Pan Kotek nie miał powodów do śmiechu. Pan Kotek był chory i leżał w łóżeczku. I przyszedł pan Doktor i nic nie powiedział, tylko pokiwał głową i znów sobie poszedł, bo miał dużo innych ważnych, nie cierpiących zwłoki zajęć. Choroba kotka pasowała do nich jak pięść do nosa. Poza tym pan Doktor podejrzewał, że pan Kotek – podobnie jak większość jego pacjentów – jest symulantem. Niskie mniemanie o pacjencie, jak również ugruntowane przekonanie o błahości jego schorzeń nie przeszkadzało mu jednak domagać się stosownego honorarium.

Pan Kotek (ze swojej strony) uważał pana Doktora za leniwego hochsztaplera. Gdy o nim opowiadał krewnym bądź znajomym, używał przeważnie sformułowania “ten zachłanny felczer”. Było to najłagodniejsze z wszystkich używanych przez pana Kotka sformułowań, innych nie przytoczymy – bo i po co.
Poza tym pan Kotek, nasłuchawszy się opowiastek, że praca pana Doktora nie jest pracą, lecz służbą, uważał że mu się należy. Jest chyba zbytecznym nadmieniać, że pan Doktor nie podzielał tego zdumiewająco naiwnego poglądu.

I tak sobie koegzystowali: pan Kotek wieszał psy na panu Doktorze, ten zaś rewanżował się niską jakością świadczonych usług przy jednoczesnym wygórowanym mniemaniu dotyczącym ich wartości. I żyli by sobie długo i szczęśliwie gdyby pan Doktor nie zmarł nagle na zawał serca. Co dla pana Kotka -bądźmy szczerzy – było rodzajem afrontu.

Obecnie pan Kotek żyje w stanie nieustannego dyskomfortu, a czasem nawet strachu. Negatywne emocje wynikają z faktu, że na wypadek ponownego pojawienia się dolegliwości, nie będzie miał na kogo narzekać.

Drogie dziatki, pamiętajcie: jeśli (w przyszłości) usłyszycie propozycję wzięcia udziału w poważnej dyskusji na temat roli służby zdrowia, jakości jej świadczeń, sprawiedliwości lub niesprawiedliwości systemu ubezpieczeń zdrowotnych, knowań lobby farmaceutycznego,
tego co pomaga, a co nie pomaga na to i owo – nie strońcie od trudnych tematów. Pamiętając, że jeszcze nigdy i nigdzie nie wynaleziono systemu, który zadowoliłby tych, których on dotyczy.

Reklamy

Zdolność uczenia się

Kwiecień 19, 2011

Kanonik Vaubain, przeświadczony o trywialnej znikomości wszelkich wyścigów i konkursów, budzi się pewnego dnia z niemiłym uczuciem, że być może jego stosunek do współzawodnictwa jest nie tyle wynikiem skromności, co objawem braku pokory. Kiełkująca w głębi kanonika chęć zmiany nie jest wprawdzie jeszcze równoznaczna z decyzją, ale nie od razu zbudowano i tak dalej. Po dogłębnym namyśle postanawia wreszcie wziąć udział w konkursie ogrodniczym. Przedsięwzięcie, ku rozczarowaniu kanonika, kończy się fiaskiem, mimo że zaprezentowane przezeń drzewko bonsai było (zdecydowanie) największe ze wszystkich.

Myszkin, wiedziony współczuciem, grzebie długo w czeluściach biblioteczki. Szukajcie, a znajdziecie. Wreszcie wyłania się z chmury kurzu z pożółkłym egzemplarzem, którego stronę tytułową zdobią słowa „Małe jest piękne“ i brzmiące z niemiecka nazwisko. Przekazanie podarunku wraz z nieodzownymi słowami otuchy i porady jest czystą formalnością. Vaubain zagłębia się w lekturze pism Schumachera i doznaje iluminacji. Mądrej głowie dość dwa słowie.

W następną niedzielę, odświętnie odziany Vaubain dumnie kroczy chodnikiem w towarzystwie niewielkiego, no bądźmy szczerzy, małego psa. Kroczy to za mało powiedziane, Vaubain najwidoczniej zmierza szybując nad powierzchnią chodnika w przeczuciu nieuniknionego triumfu. Myszkin, przypomniawszy sobie, że w mieście odbywa się akurat wystawa dogów niemieckich, postanawia nie dostrzec ukłonu i przejść na drugą stronę ulicy przyśpieszając zarazem kroku.

—–

Znalezione w tej samej szufladzie co to, to, to i to.

Koń Teilharda de Chardin

Kwiecień 15, 2011

„Jeździec jaki jest, każdy widzi”.
(Podobno) koń Benedykta Chmielowskiego
„Nieważne, na co się patrzy. Ważne, skąd się patrzy“
(Podobno) Teilhard de Chardin

Jeśli zawierzyć pamięci i poczynionym niegdyś notatkom, autorem powyższego zdania był Pierre Teilhard de Chardin, mistyk, wizjoner i jezuita. Między innymi. Nie o to jednak chodzi, nie o nim będzie. Chociaż z drugiej strony szkoda, bo mogło by być. A może nawet powinno. Helas. Może kiedy indziej. Będzie o narracji. Narracja stała się ostanimi czasy słowem-kluczem w roztrzęsionych rączkach posiadaczy poglądów słuszniejszych, bo własnych. Wiosłem, kompasem i piórkiem. Wskoczmy zatem do tego tramwaju. En avant.

Będąc koniem i doceniając dobrodziejstwo naszej pamięci, pozbawiony jestem brzemienia wszelkiej wątpliwości. Pragnienie prawdy musi wystarczyć. Opowiem jak było i jak jest. Proszę mi wybaczyć, jeśli w dążeniu do celu pominę szereg powszechnie znanych faktów. Cel uświęca, uproszczenie pomaga. A zatem: en avant. Galopem.

Redukcja historii do pięciu tysięcy lat rzezi koni i ludzi, uwłacza koniom. My konie, byliśmy na długo przed Hetytami i Asyryjczykami, jesteśmy również dzisiaj i możemy dać świadectwo. O Hetytach i Asyryjczykach nie da się tego powiedzieć. Dzieje naszych pierwszych walk nie zachowały się, nic nie wiemy o pierwszych zwycięskich koniach. Wyłoniliśmy się z odmętów rewolucji neolitycznej, pierwszy udokumentowany triumf odnieśliśmy pod Megiddo. Pod Kaddesch walczyliśmy już w szyku i zaprzęgu. A potem nie odbyła się bez naszego udziału praktycznie żadna wielka bitwa.

Niezliczone są przykłady naszego męstwa i poświęcenia. Zwycięski w tylu bitwach Bucefał przemierzył cały antyczny świat zanim nie poległ pod Hedaspes. Godny podziwu wyczyn zważywszy, że przez cały czas siedział na jego grzbiecie jakiś niezrównoważony osobnik.
Pod Carrhae nasi partyjscy przodkowie roznieśli w puch legiony Krassusa. W średniowieczu założyliśmy pancerze, zakuci w żelazo szturmowaliśmy Jerozolimę. W wojnie trzydziestoletniej złożyliśmy daninę krwi walcząc o wiarę. Raz tę, raz inną, ale zawsze. I tak bez ustanku, aż po szarżę lekkiej brygady, podczas której polegliśmy pokotem okazując pogardę dla śmierci.

Szczególne są jednak zasługi konia polskiego (zwanego dalej Koniem Polskim). Zaczeliśmy pod Cedynią. To my, Konie Polskie, rozgromiliśmy niedobre konie krzyżackie pod Grunwaldem. W ciągu pierwszej minuty bitwy pod Kircholmem zginęło nas ponad 150. Pod Wiedniem przejechaliśmy się z furkotem skrzydeł po tureckich bachmatach. Jakże się to papieskiemu wierzchowcowi spodobało. Pod Somosierrą zyskaliśmy sobie wśród innych europejskich koni opinię wariatów, była to jednak potrzebna ofiara, w końcu chcieliśmy dotrzeć za przewodem wierzchowca, na którym siedział niejaki Dąbrowski, do ojczyzny i złączyć się z końmi cierpiącymi pod butem batem zaborcy. Co nam się zresztą udało. Na niepodległość trzeba było długo czekać; gdy w końcu nadeszła, trzeba było jej bronić do ostatniego wędzidła. Koń Polski pokazał zniewolonemu koniowi Budionnego do czego jest zdolny. To nie był żaden cud, to bezprzykładne bohaterstwo Konia Polskiego zmusiło do rejterady sowieckie wierzchowce.

Nie jest prawdą,  jakoby Polskie Konie były tak głupie, aby w czasie kampanii wrześniowej rzucać się na czołgi. Mogły być najwyżej odważne. Ot, zwykła legenda. Prawdą jest, że rola konia, a w szczególności Konia Polskiego, jest zwyczajowo niedoceniana.

Najwyższy czas aby coś z tym zrobić. I przy okazji wyjaśnić wreszcie, czy Teilhard de Chardin jeździł konno. Świat czeka na prawdę.

„La più grande tragedia del nostro paese“ – łkali jednym głosem politycy i dziennikarze. „Non dobbiamo mai dimenticare!“ – obiecywały nagłówki gazet, które ukazały się następnego dnia. Do dzisiaj nie wiadomo dokładnie jak doszło do katastrofy. Wiadomo jedynie, że nieszczęście i masowa histeria mogą spowodować kolektywną utratę rozumu. Po kolei.

Jest późny wieczór 10 kwietnia 1991. Godzina 22.20. Całe Włochy przed telewizorami: w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów AC Milan walczy z FC Barcelona. Prom pasażersko-towarowy Moby Prince odbija od nadbrzeża w Livorno. Port przeznaczenia: Olbia na Sardynii. Niewiele minut później prom stoi w płomieniach. Prawdopodobnie po kolizji ze stojącym na redzie, wypełnionym kuwejcką ropą tankowcem Agip Abruzzo. Prawdopodobnie, bo kapitan tego ostatniego jest przekonany, że jego statek kolidował z portową barką. Z uszkodzonego tankowca tryska ropa zamieniając zatokę w morze płomieni. Wysłany przez telegrafistę promu sygnał o pomoc zostaje zignorowany. W końcu zostaje wysłana pomoc, ale los (a może niekompetencja odpowiedzialnych) chce, że nie tym, którzy jej potrzebują. Ze 141 pasażerów uratuje się jeden członek załogi, życie zawdzięcza nałogowi, wyszedł na papierosa na pokład. Mimo jego zapewnień, że we wnętrzu ogarniętej pożarem jednostki załoga i pasażerowie oczekują na ratunek, nie zostają podjęte stosowne środki. Później sekcja wykaże, że większość ofiar się udusiła nie doczekawszy pomocy.

Prawdziwy dramat rozpocznie się później i trwa do dzisiaj. Obradujące bezustannie coraz to nowe komisje, których zadaniem jest wyjaśnienie przyczyn katastrofy, oskarżane są o ukrywanie prawdy, korupcję, współpracę ze światem przestępczym, obcymi wywiadami i w zasadzie wszystkimi wrogimi siłami z wyjątkiem może Marsjan. Niewyjaśniona pozostaje rola jaką w katastrofie odgrywała (oskarżona zaraz pierwszego dnia) gęsta mgła. Mgła, jak widać na amatorskich filmach, jeśli się pojawiła, to natychmiast tajemniczo znikła. Nikt nie potrafi sobie wytłumaczyć, dlaczego zainstalowane na promie nowoczesne systemy ostrzegania przed kolizją nie zadziałały. Co kilka miesięcy formułowane są nowe teorie spiskowe, próbujący zbić polityczny kapitał politycy opozycji, (niektóre) media i rodziny ofiar tworzą zgrany zespół nakręcając spiralę podejrzliwości, paranoi i strachu. Wciąż pojawiają się nowi świadkowie z nowymi rewelacjami ,które okazują się być niemożliwe do udowodnienia. Podejrzenia kierują się w stronę mafii, terrorystów, włoskiego ministerstwa spraw wewnętrznych oraz amerykańskich imperialistów usiłujących zatuszować (niewątpliwy zdaniem formułujących podejrzenia) udział wojskowych okrętów amerykańskich stacjonujących wówczas w Livorno. Przepychanki dotyczące sposobu upamiętnienia ofiar zakłócają okres żałoby. Rodziny ofiar i zwolennicy teorii spiskowych tworzą Ruch 10 Kwietnia, organizacja jest aktywna do dzisiaj i tłumaczy konieczność swego istnienia brakiem suwerennego włoskiego państwa, bo tylko takie mogłoby być zainteresowane wyjaśnieniem prawdziwych przyczyn narodowej tragedii.

Rozgrywany 10 kwietnia 1991 roku mecz piłkarski został (ku utrapieniu włoskich kibiców) wygrany przez FC Barcelona. Wynik 3:2. Trywialne, ale wysoce prawdopodobne wyjaśnienie, że do tragedii doszło ponieważ wszyscy (odpowiedzialni za to za co byli odpowiedzialni) wpatrywali się zamiast w instrumenty w ekran telewizora zostało w międzyczasie nieomal powszechnie, aczkolwiek bez medialnego cyrku, zaakceptowane. Nieomal, ponieważ Assoziacione 10 Aprile nadal walczy o prawdę. Front jest szeroki, coraz szerszy, od Twittera, poprzez Youtube po Facebook. Zainteresowani nie tracą nadziei przekonani, że świat nadal czeka na wyjaśnienie okoliczności spisku i przyczyn zbrodni.

Nie bez skutku. Strona na fejsbooku ma już 194 fanów, a pod zamieszczonym na Youtube.com filmikiem pojawił się ostatnio jeden nowy komentarz.

Jest tylko jeden taki hymn.

Kwiecień 6, 2011

National Anthem hymn or song expressing patriotic sentiment and either governmentally authorized as an official national hymn or holding that position in popular feeling.  (…) The sentiments of national anthems vary, from prayers for the monarch to allusions to nationally important battles or uprisings.

Encyclopedia Britannica

Jest tylko jeden taki hymn. Tylko jeden.

Rozmaite narody (Narody) mają rozmaite hymny (państwowe). Czasem dłuższe, czasem krótsze. Czasem z kilkoma tekstami w różnych językach, czasem z (jednym) tekstem w różnych językach. Poważnie: co linijka to inny język. Czasem nawet zupełnie bez tekstu. Analiza porównawcza tekstów hymnów państwowych doprowadza analizującego do prostej konkluzji: narody się przeważnie chwalą. Ich (tych narodów) mężczyźni są najodważniejsi, kobiety najpiękniejsze, przyroda najbujniejsza, lub dla odmiany najsurowsza. Jak kraj duży – to potężny i zwycięski, jak mały i niezwycięski, to przynajmniej dzielny. Umiłowanie wolności jest powszechne, przewyższa je tylko czasami eksplozja uczuć śpiewających (intonujących) do ukochanej ojczyzny (ogólnie) i/lub rodziny panującej (w szczególności). Trudno się temu dziwić, bo władca pełen dobroci i mądrości, sprawiedliwość panuje że aż strach, a kraj ojczysty najcudniejszy ze wszystkich. Wszystko w nim jest naj, jak również ach i och: kolor nieba, zapach chleba lub tamaryszku, barwy czterech pór roku, wody rzek i strumieni, jak również śnieg na górskich wierzchołkach. Albo stokach. Najbielszy. Oprócz tego, że wszystko jest naj, jest również dobrze. Przeważnie jest już tak dobrze, że zasadniczo nie może być lepiej. Bo gdyby było to możliwe, to u śpiewających mogłoby się ewentualnie pojawić zupełnie nieprawomyślne pytanie, dlaczego tak nie jest. Ale ponieważ (z reguły) lepiej być już nie może, to się nie pojawia i patriotyzm (ukochana ojczyzna) nie cierpi.

Jakże odmienna, wyjątkowa jest wymowa naszego hymnu. I ile o nas mówi. Przede wszystkim, gdy inne narody wychwalają pod niebiosa swoje podwórko, my cieszymy się, że w ogóle mamy szansę, na to by coś mieć. Gdy inni sławią i dają upust radości, my – z niewiarygodnym ładunkiem emfatycznego minimalizmu – zapewniamy samych siebie, że nasza ojczyzna jeszcze nie zginęła. Jeszcze nie. Jeszcze nam się nie udało, ale na pewno się uda. Na pewno. W końcu dał nam przykład gość, któremu też się (ostatecznie) nic nie udało, jak zwyciężać mamy. Ale nie zagłębiajmy się tutaj w drobiazgi, zarówno treść, jak i forma zawierają wiele interesujących szczegółów i zasługują na osobne pochylenie się. To ważny i pełen zawirowań temat. Teza robocza jest taka, że tekst i jego wymowa nie pozostają bez związku z charakterem narodowym, o ile takowy istnieje. Czy można wyobrazić sobie – powiedzmy – Francuza, który cieszy się, że Francja jeszcze nie zginęła?

Hymn jest hymnem od 1927 roku. I niezależnie od tego, co sobie pomyślą inni i czy sobie pomyślą – nas wzrusza. Co jest ważne i nie wymaga dalszych komentarzy, które mogłyby niechcący celowo zostać zrozumiane opacznie.

Przed 1927 rokiem hymnu nie było, a w zasadzie był hymn zastępczy pt. „Rota“. O mało co stałby się hymnem właściwym. To też był ciekawy utwór. Zajmował się szczegółowo tym czego nie mamy zamiaru robić (nie rzucim ziemi), na co nie wyrazimy zgody (nie damy pogrześć mowy, nie damy by nas zniemczył wróg), jak również wyjaśniał czego nie życzymy sobie ze strony sąsiadów w stosunku do nas (nie będzie Niemiec pluł nam w twarz) i naszych dzieci (i dzieci nam germanił). Utwór pozostawia otwartą kwestię czego mamy zamiar dokonać, na co zgodę wyrażamy, oraz czego sobie ze strony sąsiadów życzymy. Gdy trzeba w końcu przejść do działań konkretnych, tekst utworu sceduje odpowiedzialność za takowe na istotę wyższą (tak nam dopomóż Bóg).

Aby nie było żadnych wątpliwości kto ma się wreszcie wykazać i zabrać do roboty, wezwanie to zostaje powtórzone wielokrotnie i z odpowiednim naciskiem.

Winnetou i początki cynizmu.

Kwiecień 1, 2011

Kiedy Kropotkin, wówczas jeszcze całkiem mały, po raz pierwszy zobaczył Winnetou, nie wiedział jeszcze, że były francuski komandos, doświadczony w mordowaniu wieśniaków w Indochinach i strzelaniu do tłumu w Algerii pędzi na niemieckim koniu poprzez chorwacki krajobraz. W peruce. Winnetou pojawił się w życiu małego Kropotkina jeszcze dwa razy, aby wreszcie, osłaniając własną piersią sympatycznego, amerykańskiego alkoholika (z zamiłowaniem do bardzo małych dziewczynek), umrzeć bohaterską śmiercią w istniejącej jeszcze wówczas Jugosławii. Tego wieczoru, wstrząśnięty do głębi, mały Kropotkin płakał. Ale tak, aby nikt nie widział.

Wkrótce po tym tragicznym wydarzeniu Winnetou pojawił się na ekranie i w życiu małego Kropotkina ponownie. W kolejnym filmie. Jakby nigdy nic. Mały Kropotkin był wpierw wstrząśnięty, a potem ogarnął go niesmak. Jeszcze nie wiedział, że to co wówczas odczuwał, to początek cynizmu.

Ot, przypadek jakich wiele. Les illusiones perdues.

Potem nadeszły inne książki i inne filmy. Ale nigdy nie miało już być tak jak za pierwszym razem. Nigdy. Gdy Kropotkin przygotowywał się do matury, Old Shatterhand, który trzy dni wcześniej ukończył 54 lata, przewrócił się na rogu Lexington Avenue i 61 Ulicy, aby już nigdy nie powstać. Był osamotniony, zapomniany i zadłużony, a ponieważ nie miał przy sobie żadnego dowodu tożsamości, jego zwłoki wylądowały w kostnicy dla niezidentyfikowanych bezdomnych. Kropotkin, wówczas świeżo upieczony maturzysta, nawet się o tym nie dowiedział. Gdyby się dowiedział, specjalnie by go to pewnie nie poruszyło. Był już gdzie indziej.

Kilka lat później okazało się, że na rogu Lexington Avenue i 61 Ulicy nie ma nic ciekawego do zobaczenia. Jedynie kilka kroków od przytłaczającego luksusu 5th, Madison i Park Avenue, rzut beretem od Central Park – a zabudowa nieomal jak w Rzeszowie lub Kielcach.

Les illusiones perdues.  Nie, „Zamek“ Franza Kafki nie jest podręcznikiem ślusarstwa.

%d blogerów lubi to: