Polska ruletka

Lipiec 18, 2011

Poruszając się pojazdem mechanicznym po, prawda, niejednokrotnie pozbawionych nawierzchni, ale za to źle oznakowanych polskich gościńcach i traktach (przy założeniu, że nawierzchnia jest tworem płaskim, trwałym i przewidywalnym, a poza tym wszyscy przecież wiedzą jak dojechać), Józef K. oddaje się niewątpliwej przyjemności snucia rozważań nad specyficzną mentalnością polskiego kierowcy. Rozważania prowadzą go do łatwych uogólnień opierających się jednakże na zdobytej wiedzy empirycznej. Z czynionych po drodze obserwacji wynika, że polskiemu kierowcy nie jest obcy etos walki, a nawet, że koncepcja, w myśl której celem uczestnictwa w ruchu drogowym jest głównie bezpieczne dotarcie do celu, jest mu obrzydliwa i obca. Dla polskiego kierowcy najważniejsze jest odniesienie zwycięstwa nad innymi polskimi kierowcami. Stosunek polskiego kierowcy do ruchu drogowego nacechowany jest bezbrzeżną pogardą dla śmierci. Zarówno własnej, jak i rodaków-współuczestników nieustającej walki o bycie lepszym, a przynajmniej niebycie gorszym. Samochód, w przypadku wielu innych nacji jedynie trywialne narzędzie do przemieszczania się w przestrzeni, jest dla niego umiłowanym orężem. Uwielbianym fetyszem, ołtarzem na którym składana jest codziennie ofiara ze zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego.

Równie ciekawe są dla Józefa K. rozmowy toczone z polskimi kierowcami na rozlicznych popasach. Wynika z nich niedwuznacznie wysoka samoocena polskiego kierowcy, połączona z nader niskim mniemaniem o umiejętnościach i zachowaniu wszystkich innych polskich kierowców. Inni dzielą się zazwyczaj na niebezpiecznych wariatów (to ci, którzy polskiego kierowcę wyprzedzają) i blokujące ruch łamagi (to ci, którzy nie dają się wyprzedzić). Osobny problem stanowią według męskiego i znanego ze swej szarmanckiej rycerskości polskiego kierowcy kobiety, zwane przez niego pieszczotliwie babami za kierownicą. Są one – jeśli wierzyć jego zapewnieniom – zupełnie pozbawione fantazji i (zamiast jeździć, czyli walczyć) „najzwyczajniej się wloką“.

Poruszając się po polskich duktach i gościńcach, Józef K. mimowolnie przypomina sobie grę towarzyską zwaną rosyjską ruletką. Szybko jednak dochodzi do wniosku, że nazwa jest – ze zrozumiałych względów – zupełnie nieadekwatna.

Polska ruletka – myśli – w przeciwieństwie do rosyjskiej polega na tym, że pistolet się dodatkowo zacina. O ile się naturalnie przedtem gdzieś nie zawieruszył.

Reklamy

They trust me. Dumb fucks.

Październik 11, 2010

Nigdy nie ufaj kobiecie, która podaje, zgodnie z prawdą, swój wiek. Jeśli gotowa jest posunąć się tak daleko, na pewno zdradzi też wszystko inne.
Oscar Wilde

Zaufanie jest stworzeniem pod każdym względem interesującym, lecz trudnym do ogarnięcia. Ufamy innym mniej lub bardziej chętnie. Ale wciąż od nowa – od początku kolektywnej pamięci – ufamy. Kapłanom coraz to nowych religii, że aktualna, to wreszcie ta jedyna i prawdziwa (ten żart z pierzastym wężem, to możecie kochani zapomnieć, obecnie mamy nowszy i o wiele atrakcyjniejszy towar). Bliskim, że nas kochają i szanują, przyjaciołom, że nas nie sprzedadzą wraz z ubraniem i resztą dobytku. Słabszym, że nie będą podstępni w chwili naszej słabości, silniejszym, że okażą – jak przyjdzie co do czego – wspaniałomyślność. Od czasu do czasu zdobywamy się nawet – wbrew wszystkim dotychczasowym, zarówno zbiorowym, jak i indywidualnym doświadczeniom – na obdarzenie zaufaniem banku, do którego udajemy się po kredyt (zależy nam na rozwoju Pańskiego Biznesu, proszę Pana) i biura podróży upychającego masową ofertę (będzie Pan miał piękny widok z okna na malowniczą, spokojną plażę). Ba, nasza wypływająca z irracjonalnej potrzeby zaufania naiwność sięga tak dalece, że co cztery lata, mimo rozlicznych i niedobrych doświadczeń, obdarzamy naszym zaufaniem polityków stających do wyborów w celu ich wygrania, a następnie zrealizowania wiekopomnego projektu pt. „gruszki na wierzbie”. Dlaczego tak robimy? Hipoteza robocza brzmi: bo tak jesteśmy skonstruowani i nie umiemy inaczej. Hipoteza robocza jest powierzchowna i jak większość hipotez roboczych nadużywa naszego zaufania, udając jedynie coś czym nie jest. Nie tłumaczy ona, dlaczego tak się dzieje, lecz ujmuje problem w sposób pozwalający na zaczerpnięcie oddechu przed zadaniem następnego pytania. Pytania, na które nie dostarczy żadnej odpowiedzi.

Dygresja

W tym miejscu należałoby (być może) skręcić w alejkę socjobiologi, a dokładnie dotrzeć do rozwidlenia tejże na dwie ścieżki: ekologię behawioralną i psychologię ewolucyjną. Szybko dotarlibyśmy do przejawów wzajemnego altruizmu u braci mniejszych, altruizmu opartego na prostej kalkulacji, że on się najzwyczajniej (globalnie) opłaca. Ja pomogę tobie, a ty (potem) mi pomożesz, itd. Problem jest jedynie taki, że egoizm osobniczy opłaca się osobnikowi jeszcze bardziej, a insekty najwyraźniej nie odrobiły (gdzieś na przełomie syluru i dewonu) swych lekcji, inaczej wiedziały by, że w myśl klasycznego dylematu więźnia altruizm żadnemu z uczestników tej pięknej gry (na zdrowy rozum) się nie opłaca. Tutaj naturalnie (niektórym) nasuwa się jeszcze bardziej istotne pytanie, czy ewolucja jest idiotką, ale my, dbając o nasze dobre imię, odmawiamy dalszej dyskusji na tym poziomie. Innymi słowy: wykręcamy się sianem wskazując, że altruizm i zaufanie to jednak nie to samo. Uda nam się to bez trudu, bo nikt jeszcze nie nauczył się w jaki sposób (i czym) mierzyć zaufanie u zwierząt i dlatego etologia musiała (jak dotąd) skapitulować. Altruizm, w przeciwieństwie do zaufania, jest obserwowalny, jego przejawy i skutki dają od biedy się zmierzyć. Z zaufaniem tak nie jest. Chociaż zwykliśmy mówić, że zwierzę nam ufa, to w gruncie rzeczy nie mamy najmniejszego pojęcia co się dzieje wewnątrz psa, kotka lub innego prymata i czy nie dokonujemy tutaj jedynie naiwnej projekcji. Nie wpadniemy raczej na pomysł, aby twierdzić, że odkurzacz nas lubi i nam ufa (bo nas nigdy nie ugryzł), przyjaźnie mruczy i wesoło merda kablem w trakcie sprzątania, nieprawdaż?

Koniec dygresji

A zatem z powrotem do zaufania, a nawet jego braku.

Egzystencja oparta na wszechogarniającej nieufności wydaje nam się być ponurą i pozbawioną wszelkiej wartości. Bez zaufania wszystko szarzeje i blednie. Bez zaufania robi się mroczno i duszno. Depresyjnie. Kto tak chce żyć? Nikt nie chce. Chcemy móc ufać.

Zaufanie związane jest zazwyczaj z lękiem, że zostanie ono (najprawdopodobniej) nadużyte. Przeważnie – bo nie zawsze. Brak lęku (u innych, szczególnie jeśli ich nie lubimy) zwykliśmy nazywać naiwnością lub głupotą. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wpadnie na pomysł, aby (głośno) nazywać w ten sposób tych, którzy obdarzają nas swym zaufaniem. Na pewno nikt?

Otóż nie, nie na pewno. I tutaj zbliżamy się do lądowania na lotnisku pt. internetowe serwisy społecznościowe. Jest ich dużo. Wszystkie (bez wyjątku) opierają się na modelu biznesowym, w który milcząco wpisana jest kradzież, nadużycie zaufania i wyprzedaż tego co użytkownik naiwnie uważa za swoją własność. Największym z serwisów jest chwilowo facebook, do tej świecy poleciało (póki co) ponad 500 milionów owadów. Owady są przeświadczone, że skoro dostają coś za nic, to muszą lecieć i nie mają zamiaru zadawać sobie pytania po co to wszystko i kto, czym za to zapłaci. Twórcą (aczkolwiek nie wynalazcą) facebooka jest młodzieniec o nazwisku Mark Zuckerberg. Parę lat temu dwoje przyjaciół, którzy wymyślili facebook zatrudniło go jako programistę. Ot takie zlecenie. Nasz Mark ukradł im pomysł i sam otworzył sklepik. Na początku dla kolegów z Harwardu, gdzie akurat studiował. W krótkim okresie czasu dysponował obszernymi danymi 4000 studentów. W (udokumentowanej) wymianie zdań z jednym z przyjaciół, zapytany w jaki sposób udało mu się te dane zgromadzić, udzielił rozbrajającej odpowiedzi, że po prostu mu je zainteresowani podarowali, a on sam nie ma pojęcia dlaczego. Pokusił się jednak o wyjaśnienie tego fenomenu – pozwoliliśmy sobie zacytować je w tytule..

Józef K., przerażony że powierzył swoją prywatność, korespondencję, zdjęcia najbliższych, kontakty, marzenia oraz zainteresowania notorycznemu złodziejowi i socjopacie, próbuje bezskutecznie zlikwidować swe konto na facebooku. Zatroskany facebook stawia opór, wprowadzając go w coraz to nowe boczne uliczki i zadając wciąż od nowa pytanie, czy na pewno dobrze i do końca przemyślał tę decyzję.

—–

Wobec zaistnienia kwestii spornych (Cynycynat i Mona spierający się o to i owo), kilka lektur dodatkowych i pomocniczych dla tych, którzy mają czas i ochotę na lektury dodatkowe i pomocnicze.

1. Why Facebook is scarier than Google by By Donna Bogatin | May 28, 2007, ZD Net (ciekawe bo pozwala porównać przepowiednie z tym co przyszło) – tutaj

2.   10 Reasons To Delete Your Facebook Account – Dan Yoder,  Business Insider May 3, 2010 – tutaj

3.  Facebook’s Mark Zuckerberg Claims Privacy Is Dead, Switched, Jan 11, 2010 (wywiad) –  tutaj

4.  Facebook, MySpace Confront Privacy Loophole, E. Steel, J.E. Vascellaro, WSJ May 21, 2010 – zabawne aspekty w akcji: tutaj

5.  Sztuka mięsa, ale ciekawa ze względu na zbiór linków pod spodem – tutaj.

SWIPPZIN

Sierpień 26, 2010

Jeśli prawdą (prawdą?) jest, że (wszystko) to, co wydaje nam się, że wiemy, może dziać się jedynie w obrębie granic wyznaczanych przez język, to język, rozumiany jako tworzywo wszelkiego dyskursu, zasługuje na więcej uczciwości. I uwagi. Uczciwej uwagi. Uważnej uczciwości.

Ileż jest takich pojęć, którym na skutek determinacji garstki bojowników o jedynie słuszną wykładnię rzeczywistości odebrano (za naszym milczącym przyzwoleniem) w ostatnich dwóch dekadach i na naszych oczach ich powszechnie akceptowane znaczenie? Ile określeń wypędzono z językowej codzienności zastępując je semantycznymi potworami o zabarwieniu (przeważnie) ideolo? Próba bilansu potrafi przerazić. Kto zrobił z relatywizmu obelgę? Z politycznej poprawności przedmiot kpin? Kto pierwszy postawił koślawy znak równości pomiędzy liberalizmem, a libertarianizmem w wydaniu wulgarnym? Kto zastąpił przyzwoity polski przymiotnik “lewicowy” leninowskim nowotworem “lewacki”? Kto wymyślił “dzieci nienarodzone”, które wyparły z komunikacyjnej rzeczywistości zarodki i płody? Gdzie się podziała ciąża – zastąpiona niepostrzeżenie “życiem poczętym”? (O ile możliwe było jeszcze przerwanie ciąży, to przerywanie życia poczętego musi być – chyba się państwo ze mną zgodzą – brrrr). Kto zrobił z ciężarnej matkę? Wiadomo po co, o wiele bardziej interesujące jest jednak kto to wymyślił. I jak przekonał ogół że tak jest? Tajemnice, zagadki, misteria. Dlaczego lemingi w ustach pewnych publicystów nabrały nagle cech nie znanych etologom? Komu i dlaczego bezustannie się językowo pierdzieli homoseksualizm z pedofilią i zoofilią? I dlaczego nie można się oprzeć wrażeniu, że nie jest to wcale przypadkowe?

Zawłaszczanie pojęć i znaczeń jest zjawiskiem powszechnym i nienowym, a twierdzenie, że tak jest, truizmem. Na podobną ocenę skazany jest pogląd, że rezultatem powyższego jest (niejednokrotnie chciane i zamierzone) zamieszanie utrudniające, a czasem wręcz uniemożliwiające sensowny – to znaczy skierowany ku porozumieniu – dialog. Ponieważ jednak przeciągacze liny uprawiają swój proceder w dyskretnym cieniu rzucanym przez natłok pozornie istotnych zdarzeń, warto im może dokładniej popatrzeć na ręce. Jeśli tego nie uczynimy zawczasu, może okazać się, że obudzimy się z ręką w naczyniu, które nawet nie przypomina pucharu. Przygwożdżeni słowami, które stały się ciałem i ewentualnie zostały między nami, niezależnie od tego, czy sobie tego życzyliśmy, czy nie.

Józef K., powróciwszy po latach z daleka, porusza się po omacku w języku, o którym sądził, że jest jego językiem ojczystym. Zapytawszy w księgarni o Słownik Wyrazów i Pojęć Przekręconych, Zawłaszczonych i Niejednoznacznych, uzyskuje od personelu niewiarygodną informację, że takiej publikacji nie ma.

Dialog pomiędzy zwolennikami oraz przeciwnikami kary śmierci rzadko polega na wymianie i ocenie argumentów i dlatego jest w zasadzie niemożliwy. Mimo to spór toczy się wartko od lat. Obie strony okopały się skutecznie i nic nie wskazuje na to, aby ta pozycyjna wojna miała się w najbliższym czasie zakończyć.

Przeciwnicy najwyższego wymiaru kary nie mają zamiaru wsłuchiwać się w atawistyczny bełkot entuzjastów archaicznych rozwiązań, wskazując na subtelną różnicę pomiędzy odwetem i karą. Jak również postęp cywilizacyjny, obowiązek poszanowania praw człowieka, możliwość sądowych pomyłek i statystyki dotyczące skuteczności sankcji – statystyki, z których nie da się wywieść jednoznacznych wniosków.

Zwolennicy tzw. czapy nie chcą i nie mogą znieść naiwnego ględzenia humanistów przepełnionych miłością do człowieka jako takiego. Człowiek jako taki jest bytem abstrakcyjnym, strach przed czającym się za przymkniętymi drzwiami złem z cegłą w dłoni jest realny. Przywoływane są statystyki (z których nie da się wywieść jednoznacznych wniosków) jak również thought-terminating cliché, której istotą jest niewinne pytanie jaki wymiar kary proponowałby humanista dla osobnika który by zgwałcił, a potem bestialsko zamordował jego własną, humanistyczną żonę, córkę, mamusię, niepotrzebne skreślić.

Dygresja
Fakt, że wśród zwolenników religii, której fundamentem jest bezwarunkowa miłość bliźniego oraz idea przebaczania zbłąkanym owieczkom popularność zabijania przestępcy w majestacie prawa jest zdecydowanie większa niż wśród obrzydliwych i pozbawionych wartości ateistów, może dziwić. Podobnie jak dziwi skłonność tych ostatnich do posługiwania się cytatami z ewangelii w celu zapędzenia przeciwnika w kozi róg.

Józef K. wierzy głęboko, że znalazł sensowne i zadowalające rozwiązanie problemu. Pomysł polega na przeprowadzeniu ogólnonarodowego referendum, aktu, który objąłby wszystkich dorosłych rodaków. W zależności od poglądów uczestnicy zostaliby zarejestrowani jako zwolennicy lub przeciwnicy kary śmierci. Stosowano by ją w przyszłości jedynie w stosunku do tych, dla których ten rodzaj sankcji jest godzien akceptacji, sensowny i zadowalający.

Józef K. jest przekonany, że w ten sposób wilk byłby syty i owca cała. Tego przekonania nie wydają się podzielać ani wilk, ani owca, co napełnia Józefa K. nie tylko zdziwieniem, lecz również, w pewnym sensie, smutkiem.

Frrrrrrr…

Kwiecień 14, 2009

Brak bodźca może być również bodźcem. W latach 70-tych zeszłego stulecia (a zatem bardzo dawno temu) Pribram przytaczał wielokroć historię pewnej nowojorskiej kolejki nadziemnej. Mieszkańcy domów usytuowanych wzdłuż torowiska przesypiali jej hałaśliwy przejazd o trzeciej nad ranem. Po likwidacji linii i demontażu torów budzili się o tej właśnie godzinie. Trwało to, dopóki nie przyzwyczaili się wreszcie do nieoczekiwanej ciszy.

Józef K., który pouczającą tę historię wziął sobie do serca, bezskutecznie usiłuje się obudzić na odgłos budzika pożyczonego nieopatrznie znajomemu. Później, przyglądając się malejącej w błękicie przestworzy sylwetce samolotu, składa starannie lotniczy bilet i chowa do portfela. Na pamiątkę.

Na pamiątkę odkrycia, że rozdźwięku pomiędzy urzekającą teorią a przyziemnością zdarzeń codziennych nie należy jednak lekkomyślnie ignorować.

Myśl i język

Kwiecień 6, 2009

Zarzut zezwierzęcenia lub zbydlęcenia stawiamy jedynie ludziom. Zachowanie określane potocznie jako nieludzkie, dotyczy również z reguły korony stworzenia, nie zaś pieska, kotka lub żyrafy.

To jest tylko z pozoru zabawa słowami. Czy język (jego struktury) determinuje nasze myślenie? Czy też raczej, sposób w jaki myślimy znajduje odzwierciedlenie w naszej mowie? Na pozór proste, ale jak wszystko na pozór proste – niebywale skomplikowane. Piaget poprawiał Wygotskiego i udałoby mu się go nieomal pogrzebać w kaloszach, gdyby nie nieoczekiwane wsparcie ze strony Bachtina, który pomysły Wygotskiego wprowadził do psychologii kognitywnej tylnymi drzwiami opatrzonymi tabliczką z napisem „teoria literatury”. Wygotski nie mógł się odwdzięczyć bo umarł na gruźlicę, zanim jednak umarł, nie miał najmniejszych wątpliwości i twierdził konsekwentnie, że możemy jedynie pomyśleć to, co jesteśmy w stanie ubrać w słowa. Innymi słowy: myślenie i język są dla niego nierozerwalne, a język wyprzedza myśl.

Dygresja.
Dlaczego Wygotski tak twierdził i jaki ma to związek z socjalizacją dziatek? To jest zasadniczo ważne, ale nie w tej chwili i nie w tym miejscu akurat. Podobnie jak nieistotna jest tutaj informacja, co też uwielbiany zasadniczo przez psychologów i lingwistów Michał Michajłowicz Bachtin wysmażył, aby jego prace uniknęły kolizji z opublikowanym w 1950 roku dziełem innego genialnego lingwisty Józefa Wissarionowicza S.. Dzieło tego ostatniego nosiło tytuł „Marksizm i zagadnienia językoznawstwa” a kolizja wydawała się nieunikniona. Bachtin zainteresowany był uniknięciem tejże ze względów zasadniczych. Pewien wpływ na jego determinację miały interesujące warunki pracy jakie konkurent do naukowych wawrzynów stworzył mu w okolicach kazachskiego miasteczka Kustanaj, gdzie w latach 1929-1936 niebywale był potrzebny buchalter.
Koniec dygresji.

Podając informacje marginalne, odpływamy coraz dalej od istoty problemu. A zatem: Wygotski. Myślenie jako proces wtórny w stosunku do języka. Słowo musi istnieć aby móc być pomyślane, a żeby zaistnieć, ktoś musi je wypowiedzieć. Karkołomne? Być może. Z drugiej strony byłoby to jakieś wytłumaczenie, jaki sens ma nieprzerwanie wzbierająca rzeka słów nie skażonych żadną myślą..Myśl wyłoni się zapewne później ze spienionych odmętów mowy utrwalonej jako pismo. Ewolucja jest sprytna i najwidoczniej wiedziała co robi tworząc blogosferę. Ponieważ miejsce to ma ambicje uchodzić za przyzwoite, zdanie kreacjonistów nas nie w tym wypadku nie interesuje.

Józef K., zasadniczo zgadzając się z teorią Wygotskiego, ma jednak poważny problem. Sen z powiek spędza mu jawiący się od czasu do czasu przed oczyma wyobraźni obraz. Obraz głuchoniemego od urodzenia, myślącego intensywnie na migi.

Latem – a dokładnie 5 lipca 1838 roku – ukazała się drukiem książka nosząca tytuł “Przygody Artura Gordona Pyma z Nantucket”. Zdumiewająca to i zagadkowa z wielu względów opowieść. Mimo iż strony tytułowej nie zdobiło nazwisko autora, wiemy dziś, że jej twórcą był Edgar Allan Poe. W treści, pośród szeregu przerozmaitych zdarzeń, na szczególną uwagę zasługuje historia zabicia i zjedzenia chłopca okrętowego przez zgłodniałego Pyma i jego dwóch towarzyszy niedoli. Chłopiec nazywa się Richard Parker. Poe umiera 11 lat później w niejasnych okolicznościach.

Latem – a dokładnie 5 lipca 1884 roku – jacht o nazwie Mignonette tonie w odległości 1600 mil na północny zachód od Przylądka Dobrej Nadzieji. Czteroosobowej załodze udaje się uratować, niestety bez jakichkolwiek zapasów. Po 19 dniach dryfowania trzech rozbitków zabija i zjada chłopca okrętowego. Konsumenci nazywają się Dudley, Stephens i Brooks , zjedzony nosi nazwisko Richard Parker. Cała sprawa znajduje, po cudownym ocaleniu uczestników posiłku, swój finał przed sądem jej Królewskiej Mości w Londynie, przechodząc do annałów sądownictwa jako przypadek znany później pod nazwą “Korona przeciw Dudleyowi i Stephensowi”.

Józef K. proszony przez dziecko o wyjaśnienie na czym polega rachunek prawdopodobieństwa, jak również jaka jest tegoż prawdopodobieństwa definicja, zaczyna powoli podejrzewać, że chyba nie najlepiej wybrał przykład. Czuje się nieswojo obawiając się, że ogarniające go poczucie zakłopotania jest nieprzypadkowe.

Douglas R. Hofstadter, w swych – w założeniu wiekopomnych, a w rzeczywistości tak szybko zapomnianych – Metamagical Themas (Questing for the Essence of Mind and Pattern), wychodząc od niezapomnianej kostki Rubika, zahaczając krótko o Mozarta i T.A. Edisona dochodzi do zdumiewającej konkluzji. Wszelka kreatywność – bez wyjątku – bierze się jego zdaniem z permutacji tego co zastane. Innowacyjność jako taka jest pochodną zręczności w żonglowaniu analogiami połączonej z wytrwałością. Jeśli chcemy odkryć coś zupełnie nowego, coś co nie istnieje, musimy wziąć to co istnieje i tak długo obracać w ręku aż ukaże się nam „nowe”.

Obracanie w ręku przyciężkawego tomu Hofstadtera przez jego wiernego czytelnika Józefa K. – mimo iż czyni to nieprzerwanie od momentu ukazania się dzieła czyli od 1985 roku – nie przyniosło na razie spodziewanych rezultatów. Nie tracąc zasadniczo nadzieji, Józef K. zaczyna się jednak zastanawiać, czy nie lepiej jednak zająć się wędkarstwem.

%d blogerów lubi to: