Finale

Maj 26, 2009

Po 1945 roku, popularność imienia Adolf spadła w krajach niemieckojęzycznych – jak również ościennych – do zera. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe. Myli się jednak ten kto sądzi, że towarzyszące nazewnictwu dzieci idiosynkrazje dadzą się zawsze tak łatwo uzasadnić. Nikt nie daje dziecku imienia Hiob. Wobec faktu, że była to postać nader pozytywna i – jeśli wierzyć kanonowi – pod każdym względem godna naśladowania, może to najzwyczajniej dziwić.

Kropotkin, nie posiadając nigdy – nawet jako dziecko – żadnego zwierzęcia na własność (czy można posiadać zwierzę?), wykorzystywał skwapliwie coroczną obecność karpia wigilijnego w wannie i nadawał stworzeniu, w skrytości ducha i tajemnicy przed otoczeniem, imiona wielkich wodzów, odkrywców, a czasem nawet filozofów.

– W zasadzie – myślał – to chyba lepiej, że nikt nie wie, że w zeszłym roku spożyliśmy Hegla.

Ponieważ dalsze rozważania związane z tematem nadawania imion wydawały mu się jałowe i nie prowadzące do żadnych, nawet konstruktywnych, wniosków, postanowił położyć się do łóżka i zamknąć oczy. Natychmiast zapadł zmrok. Za zamkniętymi na klucz drzwiami szumiało życie zewnętrzne.

Reklamy

Andante
Trudno doprawdy dociec kto pierwszy wpadł na pomysł by uznać Głowę Kościoła za instancję nieomylną. Początki dogmatu o nieomylności papieskiej kryją mroki średniowiecza. Od czasu do czasu wprawdzie coś przebłyskuje, nieposkromiona fantazja nowożytnych historyków kościoła nie jest wszakże szczególnie pomocna.
Przypomnijmy: dogmat o nieomylności papieskiej wywodzony bywa tradycyjnie z Ewangelii Św. Mateusza (XVI, 19: „I tobie dam klucze do królestwa niebieskiego; a cokolwiek zwiążesz na Ziemi, będzie związane również w niebiesiech, a cokolwiek rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane i w niebiesiech.). Adresatem cytowanej wypowiedzi Mesjasza był niejaki Piotr, obecnie zwany Świętym Piotrem, rola suflera i instancji pośredniczącej przypadła Duchowi Świętemu pod postacią ptaka. Zwolenników wizualizacji odsyłamy do znanego w pewnych kręgach obrazu Carlo Saraceniego. Papież Grzegorz I, odziany w purpurę, siedzi pisząc przy biurku, na biurku tiara, Duch Swięty w postaci gołębia dokonuje lądowania na jego prawym ramieniu, za chwilę rozpocznie się transmisja woli najwyższej instancji.

Largo giusto
Historycy rozwoju doktryny cytują wedle uznania: listy św. Juliusza do Antiochesa, korespondencję Himeriusa, nieuniknionego Tomasza z Aquinu, Jana Piotra Oliviego i Guido Tereniego. Pomijają przeważnie Teodora Abu-Qurrah (Theodoros Abu-Qurra). A szkoda. Ten zdumiewający człowiek, który zafascynowany naukami Jana Damasceńskiego, jako pierwszy, czterysta lat przed Aquinitą rozpoczął systematyczne porządkowanie nader zróżnicowanych wówczas przekonań i tworzenie zrębów pod system zwany dziś katolicką doktryną, bywa pomijany niesłusznie i niesprawiedliwie. Jego dorobek, a przynajmniej ta część, która nie została przetłumaczona na język grecki, zaginął i znany jest jedynie dzięki rozsianym odpisom i cytatom współczesnych mu greckich autorów. Theodoros, z zawodu biskup Harranu, miał dziejowego pecha. Nie tylko był Arabem, lecz również pisał po arabsku. Nieważne. Ważne jest, że był autorem pierwszego traktatu prezentującego dogmat o papieskiej nieomylności. To, że ojcem duchowym fundamentalnego dogmatu katolicyzmu był Arab, który w języku Mahometa odpowiednio ustawił teologiczną zwrotnicę, nie pasowało do opartego na łacińskim piśmiennictwie całokształtu i najwidoczniej nie napawało późniejszych hierarchów specjalną dumą. Trudno sobie inaczej wytłumaczyć całkowitą nieobecność Abu Qurracha w panteonie ojców doktryny. Obok takiego Św. Tomasza z Aquinu na przykład. Ramię w ramię, nawa w nawę. Ale może się mylę. Kto wie.

Moderato assai
Dogmat jako taki, przynajmniej w obowiązującej po dziś dzień formie, jest o wiele młodszej daty. Zawdzięczamy jego istnienie Pierwszemu Soborowi Watykańskiemu. Specjalnie dla miłośników dat – podajemy datę: 1870. Dogmat, aczkolwiek powszechnie znany, interpretowany jest przez powierzchownie zainteresowany ogół na ogół błędnie. Koncepcja jest bardziej wyrafinowana, niż się powszechnie przypuszcza. Papież jest omylny i nie wszystko co głosi, musi natychmiast posiadać znamiona nieomylności. Nieomylny jest jedynie wówczas ,gdy uzna że jest nieomylny, nada swym poglądom szczególną formę i ogłosi je „ex cathedra“. Na to trzeba wpaść. Mało znany jest również fakt, że Pontifex Maximus zrobił po roku 1870 tylko jeden, jedyny raz użytek z tego genialnego wynalazku. Ukłony w stronę jego świątobliwości Piusa XII. Kto się interesuje, znajdzie. To nie monografia. Jakieś granice muszą prawda, poniekąd, być.

Allegro vivace
Trudna sprawa z tą nieomylnością. Nie zawsze było łatwo. Przezabawna historia przydarzyła się na przykład takiemu Benedyktowi V. Wzmiankowany Benedykt papieżem był krótko. Bardzo krótko. Jego godzina wybiła 14 maja 964 roku, właśnie tego pięknego majowego dnia zasnął na wieki Oktawian ze Spoleto znany potomnym jako Jan XII. Barwna postać, ten Jan XII. Wybrany na Stolec Piotrowy w niewinnym wieku 16 wiosen, Jego Swiątobliwośc pożegnał się z życiem po 9 latach obfitującego w nader barwne szczegóły pontyfikatu. Zmarł w łóżku, niestety nie własnym. Łóżko należało do pewnego szlachetnego rzymskiego obywatela, któremu nie spodobało się, że w rzeczonym łożu oprócz Pontifexa znajdowała się również jego (tzn. obywatela) małżonka. Wzburzony, zadał Jego Swiątobliwości szereg ran tłuczonych głowy przy pomocy tego, co mu akurat wpadło w rękę. Czyli pokaźnego młota. Ale o tym może kiedy indziej. Zebrany naprędce synod wybrał na następcę Benedykta zwanego również Grammaticusem. Benedykt wybór przyjął z pokorą. Pokora nie trwała jednak długo bo synod nie uwzględnił cesarza Ottona I, który w międzyczasie zwołał sobie swój własny synod i grzecznie poprosił tenże o zatwierdzenie cesarskiego kandydata. Kandydat nie miał wprawdzie w tym momencie nawet święceń kapłańskich, ale kto by się tam czepiał szczegółów. Na grzeczną prośbę cesarza i z pogwałceniem wszelkich reguł, kandydat został w ciągu jednego dnia, za sprawą biskupa Ostii, po kolei ostiariuszem, lektorem, egzorcystą, akolitą, subdiakonem, diakonem, księdzem a na koniec biskupem. To się nazywa oszałamiająca kariera. Jako biskup mógł zostać wybrany przez życzliwy cesarzowi synod papieżem. I został – przyjmując imię Leona VIII. Teraz należało jedynie uporać się z zasiadającym na Stolcu Piotrowym Benedyktem nr. 5. Dwóch prawomocnie wybranych papieży – to jednak jakoś nie uchodziło. Wezwany przed oblicze cesarskie, Benedykt pośpiesznie przybył i w trakcie przyjaznej wymiany zdań szybko znalazł proste i niebiurokratyczne rozwiązanie istniejącego problemu. Powołując się na dogmat o nieomylności papieskiej ogłosił ex cathedra, że prawowitym papieżem jest Leon VIII, on zaś, Benedykt, jest zwykłym hochsztaplerem i uzurpatorem, a jego największym marzeniem jest natychmiastowy wyjazd do Hamburga. Ponieważ nikt nie mógł dyskutować z Ojcem Swiętym, stało się tak, że Leon przejął obowiązki, a Benedykt wyjechał do Hamburga, gdzie zmarł po kilku miesiącach ze względu na chłodny i wilgotny – czyli krótko mówiąc – raczej niesprzyjający klimat.

Andante sostenuto
Od czasu do czasu pojawiają się głosy, że autor niniejszego pozwala sobie na kpiny z Kościoła. Aby podobnym głosom zapobiec, pragnę poinformować, że powyższą historię zaczerpnąłem z pism przewielebnego biskupa Liutpranda z Cremony, żyjącego współcześnie kronikarza i świadka opisywanych wydarzeń. Pozwoliłem sobie jedynie na zrezygnowanie z kilku szczególnie drastycznych i odrażających szczegółów, licząc w skrytości ducha, że czytelnik mi tę autocenzurę wybaczy.

Opus Nr. 23

Maj 18, 2009

Gdy Wsiewołodowi Dymitrewiczowi amputowano lewą nogę, wszyscy sądzili że zrezygnuje z dowodzenia szwadronem i da się przenieść na tyły. Prawą stracił już w kampanii listopadowej, radził sobie jednak dzielnie z protezą, w siodle siedział pewnie. Tylko gdy salutował, przykładając trzy palce prawej dłoni do błyszczącego daszka oficerskiego czaka, widok był trochę makabryczny, bo lejce musiał przedtem brać w zęby. Zasadniczo nie było jednak źle. Pusty, lewy rękaw munduru łopotał wesoło na wietrze, co szczególnie w trakcie szarży na pozycje wroga niebywale podnosiło żołnierzy na duchu.

Wieczorem nadeszła depesza ze sztabu, że obiecane wsparcie pociągu pancernego nie nadejdzie. Wsiewołod Dymitrewicz rozkazał rozdzielić resztę prowiantu, wypadło po dwa suchary na głowę. I kwaterkę nafty. Od strony Carycyna niebo pokryło się łuną. Paliło się zboże na pniu.

Niedosyt

Maj 15, 2009

„Nach Auschwitz ein Gedicht zu schreiben, ist barbarisch”
Th. W. Adorno – Prismen. Kulturkritik und Gesellschaft

Un cretin: celui qui se refuserait par exemple à voir un cheval galoper sur une tomate
Salvador Dali

Kategoryczny pogląd, jakoby symetria była estetyką idiotów zawdzięczamy niejakiemu Julianowi Tuwimowi. Upowszechnił się, by po latach, wciąż na nowo, ale niezmiennie bezrefleksyjnie cytowany przez amatorów myśli z pozoru głębokich, nabrać ostatecznie posmaku wyświechtanego bonmotu. Zdarza się. W najlepszej rodzinie.

Zdania kategoryczne mają to do siebie, że są łatwe do zapamiętania i żyją własnym życiem. Tuwim nie żyje, nie możemy zatem zadać mu niewygodnego pytania, czy celowo pominął nazwisko autora, czy tylko zapomniał. I tu jesteśmy, chcąc nie chcąc, przy Salwadorze Dali. Ale czy naprawdę pragniemy zajmować się kimś, kto twierdził, że na miano kretyna zasługuje każdy, kto nie potrafi sobie wyobrazić konia galopującego na pomidorze? Mam poważne wątpliwości i chyba nie jestem osamotniony.

A zatem dla odmiany: Adorno. I to nie cały, bo jakże tak, tylko ten jeden, sławetny, nieustannie powtarzany cytat Ludwika Teodora Wissengrunda. Tworzenie liryki po Auschwitz to barbarzyństwo. Krótko i dobitnie. Kategorycznie. To zabawne jak jedno zdanie potrafi zrobić światową karierę. Skąd jednak wziął się ten zadziwiający brak kategoryczności w pisanych w 1934 roku recenzjach sławiących nowatorstwo pieśni chóralnych z tekstami Baldura von Schiracha, a opiewających duchowego ojca wspomnianego w powyższym cytacie miejsca? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Nieprawdaż?

I co począć z twierdzeniem, że propozycja twórczości dramatycznej w konwencji teatru absurdu powinna posiadać po moskiewskich procesach pokazowych z 1937 i 1938 roku podobnie blasfemiczny wydźwięk? Jaki sprytny ten Artaud, zmarł zanim zdołał udzielić odpowiedzi. I nie interesowało to najwidoczniej ani Ionesco, ani Cocteau. Ani nawet Becketta – ale to już jest bardziej zrozumiałe, bo Becketta mało rzeczy poza Beckettem interesowało. Gdy umierał, zdziwienie było powszechne bo nieomal wszyscy byli przekonani, że od dawna już nie żyje.

Nawet gdy w kwestii symetrii przyznamy rację estetom, pozostaje dziwne uczucie niedosytu.
I może jeszcze dręczące pytanie: dlaczego brak symetrii jawi nam się tak często jako dziejowa niesprawiedliwość?

Anegdota

Maj 10, 2009

Ławrentij Pawłowicz zazdrościł Izaakowi Emanuiłewiczowi oprawek do okularów. Spać po nocach nie mógł, tak zazdrościł. Wszyscy podziwiali okulary Izaaka Emanuiłewicza a Jewgienia Salomonowna obdarzyła go nawet swymi łaskami. Ładna rzecz takie oprawki. Ładniejsza niż, dajmy na to, uciskające grzbiet nosa pince nez z wstawionymi szybkami. Ileż to razy próbował się Ławrentij Pawłowicz dowiedzieć, skąd Izaak Emanuiłewicz je wytrzasnął.
– A te Pańskie okulary, Izaku Emanuiłewiczu – pytał niby mimochodem – to niby skąd Pan je wziął?
Ale Izaak Emanuiłewicz tylko się tajemniczo uśmiechał. Pętak.

Pewnego majowego wieczoru Ławrentij Pawłowicz pojawił się na raucie w ambasadzie japońskiej w okularach toczka w toczkę podobnych do obiektu swych dotychczasowych marzeń. Zdumienie było niepomierne, a i plotkom nie było końca. Ławrentij Pawłowicz przechadzał się wśród szepczącego tłumu z właściwym mu pogodnym wyrazem twarzy. Efektu nie psuł nawet sklejony plastrem lewy zausznik.

Ponieważ nie było zwyczaju zadawania Ławrentijowi Pawłowiczowi niewygodnych pytań, nie musiał się też tajemniczo uśmiechać.

Gdy Józefowi Wissarionowiczowi doniesiono o tym zabawnym zdarzeniu, jego rozbawienie było niepomierne a serdeczny śmiech zaraźliwy dla otoczenia.
– A to łobuz z tego Ławrentija Pawłowicza – powtarzał krztusząc się ze śmiechu Józef Wissarionowicz – a to łobuz.

Erenburg odłożył pióro, wziął do ręki kartkę i zagłębił się w lekturze napisanego właśnie teksu. Gdy skończył, skrzywił się. Wlepił wzrok w ścianę. Na ścianie siedziała mucha. Pisanie anegdot nie było najwidoczniej jego najmocniejszą stroną.
– Zoszczenko to chyba ze mnie już nie będzie – westchnął.
Po czym podarł kartkę na drobniutkie skrawki, które następnie zjadł, popijając wystygłą w międzyczasie herbatą.

Święty Sebastian żył krótko ale za to intensywnie. Jest przykładem ilustrującym tezę, że żelazna konsekwencja przeważnie doprowadzi nas do upragnionego celu. Celem Sebastiana było zginąć śmiercią męczeńską i należy podkreślić, że nie tylko nie szczędził starań, ale w dodatku zostały one uwieńczone spektakularnym i trudnym do powtórzenia sukcesem. Swięty Sebastian poniósł śmierć męczeńską dwukrotnie. Ha!
W dziejach świętego Sebastiana mało rzeczy jest pewnych. Do niewielu, które uznawane są za bezsprzeczne należy data ostatecznego zejścia z tego padołu: rok 288 naszej ery. Reszta jest prawdopodobnie legendą. Nie wiemy nawet czy urodził się w Narbonne (jak chcą jedni) czy też był synem mediolańskiego kupca (jak dowodzą inni). Nie to wydaje się być jednak istotne. Istotne jest natomiast tło historyczne. W cesarstwie panuje Dioklecjan, cesarz myślący trzeźwo i raczej nie przepadający za chrześcijanami. Obok rozlicznych reform administracyjnych wsławił się on wydaniem czterech edyktów skierowanych przeciw zwolennikom stosunkowo nowej ale już nader rozpowszechnionej religii, jak również tym, że umarł w podeszłym wieku przebywając na zasłużonej emeryturze. Z ręki własnej i we własnym łożu. Nieczęste osiągnięcie jak na rzymskiego cesarza.

Nie wiadomo co skłoniło Dioklecjana (lub jego kolegę Maximiliana) do powierzenia Sebastianowi zaszczytnego stanowiska kapitana gwardii pretoriańskiej. Nie wiadomo również, skąd się nasz Sebastian w ogóle na dworze cesarskim wziął – nieomal każde źródło twierdzi na ten temat coś innego. Wiadomo natomiast, że po wstąpieniu na zaszczytną służbę u będącego raczej zdecydowanym wyznawcą Jowisza Dioklecjana, nasz Sebastian, na razie jeszcze kapitan pretorian a nie święty, miast zgodnie z podjętymi zobowiązaniami strzec życia i zdrowia monarchy, postanawia poświęcić się swemu hobby i rozpoczyna działalność misyjną w okolicznym więzieniu. Nie mogąc się oprzeć natarczywym prośbom głuchoniemej niewiasty imieniem Zoe, czyni nad nią znak krzyża, a ta odzyskuje natychmiast mowę i pewnie też słuch – choć na ten temat źródła dyskretnie milczą. Cudowne uzdrowienie wywiera piorunujące wrażenie na 78 więźniach i postanawiają oni również przyjąć wiarę. Pogłoski o radosnej działalności Sebastiana docierają do cesarza wywołując jego niezadowolenie. Sebastian zostaje na mocy wyroku cesarskiego skazany na śmierć przez rozstrzelanie z łuku. Obnażony z szat i przywiązany do drzewa zostaje przez nubijskich (mauretańskich,?) łuczników naszpikowany strzałami jak jeżozwierz. Po stwierdzeniu zgonu delikwenta, łucznicy oddalają się w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, a niebywała kariera Św. Sebastiana nareszcie się rozpoczyna. Bo oto pragnąca pochować zwłoki niewiasta (znana współczesnym jako „ta” Irena, potomnym zaś jako św. Irena) stwierdza, że Nubijczycy spaprali robotę – w podziurawionym jak rzeszoto Sebastianie tli się nadal iskierka życia. Po tygodniach troskliwej opieki i pielęgnacji Sebastian wraca do zdrowia. Powstawszy z łoża boleści udaje się prosto do Dioklecjana i wygłasza płomienną mowę na temat wyższości nowej religii nad tą, która była miła cesarzowi, ten zaś, zirytowany natręctwem wydaje polecenie aby gwardia zatłukła go na miejscu pałkami. Wyrok wykonano a zwłoki wrzucono do dołu na nieczystości znanego pod nazwą cloaca maxima. Pod osłoną nocy i z narażeniem życia wierni wyławiają ciało, ponowna resuscytacja nie przyniosła jednak ku ogólnemu rozczarowaniu pożądanych wyników.

Zaden chyba święty nie doczekał się takiej ilości wizerunków jak Sebastian. Zbiór jest przygniatający swym ogromem i obejmuje tysiące pozycji i nieomal wszystkie znaczące nazwiska począwszy od późnego średniowiecza aż po schyłek baroku. Rozmiar ikonograficznego szaleństwa najlepiej obrazuje stwierdzenie, że trudno wręcz odnaleźć artystę, który pokusiłby się o rezygnację z wykorzystania świętego do swych celów. Taki Rubens na przykład, podchodził do tematu sześć razy. Bellini i van Dyck też. Tycjan pięć, Veronese również pięć. El Greco i Carlo Boni tylko po cztery. Palmę pierwszeństwa dzierży Perugino (jedenaście scen męczeństwa), przed Lotto (osiem męczeństw), Guido Reni (też osiem).
Wraz ze schyłkiem baroku malowanie świętych powoli zaczęło wychodzić z mody, artyści coraz częściej zaczęli skłaniać się ku motywom świeckim malując i rzeźbiąc najczęściej swych zleceniodawców (z powodów merkantylnych) i sceny rodzajowe (z tych samych powodów). Trend ten nie dotyczył najwidoczniej św. Sebastiana, który dalej, po dzień dzisiejszy z niesłabnącym entuzjazmem malowany bywa i rzeźbiony, a ostatnimi czasy nawet fotografowany. Interesującym może wydać się fakt, że pośród niezliczonych artystów, żaden nie pokusił się o przedstawienie rzeczywistej śmierci męczeńskiej dobrego chrześcijanina. Dla artystów atrakcyjny był Sebastian jedynie muskularny, w obcisłych slipach i ewentualnie odpowiednio podziurawiony. Nieliczne wyjątki potwierdzają regułę.

Próbę wytłumaczenia tego faktu znajdujemy u Oskara Tersa (Die Legende des Heiligen Sebastian – Ein Vergleich zwischen den lateinischen Quellen und den mittelalterlichen Übersetzungen unter besonderer Berücksichtigung und Transkription der Handschrift 717 II der Bibliotheque Municipale zu Colmar). Na podstawie odcyfrowanych przez siebie manuskryptów i ponownej szczegółowej analizy antycznych źródeł, Ters dostarcza nowej, interesującej interpretacji dziejów Sebastiana jako ofiary homoseksualnego dramatu zazdrości rozgrywającego się w trójkącie Maximilian-Dioklecjan-Sebastian. Wizerunek Sebastiana preferowany był jego zdaniem ze względu na uroki cielesne przez gejów i kryptogejów wszystkich następnych epok. Od początków XX wieku uwielbienie to jest manifestowane otwarcie, między innymi w ramach wystaw malarstwa i fotografii o śmiałym i jednoznacznym kontekście.

Domniemane szczątki doczesne św. Sebastiana spoczywają w rozmaitych miejscach. Modlitwa do św. Sebastiana pomaga w ostro przebiegających chorobach zakaźnych i kłopotach z aparatem ucisku. Jest patronem kamieniarzy, myśliwych, strażaków, żołnierzy i policjantów. Między innymi.

%d blogerów lubi to: