porze dnia przechodniów. Rozejrzał się bezradnie. Ulicą powoli szły dwie zakonnice. Lufa schowanego w kieszeni spodni rewolweru uciskała go dotkliwie w pachwinę.

A mad tea party revisited

Grudzień 14, 2009

– Bo oni wszyscy tacy – powiedział Marcowy Zając – chodzi im tylko o jedno!

– Niewykluczone – powiedział Szalony Kapelusznik – że chodzi im głównie o herbatę. Lub herbatniki.

Na odgłos słowa „herbatniki” Suseł obudził się i zaczął przyglądać się Alicji z uwagą graniczącą z natarczywością.

– Czy ktoś – ziewnął – czy ktoś mówił coś o melasie?

– Jedno tylko mają w głowie – dorzucił Marcowy Zając – i nie jest to melasa.

– Acha – mruknął rozczarowany Suseł. I zasnął.

Przez chwilę panowało milczenie. Ciszę przerywało jedynie wymowne siorbanie Szalonego Kapelusznika. I szelest tkaniny. Alicja poczuła nagle dłoń smutnego sąsiada w oklicy gdzie kończyła się podwiązka, a zaczynał brak podwiązki.

– O jedno im chodzi – powtórzył ponuro Marcowy Zając

– Jest taka zagadka – przerwał Szalony Kapelusznik – chodzi w niej o…

-Melasę!!? – ożywił się suseł

– Nie – odparł Kapelusznik – nie o melasę. I o to, co ma na myśli Marcowy Zając, również nie.

– Czy mógłby Pan zdjąć rękę z mojego kolana – zapytała Alicja – łaskocze mnie pan!

– To nie jest kolano – zauważył smutny sąsiad.

– A ten Dodgson to znów… – zaczął Marcowy Zając, ale pod wpływem spojrzenia Kapelusznika natychmiast zamilkł.

Alicja miała dziwne wrażenie, że powinna jeszcze coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedziała co.  Dłoń smutnego sąsiada powoli wędrowała w rejony nie związane z podwieczorkiem. Wbrew pozorom nie było to przyjemne.

Grypa. Zaufajmy fachowcom.

Grudzień 11, 2009

Gdy tylko na horyzoncie zaczyna się majaczyć mniej lub bardziej odległe widmo epidemii, albo co gorsza pandemii, wybija godzina wizjonerów, fałszywych proroków i wszelkiej maści szarlatanów. Pojawiają się domorośli znawcy epidemiologii walczący o lepsze z samorodnymi talentami medycznymi. Siewcy strachu usiłują przekrzyczeć znawców pewnych metod leczenia opartych na najdzikszych spekulacjach zakorzenionych w zasłyszanych, aczkolwiek niekoniecznie zrozumianych mądrościach – swoboda interpretacji jest przy tym raczej regułą niż wyjątkiem. Ilość tych którzy wiedzą (lub sądzą że wiedzą), przewyższa ilość tych, którzy tylko przypuszczają. Jedych i drugich cechuje skłonność do sądów kategorycznych, nadmiernej pewności siebie i niezłomnego przekonania o słuszności własnych poglądów, przekonania wynikającego przeważnie z twórczej interpretacji wiadomości pochodzących z drugiej lub trzeciej ręki.

Racjonalne myślenie oparte na wiedzy fachowej znajduje mniej zwolenników niż najdziksze spekulacje ćwierćfachowców i brylujących autodydaktycznie zdobytą wiedzą doradców-samozwańców. Trudno, doprawdy trudno dociec źródeł tego masowego fenomenu.

Kropotkin nie może powstrzymać się od zdziwienia. Przecież wystarczyłoby zaufać fachowcom, ludziom z wieloletnim doświadczeniem i zdobytą mozolnie wiedzą medyczną. I kierować się ich zaleceniami ufając, że wiedzą co czynią, że udzielane przez nich wskazówki oparte są na solidnym, ba naukowym,  fundamencie. Gromadzona pracowicie przez dwa i pół tysiąca lat wiedza medyczna zasługuje przecież na większe zaufanie. Nieprawdaż?

Kropotkin nic z tego wszystkiego nie rozumie. Nic.  Obecna sytuacja nie jest wszakże całkiem nowa. Gdy w 1918 roku wybuchła epidemia Hiszpanki było podobnie. Na szczęście w porę zwrócono się po wskazówki i porady również do fachowców. I ci potrafili się wypowiedzieć w sposób logiczny, trzeźwy, a mimo to zrozumiały. Wystarczyło tylko grzecznie poprosić i można było otrzymać sensowną poradę.  Na przykład niejakiego Dr. med. R.C. Clarcka na łamach „The News of the World“:

„Wash inside of nose with soap and water each night and morning. Force yourself to sneeze night and morning, then breathe deeply. Do not wear a muffler. Take sharp walks regularly and walk home from work. Eat plenty of porridge.”

Flu prevention suggestions of R.C. Clarck MD published in The News of the World from November 3, 1918
Osoby traktujące Katechizm i książeczkę do nabożeństwa jako nie podlegające jakiejkolwiek dyskusji źródła niepodważalnej prawdy historycznej proszone są o nie czytanie tego tekstu. Pozostałych pasażerów prosimy o zajęcie miejsc i zapięcie pasów. Będzie strasznie.

Urwanie głowy z tymi krucyfiksami. Wszystkiemu jest winien Poncjusz P.. Wszystkiemu. Ale po kolei. .

Jeszua, zwany potem powszechnie Chrystusem (Χριστός) według większości historyków urodzony na 4 do 8 lat przed własnymi narodzinami, a zmarły śmiercią męczeńską pomiędzy 30 a 33 rokiem naszej ery, jest postacią, której istnienie jest bezsporne. Nie wiemy wprawdzie ani kiedy dokładnie żył, ani też kiedy umarł, gdyby Józef Flawiusz nie wspomniał w Testimonium Flavianum jego imienia nie wiedzielibyśmy nawet czy z całą pewnością istniał (do jakiego stopnia polegać można na późniejszej wzmiance Tacyta lub powstałych ćwierć tysiąclecia później spekulacjach Euzebiusza z Cezarei raczej trudno obecnie ocenić). Nieważne. Ważne jest zakorzenione w nas wszystkich przeświadczenie, że Joszua zginął na krzyżu i że dokładnie wiemy jak ten krzyż wyglądał. Wiemy? Otóż wiemy mało. Chyba nam się tylko wydaje że wiemy.

Załóżmy jednak dla wygody, że dajemy wiarę Ewangelii (którą trudno uznać za niepodważalne źródło historyczne, ale co tam) i że było rzeczywiście tak jak napisane jest w Piśmie. Dla przypomnienia: Sanhedryn domagał się wprawdzie wyroku śmierci, jego wydanie, jak również wybór sposobu wykonania pozostawało w gestii rzymskiego Prefekta, w tym przypadku – Poncjusza P. I tutaj robi się dziwnie i zupełnie niezrozumiale. Bluźnierstwo – a przypomnijmy, o nie właśnie oskarżony był Chrystus – było bowiem na terenie Judei zwyczajowo karane ukamieniowaniem. Przybijanie do krzyża zarezerwowane było dla buntowników, szczególnie zbuntowanych niewolników, rabusiów ze szczególnym uwzględnieniem piratów i pospolitych morderców.

Rozmaite dygresje

Nie każdego wolno było w obrębie Imperium ukrzyżować. Nie wolno było na przykład przybić do krzyża obywatela rzymskiego, Cycero wypowiedział się w tej kwestii jednoznacznie:

„Nomen ipsum crucis absit non modo a corpore civium Romanorum, sed etiam a cogitatione, oculis, auribus.”

W przypadku popełnienia wyżej wzmiankowanych uczynków, obywatel miał święte i niezbywalne prawo być ściętym. Ale mniejsza o to. Wróćmy do krzyży. Krzyże, wbrew powszechnemu przekonaniu przeważnie nie były krzyżami. Przeważnie były to słupy. Poprzeczki, czasem jedna, czasem dwie, były raczej rzadkością. Co do tego kto wymyślił przybijanie ludzi do drewna nie ma zgody. O palmę pierwszeństwa walczą Fenicjanie z Asyryjczykami i Persami. Grecy nauczyli się od Persów i z upodobaniem stosowali ten rodzaj kary w stosunku do oskarżonych o kradzież. Psychopata o imieniu Aleksander (nazwany z niezrozumiałych powodów przez potomnych wielkim), zerwał z tą tradycją i stosował sankcję według upodobania i raczej na oślep. Na przykład po zdobyciu Tyru nakazał ukrzyżowanie wszystkich męskich mieszkańców miasta, wszystkich, jak leci. Kobietom się upiekło. Po zwyczajowym zgwałceniu zostały sprzedane jak bydło w niewolę. Rzymianie nauczyli się od Greków i stosowali ten rodzaj kary ze szczególnym upodobaniem w stosunku do pojmanych zbiegłych niewolników, wychodząc z najprawdopodobniej słusznego założenia, że efekt będzie raczej (dla jeszcze nie zbiegłych) odstraszający.

Koniec dygresji.

Powróćmy zatem do Chrystusa i wydającego wyrok Poncjusza P. Jego wybór dotyczący narzędzia kaźni pozostaje wprawdzie niezrozumiały, ale z drugiej strony nie całkiem nieprawdopodobny. Poncjusz P. lubił krzyżować. Lubił do tego stopnia, że czasem nakazywał przybijanie do krzyży dużych grup ludności bez specjalnej troski o przeprowadzenie procesu. Upodobanie to przyczyniło się w końcu do jego zguby. W 36 roku naszej ery nakazuje zupełnie bezsensowne ukrzyżowanie dużej grupy pielgrzymów z Samary i tego jest już za dużo nawet jego zwierzchnikom. Legat Syrii, Lucjusz Witeliusz, odwołuje go ze skutkiem natychmiastowym z zajmowanego stanowiska i nakazuje stawienie się przed Tyberiuszem w celu wiadomym. Zanim Poncjusz P. dotrze do Rzymu, Tyberiusz umrze i miłośnikowi masowych ukrzyżowań upiecze się, ale nie na długo. Kaligula zadba o to aby mu się nie nudziło, ale to już zupełnie inna historia.

Znosi nas. Wróćmy zatem ponownie do interesującego nas ukrzyżowania. Autor (lub autorzy) Ewangelii Jana w ponad 40 miejscach wymieniają narzędzie kaźni nazwając je stauros (σταυρός), sam zaś akt nazywają anastauroo. Stauros to nie krzyż. To raczej chyba na pewno słup, a Anastauroo to powieszenie delikwenta na słupie. Pomylenie słupa z krzyżem jest trudne. Jeśli zatem pozostaniemy w zgodzie z Ewangelią, obecna kontrowersja dotycząca wieszania symboli religijnych w instytucjach publicznych nabiera nowego posmaku. Jeśli jednak założymy, że Mesjasz przybity został na rozkaz Prefekta do krzyża, to sytuacja robi się jeszcze dziwniejsza. Najpopularniejszym w owych czasach rodzajem krzyża nie była bowiem konstrukcja znana nam z nowożytnej ikonografii. Popularne, ba powszechne, było urządzenie zwane crux decussata. Były to dwie belki skrzyżowane na kształt litery X. Ta forma krzyża przetrwała do dziś nie tylko w heraldyce i weksykologii, możemy ją podziwiać również przed niestrzeżonymi przejazdami kolejowymi. Nieporozumieniem jest jednak przeświadczenie, że ten rodzaj narzędzia kaźni wymyślono specjalnie dla św. Andrzeja Apostoła. Prawdą jest, że w przypadku krzyżowania było to powszechnie stosowane narzędzie.

Zwolennicy wieszania symboli religijnych w szkołach, sądach i komisariatach mają zatem do wyboru pomiędzy pozostaniem w zgodzie z Ewangelią i zabieganiem o wieszanie symbolicznego słupa, lub zbliżeniem się do prawdy historycznej i wieszaniem krzyża w postaci litery X. Tu jednak pojawia się następna trudność natury, powiedzmy sobie otwarcie, estetycznej. Po przybiciu ofiary do crux decussata, urządzenie stawiano w taki sposób, aby skazaniec wisiał do góry nogami.

%d blogerów lubi to: