Reallifecam

14 listopada, 2019

Intro

Turysta, który będąc w Paryżu ma zamiar obejrzeć pałac królewski może doznać poważnego dysonansu poznawczego. Wyruszywszy ulicą St. Honore z okolic Placu Vandome i podążając w stronę Luwru, dobrnie po kilku minutach do placu o nazwie Place du Palais Royal. Spojrzy na prawo: Louvre, czyli pałac, wiadomo, królewski. Obecnie muzeum. Spojrzy na lewo: imponujący kompleks budynków oznaczonych na planie miasta jako Le Palais Royal. Czyli pałac królewski. Budynki obarczone tą nazwą schowane są za ładną kolumnadą i mieszczą rozmaite sławetne instytucje, pałacu królewskiego raczej pośród nich nie ma. Mimo to historia może nas w tym miejscu wiele nauczyć, głównie tego, że pewne zjawiska powtarzają się na przestrzeni wieków z graniczącą z perwersją regularnością. Wybierzmy się na małą wycieczkę historyczno-krajoznawczą. Będzie sporo do czytania, żeby potem nikt nie mówił, że nie ostrzegaliśmy. Ale obrazki też będą.

Kardynał.
Na początku był kardynał Richelieu. Tak, ten sam Richelieu, który naprzykrzał się trzem muszkieterom. Trzej muszkieterowie (których było czterech) nigdy nie istnieli, niejaki Dumas zwany przez potomnych Ojcem po prostu ich zmyślił. Być może dlatego też zaistnieli (i istnieją nadal) w zbiorowej świadomości, czego nie można powiedzieć o kardynale Richelieu, który, choć istniał i trząsł swego czasu połową Europy, w kolektywnej świadomości istnieje tylko marginalnie i to głównie za pośrednictwem zmyślonych muszkieterów. Richelieu, poza zarządzaniem monarchią (które to zadanie przerastało siły Ludwika XIII) trudnił się głównie intrygami na dworze i aby mieć blisko do pracy postanowił wybudować skromną siedzibę nieopodal pałacu królewskiego zwanego już wówczas Palais du Louvre, praktycznie po drugiej stronie ulicy. Siedziba wyszła, łagodnie rzecz biorąc, okazała. Aby nie powiedzieć, że być może nawet trochę za bardzo. Jacques le Mercier, któremu Richelieu powierzył to zadanie stworzył, łagodnie ujmując, monstrum dorównujące rozmiarami siedzibie władcy i pokazujące poddanemu kto tak naprawdę we Francji rządzi. Budowę ukończono w 1629 roku, 13 lat później (ponieważ nic nie trwa wiecznie) kardynał wydaje ostatnie tchnienie i tyle z tego miał. Kardynał zeszedł był, pałac pozostał i aby przywrócić równowagę Bourbonowie kładą na nim łapę. W przeciwieństwie do kardynałów królowie mogą się wówczas legalnie rozmnażać i ich potrzeby lokalowe są odpowiednio większe. Do pałacu po duchownym przeprowadza się z Luwru (czyli po prostu na drugą stronę ulicy) Anna Austryjaczka wraz z potomstwem. Małżonek Anny, Ludwik XIII ma teraz odpowiednie warunki aby móc się poświęcić swemu nowemu hobby czyli żarliwie się modlić i umartwiać. Zastąpienie życia rodzinnego modłami nie wychodzi mu jednak na zdrowie i po 6 miesiącach podąża śladem kardynała, czyli zasypia w Panu. Ponieważ rodzina królewska nie może zamieszkiwać byle gdzie, pałac po ministrze – duchownym uzyskuje nowe miano i zwie się od natychmiast pałacem królewskim.
Wtręt dla dla miłośników pisma obrazkowego.

Kardynał Richelieu wyglądał tak:

Kardynau

Natomiast jego skromna siedziba, jeśli wierzyć starym rycinom, z lotu ptaka wyglądała podobno tak:

Natomiast od ogrodu jak na poniższym obrazku. Prawda, że ładna?

I jakże tu się dziwić współczesnym biskupom, że konsekwentnie podążają (przynajmniej w naszej ojczyźnie) wyznaczoną przez słynnego poprzednika ścieżką? Nie sposób, ale chyba  trochę zboczyliśmy.

Fronda i trauma
Nasz wybitnie polonocentryczny, wpojony w dzieciństwie sposób patrzenia na dzieje Europy sprawia, że wydaje się nam, że powstania kozackie lub w gruncie rzeczy mało znaczący incydent w ramach tzw. Wojny Północnej zwany w polskich podręcznikach historii Potopem Szwedzkim były znaczącymi wydarzeniami historycznymi. Nie były. Trafiło nas przypadkiem. Pierwsza połowa XVII wieku to szereg krwawych, wyniszczających wojen i konfliktów, które rozlały się w całej Europie, od Gibraltaru po Koło Polarne.Taka np. Wojna Trzydziestoletnia (1618-1648), będąca (toutes proportions gardées) konfliktem bardziej krwawym i wyniszczającym niż obie Wojny Swiatowe razem wzięte, jeszcze coś nam mówi, ale o toczącej się równolegle do niej hiszpańsko-niderlandzkiej Wojnie Osiemdziesięcioletniej (1568 – 1648 ) lub Wojnie 24-letniej pomiędzy Francją i Hiszpanią (1635-1659) mało kto nad Wisłą słyszał. Ta ostatnia jest jednak ważna, bo doprowadziła dwa europejskie mocarstwa do ruiny. Jedno (Hiszpanię) bardziej, drugie (Francję) mniej, chociaż cena, jaką przyszło Francji zapłacić była spora. Wojny dużo kosztują, wojny toczone dziesięciolecia kosztują horrendalnie dużo. Podatki nakładane na poddanych tylko do pewnego momentu wypełniają w znaczący sposób skarbiec monarchów, gdy nie wystarczają na bieżące finansowanie monarchicznych rzezi, zaczyna się zwykłe łupienie ludności. Zaczyna się od chłopstwa (co prowadzi do powstań) ogarniając coraz szersze warstwy społeczne nie widzące powodu dla którego miałyby jeść korę z drzew w imię obrony fanaberii domu panującego. I tak dochodzimy do Frondy, szeregu protestów, ruchawek, powstań a nawet wojenek domowych, które ogarnęły Francję w 1648 roku i trwały przez lat pięć. Naparzali się wszyscy z wszystkimi, parlament z domem królewskim, książęta z Kardynałem Mazarin, chłopi z arystokracją. Małoletni Ludwiczek, który miał przejść do historii jako Ludwik XIV nie miał z tego okresu dobrych wspomnień. Przez pewien czas tułał się wraz z mamusią i resztą dworu od zameczku do zameczku uciekając przed własnymi niewdzięcznymi poddanymi, przez resztę czasu siedział w pałacu przy zgaszonych kandelabrach przysłuchując się odgłosom toczonych na ulicach Paryża walk. Krótko mówiąc, mało komfortowa sytuacja, która osiągnęła swe apogeum pewnej lutowej nocy 1651 roku, kiedy do pałacu wtargnęła rozjuszona tłuszcza, biegnąc od komnaty do komnaty i sprawdzając ile prawdy jest w pogłoskach, że dwór królewski znów uciekł z miasta. Mały Ludwik uratował się jedynie dzięki temu, że udawał głęboko śpiącego podczas gdy wokół niego trwała grabież mienia urozmaicona jedynie gwałceniem pokojówek. Wynikł z tej sytuacji głęboki uraz psychiczny, którego ostatecznym rezultatem było wybudowanie w późniejszym okresie Wersalu. Już nigdy nie miała powtórzyć się upokarzająca sytuacja, w której udający śpiącego król robił ze strachu przed igraszkami paryskiego ludu, hm, pod siebie.

Dom Orleański. Dalsze losy nieruchomości
Ponieważ jednak zaczęliśmy od pałacu królewskiego, to pozostańmy jeszcze przez chwilę przy owym. Ludwik (nadal czternasty), z braku innego pomysłu postanowił podarować obiekt młodszemu bratu, Filipowi Orleańskiemu, niech też sobie ma. Ten zaś pozostawił kompleks swojemu synowi (również Filipowi i również Orleańskiemu, aczkolwiek zwanemu drugim). Dwa pokolenia później Pałac przytrafił się wreszcie Ludwikowi Filipowi II Orleańskiemu i przy tym panu wypada się na chwilę zatrzymać. LF2O był arystokratą praktycznym. Stwierdził, że okazały budynek w samym centrum zamiast przysparzać kosztów i splendoru, mógłby na siebie zarabiać. Począwszy od roku 1780 kompleks pałacowy zostaje część po części przekształcany w coś czego dotąd nie było, a co historycy architektury nazywają obecnie pierwszą zadaszoną galerią handlową. Jeśli zatem, drogi czytelniku, dostajesz bólu głowy i mdłości wędrując poprzez niekończące się pasaże monstrualnych amerykańskich „malls” lub europejskich tzw. galerii handlowych to wiedz, że zawdzięczasz to pouczające doświadczenie Ludwikowi Filipowi Józefowi II Orleańskiemu, księciu, przedsiębiorcy, libertynowi, spryciarzowi-rewolucjoniście czyli człowiekowi wielkiego majątku, wielu talentów i doskonałych koneksji. Ciekawa postać. Czytelnik zaczyna już podejrzewać, że taka kombinacja talentów, możliwości i zdolności prawdopodobnie doprowadzi posiadacza do marnego, ba, żałosnego końca. Czytelnik podejrzewa słusznie. Ale o tym za chwilę. Na razie poprzestańmy na tym, że ten Ludwik, gdy jeszcze był członkiem domu panującego, wyglądał tak:



Burdel królewski, burdel rewolucyjny.

Wróćmy jednak do Palais Royale, z którego w latach 80-ych XVIII wieku królewską pozostała tylko nazwa. Do ogromnego kompleksu wkracza komercja, za nią konsumpcja i rozrywka, a na koniec rozpusta. Podczas gdy w rozlicznych kawiarniach rozgorączkowani intelektualiści i ci, którzy pragną się za takich uważać toczą coraz bardziej wywrotowe, a czasem nawet świętoburcze dysputy, podczas gdy arystokracja i wzbogacone mieszczaństwo ugania się po sklepikach za dobrami luksusowymi, damy z półświatka odkrywają niezliczone krużganki pałacu i skupiska zarośli w ogrodach jako doskonałe miejsce do uzupełnienia oferty kompleksu o usługi zaspokajające potrzeby cielesne klientów. Nie bez przesady można powiedzieć, że w kawiarniach usytuowanych w Palais Royale ucieleśnił się duch buntu przeciw zwierzchności. Od słowa do słowa przy kawie i kieliszku wina, a na końcu była zupełnie prawdziwa rewolucja. To na dziedzińcu wewnętrznym pałacu Camille Desmoulins pewnego lipcowego wieczora 1789, (po tym jak lekko podchmielony wyszedł z kawiarni) wezwał lud paryski do rewolty, wskazując chwiejną dłonią Bastylię jako symbol ucisku. Lud wziął jego słowa poważnie i następnego dnia po Bastylii pozostała kupa dymiących kamieni zgliszczy. Morał, który z tego wynika, wykracza znacznie poza trywialne stwierdzenie, że trzeba uważać na to co się wygaduje pod wpływem. Desmoulins (z kolegami) uruchomił proces, którego sam miał stać się ofiarą. Przedtem jednak zdołał (z kolegami) wysłać na gilotynę Ludwika Filipa nr 2, któremu nie pomogło ani przemianowanie Palais Royale na Palais Egalité , ani nawet zmiana nazwiska na Filip Egalité połączona z próbą przekonania opinii publicznej, że nie jest tym kim jest, lecz jedynie synem koniuszego swego ojca pochodzącym z przyzwoitego, nieprawego łoża. Nic to nie dało. W każdym razie Ludwik Filip, gdy przestał być Ludwikiem Filipem, ale jeszcze zanim został zgładzony, wyglądał tak:

Kilka miesięcy później Desmoulins, prowadzony na szafot, wskazał palcem na skazujących go na śmierć Robespierra i Saint Justa i krzyknął, że wkrótce podążą za nim. Ponieważ jego wskazywanie palcem miało moc sprawczą, tak się też niedługo potem istotnie stało. Pod koniec sławetnego roku 1794 wszyscy protagoniści tej zabawnej i pouczającej historii odeszli do tejże na zawsze. Ponieważ jednak, gdy coś się kończy to zazwyczaj zaczyna się coś nowego (tak, tak panie Fukuyama) to po okresie wielkiego terroru nastąpiły rządy Dyrektoriatu. Sporo się zmieniło. Również dla niejakiego Borela, stangreta Robespierre’a, który musiał poszukać sobie nowego zajęcia. Z czegoś w końcu trzeba było żyć.

Nowe czasy, stare przyzwyczajenia.
O Borelu wiemy niewiele. Wiadomo, że wykorzystał czasy Wielkiego Terroru do zainicjowania pewnych, hm, zmian w stosunkach własnościowych tyczących intratnej gastronomii umiejscowionej w Palais Royale. W każdym razie, po 1794 ze zdziwieniem odkrywamy, że Berlot jest nagle właścicielem szeregu lokali, których uprzednimi właścicielami byli najwidoczniej kontrrewolucyjni łajdacy, musiało chyba tak być, skoro dosięgła ich karząca ręka rewolucyjnej sprawiedliwości. W zasadzie ludzkość powinna się do tej, najwidoczniej ponadczasowe,j telenoweli przyzwyczaić: na początku są ideały, domaganie się sprawiedliwości społecznej, słuszny gniew ludu, a na koniec okazuje się, że ktoś się sprytnie uwłaszczył. I to niekoniecznie kosztem ciemiężycieli. Borel był człowiekiem nader uzdolnionym, pieniądze zarabiał głównie występami dla kawiarnianej publiczności ponieważ odkrył w sobie również talent brzuchomówcy. W krótkim czasie należą do niego trzy tzw. Café Caves, czyli zlokalizowane w lochach pałacu spelunki, w tym słynna na cały Paryż (i daleko poza jego granicami) Café des Aveugles. W swobodnym tłumaczeniu: kawiarnia ślepców. Café des Aveugles rozpoczęła swą działalność w 1784 roku, jeszcze zanim Ludwik Filip Orleański nr 2 odczuł przemożną potrzebę zostania zwykłym obywatelem. Pomysł był genialnie prosty: ponieważ damy i kawalerowie starego reżimu odczuwali (obok potrzeb natury ekshibicjonistycznej) również pewne skrępowanie jeśli chodziło o gapienie się na baraszkujących arystokratów przez przedstawicieli posługującego gminu, to problem rozwiązano zatrudniając jako obsługę niewidomych. Warunkiem zatrudnienia była ślepota, wszyscy, nawet orkiestra umilająca swym rzępoleniem cielesne figle byli ociemniali, czy też, jak zwykło się mówić, zanim zapanował terror poprawności politycznej, najzwyczajniej ślepi. Koncept był atrakcyjny i przetrwał czasy rewolucji. Usytuowany nieopodal przytułek dla ociemniałych L’Hospice des Quinze-Vingts był niewyczerpanym źródłem kadr. W 1805 do kolekcji Borela dołącza położona pod Cafe de la Rotonde tzw Le Caveau du Sauvage (w swobodnym tłumaczeniu: jaskinia dziczy) i ta zasługuje na szczególną uwagę. Koncepcja była ciekawa i prosta, podobnie jak w przypadku Café des Aveugles w znajdujących się na obrzeżu sceny, amfiteatralnie umiejscowionych boksach, panie i panowie klienci mogli oddawać się zarówno konsumpcji jak i (za dodatkową opłatą dwóch soldów) obserwacji tego, co działo się na scenie. Na tejże ciemnoskórzy, sprowadzeni z kolonii tzw. dzicy oddawali się w stanie naturalnym i bez specjalnego skrępowania rozmaitym codziennym czynnościom ze specjalnym uwzględnieniem gotowania posiłków, pląsów i permanentnej kopulacji. Gotowanie posiłków i pląsy nie były prawdopodobnie głównymi atrakcjami . O ile Café des Aveugles była pierwszym znanym przypadkiem próby monetaryzacji ekshibicjonizmu, to Le Caveau du Sauvage pozwalała uważającym się za cywilizowanych Paryżanom zaspokajać kosztem „dzikich” potrzeby natury voyeurystycznej. Czyli, tłumacząc z nadętego na potoczne i powszechnie zrozumiałe, za tzw. kasę pogapić się na obcowanie cielesne z perspektywy przeświadczenia o cywilizacyjnej wyższości. Kto dał wówczas dowód większego moralnego zdziczenia: organizatorzy tego ludzkiego zoo, ciekawscy uczestnicy procederu, czy też ci, którzy dali się zamknąć? Trudno odpowiedzieć, to znaczy łatwo jeśli zastosujemy dzisiejsze kryteria, ale nie zapominajmy, że wówczas tych kryteriów nie było. Były inne. To, czy nam się muszą podobać to już odmienne zagadnienie.
Później czasy się zmienią, Borel umrze w 1825 pozostawiając potomkom fortunę, wraz z końcem I-go Cesarstwa zaczyna się powolny upadek działalności rozrywkowej w podziemiach Palais Royale, czasy Restauracji najwidoczniej nie sprzyjały figlom. W 1830 na tron wstąpi Ludwik-Filip, nawiasem mówiąc najstarszy syn wspomnianego uprzednio Filipa Egalité, już nie jako król Francji, lecz Francuzów i pozbawi poddanych wszelkich zdrożnych rozrywek ostatecznie wypędzając z Palais Royale w roku 1836 rozpustę i nie tylko Prawdopodobnie był to ukłon w stronę coraz bardziej dominującej moralności mieszczańskiej, kłanianie się niewiele mu jednak pomogło, w 1848 Ludwik-Filip zostaje wysłany na wygnanie do Anglii, jeśli porównamy jego los z losem ojca to chyba można zaryzykować twierdzenie, że miał szczęście.  I to w zasadzie jest już koniec Domu Orleańskiego jako zbioru pretendentów do francuskiej korony. Przemijają wiek XIX i XX, nadchodzi wiek XXI a z nim Internet 2.0

Technologia. Robi się fajnie.
Web 2.0 eksplodował w okolicach roku 2004 i przyniósł szereg zmian w stosunku do tego co było przedtem, a co dzisiaj nazywamy Web 1.0. Nie będziemy ich tutaj wszystkich wymieniać, ważne jest głównie to, że przełamanie paradygmatu dzielącego jego użytkowników na dostarczycieli i konsumentów treści doprowadziło do masowego pojawienia się tzw. prosumentów, czyli osobników będących dostarczycielami i konsumentami w jednym. To zaś spowodowało  dramatyczne wzmożenie przepływu danych  i wymogło daleko idące zmiany natury technologicznej, pojawiła się i zwyciężyła szerokopasmowość jako nowy standard więc tzw. streaming media natychmiast zapuściły w sieci korzenie. Do sieci wkraczają radio, wideoblogi, podcasty. Swiat oplata sieć webcams transmitujących w czasie rzeczywistym to co akurat znajduje się przed obiektywem. Znajdują się pierwsi śmiałkowie transmitujący za pomocą mediów społecznościowych swoje próby samobójcze lub uszczęśliwiający ludzkość widokiem jak sobie sami (lub swoim partnerom) robią dobrze. Kolokwialnie mówiąc: zatarła się różnica pomiędzy tymi, którzy świadczą usługi dla ludności i ludnością, ponieważ ta nagle mogła sobie sama świadczyć. Ogólnie mówiąc zrobiło się fajnie i ciekawie. Pojawienie się Borela 2.0 było tylko kwestią czasu.

Borel 2.0.  Nowe powraca.
No i mamy. Pierwsza była zapewne strona o wdzięcznej nazwie peephole.com, posiekane filmiki o niskiej rozdzielczości błąkają się po dziś dzień po brudniejszych zakamarkach sieci. Potem poszło już z górki. Namnożyło się. Nowoczesna Caveau du Sauvage wygląda mniej więcej tak. Dwa soldy (sou) już nie wystarczą, ceny wzrosły znacząco. Nie można sobie już tak po prostu zapłacić i się pogapić. Za 34,99 Euro miesięcznie można wykupić abonament na 30 dni i dołączyć do tłumnie zgromadzonej przed monitorami publiczności. W szeregu mieszkań, w których mieszkają nowocześni dzicy zamontowane są rozliczne kamery pozwalające śledzić interesujące aspekty codzienności ich mieszkańców: od pląsów, poprzez gotowanie i prasowanie, seks poranny lub wieczorny aż do ablucji – bo nie tylko w salonach, kuchniach lub sypialniach lecz również w łazienkach i ubikacjach umieszczone są kamery, tak aby płacącej publiczności nic wartościowego nie umknęło.
Nowocześni dzicy noszą imiona takie jak Kevin, Jane , Tibor lub Leora i zamieszkują pomieszczenia urządzone w stylu późnej IKEI, telewizor w każdym pomieszczeniu jest obowiązkowy. I prawie zawsze włączony. Mieszkania – na co wskazują odmienne strefy czasowe – muszą znajdować się w różnych krajach, ich mieszkańcy jednak dziwnym trafem porozumiewają się, z małymi wyjątkami, w narzeczu uderzająco podobnym do rosyjskiego. Cechą znamienną mieszkań jest całkowity brak książek, dzicy posiadają jednak najwidoczniej dużą podzielność uwagi, bo mimo włączonych telewizorów wpatrują się nieustannie w ajfony i smartfony, urządzenia z którymi nie rozstają się nigdy.

I tak szanowny czytelniku powróciliśmy do punktu wyjścia. Mijają wieki i wszystko się zmienia, aby w gruncie rzeczy nie zmieniło się prawie nic. Nowe wciąż powraca. I tak już zapewne pozostanie aż do końca.

Komentarzy 8 to “Reallifecam”

  1. Przemyslaw Slomski said

    Kto by płacił taki szmal, skoro na chaturbate większość dobrych treści jest darmowa.

  2. telemach said

    @Przemyslaw Slomski:
    Według Alexa Rank Checker:
    global rank: 1568.
    trafic: 3-14 milionów wejść dziennie.

    Gdy zaczynałem pisać ten tekst (w kwietniu tego roku) global rank wynosił 511.

    Więc chyba jednak ktoś płaci.
    A tak, na marginesie: jak tutaj trafiłeś?

  3. mbabilas said

    Veronica Wedgwood (Wedgwood, C. V. The Thirty Years’ War. London: 1981) twierdzi, że za młodu, zanim jeszcze myśl o kardynalskiej purpurze zaświeciła w jego głowie, Richelieu był oficerem (a przynajmniej kadetem) muszkieterów. Nagła zmiana kierunku kariery nastąpiła w okolicach 20 urodzin, gdy jego starszy brat, który miał objąć „rodzinne” biskupstwo (i dochody z niego) odczuł naprawdę powołanie i wstąpił do zakonu.

  4. telemach said

    babilas
    Wszystko się zgadza. Tatuś przyszłego kardynała poległ w wojnie francusko-francuskiej oraz katolicko-protestanckiej, zanim poległ, zdążył spłodzić piątkę dzieci w tym trzech synów. Najstarszy, niejaki Henri nie miał wyjścia: był dziedzicem tytułu; drugi z kolei, niejaki Alphonse zrobił rodzinie psikusa i zamiast pójść w biskupy uciekł do zakonu i to nie byle jakiego tylko do Kartuzów. Zapewne nie był zbyt rozmowny. W ten sposób trafiło na Armanda. Henryk III co prawda podarował rodzinie dochody z biskupstwa Luçon, ale miejscowym duchownym to się nie podobało i bruździli, nie było innego wyjścia, aby nie popaść w nędzę trzeba było zainstalować jakiegoś członka rodziny w charakterze biskupa. Stało się to ostatecznie w 1607 gdy Armand Richelieu został wyświęcony. Miał wówczas 22 lata. Trzeba przyznać, że obecnie klerycy mają trudniej, droga od kleryka do kardynała jakby dłuższa i bardziej stroma. Skardynalenie delikwenta ma miejsce przeważnie w przededniu zgrzybiałości.

  5. mbabilas said

    Och, bywają też drogi odwrotne. Taki na przykład portugalski Henryk I musiał się gwałtownie odkardynalić (a nawet odbiskupić i odksiężyć), co mu się zresztą nie bardzo udało.

  6. telemach said

    babilas:
    Faktycznie, fascynująca historia. Każdego dnia uczę się czegoś nowego, jak nie przymierzając jakiś prezydent. Na szczęście większość udaje mi się szybko zapomnieć i po pewnym czasie wiem już tylko, że ktoś taki był i że dzwonił, ale już nie w jakim kościele i po co. I dlatego prawdopodobnie uda mi się zapomnieć, że Henryk I był regentem gdy Sebastian I był małolatem, że Sebastian poległ w Bitwie Trzech Króli, że wszyscy monarchowie biorący udział w tej słynnej bitwie (o której naturalnie nigdy dotąd nie słyszałem) polegli, nawet zwycięzca poległ. I że Sebastiana do Maroka zapędziła młodzieńcza nieroztropność bo poszedł na lep wielmożów którzy wmówili mu konieczność kontynuacji wypraw krzyżowych. Pomysł był podobnież taki aby wzdłuż wybrzeży północnej Afryki dotrzeć po trupach wrogów do Jerozolimy, ale okazało się, że dobre chęci nie wystarczą.
    Ten ekskurs mam Tobie do zawdzięczenia, straciłem dwie godziny na błądzeniu w portugalskiej historii. Człowiek słaby jest.

  7. Andrzej Bienkowski said

    Dziękuję za dużo do czytania. Jeśli chodzi o mnie to może być więcej.

    Mała sugestia obywatelska, a w zasadzie tylko sugestia: może te „dymiące kamienie” zastąpić zgliszczami? Chyba, że kamienie dymią celowo, ale po co one miałyby dymić?

  8. telemach said

    @Andrzej Bienkowski:
    dziękuję. Kamienie przestały dymić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: