Czy Aniołowie mają duszę?

A jeśli tak, to po co?

Tomasz z Akwinu twierdził, że wyłanianie poszczególnych części anioła jest niedopuszczalne. Jeśli założymy, że anioł ma duszę, to pytanie o jej siedlisko nie da na siebie zbyt długo czekać. Jeśli założymy, że jej nie ma, to doktryna może również mieć spory problem. Jego istotę można streścić następująco: brak duszy uniemożliwia jej (odwieczne lub czasowe) potępienie i oznacza, że anioł może  sobie bezkarnie grzeszyć. Co musi być przyjemne. Brak duszy uniemożliwia jednak również jej zbawienie. Co, z punktu widzenia anioła, nie jest raczej wesołą perspektywą

Takie i tym podobne pytania dręczyły Kropotkina gdy jeszcze był dzieckiem. Potem, gdy trochę dorósł, do pytań natury teologicznej dołączyły pytania natury fizjologicznej, a potem nawet anatomicznej.  Rafaelici przedstawiali anioły jako istoty bezpłciowe. U malarzy flamandzkich anioły występowały  obleczone w szaty; ponieważ newralgiczne rejony anioła były, dajmy na to u takiego Breugla (starszego) zawsze zasłonięte, to ku utrapieniu Kropotkina, wówczas jeszcze wyrostka, nic godnego uwagi nie można było niestety  zobaczyć.

Przełom nastąpił dopiero dzięki uprzejmości Petera Rubensa i jego Upadkowi zbuntowanych aniołów, dziełu imponującemu zarówno swoimi rozmiarami jak i niebywałym bogactwem szczegółów. Nie tylko okazało się, że anioły wyposażone są w genitalia, czasem nawet pokaźnych rozmiarów, ale również, że niektóre z aniołów były, nie wstydźmy się nazywania rzeczy po imieniu, obficie cycate Jak nie przymierzając dozorczyni Sawincewa z domu po drugiej stronie ulicy.

Upadek zbuntowanych aniołów jest do obejrzenia w Monachium, w Starej Pinakotece. Dzieło, oblane przez Waltera Menzla w 1959 roku kwasem solnym,  udało się odrestaurować. Menzl, czując się myślicielem niedowartościowanym,postanowił w ten sposób zwrócić uwagę ludzkości na stworzony przez siebie system filozoficzny. Chyba mu się  jednak nie udało.

Obraz do obejrzenia również tutaj

Licyjczycy

Wrzesień 7, 2013

Zwyczaje mieszkańców Licji  nie znajdowały wśród Greków ani akceptacji, ani też zrozumienia.

Herodot pisał: „Ich obyczaje odmienne są od zwyczajów innych ludów i obrzydliwe. Miast nazwiska ojca przyjmują nazwisko matki. Kiedy pani szlachetnego rodu będzie brzemienna z niewolnikiem, to potomstwo będzie nie tylko wolne, lecz również obdarzone ogólnym uznaniem.  Gdy jednak mężczyzna, nawet powszechnie poważany i piastujący ważne urzędy, zwiąże się z cudzoziemką, to dzieci z tego związku pozbawione będą statusu, czci i poważania.”

W przeciwieństwie do heteronormatywności (która przez następne dwa i pół tysiąca lat – przynajmniej w percepcji ogółu –  nie utraciła swej pełnej zadowolenia oczywistości) wynikające z niej normy społeczne uległy trudnej do pojęcia petryfikacji.

Ale może tylko tak się wydaje z miejsca gdzie wczoraj staliśmy?

Kryzys

Listopad 16, 2011

Głos w słuchawce był z jednej strony uprzejmy, z drugiej jednak, trochę jakby nieprzyjemny.
– Pan mi jest winien pieniądze – powiedział głos.
– Ach, kanonik Vaubain, jakże się cieszę – skłamał Myszkin. I dodał:
– Pamiętam, naturalnie, że pamiętam.
Kanonik Vaubain przypomniał Myszkinowi coś, o czym Myszkin co prawda wiedział, ale o czym jednocześnie wcale nie chciał pamiętać. W zaistniałej sytuacji najgłupsze było jednak to, że kanonik świetnie wiedział, że Myszkin nie chce pamiętać, a Myszkin wiedział, że kanonik wie.
Dalsza rozmowa nie potoczyła się wartko. I nie dotyczyła wynalazku Plauta.

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli

Listopad 10, 2011

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli.
Maurice Barrès; Scènes et doctrines du nationalisme.
 
Zakładając, że słowo może być źródłem twórczej energii (założenie, które jednak czasem budzi zrozumiałe wątpliwości), można powiedzieć, że słowa Barrèsa są w stanie zaspokoić jedynie najbardziej wulgarne apetyty. Wezwany do wyjaśnienia niektórych ze swych najbardziej znanych maksym, Maurice Barres nie jest w stanie dostarczyć żadnego poważnego argumentu na ich poparcie. (…) Nie, Barrès nie jest żałosnym idiotą, Barrès jest idiotą niebezpiecznym.
André Breton; L’Affaire Barrès (Littérature, sierpień 1921, nr. 20)

1.

Stojąc na rozdrożu, wybieramy (instynktownie i bez wahania) ścieżkę, którą swego czasu powędrował Breton z kolegami. Gdy formułował swój akt oskarżenia (pamfletowi nadana została forma sprawozdania z procesu pokazowego wytoczonego Barrèsowi w imię uczciwości, człowieczeństwa i zdrowego rozsądku), ostatnie z ofiar epidemii wieńczących Wojnę Światową dogorywały lub wrzucane były do masowych grobów z wapnem. Siedemnaście milionów mogił uczestników wielkiej rzezi nie zdążyło się pokryć gęstą trawą. Na ulicach europejskich stolic żebrali beznodzy inwalidzi wojenni, było ich więcej, o wiele więcej, niż skłonnych do obdarzenia ich datkami. Wojna Światowa nie posiadała jeszcze liczebnika porządkowego i wydawała się unikalnym i niepowtarzalnym nieporozumieniem, powtórka była, wobec panujących powszechnie nastrojów, niewyobrażalna. Barrès, uginający się pod ciężarem lat i wawrzynów, nie bronił się zbyt energicznie. Klimat był ku temu niesprzyjający. Na pożółkłych fotografiach ma wygląd zmęczonego starca, a przecież nie ukończył jeszcze 59 roku życia. Osiągnął wszystko, co można było wówczas jako „poeta i myśliciel narodowy“ osiągnąć. Dwa lata później umrze. Mimo że zarówno Malraux jak i Aragon (których przecież nie sposób podejrzewać o ideologiczne pokrewieństwo) wielokrotnie jeszcze zaświadczą, że to „na nim“ uczyli się pisać, wiatr zawieje miałkim piaskiem zapomnienia płytę nagrobną ufundowaną w zbiorowej pamięci; nie pozostanie nic, nawet początkowo ogromiaste hasło w encyklopedii skurczy się do kilku linijek.

2.

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli. Fałsz i tani patos są dziś w ojczyźnie Barrèsa (przeważnie) wyczuwalne z oddali i (również przeważnie) bez trudu identyfikowane jako zgniły trupi odór wydobywający się spod powierzchni frazesu. Podobnie zresztą w Niemczech. Po „Blut und Boden“ nie pozostało nic, jeśli nie liczyć samizdatów autorstwa bezrobotnych skinheadów z Dupiejewa. I chociaż zarówno Barrès z kolegami, jak i niemieccy piewcy nacjonalizmu planowali odwieczne rzucanie się sobie do gardła jako konieczność dziejową, to jakoś nic z tej odwieczności nie wyszło. Zupełnie nic. Ludzie otrzeźwieli z amoku i przestali być narodami przez duże G z wbudowanym  imperatywem walki, czyli rzucania się do tętnicy szyjnej sąsiada.

3.

Podejrzenie, że w dzisiejszej Polsce sytuacja przedstawia się niestety zupełnie odmiennie, zamienia się w pewność, gdy zbliża się 11 listopada, Święto Wielkiej Redukcji mające być – w zamierzeniu co poniektórych –  zwycięstwem Barrèsa i jemu podobnych zza grobu. Z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem można założyć, że barresowski frazes nie spotkałby się z protestem (jakże chętnie) maszerujących uczestników, ani stojących przy krawężniku przypadkowych świadków. Nie tylko nie dostrzegli by w nim niczego niestosownego, lecz najprawdopodobniej uważali by powyższe słowa za własne. Nasze, polskie. Patriotyczne. Potrzebne. Godne powtarzania i podziwu. Przy okazji i zupełnie bez związku pragniemy przypomnieć, że marsze nacjonalistów miały w popierwszowojennej Europie koniunkturę. W jednym z bardziej znanych, Marszu na Rzym, wzięło udział 30 000 uczestników. Chodziło o miłość do ojczyzny, danie oporu lewactwu, zrobienie porządku i takie podobne sprawy. Wystarczyło 30 000 cudacznie poprzebieranych w fantazyjne mundurki miłośników maszerowania, aby, przy bierności ogółu, sprowadzić na spory europejski kraj i jego mieszkańców niewyobrażalne nieszczęście. To niepojęte, że kilkadziesiąt lat po tych wydarzeniach, znów pojawiają  się (lub wierzą, że trzeba się pojawić)  zwolennicy wyrażania uczuć do ojczyzny krokiem marszowym.  Co rozumieją pod pojęciem ojczyzny, wydaje się przy tym, na pierwszy rzut oka,  drugorzędne

4.

Gdy przyjrzymy się uważniej, okazuje się, że dostrzeżona powyżej drugorzędność nie jest wcale oczywista. Pomiędzy pojmowaniem ojczyzny jako sumy szczątków ludzkich i terytorium, na którym zostały pogrzebane, a pochwałą (jako jedynego, możliwego do zaakceptowania wariantu) delikatnej tkanki języka, kultury i obyczajów, w którą wpleceni są ci, którzy są nam z różnych, nie tylko plemiennych powodów bliscy, rozciąga się szeroki pas możliwej do zagospodarowania ziemi niczyjej.

5.

Redukcja święta narodowego, które może i powinno być wydarzeniem pogodnym i radosnym, do ponurego taplania się we krwi, trupim zaduchu i błocie pól bitewnych cofa nas – jako ogół – o dokładnie 100 lat. W nieciekawe czasy poprzedzające Wojnę Światową numer jeden. W ten sam sposób pojmowania patriotyzmu jako bogoojczyźnianego szczękościsku skierowanego przeciw desygnowanemu obcemu. Wrogowi, który nas krzywdził i będzie krzywdził. Ale my się nie damy, my się odpłacimy, bo my wiemy, że Ojczyzna to Ziemia i Zmarli. Nacjonalizm w postaci dziewiczej, toczka w toczkę zmartwychwstały Barrès.

6.

Maszerujący, podążając za typowym dla reprezentowanych środowisk odruchem, już zidentyfikowali potencjalnych i rzeczywistych przeciwników tzw. marszu niepodległości jako skrajną lewicę. Zidentyfikowani rewanżują się – również odruchowo – nazywając anachronistyczny  zaduch faszyzmem. Swoją drogą ciekawe, co by dzisiaj zrobił André Breton. I do jakiego stopnia jest uzasadnione zapożyczenie użytego przez niego w stosunku do patrioty Barrèsa określenia. Na użytek bieżący.

7.

Co można przeciwstawić świadomym i nieświadomym pogrobowcom Barrèsa? Stwierdzenie, że Ojczyzna to nie Ziemia i Zmarli, lecz Przestrzeń, której granice wyznaczają Kultura i Język. I Żywi.  Przede wszystkim ci ostatni. Wraz ze swymi aspiracjami i marzeniami. Breton z kolegami próbował w 1921, jak wiemy z podręczników historii, nie do końca skutecznie. Potrzebny był akt drugi, z jeszcze większą górą trupów, aby zachodnioeuropejska większość zrozumiała i pogodziła się z myślą, że droga do własnej tożsamości nie może prowadzić w kierunku wyznaczanym przez drogowskazy, na których widnieją łatwe i apelujące do plemiennych emocji slogany.

reedit; 10.11.11. g. 06.57 Dodany został punkt 4 i 7.

Podejście do tematu bohaterstwa w ogóle, a narodowego szczególnie, wymaga pewnej delikatności. Brak takowej może zranić uczucia. Patriotyczne. Opłaca się jednak podjąć ryzyko. Mimo, że z konieczności, będzie dużo uproszczeń. Naprawdę warto.

I. Przydługi wstęp.

Heroizm jako taki wymyślili najprawdopodobniej Grecy. Bardzo dawno temu. Początki herosa były skromne: walczył z Meduzą, smokiem lub jakimś innym nieszczęściem trapiącym społeczność lokalną, od czasu do czasu ratował sobie dziewicę popełniając po drodze czyny godne sławienia. Pomnik herosa zdobił potem agorę. W czasach nowożytnych ulubionym zajęciem bohatera stało się rzucanie się, przeważnie wbrew zdrowemu rozsądkowi, na przeważającą i niewiarygodną ilość wrogów. Krzepnące nowożytne państwa narodowe definiując mity założycielskie sięgały do idei i czerpały pełną garścią z mroków historii. Niemcy odkurzyli Arminiusza, Francuzi Wercyngetoryksa, Hiszpanie Cyda. Rosjanie Aleksandra Newskiego. Szwajcarzy przypomnieli sobie Winkelrieda i Wilhelma Tella. W XIX wieku do postaci legendarnych dołączyli współcześni. Włosi wywindowali na postument narodowego bohaterstwa Garibaldiego, a Simon Bolivar został bohaterem narodowym całego szeregu nowo powstających państw.

Dygresja

Polskim prototypem bohatera narodowego miał szansę zostać francuski marszałek o polskim, książęcym nazwisku, który utopił się w niemieckiej rzeczce i prawdopodobnie dlatego został patronem mostu w Warszawie. Brak polskiej państwowości w czasach, które nastąpiły, zapobiegł jednak nieuniknionej w takich przypadkach epidemii pomników.

Koniec dygresji

Instytucja bohaterstwa narodowego doznała sporej kompromitacji w XX wieku, ponieważ potęgi totalitarne, próbując wzmocnić morale mięsa armatniego przypisały trwale termin bohaterstwa zgonowi na tzw. polu walki. Niemcy nazywali swoich nieboszczyków Kriegshelden, a wąsaty Gruzin wymyślił Bohatera Związku Radzieckiego będącego (w czasie wojny) częstokroć synonimem żołnierza, który dał się w sytuacji beznadziejnej zastrzelić, zamiast trafić do nieprzyjacielskiej niewoli. Chyba, że był np. marszałkiem. Wtedy mógł się cieszyć osobiście. Kult bohaterów narodowych militarnej proweniencji kwitnie, w trochę zmodyfikowanej postaci, po dziś dzień w Stanach Zjednoczonych. Komuś, kto raz został uznany za american hero w zasadzie nikt już nie podskoczy.

Bohater Narodowy jako taki, aczkolwiek powszechny, nie jest łatwy do zdefiniowania. Zdaniem potomnych jest to (z reguły) ktoś, kto dokonał rzeczy ogromnych, zasłużył się dla ojczyzny czynami swemi i wymaga z tego względu szacunku, czci i upamiętnienia. Upamiętnia się przeważnie przy pomocy orderów imienia, pomników i notorycznego nadużywania nazwiska do nazywania placów, skwerów, ulic i mostów. Taki Garibaldi ma we Włoszech, w dowód wdzięczności za podarowaną Włochom państwowość, wszędzie, naprawdę wszędzie jakąś ulicę lub plac. A na placu dodatkowo pomnik. W Polsce trudno znaleźć miejscowość nie posiadającą ulicy Ściegiennego. Czasem jest to ulica Piotra Ściegiennego, czasem księdza P. Ściegiennego. W ostatnim dwudziestoleciu przeważa ta ostatnia. Ściegienny, jako patron ulic cieszy się nieprzerwaną sympatią i wdzięcznością rodaków (w tym władz) od momentu uzyskania niepodległości w 1919 roku. Bez względu na ustrój. Nadaje mu to rangę fenomenu, któremu warto się przyjrzeć bliżej. Bo jest to przecież ciekawe, jakie cechy charakteru i dokonania sprawiają, że w światowym centrum zawiści, pieniactwa, kłótliwości i wieszania psów na bliźnim jest możliwy szacunek i kult ponad podziałami.

II.Trudny temat

Niełatwa sprawa z tym Ściegiennym. Bo jakże tu przyczepiać się do kogoś, kto chciał dobrze? Nawet jak mu nie wyszło? Encyklopedyczne notki ukazują sympatycznego, naiwnego patriotę, utopistę i społecznika. Próbował wzniecić powstanie, dostrzegał ucisk warstw, niedobry zaborca zesłał go na Sybir, z którego powrócił jako siwowłosy staruszek. Otóż diabeł tkwi w szczegółach. W wizji. W tym, co można nazwać „modus operandi“. Po bliższym przyjrzeniu się, jeżą się włosy na głowie. A było tak.

III.Społecznik, wizjoner, rewolucjonista, bohater.

Ściegienny urodził się w rodzinie wieśniaczej. Wykształcenie otrzymał skromne, wyniki w nauce miał też takowe. Ponieważ nie przyjęto go do seminarium duchownego, wybrał drogę okrężną, zostając nauczycielem u pijarów, gdzie nauczał do momentu zostania klerykiem i uzyskania święceń kapłańskich w 1832 roku. Po kasacji zakonu został wikarym w Wilkołazie w Ordynacji Zamojskiej. W okresie po powstaniu listopadowym zaangażował się w działalność konspiracyjną. Polegała ona na tym – tu źródła są zgodne – że „nawiązał kontakty“. Do konspiracji wciągnął znajomych (co było, jak się później okazało, poważnym błędem) jak również swoich dwóch braci. Trudno powiedzieć o co mu chodziło. Późniejsi patrioci twierdzili, że o niepodległość, socjaliści, że o rewolucję społeczną. Poglądy swoje, a w zasadzie nie tyle swoje, co Lammenais’go, spisał w tzw. „Złotej książeczce“. Tenor prezentowanego niezainteresowanym (przeważnie) i niepiśmiennym (nieomal zawsze) przedstawicielom ludu (okolicznym chłopom) dziełka był jednoznaczny: ucisk jest zły, wyzysk sprzeczny z chrześcijaństwem, kler sojusznikiem krwiopijców, Chrystus tego nie chciał, lud musi przestać pić gorzałkę i powstać. Czytanie chłopom i co poniektórym kieleckim mieszczanom przepisywanego ręcznie manuskryptu nie przynosiło jednak oczekiwanych wyników, lud był ciemny i oporny. Przechowywana na policji teczka z donosami przedstawicieli ludu na „zwariowanego księdza“ puchła, władze carskie nie podejmowały jednak żadnych kroków, nie widząc najwyraźniej takiej konieczności. Rozczarowany obrotem wypadków i zdesperowany kapłan postanawia uciec się do podstępu. Siada do stołu i wystosowuje własnoręcznie list papieski do polskiego włościanina (i rzemieślnika), w którym to liście jego świątobliwość wzywa tegoż włościanina do rewolty obiecując Królestwo Boże na Ziemi i ewentualną dyspensę. To, że aktualny papież był zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich ruchawek, zupełnie mu przy tym nie przeszkadzało. Ponieważ czytanie listu jednostkom, poza drapaniem się w głowę, nie przyniosło konkretnych efektów w postaci wzrostu nastrojów rewolucyjnych, a ustalony ze znajomymi z Warszawy termin powstania zbliżał się nieubłaganie, Ściegienny decyduje się na krok desperacki w postaci zwołania wiecu w celu wygłoszenia płomiennej mowy do ludu. O wiecu wiadomo, że się odbył 24 października 1844 w lesie nieopodal Krajna, na Kielecczyźnie. Liczne źródła skromnie milczą na temat liczebności zgromadzonego tłumu. Wzięło w nim udział (poza księdzem) dwunastu chłopów, którym przekazana została wizja. Ściegienny obiecał zniesienie pańszczyzny, ziemi ile kto chce i (według zeznań nausznych świadków) nawoływał do mordowania urzędników i panów w celu osiągnięcia przy pomocy czynu rewolucyjnego tak upragnionej równości. Przemówienie zakończył okrzykiem: Bracia, do broni! Chłopi mowę wysłuchali, powiedzieli, że muszą sobie przemyśleć, po czym rzucili się na wyścigi do najbliższego komisariatu w celu złożenia donosu. Wyścig wygrał (i skasował obiecaną nagrodę) niejaki Janic. Nieświadomy rozwoju wypadków Ściegienny, przeświadczony o genialności i skuteczności swego planu (do powstania wystarczy 50 młodzianków, którzy powinni zwerbować 500 chłopów z kosami, a carat padnie, on sam pójdzie z krzyżem na czele i będzie nawracał rosyjskich żołnierzy na prawdziwą wiarę) zleca dalszy werbunek braciom, a sam udaje się do pobliskich Kielc w celu szukania sprzymierzeńców dla swej sprawy. Tam zostaje zaaresztowany na ulicy i odtransportowany do X pawilonu warszawskiej cytadeli. W stan gotowości postawiono (jak się okazało zupełnie niepotrzebnie) okoliczny garnizon. O tym, jakie były naprawdę nastroje społeczne niech świadczą liczby. Śledztwo było skrupulatne. Z początkowo podejrzewanych 152 uczestników spisku (w tym 45 chłopów) ostały się (po przejrzeniu teczek z donosami) 24 osoby, którym postawiono zarzuty. Władze carskie postanowiły okazać surowość. Przywódca miał być stracony. Resztę oskarżonych skazano na bezterminową katorgę po uprzedniej publicznej chłoście. Ostatecznie wyrok wykonano publicznie 6 maja 1846 w Kielcach na 13 skazańcach. Bardziej skomplikowana była sprawa z przywódcą buntu – publiczne wieszanie duchownego nie było eleganckim rozwiązaniem. Namiestnikowi Paskiewiczowi specjalnie zależało, aby decyzję o zdjęciu sakry podjął sąd kościelny, zwrócił się zatem do polskiego, słynnego jak obecnie powszechnie wiadomo z kultywowania ducha patriotycznego duchowieństwa z uprzejmą prośbą o pomoc. 27 kwietnia 1846 roku kapituła katedry lubelskiej skazała posłusznie Ściegiennego na degradację i odsądzenie od godności duchownej. Audytoriat wojskowy, za zezwoleniem Paskiewicza, zamienił karę śmierci na pozbawienie praw i bezterminową katorgę na Syberii. Ksiądz (a w zasadzie już nie ksiądz) protestował głośno domagając się wykonania wyroku, ale w końcu powędrował na Syberię. Tam spędził 10 lat w kopalni w Nerczyńsku, a potem na zesłaniu w Permie. Wrócił do kraju po 25 latach. Resztę życia spędził w u brata w Tarnawie i Lublinie domagając się od miejscowego biskupa przywrócenia święceń. Co, po latach starań, zakończone zostało sukcesem. Z przykrością należy stwierdzić, że był to jego jedyny sukces. Zmarł w wieku 90 lat i – ponieważ nie pozostawił na pochówek ani grosza – został pochowany w krypcie zaprzyjaźnionego duchownego.

IV.Niewygodne refleksje

Różne narody wybierają sobie różnych bohaterów. Przeważnie kierują się wdzięcznością i doceniają dokonania. Bohaterowie zasługują na hołd, bo uratowali ojczyznę, odnieśli niewiarygodne zwycięstwa, są (lub mogą być) przedmiotem zazdrości sąsiadów. Źródłem dumy. Jakie wnioski można jednak wysnuć na temat poczucia własnej wartości narodu czczącego ewidentnego (choć może sympatycznego) nieudacznika? Człowieka, który zawiódł pokładane w nim nadzieje, który niczego nie osiągnął, nie wiedział jak się zabrać do wzniecenia powstania, postanowił mimo to wzniecić i w wyniku swej niewiedzy wpakował siebie i innych w tarapaty? Duchownego, który nie potrafił realnie ocenić sytuacji, naraził innych, a w końcu został wychłostany, bo uznano, że nie stanowił wystarczającego zagrożenia, aby karać go surowiej? Co sprawia, że całe spektrum – od narodowców, po anarchistów – zgodnie chyli głowę przed tą klęską? Strach pytać.

V. Pytanie dodatkowe

Zakładam, że każdy rodak słyszał kiedyś o księdzu, który chciał kiedyś wzniecić powstanie i w tym celu zgromadził 12 chłopów w lesie, ale mu się nie udało.  Czy ktoś z czytelników wie (bez zaglądania do Wikipedii), kto dowodził doskonale zorganizowanym, racjonalnie przeprowadzonym  i uwieńczonym (przy minimum strat) sukcesem Powstaniem Wielkopolskim? I w jaki sposób go doceniono? I ile ulic zostało nazwanych jego imieniem? Dla ułatwienia dodam, że żadna z głównych ulic w Poznaniu (nawet w Poznaniu) nie nosi jego imienia. Uczczony został natomiast niejaki Franciszek Ratajczak, powstaniec trafiony przez zbłąkaną kulę w pierwszym dniu powstania. Miał szczęście: zasłużył się rodakom, bo co prawda niczego wielkiego nie dokonał, nie odniósł żadnego sukcesu, ale za to był ofiarą. Bycie ofiarą, podobnie jak bycie nieudolnym, gwarantuje w Polsce szacunek i podziw rodaków. Nie dziwmy się, że jest tak, jak jest, skoro jesteśmy, jacy jesteśmy. Nieudolność i klęska są przepustką do narodowego panteonu. Jak to nazwać? Nazwijmy to solidarnością ofiar.

Proszę wszystkich, którzy zajrzą do Wikipedii lub do copypastowanego  w sieci (w nieskończoność i do znudzenia) artykułu z czasopisma Mówią Wieki w celu wykrzyknięcia „ale przecież wiadomo jak było”  o wstrzemięźliwość w wyciąganiu pośpiesznych wniosków. Nie wystarczy.

„Once upon a midnight dreary, while I pondered, weak and weary (…)“
E.A. Poe, The Raven

Kruki zasługują na więcej. Ponieważ każdy może coś takiego powiedzieć i niekoniecznie musi (aczkolwiek istnieje niebezpieczeństwo, że może) istnieć przełożenie chwytliwego sloganu na dotykalną rzeczywistość, spróbujemy wyjaśnić. Wyjaśnienie, w przeciwieństwie do sloganu, nie ma apelować do emocji, których źródłem jest układ limbiczny. Osoby uważające się za humanistów (nazwa, jaką zwykło się określać w naszym kraju tych, którzy np. nie uważali na lekcji biologii) proszę mimo wszystko o pozostanie. Będę się starał mówić powoli i wyraźnie.

O co chodzi

Chodzi o kruki. Kruk (corvus corax), to ptak należący do rodziny krukowatych (Corvidae). Prowadzi żywot osiadły i występuje na półkuli północnej. Kruk koegzystuje z ludźmi od tysięcy lat, na niektórych obszarach rozmnożył się tak bardzo, że ludzie (niektórzy) uważają się go za szkodnika. Złą opinię zawdzięcza swym kulinarnym upodobaniom. Kruki są nader wszechstronne w znajdowaniu źródeł pożywienia. Jedzą mięso martwych zwierząt (padlinę), owady i odpady spożywcze, a także ziarna zbóż, jagody, owoce.

Chodzi również o ludzi. Człowiek (homo sapiens) to ssak należący do rodziny człowiekowatych (Homonidae). Ponieważ nie należy do gatunków skromnych, nazwał się sam ssakiem naczelnym, jak również człowiekiem myślącym. Prowadzi żywot (zasadniczo) osiadły na obu półkulach. Człowiek koegzystuje z krukami od tysięcy lat, na niektórych obszarach rozmnożył się tak bardzo, że kruki (gdyby je ktoś zapytał) mogłyby uważać go za szkodnika. Ludzie są nader wszechstronni w zdobywaniu źródeł pożywienia. Jedzą mięso martwych zwierząt, ale nie wszyscy i nie tylko. Oprócz tego spożywają produkty wytworzone z ziaren zbóż, owoce, jarzyny i różne inne rzeczy. Owadów z reguły nie jedzą.

Podobieństwa
Kruki, podobnie jak ludzie, funkcjonują w stadzie, żyjąc jednakże w stałych związkach (stadłach). Z reguły są monogamiczne, chociaż zdarzają się wyjątki. Większość ludzi również twierdzi, że są. Kruki są wszystkożerne, ludzie też. Gromadzą się w okolicach obfitych w pożywienie czyli tam, gdzie im się to opłaci. Kruki, zupełnie tak jak ludzie, potrafią się bawić (playful behavior), a nawet przedrzeźniać.

Różnice
Kruki różnią się od ludzi. Kruki są mniejsze. dojrzały kruk mierzy od 56 do 69 cm, a udokumentowana masa ciała wynosi od 0,69 do 1,63 kg. Dojrzały człowiek mierzy od 150 do 190 cm (wyłączamy Pigmejów, koszykarzy i osobniki chore na akromegalię). W porównaniu z człowiekiem kruki są krótkowieczne: dożywają zwykle około 10-15 lat na wolności (według danych opartych o obrączkowanie), jednak rejestrowano ponoć także osobniki w wieku ponad 40 lat. Ludzie dożywają na wolności zwykle 74-80 lat. Ponadto kruki obdarzone są (niezaprzeczalną) inteligencją. Nie wywołują wojen lokalnych, ani światowych. Nie stworzyły religii, chirurgi plastycznej, kultury masowej, systemu penitencjarnego ani pornografii internetowej. Nie zmotoryzowały się. Nie konsumują programu telewizyjnego. Polują tylko gdy muszą i jedzą to co upolują.

W pewnym sensie
W pewnym sensie chodzi również o myśliwych. Pod pojęciem myśliwego rozumiemy (z reguły) romantycznego osobnika rodzaju męskiego, wyposażonego (zazwyczaj) w wąsy i (zawsze) w broń palną. który czerpie przyjemność z uprawianego przez siebie procederu. Romantyzm wzmacniany jest (często) przez łyk z manierki. Ponieważ czerpanie przyjemności z zabijania rozmaitych stworzeń nie spotyka się (małe dziewczynki, ekolodzy, ludzie wrażliwi) z powszechną akceptacją, myśliwy lubi przedstawiać się jako wielki przyjaciel tzw. przyrody w ogóle i zabijanych przez siebie zwierząt w szczególności. Zapytany o pobudki odpowiada, że są one szlachetne, bo natura już dawno nie potrafi – ze względu na brak naturalnych mechanizmów – sama się regulować. To, że brak owych mechanizmów jest (między innymi) wynikiem działalności myśliwych – skromnie przemilcza. Wskazuje na brak drapieżników, które mogłyby ograniczyć pogłowie jeleni i sarenek zjadających las – i biegnie do lasu ze strzelbą, aby tenże ratować. Przedtem biegał do lasu, aby ratować jelenie i sarenki przed drapieżnikiem, aż do całkowitej eliminacji tego ostatniego. Gdy ilość jeleni i sarenek się zmniejsza i nie gwarantuje możliwości aktywnej ochrony przyrody przy pomocy flinty, myśliwy zwierzątka dokarmia. Na pomysł, że las może być nie tylko plantacją desek z wydzielonymi stanowiskami sadzonek, lecz – przy odrobinie dobrej woli – ekosystemem potrafiącym się regulować na dłuższą metę bez strzelania, machismo i manierki, myśliwy reaguje alergicznie. Pomiędzy tym co myśliwy chętnie głosi, a jego rzeczywistymi motywami można dostrzec pewien dysonans. Po dokładnym przyjrzeniu się, dysonans ten daje się podsumować jednym słowem: hipokryzja.

Wracamy do kruków.
Kruki myśliwym od dawna podpadły. Podobnie zresztą, jak nieuleczalni romantycy pragnący otaczać je ochroną. Kruki, zdaniem myśliwych, są odpowiedzialne za dramatyczny spadek ilości zajęcy, bażantów i kuropatw. Los zajęcy, bażantów i kuropatw leży myśliwym na sercu i nie daje spać. Dlatego też zwrócili się do instytucji, której zadaniem jest ochrona przyrody, o pozwolenie na strzelanie do kruków. Dyrektor od ochrony środowiska, (który jest sam myśliwym), powołując się na rzetelną i obiektywną opinię przyrodnika (który też jest myśliwym) zezwolenie wydał. Co prawda ornitologom nieznany jest przypadek kruka polującego na zające, bażanty lub kuropatwy, ale ani kruków, ani tym bardziej zajęcy nikt o zdanie nie pytał. Ornitolodzy przypominają, że szansa na zidentyfikowanie kruka w locie jako kruka leży w przypadku dobrze wykształconego fachowca w okolicach 80%. W przypadku myśliwych szacują, że jedynie 20% ptaków zostanie rozpoznana prawidłowo i oczekują nadchodzącej nieuniknionej hekatomby bielików, gawronów i sów.

Uwaga końcowa.
Przypadki postrzelenia kogokolwiek przez pijanego kruka nie są powszechnie znane. O myśliwych nie można niestety powiedzieć tego samego. Zupełnie natomiast pomiędzy bajki należy włożyć pogłoskę, jakoby kruki zwróciły się do lokalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska o pozwolenie na odstrzał myśliwych, którzy ostatnio zbyt się rozmnożyli. Szkoda. Kruki z całą pewnością zasługują na więcej.

——

Podziękowania

Dziękuję Kwikowi, który w swej (jak zwykle doskonałej) notce zwrócił uwagę.

Lektura uzupełniająca (jakby ktoś miał ochotę)

1. Uzasadnione  święte oburzenie – tutaj.

2. Najnowsze wiadomości z frontu – tutaj

3. Ornitolog o odwiecznym konflikcie – tutaj

4. Gazeta o historii konfliktu – tutaj

Krzyk w ciemności

Lipiec 14, 2011

 
„He was the Poe of the Twentieth century, the poet of the shadows, the Hitchcock of the written word.” Francis M. Nevins Jr.
 

Jak funkcjonuje pamięć zbiorowa? Kto zarządza jej zasobami? Kto (lub co) decyduje o wymazaniu tego, co wydaje się ważne, co warte jest szacunku, uwagi i zapamiętania? Jak działa skuteczne i chciane (?) zapomnienie?

wczesne

Urodził się w grudniu 1903 roku, w tym samym mieście, w którym umrze niecałe 65 lat później. Małżeństwo rodziców szybko się rozpadło. Chłopiec pozostał z ojcem w ogarniętym rewolucyjnym bałaganem Meksyku. Ale nie na długo. Po kilku latach jest znów w Nowym Yorku, mieście w którym przeżyje większość życia w tanich hotelach. Przeważnie z matką. A pod koniec zupełnie sam. Wcześnie okrzyknięty literackim geniuszem i twórcą nowego, mrocznego gatunku, porównywany jest ze Scottem-Fitzgeraldem. Porównań nie przyjmuje do wiadomości. Pisze ze sprawnością i wydajnością maszyny do produkcji słów, publikując nieomal połowę dorobku pod pseudonimami.W 1930 roku połyka go na krótko przemysł filmowy. W Los Angeles poślubia córkę zamożnego producenta. Małżeństwo trwa trzy miesiące i kończy się skandalem wiodącym do rozwodu. Hollywood potrafi wybaczyć, że scenarzysta jest gejem, ale po co zaraz paradować nocami w marynarskim mundurku? I opisywać swoje przeżycia w pamiętniku? W 1933roku, po zakończeniu formalności rozwodowych, wraca do Nowego Yorku, tym razem ostatecznie i zamieszkuje w hotelu Marseille, w zajmowanym przez matkę apartamencie nr. 605. Apartament opuści dopiero po jej śmierci w 1957, po to jedynie, aby się przenieść do innego, w jeszcze podlejszym, aczkolwiek chcącym uchodzić za luksusowy, hotelu Franconia. Jest to najdłuższa podróż jaką podejmie: ze sto drugiej, na siedemdziesiątą drugą ulicę. Zatruty nikotyną i alkoholem, przepełniony wstrętem do swej egzystencji i wątpliwościami dotyczącymi wartości tego co robi nie przyjmuje pochlebców. Dowody zainteresowania i wdzięczności przyjmuje z nieufnością i niedowierzaniem. Hołdy filmowców przenoszących na ekran jego kolejne powieści uważa za nieporozumienie. Pije, pisze, pali i coraz rzadziej otwiera drzwi. Napisanego już nie publikuje. Walczy z majakami. Oszczędza. Zbyt ciasne buty sprawią, że zainfekowana rana stopy nie zechce się goić. Amputacja ostatecznie przykuwa go do łóżka. W łóżku pije, pali i pisze. Gdy słynny francuski reżyser, w hołdzie dla uwielbianego autora zdecyduje się na zorganizowanie światowej premiery opartego na jego powieści filmu w Nowym Yorku, nie odpowie nawet na zaproszenie. Krótko później umiera. Pozostawia 27 powieści i zbiorów nowel. W większości przerobionych na znane, słynne i cenione do dzisiaj filmy. Przez całe życie bał się nędzy, gdyby jednak miał spadkobierców, pozostawiłby im ogromny majątek.

Polskie encyklopedie i leksykony nie zauważyły go do dzisiaj.

Przebywając (jedynie i na stałe) w obszarze obowiązywania języka polskiego, można łatwo uzyskać niektóre informacje. A innych (szczególnie gdy zabawa odbywa się w języku innym niż angielski) – już raczej nie. Uzyskane w ten sposób złudzenie łatwego oświecenia może czynić (czasem) bezradnym. Postarajmy się zatem trochę dopomóc. Uzupełnić. Zaczniemy od pana o nazwisku Gero Winkelmann. Kto wie, gdzie skończymy. A zatem w drogę.

Gero Winkelmann urodził się w 1954 roku i nic nie wskazywało na to, że będzie kiedyś medialnym bohaterem. Są ludzie z bez powołania, są też z powołaniem. Gero Winkelmann miał od zawsze dwa. Jako gorliwy wyznawca katolicyzmu w wydaniu, hm, przedsoborowym, pragnął (za wszelką cenę) nawracać zbłąkane owieczki na drogę, którą sam uznał za słuszną. Nic specjalnego. Rzecz w tym, że Gero czuł również powołanie do cielesnego uzdrawiania bliźnich. Realizacja tego ostatniego jest trudna bez posiadania lekarskiego dyplomu. Droga do dyplomu nie jest łatwa, są różne warunki, które trzeba spełnić, słowem: nie każdy może. Gero Winkelman nie mógł, bo wyniki w nauce miał trochę nie tego. A nawet mocno nie tego. Innymi słowy, nieokrzesany człowiek użyłby łatwego kolokwializmu i powiedziałby, że Gero nie mógł, bo był matołem. Może był, może nie był. Jeśli jednak był, to na pewno upartym. Gdy jego niezliczone próby dostania się na medycynę w rodzinnych Niemczech nie zostały zwieńczone sukcesem, Gero wyskrobał wszystkie oszczędności i udał się do Werony, gdzie – po uiszczeniu stosownej opłaty, już po upływie 15 semestrów otrzymał stosowny dyplom. Jako młodzieniec niespełna 40-letni. Do Niemiec wrócił z tarczą, tarcza została (w myśl obowiązującego w unii prawa) zniemczona i Gero mógł rozpocząć – jako nostryfikowany Dr. Italiano – uzdrawianie bliźnich w swej ojczyźnie w myśl zasady, nieważne co i nieważne jak, ważne, aby zgodnie z przekonaniami. Praca nie przynosiła mu jednak należytej satysfakcji, wokół pełno było kolegów dokonujących różnych aborcji, nie wierzących w terapeutyczną skuteczność Ducha Świętego i w ogóle – co było oczywistym skandalem – uznających priorytet innych celów niż duchowe zbawienie pacjenta. Aby coś z tym zrobić, dottore italiano Gero Winkelmann (w międzyczasie używający tytułu lekarza medycyny naturalnej) postanowił założyć rozmaite organizacje. Razem raźniej. Jedna z nich miała ładną nazwę, na początku 2011 roku została jednak przemianowana na Federalny Związek Lekarzy Katolickich. Co nareszcie brzmiało poważnie, ponadregionalnie i nadawało przedsięwzięciu (mimo nader znikomej liczby członków) pozory oficjalnej powagi.
Godzina Gero Winkelmanna wybiła 31 maja 2011 – gdy w imieniu wyżej wzmiankowanego stowarzyszenia ogłosił, że jego członkowie mają zamiar zacząć leczyć gejów z ich „nienaturalnej przypadłości“ przy pomocy skutecznej i wypróbowanej metody jaką jest homeopatia. Ponieważ akurat panowała (stosunkowa) medialna posucha, wiadomość odbiła się echem. Echo dotarło do Polski i zostało wzmocnione przez stosowne, zainteresowane odpowiednim kształtowaniem świadomości czytelniczej, media. Salwa śmiechu, która przetoczyła się przez Europę do Polski nie dotarła. Kulminacją tejże, był ogłoszony 5 czerwca 2011 roku komunikat. Niemiecki Związek Lekarzy Gejów (BSÄ) poinformował opinię publiczną, że jego (całkiem liczni) członkowie opracowali (i mają zamiar stosować) odmienną terapię. Istotą modelu terapeutycznego jest stosowanie psychoterapii i homeopatii w celu leczenia cierpiących na katolicyzm z ich trudno uleczalnego schorzenia.
„Liczba cierpiących jest ogromna“ – stwierdza BSÄ w swoim komunikacie – „nie powinni oni jednak porzucać nadziei na uleczenie“. „Wiadomo nam“ – twierdzi rzecznik BSÄ, berliński lekarz homeopata Andros Neuman – „o wielu przypadkach dotkliwego, trudno uleczalnego katolicyzmu. Ludzie, którzy znaleźli się bez swej winy w tej tragicznej sytuacji,  zasługują na naszą pomoc. Kto czuje się chory, nieszczęśliwy, zagubiony, kto cierpi na katolicyzm – powinien się do nas zgłosić, możemy pomóc.“

Metoda Neumana ma ponoć  (odpowiednie badania są jeszcze w toku) być skuteczna również w trudno uleczalnych przypadkach protestantyzmu, a nawet islamu.“

—–

Dla znających języki (przeważnie) egzotyczne:

1. Zaczęło się  (ang.) – pokrótce

2 . Gero Winkelmann – vita.

3.  Medialne echo – przykłady  tu, tu i tu.

4. Kontratak cywilizacji śmierci  -np  tu.

„Papież, bo się podrapiesz“
E. Ionesco, „Łysa śpiewaczka“

Małe, ale istotne kalendarium

22 lipca 1992 roku Kongregacja Nauki Wiary, (na czele: kardynał Joseph Ratzinger), ogłosiła dokument, w którym stwierdziła, iż dyskryminacja ze względu na orientacje seksualną nie jest tym samym, co dyskryminacja ze względu na rasę, pochodzenie etniczne itd. jako, że „budzi niepokój moralny”.

29 listopada 2003 roku Kongregacja Nauki Wiary (przewodniczy, a jakże, Joseph Ratzinger) ogłasza dokument potępiający wszelkie próby ustawodawcze „sprzyjające związkom homoseksualnym”. Wprowadzenie w prawie rejestrowanych związków partnerskich dokument przyrównuje do „legalizacji zła”. Jednocześnie zgodnie z dokumentem oczekuje się od wiernych Kościoła katolickiego „przeciwstawienia się zalegalizowaniu prawnemu związków homoseksualnych”.

29 listopada 2005 roku Kongregacja Nauki Wiary (pod przewodnictwem Josepha Ratzingera) ogłosza dokument zakazujący przyjmowania do seminariów osób praktykujących homoseksualizm, wykazujących „głęboko zakorzenione tendencje homoseksualne“ lub wspierają tak zwaną „kulturę gejowską” oraz wyświęcania ich na księży.

W grudniu 2008 roku Stolica Apostolska (kto jest papieżem – wiadomo) zapowiedziała sprzeciw wobec projektowi rezolucji ONZ, wzywającej do zniesienia penalizacji kontaktów homosekualnych.

Kilka urywków z księgi czwartej niezapomnianych „Wyznań“ św. Augustyna.

„ W okresie owych dziewięciu lat, od dziewiętnastego, do dwudziestego ósmego roku życia, zarówno sam byłem uwodzony, jak i innych wodziłem na manowce“ (1. IV.)

„W owych latach, właśnie wtedy, gdy zacząłem nauczać w mieście, w którym się urodziłem, miałem bardzo bliskiego przyjaciela. Wiele nas łączyło: mieliśmy wspólne zainteresowania, a byliśmy też rówieśnikami, obaj w kwiecie młodości. Razem dorastaliśmy, razem chodziliśmy do szkoły, wspólnie się bawiliśmy. Ale i to nie była – zarówno w dzieciństwie, jak i później – taka przyjaźń, jaką można nazwać prawdziwą. (…) Ale ponieważ wyłoniła się ze wspólnych umiłowań, była bardzo błoga. Chłopiec ten nigdy nie był ani mocno, ani głęboko zakorzeniony w prawdziwej wierze, a ja go jeszcze od niej odciągałem ku zgubnym przesądom. To wyciskało łzy z oczu mojej matce. Dorósłszy do lat męskich błądził razem ze mną, a ja bez niego czułem się zupełnie zagubiony“ (4.IV)

„Po kilku dniach, gdy ja właśnie byłem nieobecny, wróciła mu gorączka i umarł. Wtedy ból zamroczył moje serce. Na cokolwiek patrzyłem, wszędzie widziałem tylko śmierć. Rodzinne miasto stało się dla mnie czymś niemożliwym do zniesienia, dom rodzinny – samym nieszczęściem. Wszystko, co przedtem było nam obu wspólne, teraz, bez niego, zmieniło się w straszną mękę. Wszędzie go szukały moje oczy, a nigdzie go nie było. Wszystkie miejsca, gdzie dawniej bywaliśmy razem, były mi nienawistne przez to, że go tam nie było, że mi te miejsca nie mogły zapowiadać: Zaraz przyjdzie! – jak to było wtedy, gdy na niego czekałem, kiedy żył. I stałem się sam dla siebie wielkim problemem. Pytałem mą duszę, dlaczego jest smutna, dlaczego mnie dręczy, a ona nie potrafiła mi na to odpowiedzieć. Gdy mówiłem: „Ufaj Bogu!“ – też mi nie była posłuszna. I miała w tym rację, bo prawdziwszy i więcej wart był ten ukochany człowiek, którego utraciła, niż mgliste widmo, w jakim kazałem jej pokładać nadzieję. Koiły mnie tylko łzy, które stały się największym po owym przyjacielu ukochaniem mej duszy. „(4.IV.)

„Tak to wówczas ze mną było. Gorzko płakałem i powoli uciszałem się w smutku. Byłem tak nieszczęśliwy, a jednak bardziej kochałem moje nędzne życie niż owego przyjaciela. (…) Myślę, że im bardziej go kochałem, z tym większą nienawiścią i trwogą myślałem o najokrutniejszej nieprzyjaciółce, śmierci, która mi go zabrała. (6.IV.)”

„Jakiż to obłęd kochać człowieka! (…) A ja właśnie w takim byłem stanie, żyłem w gorączce, jęczałem, płakałem, wiłem się w udręce. Dusza moja, rozdarta i skrwawiona, była dla mnie brzemieniem. Znużyła się człowiekiem, który ją dźwigał. A nie znajdowałem miejsca, gdzie mógłbym ją złożyć i ukoić. Nie było dla mnie ukojenia ani w pięknych gajach, ani wśród zabaw i śpiewu, ani w wonnych ogrodach, ani w ucztach, ani w rozkoszach łoża, ani w książkach i wierszach. Wszystko mnie odpychało, nawet samo światło dzienne. Wszystko, co nie było tym, czym on był kiedyś, podłe było dla mnie i nienawistne – wszystko oprócz łez i jęku.“ (7.IV.)

„Bo czyż nie dlatego właśnie tamten ból zdołał mnie tak łatwo dosięgnąć i tak łatwo przeniknąć, że rozlałem duszę moją jak wodę na piasku, kochając istotę śmiertelną, jakby nigdy nie miała umrzeć? (…) rozmawialiśmy, śmialiśmy się w gronie przyjaciół, świadczyliśmy sobie drobne przysługi. Razem czytaliśmy pięknie napisane książki, razem żartowaliśmy, razem zachowywaliśmy powagę. Czasem spieraliśmy się ze sobą, bez nienawiści, tak jakby człowiek mógł sam z sobą się spierać, a te rzadkie spory były przyprawą dla panującej między nami niemal zawsze zgody. (…) A gdy kogoś z nas brakowało, bardzo tęskniliśmy za nim. Takimi to właśnie znakami, wyłaniającymi się z serc, które się wzajemnie kochają, amlującymi się na twarzy i byłyszczącymi w oczach, dźwięczącymi w mowie, przejawiającymi się w najróżniejszych gestach serdecznych, przyjaźń się coraz bardziej rozpala, a jej płomieź może stopić wiele dusz w jedność.” (8.IV.)

„Właśnie to kochamy w przyjaciołach, a kochamy aż tak bardzo, że człowiek czuje się winny, jeśli miłości nie odwzajemnia miłością.” (9.IV.)

„Wyznania“ św. Augustyna, mimo że zawierają sporą dawkę homoerotyzmu i (będący wyjątkiem w literaturze) przejmujący opis smutku ogarniającego autora po tragicznym końcu związku partnerskiego, nigdy nie trafiły na indeks publikacji zakazanych przez kościół. Wręcz przeciwnie. Co powinno geja-katolika (mimo chwilowych zawirowań i absurdalnych fobii dyrekcji watykańskiego przedsiębiorstwa) napawać otuchą i nadzieją.

____

Wszystkie fragmenty „Wyznań” pochodzą z: Sw. Augustyn, Wyznania. Przełożył, opatrzył posłowiem i kalendarium Zygmunt Kubiak. Wydanie III poprawione. Instytut Wydawniczy PAX, W-wa 1987
 

Zdolność uczenia się

Kwiecień 19, 2011

Kanonik Vaubain, przeświadczony o trywialnej znikomości wszelkich wyścigów i konkursów, budzi się pewnego dnia z niemiłym uczuciem, że być może jego stosunek do współzawodnictwa jest nie tyle wynikiem skromności, co objawem braku pokory. Kiełkująca w głębi kanonika chęć zmiany nie jest wprawdzie jeszcze równoznaczna z decyzją, ale nie od razu zbudowano i tak dalej. Po dogłębnym namyśle postanawia wreszcie wziąć udział w konkursie ogrodniczym. Przedsięwzięcie, ku rozczarowaniu kanonika, kończy się fiaskiem, mimo że zaprezentowane przezeń drzewko bonsai było (zdecydowanie) największe ze wszystkich.

Myszkin, wiedziony współczuciem, grzebie długo w czeluściach biblioteczki. Szukajcie, a znajdziecie. Wreszcie wyłania się z chmury kurzu z pożółkłym egzemplarzem, którego stronę tytułową zdobią słowa „Małe jest piękne“ i brzmiące z niemiecka nazwisko. Przekazanie podarunku wraz z nieodzownymi słowami otuchy i porady jest czystą formalnością. Vaubain zagłębia się w lekturze pism Schumachera i doznaje iluminacji. Mądrej głowie dość dwa słowie.

W następną niedzielę, odświętnie odziany Vaubain dumnie kroczy chodnikiem w towarzystwie niewielkiego, no bądźmy szczerzy, małego psa. Kroczy to za mało powiedziane, Vaubain najwidoczniej zmierza szybując nad powierzchnią chodnika w przeczuciu nieuniknionego triumfu. Myszkin, przypomniawszy sobie, że w mieście odbywa się akurat wystawa dogów niemieckich, postanawia nie dostrzec ukłonu i przejść na drugą stronę ulicy przyśpieszając zarazem kroku.

—–

Znalezione w tej samej szufladzie co to, to, to i to.

Koń Teilharda de Chardin

Kwiecień 15, 2011

„Jeździec jaki jest, każdy widzi”.
(Podobno) koń Benedykta Chmielowskiego
„Nieważne, na co się patrzy. Ważne, skąd się patrzy“
(Podobno) Teilhard de Chardin

Jeśli zawierzyć pamięci i poczynionym niegdyś notatkom, autorem powyższego zdania był Pierre Teilhard de Chardin, mistyk, wizjoner i jezuita. Między innymi. Nie o to jednak chodzi, nie o nim będzie. Chociaż z drugiej strony szkoda, bo mogło by być. A może nawet powinno. Helas. Może kiedy indziej. Będzie o narracji. Narracja stała się ostanimi czasy słowem-kluczem w roztrzęsionych rączkach posiadaczy poglądów słuszniejszych, bo własnych. Wiosłem, kompasem i piórkiem. Wskoczmy zatem do tego tramwaju. En avant.

Będąc koniem i doceniając dobrodziejstwo naszej pamięci, pozbawiony jestem brzemienia wszelkiej wątpliwości. Pragnienie prawdy musi wystarczyć. Opowiem jak było i jak jest. Proszę mi wybaczyć, jeśli w dążeniu do celu pominę szereg powszechnie znanych faktów. Cel uświęca, uproszczenie pomaga. A zatem: en avant. Galopem.

Redukcja historii do pięciu tysięcy lat rzezi koni i ludzi, uwłacza koniom. My konie, byliśmy na długo przed Hetytami i Asyryjczykami, jesteśmy również dzisiaj i możemy dać świadectwo. O Hetytach i Asyryjczykach nie da się tego powiedzieć. Dzieje naszych pierwszych walk nie zachowały się, nic nie wiemy o pierwszych zwycięskich koniach. Wyłoniliśmy się z odmętów rewolucji neolitycznej, pierwszy udokumentowany triumf odnieśliśmy pod Megiddo. Pod Kaddesch walczyliśmy już w szyku i zaprzęgu. A potem nie odbyła się bez naszego udziału praktycznie żadna wielka bitwa.

Niezliczone są przykłady naszego męstwa i poświęcenia. Zwycięski w tylu bitwach Bucefał przemierzył cały antyczny świat zanim nie poległ pod Hedaspes. Godny podziwu wyczyn zważywszy, że przez cały czas siedział na jego grzbiecie jakiś niezrównoważony osobnik.
Pod Carrhae nasi partyjscy przodkowie roznieśli w puch legiony Krassusa. W średniowieczu założyliśmy pancerze, zakuci w żelazo szturmowaliśmy Jerozolimę. W wojnie trzydziestoletniej złożyliśmy daninę krwi walcząc o wiarę. Raz tę, raz inną, ale zawsze. I tak bez ustanku, aż po szarżę lekkiej brygady, podczas której polegliśmy pokotem okazując pogardę dla śmierci.

Szczególne są jednak zasługi konia polskiego (zwanego dalej Koniem Polskim). Zaczeliśmy pod Cedynią. To my, Konie Polskie, rozgromiliśmy niedobre konie krzyżackie pod Grunwaldem. W ciągu pierwszej minuty bitwy pod Kircholmem zginęło nas ponad 150. Pod Wiedniem przejechaliśmy się z furkotem skrzydeł po tureckich bachmatach. Jakże się to papieskiemu wierzchowcowi spodobało. Pod Somosierrą zyskaliśmy sobie wśród innych europejskich koni opinię wariatów, była to jednak potrzebna ofiara, w końcu chcieliśmy dotrzeć za przewodem wierzchowca, na którym siedział niejaki Dąbrowski, do ojczyzny i złączyć się z końmi cierpiącymi pod butem batem zaborcy. Co nam się zresztą udało. Na niepodległość trzeba było długo czekać; gdy w końcu nadeszła, trzeba było jej bronić do ostatniego wędzidła. Koń Polski pokazał zniewolonemu koniowi Budionnego do czego jest zdolny. To nie był żaden cud, to bezprzykładne bohaterstwo Konia Polskiego zmusiło do rejterady sowieckie wierzchowce.

Nie jest prawdą,  jakoby Polskie Konie były tak głupie, aby w czasie kampanii wrześniowej rzucać się na czołgi. Mogły być najwyżej odważne. Ot, zwykła legenda. Prawdą jest, że rola konia, a w szczególności Konia Polskiego, jest zwyczajowo niedoceniana.

Najwyższy czas aby coś z tym zrobić. I przy okazji wyjaśnić wreszcie, czy Teilhard de Chardin jeździł konno. Świat czeka na prawdę.

„La più grande tragedia del nostro paese“ – łkali jednym głosem politycy i dziennikarze. „Non dobbiamo mai dimenticare!“ – obiecywały nagłówki gazet, które ukazały się następnego dnia. Do dzisiaj nie wiadomo dokładnie jak doszło do katastrofy. Wiadomo jedynie, że nieszczęście i masowa histeria mogą spowodować kolektywną utratę rozumu. Po kolei.

Jest późny wieczór 10 kwietnia 1991. Godzina 22.20. Całe Włochy przed telewizorami: w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów AC Milan walczy z FC Barcelona. Prom pasażersko-towarowy Moby Prince odbija od nadbrzeża w Livorno. Port przeznaczenia: Olbia na Sardynii. Niewiele minut później prom stoi w płomieniach. Prawdopodobnie po kolizji ze stojącym na redzie, wypełnionym kuwejcką ropą tankowcem Agip Abruzzo. Prawdopodobnie, bo kapitan tego ostatniego jest przekonany, że jego statek kolidował z portową barką. Z uszkodzonego tankowca tryska ropa zamieniając zatokę w morze płomieni. Wysłany przez telegrafistę promu sygnał o pomoc zostaje zignorowany. W końcu zostaje wysłana pomoc, ale los (a może niekompetencja odpowiedzialnych) chce, że nie tym, którzy jej potrzebują. Ze 141 pasażerów uratuje się jeden członek załogi, życie zawdzięcza nałogowi, wyszedł na papierosa na pokład. Mimo jego zapewnień, że we wnętrzu ogarniętej pożarem jednostki załoga i pasażerowie oczekują na ratunek, nie zostają podjęte stosowne środki. Później sekcja wykaże, że większość ofiar się udusiła nie doczekawszy pomocy.

Prawdziwy dramat rozpocznie się później i trwa do dzisiaj. Obradujące bezustannie coraz to nowe komisje, których zadaniem jest wyjaśnienie przyczyn katastrofy, oskarżane są o ukrywanie prawdy, korupcję, współpracę ze światem przestępczym, obcymi wywiadami i w zasadzie wszystkimi wrogimi siłami z wyjątkiem może Marsjan. Niewyjaśniona pozostaje rola jaką w katastrofie odgrywała (oskarżona zaraz pierwszego dnia) gęsta mgła. Mgła, jak widać na amatorskich filmach, jeśli się pojawiła, to natychmiast tajemniczo znikła. Nikt nie potrafi sobie wytłumaczyć, dlaczego zainstalowane na promie nowoczesne systemy ostrzegania przed kolizją nie zadziałały. Co kilka miesięcy formułowane są nowe teorie spiskowe, próbujący zbić polityczny kapitał politycy opozycji, (niektóre) media i rodziny ofiar tworzą zgrany zespół nakręcając spiralę podejrzliwości, paranoi i strachu. Wciąż pojawiają się nowi świadkowie z nowymi rewelacjami ,które okazują się być niemożliwe do udowodnienia. Podejrzenia kierują się w stronę mafii, terrorystów, włoskiego ministerstwa spraw wewnętrznych oraz amerykańskich imperialistów usiłujących zatuszować (niewątpliwy zdaniem formułujących podejrzenia) udział wojskowych okrętów amerykańskich stacjonujących wówczas w Livorno. Przepychanki dotyczące sposobu upamiętnienia ofiar zakłócają okres żałoby. Rodziny ofiar i zwolennicy teorii spiskowych tworzą Ruch 10 Kwietnia, organizacja jest aktywna do dzisiaj i tłumaczy konieczność swego istnienia brakiem suwerennego włoskiego państwa, bo tylko takie mogłoby być zainteresowane wyjaśnieniem prawdziwych przyczyn narodowej tragedii.

Rozgrywany 10 kwietnia 1991 roku mecz piłkarski został (ku utrapieniu włoskich kibiców) wygrany przez FC Barcelona. Wynik 3:2. Trywialne, ale wysoce prawdopodobne wyjaśnienie, że do tragedii doszło ponieważ wszyscy (odpowiedzialni za to za co byli odpowiedzialni) wpatrywali się zamiast w instrumenty w ekran telewizora zostało w międzyczasie nieomal powszechnie, aczkolwiek bez medialnego cyrku, zaakceptowane. Nieomal, ponieważ Assoziacione 10 Aprile nadal walczy o prawdę. Front jest szeroki, coraz szerszy, od Twittera, poprzez Youtube po Facebook. Zainteresowani nie tracą nadziei przekonani, że świat nadal czeka na wyjaśnienie okoliczności spisku i przyczyn zbrodni.

Nie bez skutku. Strona na fejsbooku ma już 194 fanów, a pod zamieszczonym na Youtube.com filmikiem pojawił się ostatnio jeden nowy komentarz.

Jest tylko jeden taki hymn.

Kwiecień 6, 2011

National Anthem hymn or song expressing patriotic sentiment and either governmentally authorized as an official national hymn or holding that position in popular feeling.  (…) The sentiments of national anthems vary, from prayers for the monarch to allusions to nationally important battles or uprisings.

Encyclopedia Britannica

Jest tylko jeden taki hymn. Tylko jeden.

Rozmaite narody (Narody) mają rozmaite hymny (państwowe). Czasem dłuższe, czasem krótsze. Czasem z kilkoma tekstami w różnych językach, czasem z (jednym) tekstem w różnych językach. Poważnie: co linijka to inny język. Czasem nawet zupełnie bez tekstu. Analiza porównawcza tekstów hymnów państwowych doprowadza analizującego do prostej konkluzji: narody się przeważnie chwalą. Ich (tych narodów) mężczyźni są najodważniejsi, kobiety najpiękniejsze, przyroda najbujniejsza, lub dla odmiany najsurowsza. Jak kraj duży – to potężny i zwycięski, jak mały i niezwycięski, to przynajmniej dzielny. Umiłowanie wolności jest powszechne, przewyższa je tylko czasami eksplozja uczuć śpiewających (intonujących) do ukochanej ojczyzny (ogólnie) i/lub rodziny panującej (w szczególności). Trudno się temu dziwić, bo władca pełen dobroci i mądrości, sprawiedliwość panuje że aż strach, a kraj ojczysty najcudniejszy ze wszystkich. Wszystko w nim jest naj, jak również ach i och: kolor nieba, zapach chleba lub tamaryszku, barwy czterech pór roku, wody rzek i strumieni, jak również śnieg na górskich wierzchołkach. Albo stokach. Najbielszy. Oprócz tego, że wszystko jest naj, jest również dobrze. Przeważnie jest już tak dobrze, że zasadniczo nie może być lepiej. Bo gdyby było to możliwe, to u śpiewających mogłoby się ewentualnie pojawić zupełnie nieprawomyślne pytanie, dlaczego tak nie jest. Ale ponieważ (z reguły) lepiej być już nie może, to się nie pojawia i patriotyzm (ukochana ojczyzna) nie cierpi.

Jakże odmienna, wyjątkowa jest wymowa naszego hymnu. I ile o nas mówi. Przede wszystkim, gdy inne narody wychwalają pod niebiosa swoje podwórko, my cieszymy się, że w ogóle mamy szansę, na to by coś mieć. Gdy inni sławią i dają upust radości, my – z niewiarygodnym ładunkiem emfatycznego minimalizmu – zapewniamy samych siebie, że nasza ojczyzna jeszcze nie zginęła. Jeszcze nie. Jeszcze nam się nie udało, ale na pewno się uda. Na pewno. W końcu dał nam przykład gość, któremu też się (ostatecznie) nic nie udało, jak zwyciężać mamy. Ale nie zagłębiajmy się tutaj w drobiazgi, zarówno treść, jak i forma zawierają wiele interesujących szczegółów i zasługują na osobne pochylenie się. To ważny i pełen zawirowań temat. Teza robocza jest taka, że tekst i jego wymowa nie pozostają bez związku z charakterem narodowym, o ile takowy istnieje. Czy można wyobrazić sobie – powiedzmy – Francuza, który cieszy się, że Francja jeszcze nie zginęła?

Hymn jest hymnem od 1927 roku. I niezależnie od tego, co sobie pomyślą inni i czy sobie pomyślą – nas wzrusza. Co jest ważne i nie wymaga dalszych komentarzy, które mogłyby niechcący celowo zostać zrozumiane opacznie.

Przed 1927 rokiem hymnu nie było, a w zasadzie był hymn zastępczy pt. „Rota“. O mało co stałby się hymnem właściwym. To też był ciekawy utwór. Zajmował się szczegółowo tym czego nie mamy zamiaru robić (nie rzucim ziemi), na co nie wyrazimy zgody (nie damy pogrześć mowy, nie damy by nas zniemczył wróg), jak również wyjaśniał czego nie życzymy sobie ze strony sąsiadów w stosunku do nas (nie będzie Niemiec pluł nam w twarz) i naszych dzieci (i dzieci nam germanił). Utwór pozostawia otwartą kwestię czego mamy zamiar dokonać, na co zgodę wyrażamy, oraz czego sobie ze strony sąsiadów życzymy. Gdy trzeba w końcu przejść do działań konkretnych, tekst utworu sceduje odpowiedzialność za takowe na istotę wyższą (tak nam dopomóż Bóg).

Aby nie było żadnych wątpliwości kto ma się wreszcie wykazać i zabrać do roboty, wezwanie to zostaje powtórzone wielokrotnie i z odpowiednim naciskiem.

Polka wszech czasów (1)

Marzec 7, 2011

Lubimy różne (przepraszam za słowo) rankingi i to jest w zasadzie dobre, a czasem nawet doskonałe. Ludzie lubią wiedzieć kto jest najważniejszy, kto mniej ważny, a może nawet zupełnie nieważny. To nikomu to nie szkodzi, co znów jest sytuacją sympatyczną, a czasem  nawet pożądaną.  Dyrekcja Muzeum Historii Polski połączyła swe siły z redakcją czasopisma „Mówią Wieki” i wezwała naród do zbiorowego wysiłku w celu  stworzenia kolektywnymi siłami rankingu najwybitniejszych rodaczek. Ponieważ vox populi sam z siebie mógłby wybrać nie wiadomo kogo i potem byłby wstyd, szacowna dyrekcja Muzeum Historii Polski (w budowie) w połączeniu z redakcją   czasopisma, w którym jako pacholę czytałem, że w Biskupinie rozbrzmiewała (na przekór niemieckiemu okupantowi) już w czasach epoki brązu mowa prasłowiańska, czyli w zasadzie polska  (do dzisiaj nie przeprosili), otóż ta dyrekcja na spółkę z redakcją  postanowiły narodowi podszepnąć. Lista 14 (słownie: czternastu) nominowanych przez dyrekcję nieistniejącego jeszcze muzeum i redakcję wspomnianego powyżej czasopisma  kandydatek, prezentuje się imponująco. Najciekawiej jednak (bo mówi dużo o naszym pojmowaniu historii i roli kobiety w tejże)  prezentuje się zestaw umieszczonych na liście czterech żeńskich głów koronowanych.   Wymieniamy w kolejności chronologicznej (aby niczego, nikomu tylko nie sugerować):

  1. Dubravka von Boehmen. A w zasadzie (po mężu) Dubravka von Merseburg. Rozwódka, albo bigamistka. Nazwana w XIX wieku przez polskich historyków  Dąbrówką. Córka bratobójcy Bolesława I Okrutnego (Czecha) i niejakiej Biagoty (najprawdopodobniej Bułgarki). Nie wiadomo kiedy się urodziła. Nie wiadomo, czy mówiła po polsku. Dzięki kronikom Thietmara von Merseburg wiadomo jednak, że (jako żona markgrafa Gunthera von Merseburg i rodzona matka jego następcy Ekkharda von Meissen, a zdaniem co poniektórych również niejakiego Gunzelina) mówiła doskonale po niemiecku. Chętnie zawierzylibyśmy w tej kwestii innym współczesnym źródłom, ale takich nie ma. Chyba, że ( w drodze wyjątku) za współczesne źródło uznamy Oswalda Balzera, który posługując się patriotyzmem i intuicją stwierdził w 1895 roku, że było całkiem inaczej i musi wyjść na nasze, bo jakże to tak, żeby Mieszko brał używaną żonę z niemiecką rodziną. Ponieważ jednak dobre chęci nie mają mocy sprawczej, pozostał Balzer w swym przeświadczeniu (w wymiarze europejskim) wprawdzie często cytowany, ale nader samotny. Zupełnie nie wiadomo w jakich okolicznościach Dubravka przestała być niemiecką margrafinią i stała się małżonką wojowniczego pogańskiego księcia  o spornym pochodzeniu (Piastowie zostali wymyśleni jako prastara dynastia dopiero w XII. wieku  przez nadwornego bajarza Gala Anonima). Spędziła w Polsce ponoć  ostatnie 11 lat życia. Przypisuje się jej ufundowanie trzech  kościołów w Wielkopolsce, ale lepiej nie powtarzać tej plotki, gdy w pobliżu znajdują się jacyś archeolodzy. W XIX wieku co rusz  ktoś odkrywał  jej miejsce ostatniego spoczynku z takim skutkiem, że pozostaje ono po dziś dzień nieznane. W zasadzie – jak widać –  same sprzeczne informacje. Z jednym wyjątkiem: historycy są obecnie zgodni, że nie odegrała żadnej znaczącej roli w chrystianizacji  gnieźnieńskiego księstwa Polan (Polski, a zatem również Polek, jeszcze wówczas nie było).
  2. Hedwig D’Anjou. Obecnie,  od około 150 lat  znana jako Jadwiga Andegaweńska, a (od paru lat) nawet święta . Chociaż szczerze mówiąc –  raczej święta nie była, a jak się dobrze przypatrzyć, to zbyt polska też raczej nie. Chyba, że zrównamy religijność z dewocją i uznamy boczną linię Kapetyngów za Polaków, a D’Anjou za prastare polskie nazwisko. W każdym razie też najprawdopodobniej bigamistka. Nie ma (poza legendami) żadnego dowodu na to, że wychowana w Budzie i Wiedniu córka Bośniaczki i Francuza, była oblubienica niejakiego Wilhelma Habsburga, nauczyła się kiedykolwiek  polskiego. No, chyba że pomógł jej w tym litewski małżonek. Zapewne uczyli się razem, szkoda, że nie było wówczas jeszcze możliwości zapisu dźwięku.  W Polsce spędziła parę lat, zmarła młodo i bezpotomnie.
  3. Bona Sforza D’Aragona – tu już nie ma najmniejszej wątpliwości: zarówno po matce, jak i po ojcu czystej krwi Włoszka.  Tytularna księżniczka Bari i Rossano. Większość życia spędziła na dworze włoskim, który dla jej wygody zainstalowano w Krakowie. Znała się na finansach koronnych i przyczyniła się do ich uporządkowania, co samo w sobie nakazuje poważnie wątpić w jej polskość. Z synem rozmawiała po włosku. Prawdopodobnie otruła synową, z pewnością przyzwyczaiła mieszkańców  Rzeczpospolitej do używania Włoszczyzny zamiast Suppengemüse.
  4. Marie Louise de la Grange Casimire of Arquien, zwana przez potomnych figlarnie Marysieńką Sobieską.  Córka francuskiego markiza i francuskiej markizy. (W sumie) siedemnastokrotna matka. Większość dzieci zmarła. Wdowa po Janie Sobiepanie Zamojskim. Następnie, przez 22 lata, żona polskiego monarchy. Pisała do męża listy po francusku, ten zaś odpowiadał (przeważnie) po polsku. Dzieci wychowała na dobrych, francuskich, bądź niemieckich patriotów. Kto nie wierzy, niech sprawdzi we francuskiej lub niemieckiej encyklopedii pod hasłami Jacques Louis Henri Sobieski oraz Thérèse Cunégonde Sobieski. Po śmierci męża pakuje kufry i przenosi się z powrotem do ojczyzny, gdzie latami bezskutecznie zabiega o łaski Ludwika XIV. Ten zaś, ze swej strony, nazywał ją odstręczającą, natrętną babą i wydał surowy zakaz  wpuszczania jej na pokoje w Wersalu, ba, nie wolno było jej nawet zbliżyć się do stolicy. Zmarła w Blois  po zabiegu płukania żołądka. Tam też została pochowana, przynajmniej do czasu, gdy 15 lat później niejaki Philippe Dupont dokonał potajemnej ekshumacji i wysłał szczątki do Polski.

Tak to mniej więcej wygląda. Ciekawe kandydatury na stanowisko Polki wszech czasów, nieprawdaż?  Niezależnie od tego kto i co wygra, wygra na tym nasza zbiorowa opinia. Ten, kto po tym plebiscycie zacznie rozprawiać o „polskiej ksenofobii” wyjdzie z całą pewnością na idiotę.

Odwagi!

Listopad 1, 2010

Dzień Zmarłych jest świętem pożytecznym i pouczającym. Obserwacja przedziwnych rytuałów, niejednokrotnie jawiących się nam, na pierwszy rzut oka, jako absurdalne lub odstręczające, pozwala zastanowić się nad kondycją umysłową i emocjonalną żywych. Zarówno obserwowanych, jak i obserwujących. Dzisiaj: Famadihana, czyli dzień zmarłych bez zgniłych kompromisów. Nie, nie u nas.

Famadihana jest wynalazkiem malgaskim. Kościół Rzymsko-Katolicki, w przeciwieństwie do wybrzydzających jak zawsze duchownych protestanckich, może nie w pełni popiera, ale na pewno toleruje, a nawet wyraźnie sympatyzuje. Mimo swej niewątpliwie pozytywnej wymowy i radosnego charakteru, malgaski obyczaj czczenia zmarłych jakoś się dotąd – poza Madagaskarem –  nigdzie nie upowszechnił. A szkoda. O ileż bardziej pogodne i pełne niezapomnianych wrażeń dla dorosłych i dzieci byłoby nasze, z roku na rok coraz bardziej upodabniające się do meksykańskiego, skomercjalizowanego ” Dia de los muertos” święto, gdybyśmy potrafili przełamać nieuzasadnione opory i otworzyć się na świeży powiew dalekich i egzotycznych kultur. Czego chłop nie zna, nie je. Mamy szansę to zmienić. Alors, on y va.

Nieuniknione dygresje

Przypatrzmy się wpierw, jak emocjonalnie ubogi jest nasz (polsko-katolicki i trochę – co tu ukrywać – pogański) sposób świętowania. Nasi zmarli spoczywają w miejscach odosobnionych, wyrzuceni poza nawias naszej codzienności – co pozwala na luksus usunięcia ich z naszej aktywnej (nieokazjonalnej) pamięci. Zamurowani w kryptach, przywaleni granitowymi lub betonowymi płytami, spoczywają umieszczeni raz na zawsze (czyli na okres wynikający z wysokości uiszczonej opłaty) w miejscu odosobnienia, w miejscu będącym egzemplifikacją zinstytucjonalizowanej codziennej niepamięci, przydając się nam, tak naprawdę, jedynie raz do roku. Wówczas to dochodzi do symultanicznego aktu masowej ekspiacji, manifestującej się w nabywaniu rozmaitych, zmarłym do niczego nie potrzebnych roślin i przedmiotów, a następnie umieszczania tychże, w sposób doskonale widoczny dla czujnej konkurencji (nieodżałowany mąż, teść ojciec, dziadek, pradziadek i magister z lewej, niezapomniany mąż, ojciec i dyrektor z prawej), na uprzednio odpowiednio wypucowanej mogiłce…(Niech się Jóźwiakowa martwi gdzie w przyszłym roku dostanie sztuczniejsze wieńcokwiaty i większe znicze, moje są pozłacane i wielkości wiadra, większych nie dostanie. A jak dostanie, to ja szklane zalewane, długopalne postawię. Albo gipsowe w kształcie anioła w kapliczce. Albo nawet szklane, duże w obudowie z estetycznego tworzywa)

Ale niepotrzebnie zbaczamy, wszyscy w końcu wiemy jak jest. Jest nieładnie. Z braku rozsądnych alternatyw większość z nas bierze raz do roku roku udział w powszechnym, żenującym spektaklu rozpasanej, stadnej komercji. Najczęściej aby nie sprawić bólu bliskim (przy czym bliscy nie chcą sprawić przykrości nam) i ufając w skrytości ducha, że ziarenko niesionej przez nas na cmentarz pamięci usprawiedliwia i tłumaczy udział w masowej orgii ekshibicjonistycznego kiczu.  A można przecież inaczej. Alternatywy są. I należy im się (bo dlaczego nie?)  uważnie przyjrzeć.

Koniec nieuniknionych dygresji

A zatem famadihana, już sama nazwa brzmi poetycko poszumem egzotycznego morza w przyłożonej do ucha muszli. Opis tego uroczego i głęboko ludzkiego obyczaju należy rozpocząć od tego, że famadihana, w przeciwieństwie do Dnia Zmarłych, zmarłych z rytuału nie wyklucza. Wręcz przeciwnie. Podobnie jak my, Malgasowie udają się gromadnie na cmentarz, na tym jednak podobieństwa się kończą. Zamiast bowiem ograniczyć się do odwiedzin zmarłych w miejscu ich spoczynku (i ewentualnego szybkiego opuszczenia miejsca odwiedzin, gdy już jest po ptakach), licznie zgromadzeni krewni wygrzebują swych zmarłych z mogił (wygrzebywanie powierza się tradycyjnie już młodym, krzepkim mężczyznom), aby następnie, w radosnym i cudacznym korowodzie, w rytm pogodnej, tanecznej muzyki zanieść szczątki doczesne do domu, gdzie już czekają suto zastawiony stół, napoje i najzwyczajniej dobry biesiadny nastrój.

Odgrzebywanie zwłok ukochanych osób połączone jest, szczególnie w pierwszych latach po pochówku, z drobnymi trudnościami natury technicznej, te jednak zostają przez kochających krewnych pokonane z godną pozazdroszczenia pogodą ducha. I tak na przykład nieocenioną pomocą są kolorowe całuny i nieprzemakalne płachty i maty trzymające doczesne szczątki w poręcznym tłumoku, tak że nie trzeba się obawiać, że poszczególne części najbliższej osoby zagubią się w trakcie tanecznej procesji lub się, nie daj Bóg, ze sobą pomieszają. Po przyniesieniu ukochanych krewnych do domu, rozpoczyna się właściwa uroczystość, ukochane zwłoki otrzymują nowy, czysty całun i sadzane są przy stole, tak aby mogły wziąć udział w niekończącej się i pełnej toastów i radosnych pieśni biesiadzie. W zależności od stopnia zamożności rodziny, uroczystość trwa od dwóch dni do tygodnia. Pląsom i śpiewom nie ma końca, zwłoki naturalnie też tańczą przy wydatnej pomocy rozbawionych biesiadników. Gdy jadło i napoje się wreszcie skończą, a szacowni zmarli – wyściskani za wszystkie czasy – znają już wszystkie najnowsze plotki z życia żywych, radosny korowód udaje się z powrotem na cmentarz. Tam dochodzi do ponownego pochówku pełnego melancholijnej pogody ducha – w końcu żegnamy się z najbliższymi jedynie do następnego razu.

Pierwszym Europejczykiem, który opisał famadihanę był Émile Durkheim. (Les formes élémentaires de la vie religieuse.Félix Alcan, Paris 1912). Lektura warta polecenia. Ten Durkheim to postać naprawdę fascynująca. Ale o tym może kiedy indziej. Zrobiło się późno. Spokojnej nocy i pogodnych snów. Dobranoc.

Trochę do poczytania i pooglądania (ładny reportaż) tutaj

%d blogerów lubi to: