Podejście do tematu bohaterstwa w ogóle, a narodowego szczególnie, wymaga pewnej delikatności. Brak takowej może zranić uczucia. Patriotyczne. Opłaca się jednak podjąć ryzyko. Mimo, że z konieczności, będzie dużo uproszczeń. Naprawdę warto.

I. Przydługi wstęp.

Heroizm jako taki wymyślili najprawdopodobniej Grecy. Bardzo dawno temu. Początki herosa były skromne: walczył z Meduzą, smokiem lub jakimś innym nieszczęściem trapiącym społeczność lokalną, od czasu do czasu ratował sobie dziewicę popełniając po drodze czyny godne sławienia. Pomnik herosa zdobił potem agorę. W czasach nowożytnych ulubionym zajęciem bohatera stało się rzucanie się, przeważnie wbrew zdrowemu rozsądkowi, na przeważającą i niewiarygodną ilość wrogów. Krzepnące nowożytne państwa narodowe definiując mity założycielskie sięgały do idei i czerpały pełną garścią z mroków historii. Niemcy odkurzyli Arminiusza, Francuzi Wercyngetoryksa, Hiszpanie Cyda. Rosjanie Aleksandra Newskiego. Szwajcarzy przypomnieli sobie Winkelrieda i Wilhelma Tella. W XIX wieku do postaci legendarnych dołączyli współcześni. Włosi wywindowali na postument narodowego bohaterstwa Garibaldiego, a Simon Bolivar został bohaterem narodowym całego szeregu nowo powstających państw.

Dygresja

Polskim prototypem bohatera narodowego miał szansę zostać francuski marszałek o polskim, książęcym nazwisku, który utopił się w niemieckiej rzeczce i prawdopodobnie dlatego został patronem mostu w Warszawie. Brak polskiej państwowości w czasach, które nastąpiły, zapobiegł jednak nieuniknionej w takich przypadkach epidemii pomników.

Koniec dygresji

Instytucja bohaterstwa narodowego doznała sporej kompromitacji w XX wieku, ponieważ potęgi totalitarne, próbując wzmocnić morale mięsa armatniego przypisały trwale termin bohaterstwa zgonowi na tzw. polu walki. Niemcy nazywali swoich nieboszczyków Kriegshelden, a wąsaty Gruzin wymyślił Bohatera Związku Radzieckiego będącego (w czasie wojny) częstokroć synonimem żołnierza, który dał się w sytuacji beznadziejnej zastrzelić, zamiast trafić do nieprzyjacielskiej niewoli. Chyba, że był np. marszałkiem. Wtedy mógł się cieszyć osobiście. Kult bohaterów narodowych militarnej proweniencji kwitnie, w trochę zmodyfikowanej postaci, po dziś dzień w Stanach Zjednoczonych. Komuś, kto raz został uznany za american hero w zasadzie nikt już nie podskoczy.

Bohater Narodowy jako taki, aczkolwiek powszechny, nie jest łatwy do zdefiniowania. Zdaniem potomnych jest to (z reguły) ktoś, kto dokonał rzeczy ogromnych, zasłużył się dla ojczyzny czynami swemi i wymaga z tego względu szacunku, czci i upamiętnienia. Upamiętnia się przeważnie przy pomocy orderów imienia, pomników i notorycznego nadużywania nazwiska do nazywania placów, skwerów, ulic i mostów. Taki Garibaldi ma we Włoszech, w dowód wdzięczności za podarowaną Włochom państwowość, wszędzie, naprawdę wszędzie jakąś ulicę lub plac. A na placu dodatkowo pomnik. W Polsce trudno znaleźć miejscowość nie posiadającą ulicy Ściegiennego. Czasem jest to ulica Piotra Ściegiennego, czasem księdza P. Ściegiennego. W ostatnim dwudziestoleciu przeważa ta ostatnia. Ściegienny, jako patron ulic cieszy się nieprzerwaną sympatią i wdzięcznością rodaków (w tym władz) od momentu uzyskania niepodległości w 1919 roku. Bez względu na ustrój. Nadaje mu to rangę fenomenu, któremu warto się przyjrzeć bliżej. Bo jest to przecież ciekawe, jakie cechy charakteru i dokonania sprawiają, że w światowym centrum zawiści, pieniactwa, kłótliwości i wieszania psów na bliźnim jest możliwy szacunek i kult ponad podziałami.

II.Trudny temat

Niełatwa sprawa z tym Ściegiennym. Bo jakże tu przyczepiać się do kogoś, kto chciał dobrze? Nawet jak mu nie wyszło? Encyklopedyczne notki ukazują sympatycznego, naiwnego patriotę, utopistę i społecznika. Próbował wzniecić powstanie, dostrzegał ucisk warstw, niedobry zaborca zesłał go na Sybir, z którego powrócił jako siwowłosy staruszek. Otóż diabeł tkwi w szczegółach. W wizji. W tym, co można nazwać „modus operandi“. Po bliższym przyjrzeniu się, jeżą się włosy na głowie. A było tak.

III.Społecznik, wizjoner, rewolucjonista, bohater.

Ściegienny urodził się w rodzinie wieśniaczej. Wykształcenie otrzymał skromne, wyniki w nauce miał też takowe. Ponieważ nie przyjęto go do seminarium duchownego, wybrał drogę okrężną, zostając nauczycielem u pijarów, gdzie nauczał do momentu zostania klerykiem i uzyskania święceń kapłańskich w 1832 roku. Po kasacji zakonu został wikarym w Wilkołazie w Ordynacji Zamojskiej. W okresie po powstaniu listopadowym zaangażował się w działalność konspiracyjną. Polegała ona na tym – tu źródła są zgodne – że „nawiązał kontakty“. Do konspiracji wciągnął znajomych (co było, jak się później okazało, poważnym błędem) jak również swoich dwóch braci. Trudno powiedzieć o co mu chodziło. Późniejsi patrioci twierdzili, że o niepodległość, socjaliści, że o rewolucję społeczną. Poglądy swoje, a w zasadzie nie tyle swoje, co Lammenais’go, spisał w tzw. „Złotej książeczce“. Tenor prezentowanego niezainteresowanym (przeważnie) i niepiśmiennym (nieomal zawsze) przedstawicielom ludu (okolicznym chłopom) dziełka był jednoznaczny: ucisk jest zły, wyzysk sprzeczny z chrześcijaństwem, kler sojusznikiem krwiopijców, Chrystus tego nie chciał, lud musi przestać pić gorzałkę i powstać. Czytanie chłopom i co poniektórym kieleckim mieszczanom przepisywanego ręcznie manuskryptu nie przynosiło jednak oczekiwanych wyników, lud był ciemny i oporny. Przechowywana na policji teczka z donosami przedstawicieli ludu na „zwariowanego księdza“ puchła, władze carskie nie podejmowały jednak żadnych kroków, nie widząc najwyraźniej takiej konieczności. Rozczarowany obrotem wypadków i zdesperowany kapłan postanawia uciec się do podstępu. Siada do stołu i wystosowuje własnoręcznie list papieski do polskiego włościanina (i rzemieślnika), w którym to liście jego świątobliwość wzywa tegoż włościanina do rewolty obiecując Królestwo Boże na Ziemi i ewentualną dyspensę. To, że aktualny papież był zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich ruchawek, zupełnie mu przy tym nie przeszkadzało. Ponieważ czytanie listu jednostkom, poza drapaniem się w głowę, nie przyniosło konkretnych efektów w postaci wzrostu nastrojów rewolucyjnych, a ustalony ze znajomymi z Warszawy termin powstania zbliżał się nieubłaganie, Ściegienny decyduje się na krok desperacki w postaci zwołania wiecu w celu wygłoszenia płomiennej mowy do ludu. O wiecu wiadomo, że się odbył 24 października 1844 w lesie nieopodal Krajna, na Kielecczyźnie. Liczne źródła skromnie milczą na temat liczebności zgromadzonego tłumu. Wzięło w nim udział (poza księdzem) dwunastu chłopów, którym przekazana została wizja. Ściegienny obiecał zniesienie pańszczyzny, ziemi ile kto chce i (według zeznań nausznych świadków) nawoływał do mordowania urzędników i panów w celu osiągnięcia przy pomocy czynu rewolucyjnego tak upragnionej równości. Przemówienie zakończył okrzykiem: Bracia, do broni! Chłopi mowę wysłuchali, powiedzieli, że muszą sobie przemyśleć, po czym rzucili się na wyścigi do najbliższego komisariatu w celu złożenia donosu. Wyścig wygrał (i skasował obiecaną nagrodę) niejaki Janic. Nieświadomy rozwoju wypadków Ściegienny, przeświadczony o genialności i skuteczności swego planu (do powstania wystarczy 50 młodzianków, którzy powinni zwerbować 500 chłopów z kosami, a carat padnie, on sam pójdzie z krzyżem na czele i będzie nawracał rosyjskich żołnierzy na prawdziwą wiarę) zleca dalszy werbunek braciom, a sam udaje się do pobliskich Kielc w celu szukania sprzymierzeńców dla swej sprawy. Tam zostaje zaaresztowany na ulicy i odtransportowany do X pawilonu warszawskiej cytadeli. W stan gotowości postawiono (jak się okazało zupełnie niepotrzebnie) okoliczny garnizon. O tym, jakie były naprawdę nastroje społeczne niech świadczą liczby. Śledztwo było skrupulatne. Z początkowo podejrzewanych 152 uczestników spisku (w tym 45 chłopów) ostały się (po przejrzeniu teczek z donosami) 24 osoby, którym postawiono zarzuty. Władze carskie postanowiły okazać surowość. Przywódca miał być stracony. Resztę oskarżonych skazano na bezterminową katorgę po uprzedniej publicznej chłoście. Ostatecznie wyrok wykonano publicznie 6 maja 1846 w Kielcach na 13 skazańcach. Bardziej skomplikowana była sprawa z przywódcą buntu – publiczne wieszanie duchownego nie było eleganckim rozwiązaniem. Namiestnikowi Paskiewiczowi specjalnie zależało, aby decyzję o zdjęciu sakry podjął sąd kościelny, zwrócił się zatem do polskiego, słynnego jak obecnie powszechnie wiadomo z kultywowania ducha patriotycznego duchowieństwa z uprzejmą prośbą o pomoc. 27 kwietnia 1846 roku kapituła katedry lubelskiej skazała posłusznie Ściegiennego na degradację i odsądzenie od godności duchownej. Audytoriat wojskowy, za zezwoleniem Paskiewicza, zamienił karę śmierci na pozbawienie praw i bezterminową katorgę na Syberii. Ksiądz (a w zasadzie już nie ksiądz) protestował głośno domagając się wykonania wyroku, ale w końcu powędrował na Syberię. Tam spędził 10 lat w kopalni w Nerczyńsku, a potem na zesłaniu w Permie. Wrócił do kraju po 25 latach. Resztę życia spędził w u brata w Tarnawie i Lublinie domagając się od miejscowego biskupa przywrócenia święceń. Co, po latach starań, zakończone zostało sukcesem. Z przykrością należy stwierdzić, że był to jego jedyny sukces. Zmarł w wieku 90 lat i – ponieważ nie pozostawił na pochówek ani grosza – został pochowany w krypcie zaprzyjaźnionego duchownego.

IV.Niewygodne refleksje

Różne narody wybierają sobie różnych bohaterów. Przeważnie kierują się wdzięcznością i doceniają dokonania. Bohaterowie zasługują na hołd, bo uratowali ojczyznę, odnieśli niewiarygodne zwycięstwa, są (lub mogą być) przedmiotem zazdrości sąsiadów. Źródłem dumy. Jakie wnioski można jednak wysnuć na temat poczucia własnej wartości narodu czczącego ewidentnego (choć może sympatycznego) nieudacznika? Człowieka, który zawiódł pokładane w nim nadzieje, który niczego nie osiągnął, nie wiedział jak się zabrać do wzniecenia powstania, postanowił mimo to wzniecić i w wyniku swej niewiedzy wpakował siebie i innych w tarapaty? Duchownego, który nie potrafił realnie ocenić sytuacji, naraził innych, a w końcu został wychłostany, bo uznano, że nie stanowił wystarczającego zagrożenia, aby karać go surowiej? Co sprawia, że całe spektrum – od narodowców, po anarchistów – zgodnie chyli głowę przed tą klęską? Strach pytać.

V. Pytanie dodatkowe

Zakładam, że każdy rodak słyszał kiedyś o księdzu, który chciał kiedyś wzniecić powstanie i w tym celu zgromadził 12 chłopów w lesie, ale mu się nie udało.  Czy ktoś z czytelników wie (bez zaglądania do Wikipedii), kto dowodził doskonale zorganizowanym, racjonalnie przeprowadzonym  i uwieńczonym (przy minimum strat) sukcesem Powstaniem Wielkopolskim? I w jaki sposób go doceniono? I ile ulic zostało nazwanych jego imieniem? Dla ułatwienia dodam, że żadna z głównych ulic w Poznaniu (nawet w Poznaniu) nie nosi jego imienia. Uczczony został natomiast niejaki Franciszek Ratajczak, powstaniec trafiony przez zbłąkaną kulę w pierwszym dniu powstania. Miał szczęście: zasłużył się rodakom, bo co prawda niczego wielkiego nie dokonał, nie odniósł żadnego sukcesu, ale za to był ofiarą. Bycie ofiarą, podobnie jak bycie nieudolnym, gwarantuje w Polsce szacunek i podziw rodaków. Nie dziwmy się, że jest tak, jak jest, skoro jesteśmy, jacy jesteśmy. Nieudolność i klęska są przepustką do narodowego panteonu. Jak to nazwać? Nazwijmy to solidarnością ofiar.

Proszę wszystkich, którzy zajrzą do Wikipedii lub do copypastowanego  w sieci (w nieskończoność i do znudzenia) artykułu z czasopisma Mówią Wieki w celu wykrzyknięcia „ale przecież wiadomo jak było”  o wstrzemięźliwość w wyciąganiu pośpiesznych wniosków. Nie wystarczy.

Reklamy

Trudno obecnie powiedzieć. Może była szpetna? Może najzwyczajniej durna? A może zarówno jedno jak i drugie? Na pewno była niezdarna. No bo, jak powszechnie wiadomo, potknęła się, spadła do Wisły i ponieważ nie umiała pływać, nie skończyło się to dla niej dobrze.

Żarty na bok. Głównym powodem dla którego Niemiec nie mógł chcieć Wandy, był jej brak. Tak, brak. Historycy są obecnie zgodni co do tego, że jej nigdy nie było. I już. Podobnie jak jej tatusia. Wszystko jedno czy zwał się Krak, czy też (jak podaje Kopaliński) Kruk. Nie było. Niemca zresztą też nie. Tak że w zasadzie, powinno nam być obojętne kto z nieistniejących kogo z nieistniejących chciał lub nie chciał. Najwidoczniej jednak nie jest i polska dziatwa szkolna od wieków karmiona jest. Leży Wanda w Polskiej ziemi bo nie chciała Niemca. Kto nigdy w dzieciństwie nie słyszał o Wandzie, która nie chciała, ręka do góry. Nie widzę. To może jednak lepiej wyjaśnić? Spróbujmy.

Twórcą Kraka jest Kadłubek Wincenty, o którym wiadomo, że łgał jak z nut. Kadłubek miał wyobraźnię i najwidoczniej głęboko zakorzenione przeświadczenie, że rodakom trzeba wymyślić przeszłość, bo odpowiedniej jakoś nie mają. Łgał nieudolnie i mało wiarygodnie. Nieszczęsnemu Krakowi kazał na zmianę kłopotać się ze względu na smoka, lub też pokonywać Aleksandra Macedońskiego i Rzymian. Wandę też wymyślił, twierdząc w dodatku, że jej poddani to Wandalowie. Czyli my. Ale jej nie uśmiercił, wręcz przeciwnie, to nieznany z imienia książę lemański zrobił sobie sepuku po tym, jak jego armia, porażona pięknością nieistniejącej Wandy, poddała się bez walki. Wymyślona przez Kadłubka Wanda była (nad Niemcem) górą. Ale zmarła jako dziewica ze starości. Co powinno piewców jej piękności zastanowić.

W stworzonej przez niezidentyfikowanego (do końca i z całą pewnością) autora Kronice Wielkopolskiej nieznany książę lemański nabiera po raz pierwszy cech niemieckich. Ale i tym razem Wanda się nie topi. Utopi ją dopiero Długosz Jan. Aby nadać swym wymysłom pozory autentyczności, Długosz podaje nazwisko niemieckiego niegodziwca. W ten sposób do polskiego dziejopisarstwa wkracza niejaki Rüdiger von Bechelaren. I zagnieżdża się w nim na dobre. Skąd się wziął? Odpowiedź jest prosta: z popularnej w średniowieczu Sagi o Nibelungach. Jak się znalazł nad Wisłą? Tego nie wie nikt. Był jakiś obco brzmiący Helmut Długoszowi potrzebny, więc się znalazł. A że równie prawdopodobny jak smok wawelski? A kto tam się zorientuje.

Kronika mistrza Wincentego Kadłubka traktowana była do XVIII wieku jako poważne źródło historyczne. Nauczano z niej studentów traktując ją jako podręcznik uniwersytecki. Do czasów Naruszewicza. Adama. Nie, to nie żart. Encyklopedyści zostali już pochowani z honorami, Voltaire dogorywał, w Królewcu Kant głosił bezkarnie agnostycyzm poznawczy. A u nas objaśniano dalej świat w oparciu o niewydarzone bzdury wymyślone przed stuleciami przez nieudolnie, ale nader patriotycznie łgającego biskupa.

Mitologia potrzebna jest (podobnież) narodom do podtrzymywania swej kruchej tożsamości. Niektóre narody miały – w przeciwieństwie do nas – pod tym względem chyba jednak większe szczęście. Skutki, w postaci spustoszeń w świadomości widoczne są do dziś. Tak bywa, gdy wymyślanie tożsamości narodowej powierza się biskupom.

Jeśli tęgim głowom w międzywojennej Polsce można było (z dzisiejszej, jakże łatwej perspektywy) coś zarzucić, to na pewno nie był to brak wizji. Wizja była. Na ile była ta wizja realna, to już inna para tenisówek. Wizja była – i to na pierwszy rzut oka zarówno wspaniała jak  i dalekosiężna. Na drugi już mniej. Czas trwania wizji był krótki. Czy to dobrze, czy źle? Pytanie nie jest wbrew pozorom proste i zasługuje (również wbrew pozorom)  na  naszą uwagę. Aby jednak nie wpaść od razu w nieuchronne gdybanie, zróbmy sobie nieuchronną ekskursję w stronę faktów. Zaczniemy od obrazka:

Nowy wspaniały świat

Plan piętnastoletni przedstawiony został (w bardzo ogólnych zarysach) na posiedzeniu rządu w grudniu 1938 roku. Przedstawiającego znamy dobrze, akurat udała mu się ostatnia czterolatka, człowiek, jakby nie było, sukcesu. Ponieważ tzw. rok gospodarczy rozpoczynał się 1 kwietnia, czasu na opracowanie szczegółów nie było zbyt dużo. Było go mniej niż mało. Gorączkowe prace trwały przez pierwsze półrocze 1939 roku, tak że latem mogła ruszyć wreszcie maszyna propagandowa. Jedną z jej pozostałości jest ciekawy plakat, ironia losu sprawiła, że zawisł on na słupach ogłoszeniowych obok ogłoszeń o mobilizacji, będącej wynikiem niekorzystnego zaognienia stosunków z agresywnym sąsiadem. Tak, że wdrażanie planu ograniczyło się praktycznie do druku tego mało znanego przykładu wizualizacji śmiałej wizji. Po planie, poza plakatem, pozostały notki w monografiach poświęconych historii gospodarczej II Rzeczpospolitej. A szkoda, bo ciekawy to dokument. Plan zakładał wykonanie cywilizacyjnego skoku do przodu. Dla wygody cały okres podzielony został na pięć etapów. W pierwszych czterech latach (do 1942 roku) nasza ojczyzna miała stać się potęgą militarną. W ciągu następnych trzech lat Polska miała się pokryć siecią autostrad, szybkich linii kolejowych, dorobić nowoczesnych lotnisk. Aby użytkownikom mknącym po autostradach nie było wstyd, na następne trzy lata zaplanowano dynamiczny rozwój rejonów wiejskich ze szczególnym uwzględnieniem mechanizacji rolnictwa, melioracji wszystkiego co tylko możliwe do zmeliorowania, a nawet wybudowanie na wsiach nowoczesnych szkół dla nie muszącej się już taplać w błocie dziatwy. Najciekawsze były jednak przewidziane na lata 1948-1954 fazy czwarta i piąta, ich celem było „wyrównanie poziomu życia w całym kraju“. Co wcale nie było takie głupie jeśli weźmiemy pod uwagę odstęp cywilizacyjny dzielący w tamtych czasach np. stolicę, lub Wielkopolskę od wołyńskich miasteczek lub galicyjskich wiosek.

Tyle ogólnie znanych faktów. Przez dziesięciolecia historycy i chcący za takich uchodzić pasjonaci pochylają się, przeważnie z szacunkiem, nad tym przykładem mocno chyba oderwanej od realiów ówczesnego świata ekonomicznej fantastyki. Gdybaniu, czyli „gdyby nie zły Hitler, to my byśmy panie, tego, byli gospodarczą potęgą i mieli już dawno autostrady“ nie ma końca. Zdrowemu rozsądkowi czytelnika pozostawmy ocenę realności zamierzeń. Nie jest ona prosta. Takie na przykład wdrażanie roosveltowskiego Nowego Ładu trwało 10 lat i trudno (mimo nieprzebrzmiałych do dzisiaj protestów przeciwników państwowego interwencjonizmu) uznać ostateczny wynik za klęskę. Tak, że na dwoje babka. Może by się udało? Nie zajmujmy się więc ekonomicznym gdybaniem. Zajmijmy się zapomnianym zupełnie aspektem ubocznym tego ambitnego planu.

Diabeł jak zwykle tkwi tam gdzie tkwi, czyli w szczegółach. Pochylając się z zaciekawieniem nad tekstem i próbując dociec cóż też  miano zamiar konkretnie zrobić w latach 1948-54 (wyrównanie cywilizacyjnej różnicy pomiędzy Polską A i B), znajdujemy nader interesujący passus. Cóż, będące częścią narodowego planu rozwoju zamierzenie, to jednak trochę więcej niż polityczny postulat. Autorzy przewidują na ten okres przeprowadzenie „całkowitej polonizacji struktury ludnościowej miast na terenie całego kraju“. Ponieważ, polonizacja, jak powszechnie wiadomo, a i sama nazwa na to wskazuje, w przeciwieństwie do rusyfikacji lub germanizacji to rzecz zupełnie naturalna, dobra i sprawiedliwa, nasze oko prześlizguje się ponad, by jednak zaraz zawrócić.  Jest to wszakże  interesujący punkt programu, szkoda, że nie zawierający szczegółów  w jaki to sposób ten śmiały plan miał zostać urzeczywistniony. Ponieważ (z braku Syberii) wypróbowany model radziecki raczej nie wchodził w rachubę, a Madagaskaru nikt nam nie chciał podarować, pozostają nam spekulacje, czy preferowany byłby model jugosłowiański (wynocha, albo Srebrenica), czy raczej bardziej skuteczne rozwiązanie wybrane później przez niemieckiego okupanta. Zdając sobie jednak sprawę z drastyczności tych ocierających się o makabrę  alternatyw, zapraszam wszystkich chętnych do snucia cichych rozważań nad tym, jak mogłyby ewentualnie wyglądać inne metody błyskawicznej (w ciągu pięciolatki) „całkowitej polonizacji“ zamieszkałych przez m.in. prawie trzy miliony polskich Żydów miast. Między innymi, bo w miastach Rzeczpospolitej zamieszkiwały jeszcze inne, nierzadko liczne Etnie.  Dla ułatwienia podajmy (za rocznikiem statystycznym), że ludność żydowska – a mówimy tu nie o bliżej niesprecyzowanym pochodzeniu, przynależności państwowej lub religijnej, lecz deklarowanej przez zainteresowanych narodowości – stanowiła w 1931 roku w Warszawie 30%, w Łodzi 33%, w Wilnie 28%, a we Lwowie 32% ogólnej liczby mieszkańców. I dorzućmy,  że odsetek ten był w miasteczkach wschodnich województw znacznie wyższy, przekraczając w takim np.  Pińsku  70%.

Nie wpadajmy w przesadę. Polonizacja to pojęcie płynne. Mało precyzyjne. Nie musi oznaczać wcale tego, co niektórzy myślą.  Może chodziło o wysłanie na wieś? Do lasu? Albo łagodne nakłanianie do wpisywania w odpowiednią rubryczkę kwestionariusza – zamiast wiadomo czego  – „Polak-katolik”? Trudno dociec.

Z drugiej strony jednak – czy planowana w tym samym czasie aryzacja niemieckich miast nie była również (wówczas) płynnym i jeszcze abstrakcyjnym pojęciem? Przepisy wykonawcze pojawiły się dopiero przy stole w Wannsee, podstawy prawnej dla ostatecznej „aryzacji struktury ludnościowej” nie było nigdy. Po zakończonej aryzacji nawet nie można było w Norymberdze dociec kto komu co polecił. Wystarczył ambitny pomysł, nie do końca sprecyzowany plan i to że „było nagle można”.

Po planie piętnastoletnim pozostały cztery linijki w encyklopedii, wzmianka w monografii i plakat nieznanego autora. Ten, który całe zamierzenie firmował swym obleczonym w międzyczasie w splendor ekonomicznego geniuszu nazwiskiem, odszedł w 1974 roku. Może nawet nie wiedział co mu tam referenci dopisali? Nawet gdybyśmy chcieli, nie ma już kogo spytać co też autorzy mieli wówczas konkretnie na myśli.

Rzut oka na dane statystyczne z roku 1954 pozwala stwierdzić, że żadne z ambitnych zamierzeń planu piętnastoletniego nie zostało – z oczywistych powodów – zrealizowane. Żadne, z wyjątkiem jednego. Miasta na obszarze (w międzyczasie już ludowej) Rzeczpospolitej zamieszkują w 1954 roku już tylko i wyłącznie Polacy.

Szczęśliwym zrządzeniem czuwającej nad nami opatrzności nie musimy sobie obecnie przypisywać cudzych zasług.

—-

Trochę czytania:

1.  Ł. Stręk „Wybrane problemy narodowościowe w II Rzeczpospolitej – tu.

2.  Zarys historii gospodarczej Polski 1918-1939, Jerzy Tomaszewski, Zbigniew Landau,   Książka i Wiedza – starsze wydania tu, lepiej jednak nabyć antykwarycznie  jakieś nowsze (np. szóste).

3. Z. Adamowicz Mniejszości narodowe w Polsce,  (w:)  Mniejszości narodowe w polskiej myśli politycznej XX wieku, red. J. Jachmyk, 1992 – trzeba do biblioteki, bo tylko na papierze.

Kiedy w Europie płonęły stosy, Rzeczpospolita (szlachecka) była ostoją tolerancji. Gdy gdzie indziej Żydów prześladowano, bądź wypędzano, my (właściwie kto?) otoczyliśmy ich opieką i udzieliliśmy schronienia. Jakże przyzwyczailiśmy się do tego sposobu spoglądania na siebie; powtarzane tysiące razy formułki nabrały charakteru wygodnych praw natury, poprawiając znacznie samopoczucie. Poprawianie sobie samopoczucia jest istotne, szczególnie, gdy przychodzi dyskutować z rozmaitymi Grossami, próbującymi insynuować, że tak ładnie, to w (przypominalnej) przeszłości może wcale nie było. Może i czasem nie było – grzmią prawdziwi Polacy – ale zasługi nasze (nasze?) w przeszłości były tak wielkie, że absurdem jest zarzucanie nam (nam?) antysemityzmu.

Oddajmy zatem głos jednemu z beneficjentów panującej dziarsko w Rzeczpospolitej (szlacheckiej) powszechnej, a zdaniem niektórych graniczącej nieomal z filosemityzmem tolerancji. Zamiast rozkoszować się dobrodziejstwami wyżej wymienionej, Natan (ben Moses) Hannower z Zasławia opuścił granice Rzeczpospolitej w pewnym pośpiechu. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że rzucił się do ucieczki, zatrzymując się na pierwszy popas w czeskiej Pradze i uspokajając dopiero w Wenecji. Pozostawił po sobie jednoznaczne, lecz jakże chętnie w polskich podręcznikach historycznego pijaru pomijane świadectwo:

Z jednych zdarto skórę, a ciało rzucono potem psom na żer, innym obcięto ręce i nogi, a tułów rzucono na drogę; przez ich ciała przejeżdżały wozy i tratowały ich konie. Innym zadano tyle ran, że byli bliscy śmierci, i rzucano ich na ulice; nie mogąc rychło umrzeć, tarzali się we krwi, aż uszła z nich dusza; innych grzebano żywcem. Dzieci zarzynano w łonie matek; wiele dzieci pocięto w kawały, jak ryby. Kobietom ciężarnym rozpruwano brzuchy i wsadzano żywego kota do wnętrza i tak zostawiano przy życiu, zaszywając brzuchy. Następnie obcinano im ręce, by nie mogły wyjąć tego kota. I wieszano niemowlęta na piersiach matek, inne dzieci nabijano na rożen, pieczono przy ogniu i przynoszono matkom, by jadły ich mięso. Częstokroć brali dzieci żydowskie i robili z nich mosty, by przechodzić przez nie. (…). Wszystko to czynili, wszędzie dokąd dotarli, nie inaczej postępowali też z Polakami, a szczególnie księżmi.

Ilość Żydów pomordowanych bestialsko w latach 1648-1651 na wschodnich rubieżach Naszej (słynnej na cały świat) Ostoi Tolerancji szacuje się dzisiaj (ostrożnie) na 80.000 do 100.000. Bałagan, zwany powstaniem (albo buntem) Chmielnickiego, trwał trzy lata. Takich (społecznych) bałaganów było w XVII wieku tylko – z grubsza licząc – siedem. Sienkiewiczowi mamy do zawdzięczenia, że w powszechnej pamięci ostał się jeden. Było to w czasach, gdy Żydzi stanowili na wschodzie większość mieszkańców miast i miasteczek. Mordowali, zagrzewani do czynu przez prawosławnych duchownych Rusini. Kozacy, chłopstwo, zruszczona polska szlachta. W skrócie: winni inni, zawsze inni, my niewinni, my niewinni. Ale z drugiej strony, jak by nie patrzyć: robili to sąsiadom sąsiedzi. W granicach Rzeczpospolitej. I tu powracamy do zasadniczego pytania, czyja była w końcu ta przesławna Rzeczpospolita i kto ją zamieszkiwał, bo można czasem odnieść obecnie wrażenie, że gdy trzeba było nadstawiać karku, to należeli do niej wszyscy (również mieszkańcy Litwy i Rusi),  gdy wydawane były tolerancyjne przywileje i edykty, to wyprężamy od razu dumnie naszą polską pierś, a gdy wypędzano, mordowano, zdradzano, mącono lub szykanowano – to robili to jacyś mieszkający w obrębie jej granic obcy. Jakże selektywne jest to nasze pojmowanie owej mitycznej krainy dobrobytu i tolerancji. Pamiętamy (a jakże) o każdym odnowieniu Kazimierzowskich przywilejów, zapominamy o każdorazowym ich cofnięciu. Weźmy np. takiego Kazimierza Jagielończyka: w 1453 roku potwierdził i odnowił, a już w rok później, w statutach nieszawskich wszystko cofnął i pozwolił oszalałemu biskupowi Kapistranowi na organizację wygnań z miast i pogromów. Kapistran who?  Prawda, że ten katolicki święty nie jest powszechnie znany?   Polskie podręczniki i encyklopedie zgrabnie milczą o tym co ten psychopata wyrabiał na południowych i zachodnich rubieżach Rzeczpospolitej.  W każdym razie kazimierzowskie potwierdzenie znalazło dostęp do podręczników i patriotycznych głów, reszta panowania padła ofiarą amnezji. Pamiętamy (bzdurną i historycznie niepotwierdzoną) legendę o Esterce, co ją spotykał (w sensie biblijnym) król Kazimierz III aka Wielki i z wdzięczności za to spotykanie podarował krakowskim Żydom podkrakowskie miasteczko swego imienia. Historycznie udokumentowany fakt, że Jan Olbracht wygnał z Krakowa Żydów, a Ci schronili się w Kazimierzu, (który przedtem był maleńką wioską)  skutecznie zapominamy. Pamiętamy o przywilejach handlowych dla Żydów z czasów obu Zygmuntów, zapominamy o szerzącej się w tym samym czasie epidemii przyznawania koronnym miastom privilegia de non tolerandis Judaeis, przywileju zezwalającego radom miejskim na wypędzanie współobywateli, odbieranie im majątku i zabranianie wstępu do miast. Wszystkim, którzy sądzą, że były to nieznaczące incydenty, można przypomnieć, że gdy w 1820 roku rosyjski zaborca przewertował miejskie statuty, w 90 miastach maleńkiego Królestwa Polskiego stare dobre prawa nadal obowiązywały. Wytykamy Hiszpanom, Portugalczykom i Niemcom piętnasto- i szesnastowieczne wypędzanie Żydów, lecz że w tym samym czasie zrobiono to samo na będącej częścią ówczesnej Rzeczpospolitej Litwie, umyka jakoś naszej uwadze. Rzeczpospolita dzieli się w kolektywnej historycznej pamięci na tę dobrą (której jesteśmy spadkobiercami) i tę złą (obcy nabroili). Można te nieprzyjemne przykłady mnożyć w nieskończoność, ale czy trzeba? Nasuwająca się konkluzja wcale nie jest aż tak smutna. W czasach, które tak chętnie gloryfikujemy, byliśmy bardziej europejscy, niż nam się obecnie wydaje. Byliśmy jak wszyscy. Również w tych obszarach, które zupełnie nie przynoszą powodu do dumy.

Natan (ben Moses) Hannower z Zasławia opublikował swą przerażającą kronikę w Wenecji w 1663.  Zatytułował ją Yeven Mezulah („Czarna otchłań“). Przedtem wegetował w Pradze, mieście do tego stopnia przepełnionym masami uciekających przed panującą w Rzeczpospolitej tolerancją, że (jak twierdzi w swej monografii Jaroslav Miller) „na ulicach miasta nie można było w 1650 roku usłyszeć innego języka poza jidysz”.

Dziwnym trafem opinia o panującej (akurat) w tamtych czasach tolerancji u naszych południowych sąsiadów nie jest w Polsce (będącej tradycyjnie ostoją) specjalnie rozpowszechniona.

—-

Kronika Nathana ben Moses Hannowera nie miała szczęścia do polskich tłumaczy. Joachim Lelewel (tak, ten Lelewel) przetłumaczył ją z francuskiego na niemiecki. Po raz drugi, bo raz już przedtem była tłumaczona. Współcześni i późniejsi historycy nie podważali jej przerażającej zawatości. Krytycznie zaczęła być oceniana dopiero w momencie patriotycznego krzepnięcia narodowych historiografii (szczególnie ukraińskiej) w XX wieku.  Według Ukraińców – przesadził. Rozpoczęło się poprawianie „w te i we wte” angielskojęzycznego hasła w Wikipedii.  No bo jak to!?
 

Polka wszech czasów (1)

Marzec 7, 2011

Lubimy różne (przepraszam za słowo) rankingi i to jest w zasadzie dobre, a czasem nawet doskonałe. Ludzie lubią wiedzieć kto jest najważniejszy, kto mniej ważny, a może nawet zupełnie nieważny. To nikomu to nie szkodzi, co znów jest sytuacją sympatyczną, a czasem  nawet pożądaną.  Dyrekcja Muzeum Historii Polski połączyła swe siły z redakcją czasopisma „Mówią Wieki” i wezwała naród do zbiorowego wysiłku w celu  stworzenia kolektywnymi siłami rankingu najwybitniejszych rodaczek. Ponieważ vox populi sam z siebie mógłby wybrać nie wiadomo kogo i potem byłby wstyd, szacowna dyrekcja Muzeum Historii Polski (w budowie) w połączeniu z redakcją   czasopisma, w którym jako pacholę czytałem, że w Biskupinie rozbrzmiewała (na przekór niemieckiemu okupantowi) już w czasach epoki brązu mowa prasłowiańska, czyli w zasadzie polska  (do dzisiaj nie przeprosili), otóż ta dyrekcja na spółkę z redakcją  postanowiły narodowi podszepnąć. Lista 14 (słownie: czternastu) nominowanych przez dyrekcję nieistniejącego jeszcze muzeum i redakcję wspomnianego powyżej czasopisma  kandydatek, prezentuje się imponująco. Najciekawiej jednak (bo mówi dużo o naszym pojmowaniu historii i roli kobiety w tejże)  prezentuje się zestaw umieszczonych na liście czterech żeńskich głów koronowanych.   Wymieniamy w kolejności chronologicznej (aby niczego, nikomu tylko nie sugerować):

  1. Dubravka von Boehmen. A w zasadzie (po mężu) Dubravka von Merseburg. Rozwódka, albo bigamistka. Nazwana w XIX wieku przez polskich historyków  Dąbrówką. Córka bratobójcy Bolesława I Okrutnego (Czecha) i niejakiej Biagoty (najprawdopodobniej Bułgarki). Nie wiadomo kiedy się urodziła. Nie wiadomo, czy mówiła po polsku. Dzięki kronikom Thietmara von Merseburg wiadomo jednak, że (jako żona markgrafa Gunthera von Merseburg i rodzona matka jego następcy Ekkharda von Meissen, a zdaniem co poniektórych również niejakiego Gunzelina) mówiła doskonale po niemiecku. Chętnie zawierzylibyśmy w tej kwestii innym współczesnym źródłom, ale takich nie ma. Chyba, że ( w drodze wyjątku) za współczesne źródło uznamy Oswalda Balzera, który posługując się patriotyzmem i intuicją stwierdził w 1895 roku, że było całkiem inaczej i musi wyjść na nasze, bo jakże to tak, żeby Mieszko brał używaną żonę z niemiecką rodziną. Ponieważ jednak dobre chęci nie mają mocy sprawczej, pozostał Balzer w swym przeświadczeniu (w wymiarze europejskim) wprawdzie często cytowany, ale nader samotny. Zupełnie nie wiadomo w jakich okolicznościach Dubravka przestała być niemiecką margrafinią i stała się małżonką wojowniczego pogańskiego księcia  o spornym pochodzeniu (Piastowie zostali wymyśleni jako prastara dynastia dopiero w XII. wieku  przez nadwornego bajarza Gala Anonima). Spędziła w Polsce ponoć  ostatnie 11 lat życia. Przypisuje się jej ufundowanie trzech  kościołów w Wielkopolsce, ale lepiej nie powtarzać tej plotki, gdy w pobliżu znajdują się jacyś archeolodzy. W XIX wieku co rusz  ktoś odkrywał  jej miejsce ostatniego spoczynku z takim skutkiem, że pozostaje ono po dziś dzień nieznane. W zasadzie – jak widać –  same sprzeczne informacje. Z jednym wyjątkiem: historycy są obecnie zgodni, że nie odegrała żadnej znaczącej roli w chrystianizacji  gnieźnieńskiego księstwa Polan (Polski, a zatem również Polek, jeszcze wówczas nie było).
  2. Hedwig D’Anjou. Obecnie,  od około 150 lat  znana jako Jadwiga Andegaweńska, a (od paru lat) nawet święta . Chociaż szczerze mówiąc –  raczej święta nie była, a jak się dobrze przypatrzyć, to zbyt polska też raczej nie. Chyba, że zrównamy religijność z dewocją i uznamy boczną linię Kapetyngów za Polaków, a D’Anjou za prastare polskie nazwisko. W każdym razie też najprawdopodobniej bigamistka. Nie ma (poza legendami) żadnego dowodu na to, że wychowana w Budzie i Wiedniu córka Bośniaczki i Francuza, była oblubienica niejakiego Wilhelma Habsburga, nauczyła się kiedykolwiek  polskiego. No, chyba że pomógł jej w tym litewski małżonek. Zapewne uczyli się razem, szkoda, że nie było wówczas jeszcze możliwości zapisu dźwięku.  W Polsce spędziła parę lat, zmarła młodo i bezpotomnie.
  3. Bona Sforza D’Aragona – tu już nie ma najmniejszej wątpliwości: zarówno po matce, jak i po ojcu czystej krwi Włoszka.  Tytularna księżniczka Bari i Rossano. Większość życia spędziła na dworze włoskim, który dla jej wygody zainstalowano w Krakowie. Znała się na finansach koronnych i przyczyniła się do ich uporządkowania, co samo w sobie nakazuje poważnie wątpić w jej polskość. Z synem rozmawiała po włosku. Prawdopodobnie otruła synową, z pewnością przyzwyczaiła mieszkańców  Rzeczpospolitej do używania Włoszczyzny zamiast Suppengemüse.
  4. Marie Louise de la Grange Casimire of Arquien, zwana przez potomnych figlarnie Marysieńką Sobieską.  Córka francuskiego markiza i francuskiej markizy. (W sumie) siedemnastokrotna matka. Większość dzieci zmarła. Wdowa po Janie Sobiepanie Zamojskim. Następnie, przez 22 lata, żona polskiego monarchy. Pisała do męża listy po francusku, ten zaś odpowiadał (przeważnie) po polsku. Dzieci wychowała na dobrych, francuskich, bądź niemieckich patriotów. Kto nie wierzy, niech sprawdzi we francuskiej lub niemieckiej encyklopedii pod hasłami Jacques Louis Henri Sobieski oraz Thérèse Cunégonde Sobieski. Po śmierci męża pakuje kufry i przenosi się z powrotem do ojczyzny, gdzie latami bezskutecznie zabiega o łaski Ludwika XIV. Ten zaś, ze swej strony, nazywał ją odstręczającą, natrętną babą i wydał surowy zakaz  wpuszczania jej na pokoje w Wersalu, ba, nie wolno było jej nawet zbliżyć się do stolicy. Zmarła w Blois  po zabiegu płukania żołądka. Tam też została pochowana, przynajmniej do czasu, gdy 15 lat później niejaki Philippe Dupont dokonał potajemnej ekshumacji i wysłał szczątki do Polski.

Tak to mniej więcej wygląda. Ciekawe kandydatury na stanowisko Polki wszech czasów, nieprawdaż?  Niezależnie od tego kto i co wygra, wygra na tym nasza zbiorowa opinia. Ten, kto po tym plebiscycie zacznie rozprawiać o „polskiej ksenofobii” wyjdzie z całą pewnością na idiotę.

Prawda o Smoleńsku

Luty 3, 2011

Głosów domagających się (całej) prawdy o Smoleńsku nie należy lekceważyć. Ustanawianie dnia wolnego od Smoleńska nie jest żadnym wyjściem. Głosom należy wyjść naprzeciw. I chociaż spróbować. Wychodzimy i próbujemy.

—-

Informacja, że Smoleńsk po raz pierwszy został wspomniany w roku 862 jest szeroko rozpowszechniona, łatwa do odnalezienia, lecz najprawdopodobniej – jak większość faktów z wczesnych dziejów słowiańszczyzny – zełgana przez jakiegoś nadgorliwego mnicha dmuchającego w balon świetności i chwały swych aktualnych chlebodawców. Smoleńsk został wymieniony (pod powyższą datą) jakieś dobre 300 lat później w księdze, w którą rosyjscy historycy patriotyczni wierzyli równie głęboko, jak nasi niegdyś w legendy Galla Anonima. Zdaniem autora wpisu, niejacy Askold i Dir (o których też nic nie wiadomo) mieli w drodze z Nowogrodu do Bizancjum przejeżdżać obok grodu o takiej nazwie. Nie wiemy kim był Nestor (ten od kroniki) i czy w ogóle był. Zupełnie nie wiadomo, kto, kiedy i dlaczego powpisywał do Kroniki Minionych Lat (Повѣсть временныхъ лѣтъ) rozmaite, w zasadzie zupełnie niemożliwe daty. Opisywani przez (najprawdopodobniej nieistniejącego) Nestora Krywicze, których stolicą miał być wówczas Smoleńsk, zagubili się w mroku dziejów i też nie wiadomo, czy kiedykolwiek istnieli. Tak że w zasadzie nic nie wiadomo.

Jakże ciężko dociec prawdy dotyczącej  zadarzeń odległych i bezpowrotnie minionych. Jakże ciężko.

Łatwo skrzywdzić drugiego człowieka. Czasem przydarza się to, zupełnie niezasłużenie, również całym narodom. Zdumiewające jest to, że czasem wystarczy jedna, nieuzasadniona bądź nieprzemyślana denuncjacja. I już tak pozostaje, jak sobie w chwili słabości wybredził swawolny oszczerca. Po wsze czasy.

Wandalizm jest wynalazkiem stosunkowo niedawnym. Wbrew pozorom. Wandalizm wymyślił katolicki duchowny pod koniec XVIII wieku. Henri Jean-Baptiste Grégoire, biskup prowincji Blois miał na pieńku z co poniektórymi zwolennikami Jakobinów. Rewolucja Francuska obfitowała w nieładne, lecz niestety liczne przykłady niszczenia dóbr kultury, głównie materialnej. Oberwało się wszystkim po kolei, kościołom i zgromadzonym w nich dziełom sztuki też. Był sierpień 1794 roku. Sankiuloci kosili równo, Dogmat, głoszący że lud, w swej naturalnej, niezgłębionej mądrości musi mieć zawsze rację, dawał od pierwszych dni rewolucji swoistą carte blanche każdej swołoczy w imieniu tego ludu występującej lub uważającej się za lud. Nawet gdy lud plądrował bazylikę lub wyrzucał przez okna pałacu zupełnie (ze swego punktu widzenia) niepotrzebne obrazy i rzeźby, to nadal pozostawał suwerenem. Dobry pasterz postanowił coś z tym zrobić. Jako biskup konstytucyjny (byli tacy) i członek Konwentu, publikuje broszurkę pod tytułem Rapport sur les destructions opérées par le vandalisme, w której piętnuje bezmyślny szał niszczenia. Wandalizm po raz pierwszy w historii ujrzał światło dzienne. Był potrzebny, powołanie germańskich (a zatem obcych ideałom francuskiej rewolucji i Francuzom jako takim) barbarzyńców jako protoplastów zjawiska, miało za zadanie wzbudzić solidarną niechęć współobywateli do tego, czego się sami dopuszczali. Udało się. Nikt we Francji (i nie tylko) nie chciał być porównywany do barbarzyńców, a co dopiero germańskich.

Rzym został zdobyty i złupiony siedmiokrotnie, w tym przez germańskich Chrześcijan (tak, wyznania ariańskiego, ale zawsze Chrześcijan) trzykrotnie. Wpierw był Alaryk ze swymi Wyzygotami, Wandalowie przyszli jako drudzy. Zachowywali się (przyjmując ówczesne standarty zachowań) w miarę przyzwoicie. Przybyli do Rzymu w 455 roku, wezwani na pomoc przez cesarską wdowę po Walentynianie III, Licynię Eudoksję, która nie mogła się porozumieć z aktualnym mężem. Rzym zdobyli w ramach braterskiej pomocy (Genzeryk podpisał swego czasu z Walentynianem porozumienie gwarantujące rękę jedynej córki cesarza synowi władcy Wandalów). Czy plądrowali? Naturalnie, że plądrowali, nie więcej jednak niż zwykły wówczas plądrować zwycięskie wojska. Zdaniem współczesnego obserwatora Sylwanusa z Marsylii ograniczali się do dzieł sztuki i wyrobów z metali szlachetnych, szanując domy oraz dobytek prywatny obywateli i nie wkraczając do świątyń. Sylwanus napisze później: „w Rzymie podczas okupacji Gotów i Wandali, panował taki porządek, obyczajność i poszanowanie prawa, że poniektórzy Rzymianie zaczęli brać przykład z okupantów“. Był, widział, nie ma powodu mu nie wierzyć. Nawiasem mówiąc, o wiele, wiele gorsza od wizyty Wandali, były odwiedziny miasta przez Ostrogotów pod wodzą Totilii w 556 roku. Potem jeszcze parę razy święte miasto było zdobywane i plądrowane, ale jakoś tak bezskutecznie, bo wychodząc za każdym razem, jako Gesamtkunstwerk, z kolejnej dziejowej zawieruchy obronną ręką. Za sprawę musiało się zabrać dopiero dwóch zagorzałych katolików i wielkich przyjaciół sztuki aby się naprawdę powiodło. 6 maja 1527 roku oddziały zaciężne katolickiego władcy Karola V wkroczyły do miasta, w którym panował wielki mecenas sztuki, jego świątobliwość papież Klemens VII i z okrzykami sławiącymi Jezusa Chrystusa Pana naszego, jak również Niepokalaną Maryję Dziewicę rzuciły się do rabunku i gwałtów. Zanim zaczęły palić wszystko, jak popadnie. Karolowi nie podobało się, że papież sprzyjał Francuzom, za papiesko-cesarskie niesnaski zapłaciło jednak wieczne miasto obrócone przez rozszalałych żołdaków w kupę dymiących gruzów. Mieszkańcom to już nie przeszkadzało, bo w przeważającej większości końca orgii zniszczeń nie dożyli. Może to i lepiej, bo nie musieli przyglądać się jak systematycznemu zniszczeniu uległo 90% wszystkich budowli i dzieł sztuki. Ze szczególnym uwzględnieniem kościołów. Karol z Klemensem pogodzili się trzy lata później, niesnaski i drobne nieporozumienia uległy zapomnieniu i papież, doceniając zasługi Karola jako obrońcy wiary, własnoręcznie koronował tegoż na włodarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Jak mawiają skłonni do optymizmu Niemcy: Ende gut, alles gut.

Trudno obecnie dociec, co akurat Wandalowie francuskiemu biskupowi uczynili. On sam w późniejszych czasach mętnie się tłumaczył, twierdząc że wybrał ich, bo potrzebował kozła ofiarnego, o którego nikt się nie upomni. Wandalowie zniknęli z kart podręczników historii tak samo szybko i bez pozostawienia trwałych śladów, jak się pojawili. Biskup Grégoire, prawdopodobnie wiedziony wyrzutami sumienia, wielokrotnie próbował skorygować raz rzuconą potwarz. Bez skutku. Gdy umierał w 1831 roku, wszyscy wiedzieli już jacy niedobrzy, okrutni i bezmyślni byli ci Wandalowie, bo przecież dopuszczali się wandalizmu, prawda?

Jeśli, drogi czytelniku zobaczysz pocięte siedzenia w autobusie komunikacji miejskiej, wątpliwej jakości graffiti na ścianie wychodka lub nieprzyzwoity czteroliterowy wyraz domalowany wprawną ręką na plakacie wyborczym popularnego polityka, to pamiętaj: jest to typowy przykład karolizmu. Zjawiska o dobrych katolickich, świetnie udokumentowanych przez historyków korzeniach. Nie wiń dawno wymarłych barbarzyńców. Oni z tym nie mają nic wspólnego.

W zbliżonych do hierarchii kręgach panuje graniczące z zaniepokojeniem, a czasem nawet troską, przeświadczenie, że dziatwa nie garnie się do katechezy, i że w związku z tym konieczne jest wzmożenie wysiłków na niwie krzewienia. Obawy katechetów są płonne. Dziatwa garnie się ochoczo, jeśli tylko spełnione są pewne istotne warunki wstępne. Wszystko zależy od tego jak materiał podać. I (ewentualnie) jaki. Dzisiaj: Anne-Josèphe Théroigne de Méricourt. Ciekawa i dzielna kobieta, ciekawa karta w historii emancypacji. Poważnie.

Historia rozpoczyna się 13. sierpnia 1762, w Marcourt koło Liége. Tam przyszła na świat. Tam też spędziła najwcześniejsze dzieciństwo zbierając kwiatki i kłócąc się z  niedobrą macochą. Zwykło się mawiać, że o przyszłych losach dziecka decyduje jego wykształcenie. Dlatego najlepiej złożyć obowiązek głoszenia słowa i przybliżania bojaźni od początku w odpowiednie ręce. Anne-Josèphe otrzymała wykształcenie staranne i należyte; zadbały o to  siostry zakonne z opactwa Robertmont. Pracowały nad młodą duszyczką lat osiem. Czym skorupka za młodu nasiąknie i tak dalej.

Teoria teorią, ale nie ma to jak praktyka. Anne-Josèphe była kobietą czynu., Osiągnąwszy wiek pozwalający na samodzielne podejmowanie decyzji, natychmiast taką decyzję podejmuje, wsiadając na okręt udający się do Anglii. Będzie pokojówką u dobrej chrześcijańskiej rodziny. Koniec odsłony. Kurtyna.

Drogi losu są kręte, dla ambitnych młodych ludzi świat stał jednak zawsze otworem. Rok po przybyciu do ojczyzny Szekspira, możemy spotkać naszą heroinę w operowej loży w Covent Garden. Jest w dobrym towarzystwie. Męskim. I niebywale zamożnym, co wydaje się być faktem nie bez znaczenia. Pobyt w Londynie potrwa pięć długich lat. Gdy 23-letnia Anne-Josèphe powróci na kontynent, zabierze ze sobą przyzwoitą  odprawę otrzymaną od  -jak twierdzi –  szczodrego kochanka. Mówimy tu o kwocie 200.000 Liwrów – wg. Blancheta i Dieudonné siła nabywcza ówczesnego Liwra odpowiada (mniej więcej) sile nabywczej ok. 10 Euro. Doceniona jako kobieta, Anne-Josèphe udaje się do Paryża i postanawia, wolna od trosk życia codziennego, poświęcić się samo urzeczywistnieniu, czyli studiom artystycznym. Voila.

Doskonalenie kunsztu artystycznego potrwa. W 1786 roku Anne-Josephe udaje się w turnee po stolicach europejskich.  Prasa lokalna (wówczas w rozkwicie) donosiła. Trudno dziś dociec, który z miernych gryzipiórków wymyślił (złośliwy przecież) przydomek „śpiewająca kurtyzana”. Ot, mali ludzie. Ciekawa życia artystka lubiła być tam, gdzie się coś działo. W 1789 roku dzieje się w Paryżu. I to jak. Powrót.

Nie, nie bierze udziału w zdobywaniu Bastylii, trudy związane ze szturmem pustego więzienia pozostawiając innym. Chwałę też. Co nie oznacza, że rewolucja jej nie interesuje. Anne Josephe zdobywa serca rewolucjonistów Pétiona de Villeneuvei i Kamila Desmoulins. Zeby od czegoś zacząć. Słowo serce proszę rozumieć niekoniecznie dosłownie. Słowo zdobyć – jak najbardziej.

Dygresja

Pétion de Villeneuve zostanie później, za swe wiekopomne zasługi dla rewolucji, uhonorowany przez konwent (obok Robespierrea) wieńcem laurowym i przydomkiem Cnotliwego.  Zasługi polegały m.in. na uwieńczonym sukcesem domaganiu się zniesienia celibatu duchownych. Ostatecznie celibat zniesiono wraz z duchownymi. Desmoulins  natomiast, będzie się później (jako radykalny Dantonista) domagać zgilotynowania Petiona będącego radykalnym, ale dla Desmoulins zbyt mało radykalnym  żyrondystą. Nie, żeby mu to ostatecznie zaszkodziło lub pomogło.

Koniec dygresji.

Wróćmy jednak do salonów naszej artystki. Ilość  rewolucyjnych zdobyczy nie przekłada się na jakość życia w ogarniętym coraz większym zamętem Paryżu. Sytuacja staje się jakaś niejasna. Miały być ideały, zwycięstwo rozumu i powszechne szczęście, a tu – jak się okazuje – coraz większy bałagan, a nawet, wbrew początkowym obietnicom, genderowa dyskryminacja. Weźmy na przykład przesławną Deklarację Praw Człowieka. definiującą człowieka jako białego osobnika płci męskiej. Anne-Josèphe, rozczarowana biegiem wypadków, udaje się do Wiednia. Tam natychmiast zostaje zaaresztowana jako krwiożercza bestia rewolucji. W odbytej (sam na sam) z cesarzem Leopoldem II rozmowie zdoła przekonać monarchę o swej niewinności, a nawet nieszkodliwości. Powrót do Paryża jest jej osobistym triumfem. Zostaje ukoronowana wieńcem z liści laurowych, obdarzona tytułem „Męczennicy Idei Wolności” i rozpoczyna karierę, hm, wojskową. Domaga się (w ramach równouprawnienia) zniesienia wszelkich różnic z jakimi prawo traktuje mężczyzn i kobiety i zniesienia instytucji małżeństwa jako formy ucisku. Propaguje też niczym nie ograniczoną swobodę seksualną jako istotny element równouprawnienia, jak również stara się świecić na tym polu przykładem. Żąda również wprowadzenia powszechnego obowiązku służby wojskowej dla kobiet i sama daje przykład występując od tego momentu publicznie uzbrojona po zęby w broń białą i palną. Staje na czele tzw. „Korpusu Przedmieść” i prowadzi swój wierny oddział do ataku na królewskie Tuileries. Para królewska ląduje w lochu i oczekuje na swój koniec, tłumy szaleją. Trudno powiedzieć jak by się jej kariera potoczyła dalej, gdyby nie zakochała się w prawniku Jakubie Brissot, który ze swej strony stał na czele żyrondystów. Żyrondyści mieli na pieńku z Jakobinami, różnice ideologiczne były wówczas intensywnie dyskutowane, głównie przy pomocy nowo wynalezionego narzędzia, które później zostanie nazwane gilotyną. Zanim jednak Brissot zawrze bliższą znajomość z nowym wynalazkiem, jego bliskie stosunki z Anne-Josèphe de Méricourt okażą się być zgubne dla tej ostatniej. Problem polegał na tym, że Brissot był wprawdzie stosunkowo krwiożerczy, ale dla zwolenników, a co bardziej istotne, dla zwolenniczek Robespierre’a, był krwiożerczy niewystarczająco.

Gdy nasza prekursorka nowoczesnego feminizmu uda się 15 maja 1793 roku na przechadzkę do otaczającego królewski pałac parku, ta skończy się dla niej tragicznie. Otoczona przez tłum rozjuszonych sankiulotek, zostanie powalona na ziemię, rozebrana do naga, skrępowana i ku uciesze licznie zgromadzonego tłumu wychłostana do utraty przytomności. Kobiety kobiecie to zrobiły, wskazujemy na ten szczegół bez satysfakcji.

Niektórzy radzą sobie z takimi sytuacjami lepiej, inni gorzej. Anne-Josèphe de Méricourt nie poradziła sobie zupełnie. Nie odzyska już nigdy równowagi psychicznej i resztę życia spędzi w zamkniętym ośrodku dla umysłowo chorych nie posiadających własnego majątku, zwanym wówczas jeszcze – co powinno ucieszyć przeciwników politycznej poprawności – zupełnie oficjalnie domem wariatów dla nędzarzy. W roku 1817 umrze w wieku lat 54 nieświadoma niebywałego sukcesu wydawniczego jakiego doczekało się w międzyczasie jej jedyne, stworzone (i opublikowane po raz pierwszy)  jeszcze w 1791 roku, dzieło. Nieprzeliczone wydania, nieznany, lecz z pewnością astronomiczny nakład. Dzieło szczególne i cieszące się na przestrzeni XIX całego wieku niebywałym powodzeniem. Ironia losu sprawiła że szczególnie – jeśli nie wyjątkowo –  wśród młodzieży płci męskiej.

Autorka, typowe, nic z tego nie miała, co jest smutne. Udowodniła jednak, że młodzież chętnie garnie się do katechizmu, jeśli tylko materiał podany zostanie w sposób zwięzły i adekwatny do jej zainteresowań.

Marie-Louise de Savoie-Carignan

Październik 1, 2010

Maria Luiza, księżniczka de Lamballe, ta  z domu sabaudzkiego, powraca z emigracji na życzenie królowej. Przedtem spisuje testament, pozostawiając (na wypadek nader prawdopodobnej śmierci) cały majątek szpitalowi Hotel Dieu i swoim pieskom. Wraca, mimo że stosunki pomiędzy obiema paniami już dawno się ochłodziły.

A przecież, nie aż tak dawne były czasy,  gdy obie panie całowały się namiętnie na oczach całego dworu. W usta i nie tylko.  Maria Antonina, znużywszy  się starszą o 15 lat przyjaciółką, postara się szybko o inne kochanki.  Rozczarowana de Lamballe będzie się snuła po korytarzach Luwru jak wyrzut sumienia i obiekt cichych  kpin dworaków.

Po powrocie, de Lamballe dołącza do (w międzyczasie) nader skarlałego dworu, świętuje wraz z rodziną królewską rocznicę zburzenia Bastylii, a gdy królewska para  zostanie uwięziona w Temple, również tam z nimi podąży.

18 sierpnia 1792 roku zostaje – wraz z resztą utytułowanej służby -zaaresztowana i  zamknięta w więzieniu La Force. Nadchodzi czas masakr wrześniowych; de Lamballe zostaje postawiona przed pospiesznie skleconym trybunałem. Odmawia złożenia przysięgi na wierność ideałom rewolucji, a co gorsza, wzbrania się przed składaniem zeznań obciążających królewską parę. Zostaje wydana motłochowi. Ogłuszona ciosami młota, pada na ziemię i zostaje zgwałcona a potem rozszarpana żywcem. Niektóre źródła podają, że została wpierw rozszarpana, a dopiero później zgwałcona.  Historycy będą się później spierać, czy opowieści o tym, że jej mordercy odcięli jej piersi aby karmić nimi psy, a następnie ugotowali i spożyli (zakrapiając winem) jej serce, mogą być uznane za prawdziwe.  Niezaprzeczalnym faktem historycznym jest jednak, że jej odciętą głowę, nadzianą na pikę,  skory do żartów tłum poniósł przed okna królowej.  Zeby sobie też popatrzyła. Gdyby jej było mało samej głowy, mogła sobie też popatrzyć na niesione przez Paryżan (również na pikach)  wnętrzności.

Rzekomo, zanim pochód dzielnych obywateli wybrał się pod okna królowej, udał się on, wraz z głową, do pobliskiego fryzjera.  Uderzenia młota i rozszarpywanie zwłok poważnie zrujnowały misterną fryzurę i księżniczka, to znaczy w zasadzie już tylko jej głowa,  była z tego powodu zupełnie nierozpoznawalna. Tak, że trzeba było coś z tym zrobić.

Ostatnio mnożą się głosy, że to telewizja i niektóre gry komputerowe odpowiedzialne są za wzrost ilości agresywnych zachowań wśród młodzieży. Kiedyś – twierdzą eksperci – takiej skłonności do brutalnej przemocy  jak dzisiaj – po prostu nie było.

 
Qui parentem meum [interfecer]un[t eo]s in exilium expuli iudiciis legitimis ultus eorum [fa]cin[us, e]t postea bellum inferentis rei publicae vici b[is a]cie.
Wygnałem zabójców ojca mego, stawiając ich przed przedtem przed sądem, potem zaś, gdy wypowiedzieli wojnę Republice, dwukrotnie pokonałem ich w bitwie.

Oktawian August. „Res Gestae divi Augusti“ („Dokonania boskiego Augusta“)

Tym z czytelników, którzy zainteresowani są głównie aktualnymi debatami, radzę nie wyłączać monitorów. Wbrew pozorom będzie bardzo współcześnie. Będzie o patriotyzmie, poświęceniu, prawdzie i racji. Będzie o tym, że „Rzym jest najważniejszy“.

Bitwy pod Filippi nie było. To znaczy jednej nie było, były dwie. A raczej jedna, ale podwójna. W październiku 42 roku (jeszcze nikt nie wiedział, że przed naszą erą), na równinie leżącej na wschód od macedońskiego (choć w zasadzie trackiego) miasta Filippi, spotkały się dwie armie, w zasadzie zbliżone pod względem siły i liczebności. W zasadzie, ponieważ siły drugiego triumwiratu posiadały co prawda więcej legionów, ale mniej jazdy niż republikański przeciwnik. Triumwirat nie wystąpił w pełnym składzie, Oktawian August i Marek Antoniusz pozostawili Gaiusa Lepidusa w domu. Brutus i Kasjusz nie mieli kogo pozostawić w domu. Może pozostawili by Marcusa Tulliusa Cycero, gdyby jeszcze żył. Ale nie żył, co było wynikiem figla spłatanego mu przez (jeszcze nie) boskiego Oktawiana. Tak że w bitwie wzięły udział jedynie jego pieniądze, aczkolwiek zapewne nie po tej stronie, po której ich były właściciel by sobie tego życzył. Ale nie odbiegajmy od tematu.

Opis bitwy, okoliczności do niej prowadzących, jak również jej skutków zawdzięczamy nie tylko połączonym wysiłkom Swetoniusza i Plutarcha, lecz również znojnej pracy Apiana z Aleksandrii. Jak kto ciekaw, niech sobie poczyta. My skupimy się na najistotniejszych szczegółach. Poszło o ojczyznę. Triumwirat tak kochał ojczyznę, że postanowił dać łupnia Brutusowi i kolegom. Ci znów, do tego stopnia miłowali rzymską republikę, że uprzednio zadźgali Juliusza Cesara, który (ze swej strony) będąc prawdziwym rzymskim patriotą i zwolennikiem wielkości Rzymu, jak również nie mogąc znieść ględzenia senatorów, przyjął na siebie ciężkie brzemię odpowiedzialności, większości senatorów udało się uciec.

Bitwa była dwuczęściowa. Pierwsza część odbyła się w pierwszym tygodniu października obfitując w niespodzianki i zabawne szczegóły. Skrzydło dowodzone przez Kasjusza ugięło się pod naciskiem wojsk Marka Antoniusza, który nawet zdołał zająć wraży obóz. Kasjusz, mylnie poinformowany o przebiegu bitwy i przekonany, że poniósł (sromotną) klęskę, zwraca się do wyzwoleńca Pinadrusa z uprzejmą, aczkolwiek przedwczesną prośbą o przeszycie mieczem, ten zaś, nie nawykły odmawiać, spełnia jego życzenie. W tym czasie skrzydło dowodzone przez Brutusa daje wycisk wojskom Oktawiana, ten ostatni traci nerwy i daje dyla, ukrywając się następnie przez trzy dni na okolicznych bagnach, obóz triumwirów zostaje zajęty. Powstała sytuacja patowa, noc zastała oba walczące wojska w obozie niepokonanego przeciwnika. Zanim się znalazł Oktawian (który potem uparcie przedstawiał swe dziwne zachowanie jako fortel z podszeptu bogów) upłynęło kilka dni, zanim towarzystwo się ostatecznie pozbierało – następne dwa tygodnie. Ponieważ znużeni i zirytowani sojusznicy zaczęli opuszczać Brutusa, a Oktawian z Markiem Antoniuszem zaczęli mieć kłopoty z aprowizacją, gotowość do drugiego aktu rzezi była po obu stronach niezachwiana. Tym razem kochający ojczyznę Triumwirowie zadają dowodzonym przez miłującego ojczyznę „mordercę Boskiego Cezara“ siłom klęskę, biorąc armię przeciwnika do niewoli. Brutus z niedobitkami w sile czterech legionów zwiewa na pobliskie wzgórze, tam jednak opadają go wątpliwości i popełnia samobójstwo. Na glebie pod Filippi pozostaje 40.000 okaleczonych, głównie rzymskich trupów, a Oktawian August potem napisze o sobie skromnie, że uratował republikę przed jej wrogami (patrz cytat u góry). Jego miłość do republiki była tak wielka, że z obawy aby nie wpadła w niepowołane ręce, postanawia ją później zlikwidować, przyjmując z rąk tej części rzymskiego ludu, któremu udało się przeżyć wojny domowe w jej obronie,  koronę cesarską (*) wszelkie możliwe tytuły i zaszczyty i stając się tym samym jednowładcą.

Dlaczego bitwa pod Filippi zasługuje na naszą uwagę? Otóż wziął w niej udział, po stronie Brutusa, młody rzymski patriota Quintus Horatius Flaccus. Znany potomnym również jako Horacy. Dwudziestotrzyletni Quintus Horatius nie uczestniczył w walce do końca, widząc niekorzystny rozwój wypadków, jako jeden z pierwszych rzucił się do ucieczki i ratując (jako jeden z nielicznych) skórę powraca potem do Rzymu aby obrać karierę literata. Exegi monumentum i tak dalej. To, że wiele lat później napisze w swych pieśniach że „słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę“, może (wobec znanych faktów) budzić u potomnych pewne zdumienie, a nawet podziw dla bezmiaru cynizmu. Fakt, że słowa te znajdą się (tysiąckrotnie powielone) na pomnikach-nagrobkach zdobiących XIX- i XX-wieczne pola bitwy, może już tylko budzić niesmak. I może jeszcze smutek, że nieskończoną wydaje się być rzesza biednych, wzruszonych matołów, dających się od stuleci łowić szukającym mięsa armatniego cynikom na tę samą, tandetną wędkę.

Godnym odnotowania wydaje się też być fakt, że sentencja cieszyła się niebywałą estymą wśród polityków i generalicji wszystkich stron stron wszelkich konfliktów. Apogeum popularności  zbiega się z przesunięciem wydających najwyższe rozkazy na tyły  i ich zniknięciem z teatru bezpośrednich działań wojennych.

(*) Jak trafnie zauważył w swoim komentarzu Aethelstan, Oktawian został ( w ciągu następnych 40 lat) po kolei wszystkim: prokonsulem, trybunem ludowym, cenzorem, najwyższym kapłanem, a na koniec Ojcem Ojczyzny. To, że obecnie uznawany jest za pierwszego cesarza, nie zmienia faktu, że pierwszym, który oficjalnie używał tytułu cezara był dopiero usynowiony przez Oktawiana Tyberiusz. Brak cesarza, tłumaczy brak insygni cesarskich. Za zamieszanie przepraszam.

——-

Powyższy tekst stanowi kontynuację zaniedbanego (ostatnio) cyklu „Powszechna Historia Idiotyzmu”. Nie stanowi on natomiast przyczynku do toczonej ostatnio dyskusji nad kształtem i lokalizacją pomnika prezydenta RP , poległego wraz z osobami towarzyszącymi w tragedii smoleńskiej.  Nie stanowi.

Habemus Papas

Sierpień 16, 2010

Ateistom walczącym ku przestrodze: naśmiewanie się z wiary bliźnich jest małe, a co gorsza, prowadzi niejednokrotnie do wyników przeciwnych do zamierzonych. Indywidualna wiara zasługuje na tolerancję, ochronę i szacunek. Powyższy sąd nie znajduje (automatycznego) zastosowania w stosunku do religii, szczególnie tych mocno zinstytucjonalizowanych. Tu nie może być mowy o kopaniu leżącego, bo leżący wcale nie leży. On czasem wygodnie siedzi, a przeważnie stoi, domagając się od nas, abyśmy uklękli.  Podróże kształcą. Naszą dzisiejszą podróż do Absurdii Rzymsko-Katolickiej rozpoczynamy pod znakiem najwyższego autorytetu, który się (zgodnie z definicją) nigdy nie myli. Poświęćmy trochę zasłużonej uwagi Jego Świątobliwości Grzegorzowi XVII. Jest naprawdę – pod wieloma względami – bardziej atrakcyjny od Latającego Potwora Spaghetti. Jego atrakcyjność wynika z faktu,  że jest postacią autentyczną i przez to pouczającą.

Uwaga dotycząca nomenklatury

Mianem antypapieża (lat: pseudopapa, antipapa; niem: Gegenpapst; ang: antipope) określamy papieża powołanego na tron papieski nieprawnie, tzn. niezgodnie z prawem kanonicznym i zasadą sukcesji apostolskiej. Nie będziemy nudzić. Kto chce, niech sobie wygugla. Powołanie ma miejsce (z reguły) w trakcie pontyfikatu papieża legalnego. Jak dotąd, każdy papież i antypapież (bez wyjątku) uważał się (i uważa) za legalnego, traktując jednocześnie swego heretyckiego uzurpatora za niebezpiecznego heretyka zasługującego na natychmiastową ekskomunikę. Liczba pontyfikujących sobie jednocześnie papieży (lub antypapieży, jak kto woli) ograniczona jest jedynie przez ambicję, wyobraźnię i siłę przebicia potencjalnych kandydatów. Ufff.

Nieunikniona dygresja historyczna

Nieprawdą jest, jakoby antypapieże wyroili się jedynie w ramach średniowiecznych walk o władzę w kurii, walk których kulminacją była wielka schizma zachodnia i jej avignońskie następstwa. Problem jest starszy i ma wszelkie znamiona permanentnego schorzenia systemu. Pierwszy był niejaki Hipolit w III wieku po narodzeniu. Jeszcze nie wolno się było modlić, trwały prześladowania Chrześcijan, a już papieże zaczęli się mnożyć i brać – przepraszam za słowo – za łby. Hipolitowi, mimo że od czasu do czasu go legalizowano, papiestwo nie wyszło ostatecznie na zdrowie, nie przeszkodziło to jednak jego następcom pójść raz wytyczonym szlakiem. Krótko: oficjalna lista antypapieży (tzw. lista Mercatiego) nie wyczerpuje wszystkich możliwości. Teolodzy do dzisiaj spierają się, czy było ich 36, 43 a może nawet 51. Jest to zrozumiałe, gdy się przypomni, że w porywach było ich nawet trzech. Na raz. W dalszej części postaramy się udowodnić, że kalkulacje zajmują się jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Zjawisko jest poważniejsze, niż się z pozoru wydaje i nie dotyczy bynajmniej tylko (zamierzchłej) historii.

Koniec dygresji.

W zasadzie nie byłoby tak tragicznie i problem wielopapiestwa można by odłożyć do historycznego lamusa, gdyby nie II Sobór Watykański. Tak jednak już jest, że to, co jedni uważają za odnowę i niezbędne reformy, drudzy postrzegają jako przestępczą herezję. Chociaż Kościół Rzymsko-Katolicki nie jest zainteresowany nadaniem temu zjawisku rozgłosu, sedewakantyści (gugel) nie zasypiają gruszek w popiele. Im to mamy do zawdzięczenia niebywałą mnogość papieży w ostatnich dziesięcioleciach. A wszyscy oni (według zwolenników i wyznawców prawdziwej wiary) są jak najbardziej prawowici i legalni. Czego naturalnie nie można powiedzieć o konkurencji zasługującej na takie epitety jak: zwolennicy postępu, zaprzańcy, antychryści, Żydzi, masoni, a nawet, proszę mi wierzyć, komuniści. Chrześcijańska miłość bliźniego niejedno ma imię.

Ponieważ opisanie wszystkich papieży ostatnich dekad wymagałoby sporej monografii, skupmy się na Jego Świątobliwości Grzegorzu XVII. Od niego zaczęliśmy. Zasługuje na uwagę nie tylko dlatego, że jest to przypadek zarówno kliniczny, jak i spektakularny. Niektóre aspekty jego pontyfikatu sprawiają, że to, co wymyślili chłopcy od Monty Pythona po prostu blednie. Opowiedzmy zanim ktoś sfilmuje.

Clemente Domínguez y Gómez urodził się w hiszpańskiej Sevilli 23 maja 1946 roku. Nic nie zapowiadało, że na świat przyszedł Następca Piotrowy. W dalekiej Japonii dwaj bracia założyli firmę Sony, w Leningradzie urodziła się ( dzień później) Irena Kirszenstein, która potem nazywała się Szewińska i bardzo szybko biegała, a w Polsce  powstał klub piłkarski Zawisza Bydgoszcz.

Gdy Clemente był młodzianem 23-letnim, udał się do małej wioski El Palmar de Troya (jest rzeczą znamienną, że w XX wieku cuda zdarzają się przeważnie na zadupiu), gdzie mieszkańcy podobnież regularnie widywali Matkę Boską.  Clemente potrzebował kilku tygodni aby mu się udzieliło i 30 września 1969 roku ma wreszcie pierwsze widzenie maryjne. Potem widzenia wchodzą w nawyk, do widzeń dołączają krwawe stygmaty (w trakcie jednej sesji traci nawet ponad 16 litrów krwi) i intensywna wymiana zdań z Maryją na temat kierunku, jaki obrał kościół po II soborze. Matce Boskiej kierunek się zupełnie nie podoba i wypowiada się krytycznie. Mimo, że miejscowa ludność widziała u Clementa ślady po ukrzyżowaniu, kościół katolicki nie podziela ani jej (ludności) entuzjazmu, ani poglądów Matki Boskiej i nie uznaje cudu. Utwierdza to Clemente w przekonaniu, że Rzym opanowali odstępcy od wiary i postanawia coś z tym zrobić.

W grudniu 1975 gromadzi wokół siebie podobnie myślących i otrzymawszy bezpośrednie instrukcje od Matki Boskiej zakłada Zakon Karmelitów św. Oblicza z sobą samym jako przeorem. Od tego momentu nalega aby nazywano go Bratem Ferdynandem i przekonuje katolickiego kardynała o nazwisku Ngô Dình Thuc Pierre Martin, że ten powinien wyświęcić go na biskupa. Skutecznie. Prowadzi to do pewnego zakłopotania, a nawet zamętu w obrębie katolickiej hierarchii Królestwa Hiszpanii. Nikt jednak nie dostrzega nadciągającego niebezpieczeństwa, wygłaszający nienawistne tyrady przeciw demokratom, liberałom, związkowcom i innym lewakom Brat Ferdynand jest (najwidoczniej)  przywiązanemu do tradycji hiszpańskiemu kościołowi na rękę.

W maju 1976 Dominguez (obecnie biskup) ulega wypadkowi samochodowemu i traci wzrok. Brak wzroku nie przeszkadza mu w dotychczasowej działalności, wizje się nasilają. Nadchodzą posiłki, do Maryi dołącza Jezus domagając się od nowo upieczonego biskupa, aby sięgnął po tron papieski w celu zwalczania niebezpiecznych i jemu (Jezusowi z widzeń) zupełnie nie podobających się zjawisk w kościele. Czy można odmówić takiemu żądaniu? Dominguez ogłasza wszem i wobec swe prawo do sukcesji papieskiej, wynika ona z prostego faktu, że Jezus osobiście mianował go swym następcą. Ilość zagorzałych zwolenników gotowych u jego boku bronić mszy trydenckiej dalej rośnie.

6 sierpnia 1978 roku umiera Paweł VI. Pośpiesznie zebrane przez Domingueza konklawe, wynosi go w katedrze w Sevilli na stolec apostolski. Konklawe składa się co prawda z wyświęconych przez niego osobiście kardynałów, ale dla nowego Ojca Świętego, który przybiera imię Grzegorza XVII, jest to mało istotny drobiazg. Decydują chęci i powołanie. Nowy pontyfikat rozpoczyna się od ważnej decyzji obłożenia ekskomuniką wybranego w Rzymie uzurpatora. Wkrótce ten sam los spotka jego polskiego następcę, namiestnik Chrystusa nie ma zamiaru tolerować obok siebie żadnych antypapieży. Ekskomunika zostaje przyjęta entuzjastycznie zarówno przez wiernych, jak i przez (nowość!) regularnie odwiedzających Ojca Świętego apostołów Piotra i Pawła.

Ponieważ Watykan jest chwilowo zajęty, nowo obrany papież postanawia uczynić swą stolicą El Palmar de Troya, rozpoczyna się budowa katedry i okazałej siedziby papieskiej.

Pontyfikatu Grzegorza XVII nie można nazwać nudnym. Na początek papież dokonuje beatyfikacji generalissimusa Francisco Franco, jego zastępcy admirała Carrero Blanco, przywódcy faszystowskiej falangi Diego de Rivery i (nie wiedzieć czemu) Krzysztofa Kolumba. Wiernym się to podoba, (jedynie prawdziwy) Kościół Palmeriański rośnie w siłę, zwiększa się ilość święceń kapłańskich, pojawiają się nowe diecezje, również poza granicami Hiszpanii. Katedra jest gotowa, czas zabrać się za sprawy zasadnicze. Grzegorz XVII ogłasza (urbi et orbi) wszelkie  postanowienia II Soboru Watykańskiego za nieważne, a następnie wprowadza do wiary dogmat o niepokalanym poczęciu św. Józefa i obecności ciała Matki Boskiej w Eucharystii. To nie jest żart.

Być może (jedynie prawdziwy) kościół katolicki rozwijał by się dynamicznie dalej, gdyby reputacja Jego Świątobliwości  nie doznała drobnego, ale bolesnego uszczerbku. Oskarżony w 1990 roku przez własnych księży i zakonnice (w międzyczasie powstał w Palmar de Troya również zakon żeński) o masowe molestowanie seksualne podwładnych, Ojciec Swięty Grzegorz XVII zmuszony jest przejść do defensywy. W 1997 roku przyznaje wreszcie, że trochę zbłądził i prosi wiernych o przebaczenie. Wierni przebaczają (choć nie wszyscy) i otrzymują w nagrodę proroctwo. Papież ogłasza, że Jezus zakomunikował mu osobiście, iż on (Grzegorz XVII) będzie ostatnim papieżem i dozna zaszczytu śmierci męczeńskiej. umierając na krzyżu w roku 2015 w Jerozolimie.

Proroctwo nie spełniło się. Jego Swiątobliwość zamyka oczy i opuszcza nas 22 marca 2005. Zebrane pośpiesznie konklawe wybiera na jego następcę Manuela Corral, który przyjmuje imię Piotra II. Jest rzeczą interesującą, że pontyfikaty Grzegorza XVII i Jana Pawła II czasowo się dosyć dokładnie pokrywały. Polski rywal przeżył swego hiszpańskiego kolegę o 11 dni.

Można by dalej snuć tę miłą opowiastkę o głębokiej ludzkiej wierze, zbiegach przypadków i zadziwiających kolejach rzeczy. Można by opowiedzieć o Jeanie Grégoire de La Trinité, alias Jean-Gaston Tremblay, z Kanady, który nie tylko został papieżem Grzegorzem XVII już w 1968 roku lecz także dał sobie wpisać do paszportu w rubryce zawód: Pope John-Gregory XVII. W 1999 roku miał miejsce proces samozwańczego Ojca Świętego, poprzedzony wieloletnim poszukiwaniem oskarżonego o seksualne molestowanie dziatek.  Związek chęci do bycia katolickim pasterzem z wiadomymi skłonnościami, nawet jeśli przypadkowy, zadziwia. Dwóch papieży o tym samym imieniu i z tym samym problemem w tym samym czasie musi zastanawiać.

Albo taki kardynał Giuseppe Siri.  Znacie Państwo Giuseppe Siri?

Nie, nie będziemy mnożyć dykteryjek tam gdzie chodzi o kwestie istotne. Nie wiemy ilu mamy papieży. Droga do tej godności otwarta jest jednak obecnie dla każdego, no może z wyjątkiem kobiet. Gra planszowa „I ty możesz zostać papieżem“ została oficjalnie zaaprobowana przez Watykan i cieszy się coraz większą popularnością. Sprawa jest poważna. Fani organizują się na Facebooku.



„Nie umiemy wykorzystać myślenia Matejki w naszej debacie o historii Polski – także tej pomatejkowskiej“
Jarosław Krawczyk, autor książki „Matejko i historia“ w wywiadzie udzielonym 16.2.2010 Agnieszce Sabor z „Tygodnika Powszechnego“

Czy może dziwić, że syn Czecha i Niemki zapragnął zostać polskim patriotą? Może, chociaż w zasadzie nie powinno, bo przecież powszechnie wiadomo, że wszyscy chcą zostać Polakami, sam spotkałem się – poza granicami umiłowanej Ojczyzny – z nacechowaną ciepłym humorem sympatią do (bez wyjątku) wszystkich przedstawicieli naszego narodu. Tak po prostu jest i nie ma powodu aby to przed dziatwą ukrywać.

Matejko Jan, syn urodzonego w pobliżu miejscowości Hradec Králové austriackiego poddanego o nazwisku František Xaver Matějka i pani, w której (również austriackiej) metryce urodzenia widniało nazwisko Johanna Caroline Rossberg, polskim patriotą został i już. I to nie byle jakim, lecz prawdziwym. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że to go zadowoliło. Matejko (zwany również przez współczesnych Królem Malarzy Polskich i Tytanem Ducha) nie zwykł poprzestawać na małym i postanowił zostać również Prawdziwym Polskim Antysemitą. I tu musimy otwarcie powiedzieć, że nie do końca mu się to udało. Wbrew świadectwom współczesnych i zapewnieniom samego artysty należy stwierdzić, że Jan M. Był antysemitą późnego chowu, niekonsekwentnym i marnym. Pełnym niepojętej ambiwalencji, wahań, a nawet sprzeczności. Liczni biografowie byli najwyraźniej tego samego zdania nie uwypuklając szczególnie biograficznej smuty ostatnich 13 lat życia artysty, tak że szczegóły znikły całkowicie z kolektywnej pamięci. A szkoda. Na błędach ludzi wielkich też można się czegoś nauczyć.A swoją drogą,to zdumiewające, jak pewne historyczne wątki ulegają zapomnieniu. Nawet gdy swego czasu budziły niespotykane emocje, nawet gdy były powszechnie znane. Dyskretnie przemilczane i konsekwentnie pomijane giną w kurzu i ciszy archiwów. Słusznie? Niesłusznie.

Do rzeczy. Jest rok 1872. Matejko postanawia namalować Bitwę pod Grunwaldem. Powstają pierwsze szkice, a potem, w 1875 Mistrz rozpoczyna zbożne dzieło ku pokrzepieniu serc rodaków. Rodacy nie pozostają obojętni, przez pracownię przewalają się tłumy krakowian i przyjezdnych – obserwują malutkiego, krótkowzrocznego Matejkę, jak z przylepioną do płótna twarzą wyczarowywuje w pocie czoła narodową historię.Wieść o płótnie dociera do szybko do Warszawy i kongresowi patrioci wzywają (m.in. na łamach „Niwy“) naród do zbiórki środków w celu wynagrodzenia malarskiego znoju. Damy zaczynają kwestować, utworzony zostaje fundusz. I tu się robi naprawdę ciekawie, konia z rzędem temu, kto w materiałach źródłowych odnajdzie informacje dotyczące dalszych losów tej patriotycznej inicjatywy. Najwidoczniej zgromadzone środki nie warte były wzmianki, patriotyzm rodaków nie sięgał portfeli i portmonetek. Nie oznacza to jednak, że nie znalazł się ani jeden prawdziwy patriota gotów wynagrodzić matejkowski trud. Oddajmy głos sekretarzowi mistrza, Marianowi Gorzkowskiemu:

„19 lutego 1878 r. w południe Matejko przybył do kancelarii szkolnej i zastawszy mnie samego, rzekł tajemniczo: „Nikt o tym nie powinien wiedzieć! Sprzedałem już obraz „Grunwaldu” za 45 tysięcy złr. Rosenblumowi z Warszawy; mam już dwa weksle, jeden płatny za trzy miesiące na 20 tysięcy (…) a drugi na 25 tysięcy za rok…” (…) W sierpniu Rosenblum przyjechał do Krakowa „(…) mówił mi, że ponieważ „Grunwald” do Paryża już teraz nie pójdzie, więc wystawiać go będzie w Warszawie, w Moskwie, w Petersburgu, w Londynie, a potem w Paryżu, że spodziewa się z samej wystawy wziąć tyle, ile zapłacił za cały obraz”“.

W ten sposób serca pokrzepiły się z wydatną pomocą finansową bankiera Rosenbluma z Warszawy, fakt ten nie był jednak nigdy (jakoś specjalnie) ani przez historyków, ani przez patriotów stowarzyszonych w 1980 roku w Zjednoczeniu Patriotycznym Grunwald szczególnie eksponowany. Dzieło pozostało w posiadaniu rodziny Rosenblumów do 1902 roku, nie był to jednak ostatni kontakt malarza z bankierem. 25 grudnia 1881 roku w Warszawie 30 katolików zostaje stratowanych w kościele św.Krzyża przez pozostałych uczestników mszy po tym, jak ktoś krzyknął „gore!“, do dzisiaj nie wiadomo kto. Jakaś baba wyraziła graniczące z pewnością przypuszczenie kto jest temu winien (wiadomo kto), kombinacja ryczących bab, histerii i krzyża ma jak widać w Warszawie pewne niesławne tradycje. Chociaż pewnie nie tylko tam. Motłoch rzucił się natychmiast do plądrowania sklepów żydowskich, trwający trzy dni masowy pogrom (2 ofiary śmiertelne, 34 ciężko ranne, prawie 1000 splądrowanych, bądź spalonych domów należących do rodzin żydowskich, spustoszona synagoga, 2600 zaaresztowanych uczestników zajść) mógł zostać stłumiony dopiero po wprowadzeniu do miasta oddziałów wojska. Chociaż podręczniki historii dla młodzieży specjalnie głośno o tym nie trąbią (bo jak każdy wie, pogromy zdarzały się jedynie w carskiej Rosji, a u nas nie), do ludobójstwa na dużą skalę  nie doszło jedynie dzięki interwencji niedobrego zaborcy. Rezultatem pogromu było nie tylko ogólnoeuropejskie medialne oburzenie, lecz również powszechna na ziemiach polskich debata dotycząca groźnego według jednych, a nieistniejącego zupełnie według drugich (bo będącego przejawem antypolonizmu) antysemityzmu. Skąd my to znamy?

I tu, w rozgrzaną do niemożliwości i pełną gorączkowych debat atmosferę roku 1882 włącza się nasz mistrz od pokrzepiania serc, tym razem jako pedagog. Na rozpoczęcie roku akademickiego Matejko wygłasza do studentów zadziwiające przemówienie, w którym ostrzega przed podstępnymi „hebrajczykami“ i zapowiada bezpardonową walkę z „pewnymi elementami“ które zamiast służyć ojczyźnie pędzlem, chcą na sztuce zarabiać. Naturalną koleją rzeczy natychmiast pojawiają się w prasie liczne artykuły, w których mniej lub bardziej zawstydzeni intelektualiści tłumaczą zbaraniałej opinii publicznej, że Matejko nie jest antysemitą oraz „co autor miał tak na prawdę na myśli“. Nie docenili jednak mistrza Jana, który (straciwszy cierpliwość do mędrków) pisze list otwarty i publikuje tenże w tygodniku konserwatywno-klerykalnym „Rola“. W liście zapewnia z oburzeniem kochanych rodaków, że „jak najbardziej jest antysemitą, a nawet, że jest z tego powodu dumny“, a pogłoski, jakoby miało być inaczej są, łagodnie mówiąc, wyssane z palca. Zeby nie było żadnych wątpliwości, Matejko grozi procesem wszystkim, którzy godzą w jego dobre imię twierdząc inaczej. Miejsce, wybrane przez artystę do publikacji jest jedyne w swoim rodzaju, jego twórca, właściciel i spiritus movens, samouk Jan Jedliński donosi w nim regularnie kto i gdzie użył dziecięcej krwi na macę, sprawiając, że taki np. Leszek Bubel jawi nam się jako wzorzec tolerancji. Tego znów jest za wiele nie tylko rozlicznym, a nie podzielającym poglądów twórcy intelektualistom, lecz również posiadaczowi „Bitwy pod Grunwaldem“. Rosenblum inicjuje petycję znanych obywateli polskich wyznania mojżeszowego (protest 22), będąc zarazem jej głównym sygnatariuszem. Przepychanki, petycje, kłótnie i procesy o spotwarzenie trwają do śmierci artysty, kto ciekaw, niech zajrzy do ówczesnej prasy.

Nie wiemy co się Matejce stało, co do przyczyn możemy jedynie spekulować. Wiemy jednak kiedy. Przed 1880 rokiem sprawiał raczej normalne wrażenie. Przyjmował do swej pracowni uczniów bez względu na wyznanie i pochodzenie. Szymon Buchbinder i Maurycy Gottlieb to jedynie najbardziej znane przykłady. Gdy zaszczuty przez jak najbardziej antysemickie wybryki swych mniej zdolnych, ale za to antysemickich kolegów Gottlieb zmuszony jest po roku opuścić pracownię, Matejko żegna z żalem swego młodego, lecz uchodzącego za najwybitniejszego ucznia. Gdy Gottlieb popełnia w 1879 roku samobójstwo, Matejko pociesza załamanego ojca, zobowiązując się jednocześnie do kształcenia młodszego brata zmarłego tragicznie artysty. Potem, w okolicy 1880 roku coś w Matejce wewnętrznie pęka i zaczyna się rozwijać w kierunku hm, przedziwnym. Kolejne kamienie milowe upadku można wyliczać – ale po co.

I tak wszystko się wkrótce skończy na cmentarzu Rakowickim. Wpierw w 1893 umrze artysta. A potem, pod coraz grubszymi warstwami kurzu pokrywającymi stare roczniki „Niwy“ „Roli“, „Czasu“, „Nowin“ bądź „Nowej Reformy“ powoli będzie dogorywać pamięć o tym, jak może było naprawdę.

—-

To już koniec matejkiady. Lubiących formy krótkie i zwięzłe proszę o wyrozumiałość. Rozlazło się.  Istnieje dosyć długa lista źródeł na których się opierałem. Oszczędzę jej czytelnikom – to w końcu blog. Ewewntualne pomyłki są niezamierzone.

Wielkość dzieła bywa kwestią dyskusyjną. To co jedni postrzegają jako wielkie, dla innych może być znacznie mniejsze. A czasem nawet małe. Z liczbami jednak trudno dyskutować. Czterdzieści dwa metry kwadratowe to przecież – jakby na to nie patrzeć – nie w kij dmuchał. Trzypokojowe mieszkanie za późnego Gierka. Dzieło wisi w Muzeum Narodowym w Warszawie i uznawane jest, wbrew zgodnym w zasadzie opiniom fachowców, że raczej tak nie jest, przez większość rodaków za arcydzieło. Fachowcy swoje, szary obywatel swoje. Od lat. Ciekawy i zasługujący na uwagę fenomen.

Wyszydzanie „Bitwy pod Grunwaldem“ autorstwa Jana Matejki ma długą i sławetną tradycję, my jednak nie dołączymy do peletonu parodystów i prześmiewców. Byłoby to zbyt łatwe, chociaż z drugiej strony, kto nie chciał by znaleźć się w tym znamienitym towarzystwie? Prus (Bolesław), gdy pokazano mu obraz, zauważył z przekąsem, że „w tym ścisku można by co najwyżej wyciągać portmonetki, a nie walczyć “. Aleksander Swiętochowski zwykł mawiać, że mu się robi duszno na sam widok tej ilości tkanin, Wyspiański nie mógł się powstrzymać i narysował swój powszechnie znany komentarz.  Zarówno Boy Żeleński jak i Karol Irzykowski, którzy nigdy w żadnej sprawie nie byli ze sobą zgodni, harmonijnie twierdzili, że to „nie obraz lecz obraza“. Nie mogli się jednak porozumieć co do kwestii, czy bardziej zmysłu estetycznego, czy raczej inteligencji odbiorcy. Co na temat dzieła twierdził Stanisław Witkiewicz pomińmy lepiej wstydliwym milczeniem. A zaraz po wojnie, Władysława Strzemińskiego malowidło „mdliło“, również z przyczyn pozaartystycznych. Nie ma w historii polskiego malarstwa dzieła, które bardziej by łączyło artystycznych rodaków. Zastępy twórców natrząsały się (zgodnie) z płótna, powstawały przedziwne koalicje i sojusze, po tej samej stronie linii frontu znaleźli się np. Edward Krasiński, Stanisław Bareja, „Łódź Kaliska“, Edward Dwurnik i Katarzyna Kozyra.

Gwoli (przepraszam) ścisłości, należy jednak wspomnieć, że dzieło miało również swych zagorzałych obrońców i wielbicieli. Zaobserwować można przy tym interesujące zjawisko: krytycy sztuki podkreślali „ogromną wiedzę historyczną autora“ podczas gdy historycy zwracali uwagę na wybitne walory artystyczne. Jest to w jakiś sposób zrozumiałe.

Pierwszym nie przeszkadzało zupełnie, że na obrazie dzieją się rzeczy przedziwne. Nieobecny pod Grunwaldem (późniejszy) husyta Jan Žižka potyka się z równie nieobecnym wicemistrzem Henrykiem von Plauen, furkoczą husarskie skrzydła, rycerze odziani są w późnorenesansowe zbroje dekoracyjne, Wielki Książę ma na sobie zaprojektowany i uszyty na zamówienie Matejki cudaczny strój i kołpak, a żeby było zupełnie śmiesznie przepasany zostaje przezeń dodatkowo taśmą od wiszącego w przedpokoju artysty dzwonka. Alegorystę się usprawiedliwia. Alegoryście się wybacza.

Drudzy wskazywali na gęstość i sugestywność artystycznego przekazu, przechodząc jednocześnie do porządku dziennego nad wstydliwym faktem, że postacie (odziane w stroje z różnych epok, ze starannym pominięciem późnego gotyku), kłębią się w sytuacji pozostającej w rażącej sprzeczności do chronologii przebiegu bitwy opisanej przez Długosza. Według panującego bowiem dogmatu, Matejko miał malować z kronikami Długosza w ręku, co może dziwić zważywszy, że artysta zmuszony był porzucić Gimnazjum św. Anny w wieku lat 13, ze względu na marne postępy w nauce m.in. łaciny, a Kroniki zostały opublikowane w tłumaczeniu na język polski dopiero w XX wieku. Ale co tam. Króla polskich malarzy się nie krytykuje za drobiazgi.

Zresztą podobne fenomeny zaobserwować można było nie tylko w naszej ojczyźnie. Gdy obraz został w 1880 roku zaprezentowany w Paryżu, recenzje w tamtejszej prasie były nieomal jednogłośnie miażdżące i (w najłagodniejszych przypadkach) wskazujące na to, że autorowi pomyliła się sztuka z muzeum. Wyjątek stanowił artykuł w konserwatywnym „Le Gaulois“, w którym krytyk zadał sobie sam pytanie, czy jest to wielkie malarstwo i z rozbrajającą szczerością udzielił sobie też odpowiedzi, że „pan Matejko jest z pewnością wielkim polskim patriotą“.

Powiedzmy sobie jednak szczerze: szydzenie z matejkowskiej „Bitwy pod Grunwaldem“ było i jest zabiegiem popularnym, ale i tanim. Nie jest bowiem rzeczą prostą przemówić do zbiorowej wyobraźni w sposób tak sugestywny i wzbudzający tyle emocji. W roku 1885 obraz został oblany benzyną i podpalony przez młodą kobietę która nie mogła oprzeć się sile wizji artysty. Akty wandalizmu, lub ich próby, powtarzały się kilkakrotnie, po raz ostatni na malowidło rzucił się w 1928 roku szaleniec z ciupagą. Ciupagą. Ilu współczesnych twórców marzy w skrytości, aby ich dzieła wzbudzały takie emocje! Poza Kozyrą w zasadzie nikomu się to ostatnio nie udało.

Jan Matejko osiągnął to, co jest najtrudniejsze – stworzył atrakcyjną wizję odległą od historycznej prawdy i zdołał zaszczepić ją ogółowi jako jedynie słuszną i obowiązującą. Alegoryczny obraz mitu zwyciężył fakty, emocje wzięły górę nad chłodnym rozsądkiem obserwatora. Czy zupa pomidorowa Campbella jest jeszcze tylko zupą po tym, jak zabrał się za nią Warhol? Czy komiks po Royu Lichtensteinie jest jeszcze tym samym czym był przedtem?

Matejko Jan, jako wybitny żartowniś i niewątpliwy  prekursor oraz  jedyny przedstawiciel nurtu alegoryczno- historiozoficznego w obrębie europejskiego pop-artu wyprzedził swą epokę. O kilka długości. To jest wielkie i należy to docenić.

Ilu Krzyżaków zginęło pod Grunwaldem? Ani jeden. To nie jest żart, tak twierdzą mediewiści, fachowcy, którzy w końcu przyjrzeli się sławetnej bitwie, po tym, jak przez półtora stulecia zajmowali się nią propagandyści dwóch narodów, które – jeśli wierzyć siedemnastowiecznej przepowiedni Wacława Potockiego, mają marne szanse na to aby się (jak świat, światem itd.) ze sobą zbratać.

Dość dokładnie wiadomo, gdzie zwolennicy Przenajświętszej Panienki wzięli się 15 lipca 1410 roku za łby z oddanymi sługami Jezusa Chrystusa. Było to na polach pomiędzy dwiema wsiami: Tannenbergiem (obecnie: Stębark) i Ludvigsdorf (dzisiaj: Ludwigowo). Tam też poległo 203 (według jednych źródeł) lub 209 (według źródeł innych) braci-rycerzy z czarnym krzyżem na białym płaszczu. Znani są od stuleci z imienia, nazwiska i herbu, w komturii w Maastrich znajduje się wmurowana tablica, każdy mógł i może sobie nadal przeczytać. Szkoda że wielcy mitotwórcy nie znaleźli czasu aby zawracać sobie głowę takimi nieistotnymi szczegółami. Jeszcze bardziej żal, że nie przeczytali dokładnie Długosza, ufając bardziej neofickiemu zapałowi sympatycznego skądinąd,  spolszczonego Austriaka. Spróbujmy zaprowadzić trochę porządku do tego bałaganu.

Przydługi wstęp.

Początek XV stulecia. Spór pomiędzy Zakonem, który nigdy nie zwał się sam Krzyżackim (Ordo fratrum domus Sanctae Mariae Theutonicorum Ierosolimitanorum zawdzięczał swą nazwę ufundowanemu przez niemieckiego (z pochodzenia) cesarza szpitalowi w Jerozolimie), a (dopiero co) zjednoczonymi poprzez unię personalną państwami zwącymi się wówczas Koroną i Litwą (przy czym ta ostatnia obejmowała terytorialnie w 80% tereny Rusi przeróżnych odcieni i barw) nabrzmiewał sobie już od pewnego czasu. Obie strony nie miały łatwo. Po występie Filipa Pięknego, który na przykładzie Zakonu Templariuszy pokazał, rach-ciach, jak to się robi, Zakon Najświętszej Marii Panny miał podstawy do pewnej nerwowości i wybrał (jeszcze bardziej dynamiczną niż dotychczas) ekspansję terytorialną jako rodzaj ucieczki do przodu. Z braku pogan (Litwini i Żmudzini zdradzali poważne inklinacje do przyjęcia nowej wiary nie tylko na pergaminie) zakonni przywódcy wymyślili sprytną koncepcję tzw. prawdziwych chrześcijan. Było to rozwiązanie mądre, bo implikujące również istnienie chrześcijan nieprawdziwych. Wszelkie podobieństwa do lansowanej obecnie w pewnych środowiskach idei „prawdziwych Polaków“ są naturalnie przypadkowe. Prawdziwi chrześcijanie byli gotowi krzewić wiarę nawet w sytuacji ewidentnego braku prawdziwych pogan, a szukającym rycerskich wawrzynów Flandryjczykom, Burgundczykom, Frankom bądź Anglosasom było to ganc pomada. Ważne, aby były wawrzyny, a do tego była potrzebna krucjata, czyli rzeź niewiernych na rubieżach chrześcijaństwa. Zresztą papiestwo zakon wielokrotnie popierało, więc w czym rzecz? Gdy w 1409 roku zakon wezwał kwiat europejskiego rycerstwa do rozprawy z nieprawdziwymi chrześcijanami, chętni stawili się licznie, aczkolwiek nie tak licznie jakby mogli, gdyby chcieli. Czas krucjat jakby minął. Ziemię Dobrzyńską i Kujawy zajmować musieli (z braku ochotników) kosztowni, bo domagający się uczciwego żołdu najemnicy. Zresztą wycofani na czas zimy. Na przełomie 1409 i 1410 roku Władysław porozumiał się wreszcie w Brześciu z kuzynem Witoldem i sprawy potoczyły się bardziej wartko. Zanosiło się.

Recepcja

Uważny czytelnik, przekonany że interpretacja tego fragmentu naszej historii może być najwyżej przedmiotem polsko-niemieckich kontrowersji, może się poważnie zdziwić. Pierwsze zdziwienie dotyczy Litwinów, którzy zupełnie oficjalnie podają, że w zwycięskiej bitwie stoczonej pod Žalgirio przez dwóch Litwinów, Jogailę i Vytautasa brali również udział (między innymi) Polacy. Inne rewelacje w białoruskich podręcznikach, podkreślony zostaje wkład protoplasty białoruskiego rodu Gruszeckich. Holender dowiaduje się, że w Slag bij Tannenberg, polski król Wladislaus II odniósł zwycięstwo nad „strijdkrachten van de Duitse Orde en hun Boheemse en andere bondgenoten“ (siłami zbrojnymi niemieckiego zakonu, Czech i innych sojuszników). Rosyjski student wyczyta w swej książce, że pogromu teutońskiego zakonu dokonały połączone siły królestwa Polski i Wiekiego Księstwa Litwy i Rusi, a Czech rozpoczyna swą edukację od ważnej informacji, że „byla to bitva mezi řádem německých rytířů a polsko-litevskou koalicí, výrazně podpořenou českým vojevůdcem Janem Sokolem z Lamberka a Janem Žižkou z Trocnova, který zde, podle některých historiků, mohl přijít o oko.“ Aż strach pomyśleć co na ten temat można wyczytać w mołdawskich lub mongolskich podręcznikach.

Skąd ten Grunwald?

Przez pomyłkę. W liście pisanym bezpośrednio po bitwie do domu, król informuje małżonkę że odniósł zwycięstwo nieopodal wsi Grunenvelt, miał zapewne na myśli przysiółek o nazwie Grünenfelde, przy którym znajdował się obóz przeciwnika.  Dwa pokolenia później, ze znanych tylko sobie powodów, Długosz wymienia w swych kronikach Grunewald i tak już w polskim dziejopisarstwie pozostało. Dla reszty świata była to bitwa pod Tannenbergiem, jednak heroiczne boje polskich wikipedystów sprawiły, że nawet w anglojęzycznej Wikipedii zwyciężył w 2007 roku Grunwald. Późno, ale zawsze. W zasadzie już tylko Niemcy i kilka innych nacji upiera się przy Tannenbergu, reszta przychyla się do Grunwaldu lub końskim targiem podaje rozmaite nazwy. Polak potrafi. Wioska Grünfelde uzyskała swą słuszną nazwę Grunwald na skutek administracyjnej decyzji  dopiero w 1945 roku. Do tego momentu takiej miejscowości (poza polską literaturą) nie było. Zresztą przekręty geograficzne były po obu stronach. Gdy w sierpniu 1914 armia niemiecka dokonała na południe od Olsztyna przełomu rosyjskiego frontu, natychmiast – chociaż działania wojenne toczyły się na odcinku ponad 100 km – nazwano to znaczące osiągnięcie „Bitwą pod Tannenbergiem“. W celu skutecznego „zmazania hańby“ przesunięto nawet słynny „kocioł“ Hindenburga o 30 kilometrów na zachód i postawiono na polu pod Tannenbergiem monument upamiętniający to zdarzenie. W 1945 roku pomnik został wysadzony w powietrze przez wycofujące się niemieckie oddziały. Najprawdopodobniej z obawy, że  zwycięzcy zrobią z pomnikiem to, co hitlerowcy zrobili by w 1939 z grunwaldzkim płótnem Matejki, gdyby je znaleźli. Czy można by im się dziwić?

Liczebność wojsk.

Jest to zabawny aspekt. Do dzisiejszego dnia uczeni w piśmie nie mogą się jakoś sensownie porozumieć. Zaczęło się już krótko po bitwie, tzw. Kroniki Lubeckie donoszą o bitwie przeogromnej, w której wzięły udział 1.700.000 Polaków, 2.700.000 Litwinów i skromne inne posiłki innych nacji w liczbie jednego miliona chłopa. Nic dziwnego, że Zakon poniósł klęskę. Współczesny (wydarzeniom) burgundzki kronikarz Enguerrand de Monstrelet jest już o wiele skromniejszy podając liczbę 600.000 adwersarzy Zakonu Marii Panny. Fantazjujący na dworze Wacława II augustynin Ondřej z Řezna nie miał aż takich hamulców i liczbę tę podwoił (1.200.000 nas tam było). Długosz nie pozostawił żadnych szczegółowych danych, tak że ostatnie 200 lat były nieustającym festiwalem historyków którym raz wydawało się to, a kiedy indziej coś innego. Pierwszym, który zaczął liczyć zamiast szacować był Ludwik Kolankowski (30 tysięcy sił polsko-litwewskich), Henryk Łowmiański w swej (zatrzymanej przez cenzurę) „Polityce Jagiellonów“ zredukował siły polskie do 12.000, a ostatni z długiego pocztu polskich mediewistów, Andrzej Nadolski pogrzebał w źródłach, posłużył się metodami statystycznymi i poszedł jeszcze dalej. Najbardziej zaskakująca jest podana przezeń liczba rycerzy zakonnych: wzięło ich udział w zmaganiach 250, poległo 203 z czego jedynie 18 na polu bitwy, a reszta została wyrżnięta przez chłopstwo w trakcie zdobywania taborów. Ot, ilość ludzi, która zmieściła by się w trzech autobusach.

Skład etniczny

Pomysł, że pod Grunwaldem zmagali się głównie Polacy z Niemcami jest pomysłem nowym i raczej trudnym do obrony. Wszystko przemawia raczej za spotkaniem dwóch wieloetnicznych armii, potykających się w ramach wojny, której stawką była suwerenność i zdolność przeżycia dwóch zgoła odmiennych organizmów państwowych. Długosz pozostawił nader dokładny spis walczących po obu stronach chorągwi, łatwo (przy odrobinie chęci) dojść jakiego pochodzenia byli np. Sołtysi założonych na prawie niemieckim wsi będący podporą tzw. 13 koronnych chorągwi regionalnych. Ale też w czterech głównych chorągwiach tzw. dworskich było kolorowo i wesoło. W małopolskiej obok siebie ramię w ramię walczyli Zyndram z Maszkowic, Marcin z Wrocimowic i Zawisza Czarny. Kwiat polskiego rycerstwa. Tak, tak – ten sam Zyndram herbu słońce co u Sienkiewicza wołał „Gotuj się, gotuj!. Sienkiewicz zapomniał tylko napisać w jakim języku wołał – Sindram był małopolskim Niemcem, a jego ojciec przywędrował z Hesji. A taki chorąży koronny Marcin z Wrocimowic (ten co upuścił główną chorągiew z orłem białym) to dopiero był numer. Nasz Martin, chociaż utracił nadane jego (jak najbardziej niemieckiej) rodzinie Wrocimowice, nadal przywiązany był do tytułu. Król mu zresztą incydent z chorągwią potem wybaczył i nawet dał we władanie Dębowiec. Sprawę z chorągwią uratował Savischa der Schwarze von Grabow. Tak przynajmniej nazywa wiernego druha Jana Luksemburczyka niemiecka encyklopedia i można by to uznać za popłuczyny niemieckiej, szowinistycznej propagandy, gdyby informacja o niemieckim pochodzeniu rycerza nie pochodziła od Jana Długosza. Z drugiej strony, jak się pomyśli, że obok wielkiej chorągwi zakonu (tej, którą dowodził Frideric von Wallenrode), stali towarzysze broni z chorągwi księcia oleśnickiego Konrada Białego, a zaraz kawałek dalej chorągiew miasta Chełmna wystawiona przez rycerza Janusza Orzechowskiego, a dalej chorągiew Kazimierza V, księcia szczecińskiego (mogę dalej) to brr, dziwnie się robi. Nadolski może mieć niestety rację sugerując, że ilość zarówno Niemców jak i Polaków mogła być mniej więcej równa po obu stronach. Tyle że my, to również Litwini, Rusini, Tatarzy,i Mołdawianie, oni zaś, to kolorowa zbieranina zachodnioeuropejskich sprzymierzeńców. Czesi i Morawianie rozłożyli się (podobnież) równo po obu stronach. I choć Sienkiewicz twierdził (za Szejnochą i Długoszem), że oddziały Jogaiły ruszyły do boju z Bogurodzicą na ustach, zakonni sprzymierzeńcy twierdzili potem z uporem, że wszystko zagłuszało tatarskie Ałła! Ałła! I po wykupieniu z niewoli ponieśli w Europę wieść o strasznej porażce poniesionej w bitwie z Saracenami.

Skąd się wzięło to co (obecnie) mamy?

Ojcem mitologii grunwaldzkiej (po stronie polskiej historiografii) jest niewątpliwie Karol Szajnocha. Ciekawa to postać. W zasadzie był synem austryjackiego lekarza o nazwisku Wenzel Scheynoha-Vtelensky, ojciec jednak odkrył w sobie słowiańską krew, ożenił się z Polką a nawet nauczył trochę polskiego. Dzieci wychował na polskich patriotów, Karl Scheynoha wpierw zmienił nazwisko na Szejnocha, potem imię na Karol by w końcu, przez całe życie, bezskutecznie próbować zatrzeć ślady swego pochodzenia. Jako historyk pojmował swoją rolę jako patriotyczną misję i w tym duchu stworzył szereg pozycji fantastyczno-historycznych, na których następnie, przez resztę XIX wieku wychowywała się inteligencja zaboru austriackiego i rosyjskiego. To z jego czterotomowego dzieła pt. „Jadwiga i Jagiełło“ zaczerpnął (nie trudząc się dalej sprawdzaniem wiarygodności źródła) swe pomysły w swym komiksie Henryk Sienkiewicz. Wyszło mu to co wyszło, uroczy, czarno-biały literacki kicz krzepi serca aż po dzień dzisiejszy i nic nie można już na to poradzić. Krzyżacy są bez wyjątku podstępnymi psychopatami, paranoikami, sadystami i erotomanami, a po stronie polskiej występują niezliczone rzesze aniołów i cierpiętników. Ładny esej na ten temat napisał swego czasu Ludwik Stomma. Jan Matejko zilustrował komiks na dużej powierzchni, dostarczając wizualnego uzupełnienia literackiej wizji noblisty. Czego tam nie ma! Wszystko jest! Wielki Mistrz ginie z ręki wojownika odzianego w katowski kaptur (dobrze mu tak!), drugi osiłek godzi w Ulricha włócznią Bolesława Chrobrego. Większość przedstawionych rekwizytów jest z XVI wieku, a twarze zapożyczył nasz genialny rodak od krakowskich znajomych. Nad krajobrazem unosi się polski święty błogosławiąc hufcom polskim z obłoków i jest to najbardziej realistyczny element całości. W okresie międzywojennym historycy nieśmiało i dyskretnie próbowali wprowadzić do wizji realia – bezskutecznie. Imperatyw patriotyczno-wolnościowy był niemożliwy do zakwestionowania i wszelkie próby klasyfikowane były natychmiast jako zdrada narodowa. Wydawało się, że po 1945 roku coś się może zmienić, historia sprawiła nam jednak figla. Obsesja antyniemiecka Władysława Gomułki była tak silna, że całe zastępy cenzorów dbały o podtrzymanie w masowej wyobraźni obrazu zachodnioniemieckiego imperialisty, który obowiązkowo, obok hełmu wehrmachtu musiał mieć biały płaszcz z czarnym krzyżem. Uwypuklono rolę dzielnych pułków smoleńskich. W ten nurt wpisał się idealnie Aleksander Ford z jego niezapomnianym dziełem, w którym Wielki Mistrz ma wyraźny adolfowy obłęd w oku, a komturzy przed bitwą wrzeszczą mu zgodnym chórem „sieg heil!“ Po stronie zakonu występują rzesze odzianych w stal i czarno-białe insygnia niesympatycznych statystów. Jedyny naiwny Francuz zaś zostaje podstępnie zadźgany.

Niesprawiedliwością byłoby jednak twierdzić, że mitomani i mitotwórcy byli jedynie po stronie polskiej. Stworzona przez Treitschkego nacjonalistyczna szkoła historyczna przekręciła historię w sposób równie twórczy przez wirówkę nonsensu, przynosząc niezliczone prace dotyczące (wyłącznie) niemieckiej misji cywilizacyjnej na wschodzie i niewdzięcznych, podstępnych podludzi, którzy sprzymierzywszy się z dziczą ze wschodu bezskutecznie próbowali zatrzymać bieg dziejów. Tak, że czasem trudno się się Sienkiewiczowi dziwić. Szczególnie, gdy się wspomni, co to były za czasy.

State of the art.

Ostanie 25 lat przyniosło szereg przystępnych prac polskich i niepolskich mediewistów, z których wynika większość tego co powyżej. Niekoniecznie trzeba sięgać do Turnbulla (Turnbull, S. R. Tannenberg 1410: Disaster for the Teutonic Knights ), można też znaleźć co nieco po polsku. Nie tylko nieżyjących już Kolankowskiego i Łowmiańskiego. Zaczął nieśmiało Stefan M. Kuczyński (Bitwa pod Grunwaldem, Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1985), potem dołączył Marian Biskup (Grunwaldzka bitwa, Wydawnictwo Interpress, W-wa 1991) a na koniec zabłysnął Andrzej Nadolski (Grunwald 1410, Dom Wydawniczy Bellona, W-wa 1999). Jest co czytać. Pozostanie przy wersji, że bitwę z niedobrym niemieckim krzyżakiem wygrał Zbyszko z Bogdańca ze stryjem, bo mu zależało na Jagience, jest obecnie kwestią wolnego wyboru.

—-

Dalej o tym samym: tutaj



Zbudowany w latach dwudziestych na potrzeby władz województwa budynek stoi – w niezmienionej postaci – do dziś. Również dziś mieści się w nim siedziba miejscowej administracji. Ulica nie nosi już nazwy Unii Lubelskiej. Od dawna. Przed głównym wejściem: pośpiesznie sklecony, niski podest ze starannie oheblowanych desek. Na podeście: trzech mężczyzn w wyglansowanych oficerkach. Nastrój jest pogodny, ba serdeczny. Wiemy kto stoi na podeście. Dwie z trzech przedstawionych na zdjęciu postaci zostały uznane za godne obszernego przedstawienia w encyklopediach.

To jest naprawdę dziwne zdjęcie. Pochodzi z Niemieckiego Archiwum Federalnego. Sygnatura 1011-121-0011A-22. Autor: nieznany. Data: 22. 09.1939. Przedstawia dowódców dwóch zaprzyjaźnionych armii odbierających defiladę zwycięskich wojsk. Wspólny sukces domagał się odpowiedniego uczczenia. – coś takiego łączy. Po upływie siedemdziesięciu lat, zdjęcie zdaje się mieć znaczenie jedynie dla tych, których przedstawiciele, ze zrozumiałych powodów nie stali wówczas na podium. I to zasadnicze. Dla spadkobierców podówczas defilujących, wydaje się mieć ono dzisiaj znaczenie raczej marginalne.

Stojący w centrum dowódca XIX korpusu pancernego zgrupowania armii północ, generalleutnant Heinz Guderian uśmiecha się serdecznie i wylewnie do stojącego po jego lewicy kombryga Siemiona Mojsiejewicza Kriwoszeina. Kombryga, bo stopnie generalskie zostaną wprowadzone ponownie dopiero po katastrofie wojny sowiecko-fińskiej. Kombryg wygląda na równie zadowolonego. Ma powód. Dzięki osobistemu wstawiennictwu Budionnego udało mu się przeżyć ostatnie cztery lata. A to wcale nie było oczywiste.

O Guderianie można by godzinami. Ale po co. „Szybki Heinz” był ojcem „blitzkriegu” z użyciem wojsk pancernych. Wnuk pruskiego junkra, syn zawodowego oficera. Na frontach pierwszej wojny światowej dosłużył się stopnia szefa kompanii. Wizjoner i fanatyczny czołgista. Parokrotnie pokłóci się z Hitlerem, którego uważa za katastrofalnego dowódcę. W ogóle uparciuch i watażka. Na zdjęciu ma 50 lat. Nazista z przekonania, odegra nader niechlubną rolę po puczu oficerów w 1944 roku. Pod koniec życia, ciesząc się zasłużoną emeryturą i sutymi honorariami doradcy ministerstwa obrony RFN, poświęci się pisaniu pamiętników, w których będzie sławił chwałę niemieckiego oręża i bohaterstwo niemieckiego żołnierza.

O Kriwoszeinie też można by długo. Syn żydowskiego kupca, uczestnik wojny domowej, oficerem zostaje w słynnej konarmii Budionnego. Bierze udział w wojnie domowej w Hiszpanii a potem w walkach z Japończykami w Mandżurii. Forsował w Armii Czerwonej rozwój wojsk pancernych, później został jednym ze współautorów zwycięstwa pod Łukiem Kurskim. Po śmierci Stalina jako generał-lejtnant uda się na zasłużony odpoczynek i poświęci bez reszty pisaniu wspomnień. Wspomnień, w których będzie sławił chwałę radzieckiego oręża i bohaterstwo radzieckiego żołnierza.

O przebiegu brzeskich uroczystości wiemy niewiele, trochę jednak wiemy. Na wstępie junkier i nazista serdecznie się wyściskał z komunistą, nie ukrywajmy tutaj pochodzenia etnicznego, bo po co. Następnie obaj panowie wygłosili krótkie przemówienia. Wpierw przemawiał Guderian i podkreślił rolę i znaczenie braterstwa broni. Potem przemawiał Kriwoszein i podkreślił rolę towarzysza Stalina w budowaniu odwiecznej przyjaźni pomiędzy narodami, jak również rolę i znaczenie braterstwa broni. Na zakończenie swego przemówienia kombryg, w imieniu towarzysza Stalina złożył życzenia szybkiego zwycięstwa nad kapitalistyczną Anglią i serdecznie zaprosił Guderiana oraz zaprzyjaźnione niemieckie przywództwo do Moskwy, nie zdając sobie chyba jednak sprawy, że Guderian i koledzy już wkrótce z zaproszenia skorzystają. Potem zagrała orkiestra a potem odbyła się defilada.

Godnym wzmianki jest fakt, że obaj panowie zostali za swój udział w kampanii wrześniowej odznaczeni. Guderian otrzyma Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego. Do licznej już kolekcji. Kriwoszein też nie odejdzie z pustymi rękoma. Po powrocie do Moskwy zostanie mu nadany zaszczytny tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. W encyklopedii zainteresowani mogą znaleźć na ten temat następującą wzmiankę:

„Został bohaterem sowieckim, po tym jak jego oddziały w Brześciu nad Bugiem wzięły do niewoli 1030 polskich oficerów, 1220 podoficerów i 34 tys. szeregowych żołnierzy. Na dworzec kolejowy w Brześciu w bałaganie odwrotu ku bezpiecznym granicom przybyło kilkadziesiąt polskich transportów wojskowych z żołnierzami i sprzętem. Wysiadali z wagonów wprost w sowieckie ręce jeszcze 25 września 1939.“

Wiemy co się stało z polskimi oficerami. Ich wspomnienia nie zachowały się. Trafili również do encyklopedii, ale zbiorowo, można ich znaleźć pod literą „K”. O stolarzu który zbijał podest, encyklopedia milczy.

%d blogerów lubi to: