Wigilijny symbol komunistyczny

Grudzień 22, 2011

W związku z wywodzącymi się z określonych kręgów postulatami legislacyjnymi, których celem jest zwalczanie i ostateczne usunięcie z przestrzeni publicznej symboli, dzieci nie słuchajcie, komunistycznych, wychodzimy naprzeciw społecznemu zapotrzebowaniu i wskazujemy usłużnie palcem gdzie i od czego można, a nawet niewykluczone, że należy, zacząć. Sztuka bezinteresownej denuncjacji jest kunsztem trudnym i wymagającym ciągłego doskonalenia. Inaczej można wyjść z wprawy.

Błędne przeświadczenie, że karp wigilijny to niezbywalna część rodzimej, staropolskiej tradycji jest nader rozpowszechnione. Wigilia bez karpia jest dla ogółu rodaków niewyobrażalna. Odpowiedzialny za taki stan rzeczy jest syn niejakiego Oskara Minca i Stefanii de domo Fajersztajn, urodzony dawno temu, a zmarły w 1974 roku Hilary. Również Minc, a poza tym minister gospodarki w pierwszym rządzie Cyrankiewicza Józefa, desygnowany tamże z ramienia partii komunistycznej, nazywanej wówczas żartobliwie Polską i Robotniczą.

Hilary Minc, mimo rozlicznych, późniejszych prób przedstawiania go jako tępego aparatczyka był chyba jednak postacią ciekawą i pełną sprzeczności. Zagorzały komunista, ale z drugiej strony z francuskim, przedwojennym doktoratem z ekonomii. Zrobiony majorem w Dywizji Kościuszkowskiej, zdegradowany za posiadanie własnego zdania do stopnia szeregowca, znów dosługuje się stopnia majora. Współtwórca niesławnego Związku Patriotów Polskich i współautor Manifestu PKWN, ale trzymający się przez cały czas twardo i konsekwentnie tego, na czym się jako tako, przynajmniej nominalnie, znał: gospodarki. Twórca – jeden z ważniejszych – PZPR, partii, z której go później wyrzucono. Zadziwiająca postać. Czupurna. I z pomysłami.

Jednym z takich pomysłów Minca był Karp. Bezpośrednio po wojnie sytuacja zaopatrzenia ludu pracującego miast i wsi w ryby była, łagodnie mówiąc, niezadowalająca, a mówiąc dosadnie – katastrofalna. Katastrofa polegała na tym, że ryb nie było. To znaczy może były, ale na pewno nie tam gdzie trzeba, czyli w sklepach. Flotę rybacką okupant zniszczył, większość stawów rybnych pozostała za Bugiem i nie dała się, w przeciwieństwie do ludności, repatriować. Jest rok 1948 i na arenę dziejów wkracza Minister Hilary Minc z atrakcyjnym hasłem „karp na każdym polskim wigilijnym stole“. Plan jest, czegóż innego można się po komuniście spodziewać, przewrotny. Kopanie i zarybianie stawów odpowiadało duchowi epoki i władzy miłującej się w zrywach, czynach  i akcjach. Tworzenie Państwowych Gospodarstw Rybnych mieściło się w stylistyce uchodzącej za postępową kolektywizacji. Ponieważ ciągłe zaopatrzenie było poza zasięgiem możliwości, wypunktowana została w sposób kokieteryjny wigilijność karpia. „Rzucanego” w stanie żywym i nieprzerobionym na rynek i rozprowadzanego przez zakłady pracy. I tu jesteśmy świadkami narodzin przedziwnego, niespotykanego poza Polską masowego rytuału: męczenia pochodzącej z Chin ryby, która masowo (przed świętami) odławiana i transportowana w niekarpich warunkach, nabywana zostaje przez ludność gdy i kiedy się uda. A następnie niesiona do domu, najlepiej  w duszącej ją plastikowej torbie. Po przybyciu na miejsce zwierzę umieszczane zostaje w wannie, w której oczekuje na egzekucję. W wigilię (lub ewentualnie w przeddzień) pan domu wkracza do łazienki uzbrojony w tasak, szmatę i młotek i zamienia się na chwilę w oprawcę dzikiej zwierzyny. Płynie krew. Proszę mi wierzyć, karpie są może wszędzie, ale powyżej opisane rytuały są powszechne jedynie w Polsce. A wszystko przez tego Minca i bezgraniczną ludzką łatwowierność. No i może powojenną biedę.

Nie sposób twierdzić, że przed Mincem karpia w Polsce nie było. Był. Już Cystersi trzymali go w XIII wieku w przyklasztornych stawach. Pojawiał się też od czasu do czasu na pańskim stole, tyle że nie hodowlany, ale rzeczny karp dziki. Do Polski karp przylazł kulinarnie z południa, z Czech, pojawiając się w XIX wieku na mieszczańskich, galicyjskich stołach. Wpłynął też w tym samym czasie od strony Śląska. Nie rozpowszechnił się jednak specjalnie, a o tym, aby traktować go jako zbiorowy wigilijny obowiązek nie mogło nawet być mowy. I owszem, była na wigilię ryba, przeważnie śledzie. Czasem też, w zamożniejszym domu, sandacz lub szczupak. Sporadycznie, w południowej, rzadziej jeszcze w centralnej Polsce karp. Masowość i obligatoryjność karpia zainicjował dopiero ojciec gospodarki planowej i scentralizowanej – Hilary Minc. Polski Żyd i komunista przekonał prawdziwych Polaków, że wigilijne spożywanie jakże popularnej w żydowskiej tradycyjnej kuchni ryby jest najlepszym sposobem obchodzenia urodzin innego Żyda, co do którego też można mieć wątpliwości, czy był zadeklarowanym zwolennikiem wolnego rynku. Wystarczy tylko wspomnieć te wszystkie podejrzane pomysły z wypędzaniem przekupniów ze świątyni, potępianiem lichwy i pochwałą dzielenia dóbr doczesnych z bliźnim połączone z konsekwentnym niedostrzeganiem w nim tego, czym naprawdę jest, czyli konsumenta. W tym kontekście używany tak często i lekkomyślnie termin „żydokomuna“ nabiera ciekawych właściwości. A może nawet i jednoznacznego posmaku.

Jeśli powstanie komisja d.s. usuwania z przestrzeni publicznej symboli komunistycznych to powinna się koniecznie zająć w pierwszym rzędzie z pozoru wigilijnym, a w gruncie rzeczy komunistycznym, karpiem. Wesołych świąt.

Kryzys

Listopad 16, 2011

Głos w słuchawce był z jednej strony uprzejmy, z drugiej jednak, trochę jakby nieprzyjemny.
– Pan mi jest winien pieniądze – powiedział głos.
– Ach, kanonik Vaubain, jakże się cieszę – skłamał Myszkin. I dodał:
– Pamiętam, naturalnie, że pamiętam.
Kanonik Vaubain przypomniał Myszkinowi coś, o czym Myszkin co prawda wiedział, ale o czym jednocześnie wcale nie chciał pamiętać. W zaistniałej sytuacji najgłupsze było jednak to, że kanonik świetnie wiedział, że Myszkin nie chce pamiętać, a Myszkin wiedział, że kanonik wie.
Dalsza rozmowa nie potoczyła się wartko. I nie dotyczyła wynalazku Plauta.

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli

Listopad 10, 2011

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli.
Maurice Barrès; Scènes et doctrines du nationalisme.
 
Zakładając, że słowo może być źródłem twórczej energii (założenie, które jednak czasem budzi zrozumiałe wątpliwości), można powiedzieć, że słowa Barrèsa są w stanie zaspokoić jedynie najbardziej wulgarne apetyty. Wezwany do wyjaśnienia niektórych ze swych najbardziej znanych maksym, Maurice Barres nie jest w stanie dostarczyć żadnego poważnego argumentu na ich poparcie. (…) Nie, Barrès nie jest żałosnym idiotą, Barrès jest idiotą niebezpiecznym.
André Breton; L’Affaire Barrès (Littérature, sierpień 1921, nr. 20)

1.

Stojąc na rozdrożu, wybieramy (instynktownie i bez wahania) ścieżkę, którą swego czasu powędrował Breton z kolegami. Gdy formułował swój akt oskarżenia (pamfletowi nadana została forma sprawozdania z procesu pokazowego wytoczonego Barrèsowi w imię uczciwości, człowieczeństwa i zdrowego rozsądku), ostatnie z ofiar epidemii wieńczących Wojnę Światową dogorywały lub wrzucane były do masowych grobów z wapnem. Siedemnaście milionów mogił uczestników wielkiej rzezi nie zdążyło się pokryć gęstą trawą. Na ulicach europejskich stolic żebrali beznodzy inwalidzi wojenni, było ich więcej, o wiele więcej, niż skłonnych do obdarzenia ich datkami. Wojna Światowa nie posiadała jeszcze liczebnika porządkowego i wydawała się unikalnym i niepowtarzalnym nieporozumieniem, powtórka była, wobec panujących powszechnie nastrojów, niewyobrażalna. Barrès, uginający się pod ciężarem lat i wawrzynów, nie bronił się zbyt energicznie. Klimat był ku temu niesprzyjający. Na pożółkłych fotografiach ma wygląd zmęczonego starca, a przecież nie ukończył jeszcze 59 roku życia. Osiągnął wszystko, co można było wówczas jako „poeta i myśliciel narodowy“ osiągnąć. Dwa lata później umrze. Mimo że zarówno Malraux jak i Aragon (których przecież nie sposób podejrzewać o ideologiczne pokrewieństwo) wielokrotnie jeszcze zaświadczą, że to „na nim“ uczyli się pisać, wiatr zawieje miałkim piaskiem zapomnienia płytę nagrobną ufundowaną w zbiorowej pamięci; nie pozostanie nic, nawet początkowo ogromiaste hasło w encyklopedii skurczy się do kilku linijek.

2.

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli. Fałsz i tani patos są dziś w ojczyźnie Barrèsa (przeważnie) wyczuwalne z oddali i (również przeważnie) bez trudu identyfikowane jako zgniły trupi odór wydobywający się spod powierzchni frazesu. Podobnie zresztą w Niemczech. Po „Blut und Boden“ nie pozostało nic, jeśli nie liczyć samizdatów autorstwa bezrobotnych skinheadów z Dupiejewa. I chociaż zarówno Barrès z kolegami, jak i niemieccy piewcy nacjonalizmu planowali odwieczne rzucanie się sobie do gardła jako konieczność dziejową, to jakoś nic z tej odwieczności nie wyszło. Zupełnie nic. Ludzie otrzeźwieli z amoku i przestali być narodami przez duże G z wbudowanym  imperatywem walki, czyli rzucania się do tętnicy szyjnej sąsiada.

3.

Podejrzenie, że w dzisiejszej Polsce sytuacja przedstawia się niestety zupełnie odmiennie, zamienia się w pewność, gdy zbliża się 11 listopada, Święto Wielkiej Redukcji mające być – w zamierzeniu co poniektórych –  zwycięstwem Barrèsa i jemu podobnych zza grobu. Z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem można założyć, że barresowski frazes nie spotkałby się z protestem (jakże chętnie) maszerujących uczestników, ani stojących przy krawężniku przypadkowych świadków. Nie tylko nie dostrzegli by w nim niczego niestosownego, lecz najprawdopodobniej uważali by powyższe słowa za własne. Nasze, polskie. Patriotyczne. Potrzebne. Godne powtarzania i podziwu. Przy okazji i zupełnie bez związku pragniemy przypomnieć, że marsze nacjonalistów miały w popierwszowojennej Europie koniunkturę. W jednym z bardziej znanych, Marszu na Rzym, wzięło udział 30 000 uczestników. Chodziło o miłość do ojczyzny, danie oporu lewactwu, zrobienie porządku i takie podobne sprawy. Wystarczyło 30 000 cudacznie poprzebieranych w fantazyjne mundurki miłośników maszerowania, aby, przy bierności ogółu, sprowadzić na spory europejski kraj i jego mieszkańców niewyobrażalne nieszczęście. To niepojęte, że kilkadziesiąt lat po tych wydarzeniach, znów pojawiają  się (lub wierzą, że trzeba się pojawić)  zwolennicy wyrażania uczuć do ojczyzny krokiem marszowym.  Co rozumieją pod pojęciem ojczyzny, wydaje się przy tym, na pierwszy rzut oka,  drugorzędne

4.

Gdy przyjrzymy się uważniej, okazuje się, że dostrzeżona powyżej drugorzędność nie jest wcale oczywista. Pomiędzy pojmowaniem ojczyzny jako sumy szczątków ludzkich i terytorium, na którym zostały pogrzebane, a pochwałą (jako jedynego, możliwego do zaakceptowania wariantu) delikatnej tkanki języka, kultury i obyczajów, w którą wpleceni są ci, którzy są nam z różnych, nie tylko plemiennych powodów bliscy, rozciąga się szeroki pas możliwej do zagospodarowania ziemi niczyjej.

5.

Redukcja święta narodowego, które może i powinno być wydarzeniem pogodnym i radosnym, do ponurego taplania się we krwi, trupim zaduchu i błocie pól bitewnych cofa nas – jako ogół – o dokładnie 100 lat. W nieciekawe czasy poprzedzające Wojnę Światową numer jeden. W ten sam sposób pojmowania patriotyzmu jako bogoojczyźnianego szczękościsku skierowanego przeciw desygnowanemu obcemu. Wrogowi, który nas krzywdził i będzie krzywdził. Ale my się nie damy, my się odpłacimy, bo my wiemy, że Ojczyzna to Ziemia i Zmarli. Nacjonalizm w postaci dziewiczej, toczka w toczkę zmartwychwstały Barrès.

6.

Maszerujący, podążając za typowym dla reprezentowanych środowisk odruchem, już zidentyfikowali potencjalnych i rzeczywistych przeciwników tzw. marszu niepodległości jako skrajną lewicę. Zidentyfikowani rewanżują się – również odruchowo – nazywając anachronistyczny  zaduch faszyzmem. Swoją drogą ciekawe, co by dzisiaj zrobił André Breton. I do jakiego stopnia jest uzasadnione zapożyczenie użytego przez niego w stosunku do patrioty Barrèsa określenia. Na użytek bieżący.

7.

Co można przeciwstawić świadomym i nieświadomym pogrobowcom Barrèsa? Stwierdzenie, że Ojczyzna to nie Ziemia i Zmarli, lecz Przestrzeń, której granice wyznaczają Kultura i Język. I Żywi.  Przede wszystkim ci ostatni. Wraz ze swymi aspiracjami i marzeniami. Breton z kolegami próbował w 1921, jak wiemy z podręczników historii, nie do końca skutecznie. Potrzebny był akt drugi, z jeszcze większą górą trupów, aby zachodnioeuropejska większość zrozumiała i pogodziła się z myślą, że droga do własnej tożsamości nie może prowadzić w kierunku wyznaczanym przez drogowskazy, na których widnieją łatwe i apelujące do plemiennych emocji slogany.

reedit; 10.11.11. g. 06.57 Dodany został punkt 4 i 7.

Instytut Amnezji Narodowej

Listopad 6, 2011

skutecznie zapomnianySzymon G. urodził się przed 102 laty we Włocławku, dzieciństwo spędził w Warszawie. Wcześnie dostrzeżono jego (jak później wielokrotnie pisali zachwyceni krytycy) niewątpliwy geniusz. Prawdopodobnie nie przesadzali, bo jakże inaczej wytłumaczyć sobie fakt, że jeden z najwybitniejszych ówczesnych pedagogów muzycznych, usłyszawszy grę ośmioletniego malca, w uznaniu dla niebywałego talentu, decyduje się podjąć wyzwanie rezygnując przy tym z honorarium. Dalszy rozwój wypadków potwierdził mądrość i dalekowzroczność tej decyzji. Zanim G. skończy 16 lat otrzyma stanowisko koncertmistrza Drezdeńskiej Filharmonii, aby, w przededniu swych 20 urodzin, na osobistą prośbę Carla Furtwänglera, objąć tę samą funkcję w najsłynniejszej podówczas europejskiej orkiestrze. Oszałamiającą karierę, której istotnym elementem była przyjaźń z Paulem Hindemithem (G. był, obok Feuermanna jednym z członków legendarnego tria Hindemitha) przerywa dojście do władzy narodowych socjalistów; nie pomagają protesty, ani osobista interwencja zrozpaczonego Furtwänglera, zakaz występów jest nieodwołalny. Emigracja nie wygląda początkowo zbyt różowo, Brytyjczycy internują go na Isle of Man, działalność koncertową będzie mógł podjąć dopiero po roku. Rozpoczyna się niekończąca seria sukcesów koncertowych, których ukoronowaniem jest triumfalna owacja po występie w nowojorskim Carnegie Hall w 1938 roku. Amerykańscy krytycy nazywają go wówczas Rubinsztajnem skrzypiec, porównanie – biorąc pod uwagę zadziwiającą zbieżność losów obu muzyków – nie pozbawione sensu. Wybuch II Wojny Swiatowej nie przerywa błyskotliwej kariery, przerywa ją dopiero niefortunna decyzja wyruszenia w azajatyckie tournee w momencie przystąpienia Japonii do działań wojennych. Szymon G. zostaje przez Japończyków internowany na 3 lata na Jawie, w 1946 roku widzimy go znów święcącego triumfy w australijskich salach koncertowych. Nieustająca działalność koncertowa, praktycznie wszędzie na świecie, będzie trwała do 1955 roku. W 1953 przyjmuje obywatelstwo amerykańskie, wzbrania się jednak – wskazując na swe związki emocjonalne z krajem pochodzenia – na zmianę swego imienia z polskiego Szymon na łatwiejsze do wymówienia Simon. Szymonem pozostanie do śmierci. W 1955 roku zakłada w Amsterdamie przesłynną Nederlands Kamerorkest, ze stworzonym przez siebie, znanym z mistrzowskich interpretacji dzieł Bacha i Mozarta zespołem przemierza w ciągu następnych 22 lat, jako solista i dyrygent, nieomal cały świat. Dyryguje (między innymi) takimi zespołami symfonicznymi jak London Symphony Orchestra, BBC Symphony Orchestra, Cleveland Orchestra, Chicago Symphony Orchestra i Boston Symphony Orchestra. Jednocześnie zdobywa opinię jednego z najbardziej cenionych na świecie (obok Menuhina i Ojstracha) pedagogów skrzypiec. Prowadzi kursy mistrzowskie w nowojorskiej Juilliard School of Music, w New Haven Yale University, Philadelphia Curtis Institute, New York Manhattan School of Music i Aspen Music School. W 1977 przejmuje prowadzenie Manchester Camerata, ostatnie lata życia spędza głównie w Londynie, w 1990 roku decyduje się na opuszczenie Europy i wyjazd do Japonii. Wiąże się z pianistką Miyoko Yamane, zamieszkuje w maleńkiej miejscowości w Toyama, nieopodal Tokio i poświęca cały swój czas i energię tworzeniu Nowej Tokijskiej Orkiestry Symfonicznej. Umiera tamże w 1993. Obszerne, pełne podziwu szacunku, miłości i odania nekrologi oraz artykuły okolicznościowe zapełniają szpalty gazet w cywilizowanej części świata. W cywilizowanej.
Zarówno jako światowej sławy dyrygent, jak i wirtuoz skrzypiec pozostawił po sobie bogatą i trudną do objęcia spuściznę nagraniową. Jest łatwy do znalezienia w leksykonach i encyklopediach. Prawie wszędzie, bo u nas raczej nie. Proszę nie szukać go w polskim wydaniu wikipedii. W Wielkiej Encyklopedii PWN go nie ma. W Wielkiej Encyklopedii Muzycznej, w której w zasadzie jest każdy włącznie z portierem konserwatorium warszawskiego, jest króciutka notka (część biograficzna, tom III, E-F-G, str. 364). Krótsza o wiele, niż poświęcona np. gitarzyście elektrycznemu znanemu na wybrzeżu w latach 60-ych.

Niesprawiedliwym byłoby jednak twierdzić, że potomni o nim zapomnieli, bądź że zupełnie go nie docenili. Szymon G. posiada pomnik. W Bostonie. I ulicę swego imienia. Na przedmieściach Groningen.

Kropotkin, wiedziony przemożną chęcią napisania bardzo krótkiego, apolitycznego tekstu, którego treść nie pozostawałaby w żadnym, ale to w żadnym związku z wieńczącym ją tytułem, postanowił ulec pokusie.

Zarost Ockhama

Październik 24, 2011

„Z punktu widzenia czynników oficjalnych odpowiedzialność za katastrofy żywiołowe daje się łatwo przypisać niegodziwości niepożądanych, wrogich jednostek“
A.A. Zinowjew „ Ziejące wyżyny“

Everything happens for a reason – stwierdził swego czasu John Locke. Zdanie, efektowne ze względu na pozorną prostotę, potrafi nas jednak szybko doprowadzić do logicznej ściany płaczu. Bo niemożność przeprowadzenia dowodu dotyczącego słuszności stawia przed alternatywą zwątpienia (bez uzasadnienia) lub wiary (na słowo), co jest, np. dla sceptyka, wysoce niekomfortową sytuacją.

Jeszcze gorzej jest z winą. Językoznawca, prawnik, etyk i prosty człowiek sprzed telewizora używają tego samego terminu nie bacząc, że każdy z nich, akceptując wyłączność znaczenia do którego się przyzwyczaił, mówi coś zupełnie innego. Wina jednego, nie jest winą drugiego, nie jest winą trzeciego. Bo jakże. Nie wiadomo jaka jest przyczyna tego skandalu, jeszcze mniej wiadomo, kogo można (o ile można) obarczyć za powyższy stan rzeczy winą. Uwikłani w sieć pojęć niejednoznacznych, nieprzystawalnych i (ogólnie rzecz biorąc) mętnych, pozostajemy bezradni.

Aby nie wpaść w zamęt, skierujmy się, dla odmiany, na tor anegdotyczny. Związki przyczynowo-skutkowe dają się nader łatwo zastąpić koncepcją winy. Elster, cytując Зияющие высоты Zinowiewa (Aleksandra Aleksandrowicza) nie mógł przewidzieć, że ten wkrótce oszaleje do tego stopnia, że będzie wstyd się na niego powoływać. Ostatnie 15 lat życia i działalności Zinowiewa sprawiły, że wymazaliśmy go zupełnie, nie tylko jego niekwestionowany geniusz, ale również osobę. Kto by jeszcze przed ćwierćwieczem pomyślał. Trochę szkoda. Bo poruszając się po wytyczonej (onegdaj) przez nigo ścieżce możemy dobrnąć do „Les Orangers du Lac Balaton“ Maurice Duvergera i sobie przeczytać:

„Za czasów rządów stalinisty Rákosiego światłe węgierskie przywództwo podjęło uchwałę o utworzeniu na brzegu Balatonu plantacji drzewek pomarańczowych. Jezioro Balaton, mimo że posiada dobroczynny, łagodzący wpływ na kontynentalny klimat równiny panońskiej, nadając szczególnie osłoniętemu od mroźnych, północnych wiatrów wybrzeżu śródziemnomorski charakter, zwykło każdej zimy zamarzać. Agronom, któremu partia powierzyła odpowiedzialne zadanie, miał odwagę cywilną wskazać na ten niekorzystny aspekt, wróżąc przedsięwzięciu nieuniknione fiasko. Na próżno. Partia, działając w oparciu o naukowe podstawy historycznego materializmu nie mogła się (w przeciwieństwie do agronoma) pomylić. Ministerstwo rolnictwa zakupiło (płacąc bezcennymi dewizami) tysiące sadzonek i drzewka zostały posadzone. Po czym – zgodnie z przewidywaniami sceptyka – wszystkie wymarzły. Agronom zaś został zaaresztowany, oskarżony o sabotaż i postawiony przed sądem. I naturalnie skazany. Sąd przychylił się bowiem do argumentacji oskarżenia twierdzącego, że zademonstrowane przez niego swego czasu krytykanctwo dowodzi niezbicie, że zamierzał sabotować decyzję biura politycznego. A skoro na czele od początku stał sabotażysta i malkontent, to nic dziwnego, że przedsięwzięcie zakończyło się fiaskiem.

Warto, naprawdę warto, pamiętać tę historię, gdy dobiega do nas codzienny szum i pokrzykiwania poszukujących winnego. Jak również wówczas, gdy nam coś – w naszych oczach zasłużenie, bądź niezasłużenie – nagle, niespodziewanie spada na plecy.

Jesień potrafi przynieść, poza nieprzyjemną pogodą, rzeczy przerażające.

——-

/napisane - w ogólnych zarysach - chyba w 2009/

Podejście do tematu bohaterstwa w ogóle, a narodowego szczególnie, wymaga pewnej delikatności. Brak takowej może zranić uczucia. Patriotyczne. Opłaca się jednak podjąć ryzyko. Mimo, że z konieczności, będzie dużo uproszczeń. Naprawdę warto.

I. Przydługi wstęp.

Heroizm jako taki wymyślili najprawdopodobniej Grecy. Bardzo dawno temu. Początki herosa były skromne: walczył z Meduzą, smokiem lub jakimś innym nieszczęściem trapiącym społeczność lokalną, od czasu do czasu ratował sobie dziewicę popełniając po drodze czyny godne sławienia. Pomnik herosa zdobił potem agorę. W czasach nowożytnych ulubionym zajęciem bohatera stało się rzucanie się, przeważnie wbrew zdrowemu rozsądkowi, na przeważającą i niewiarygodną ilość wrogów. Krzepnące nowożytne państwa narodowe definiując mity założycielskie sięgały do idei i czerpały pełną garścią z mroków historii. Niemcy odkurzyli Arminiusza, Francuzi Wercyngetoryksa, Hiszpanie Cyda. Rosjanie Aleksandra Newskiego. Szwajcarzy przypomnieli sobie Winkelrieda i Wilhelma Tella. W XIX wieku do postaci legendarnych dołączyli współcześni. Włosi wywindowali na postument narodowego bohaterstwa Garibaldiego, a Simon Bolivar został bohaterem narodowym całego szeregu nowo powstających państw.

Dygresja

Polskim prototypem bohatera narodowego miał szansę zostać francuski marszałek o polskim, książęcym nazwisku, który utopił się w niemieckiej rzeczce i prawdopodobnie dlatego został patronem mostu w Warszawie. Brak polskiej państwowości w czasach, które nastąpiły, zapobiegł jednak nieuniknionej w takich przypadkach epidemii pomników.

Koniec dygresji

Instytucja bohaterstwa narodowego doznała sporej kompromitacji w XX wieku, ponieważ potęgi totalitarne, próbując wzmocnić morale mięsa armatniego przypisały trwale termin bohaterstwa zgonowi na tzw. polu walki. Niemcy nazywali swoich nieboszczyków Kriegshelden, a wąsaty Gruzin wymyślił Bohatera Związku Radzieckiego będącego (w czasie wojny) częstokroć synonimem żołnierza, który dał się w sytuacji beznadziejnej zastrzelić, zamiast trafić do nieprzyjacielskiej niewoli. Chyba, że był np. marszałkiem. Wtedy mógł się cieszyć osobiście. Kult bohaterów narodowych militarnej proweniencji kwitnie, w trochę zmodyfikowanej postaci, po dziś dzień w Stanach Zjednoczonych. Komuś, kto raz został uznany za american hero w zasadzie nikt już nie podskoczy.

Bohater Narodowy jako taki, aczkolwiek powszechny, nie jest łatwy do zdefiniowania. Zdaniem potomnych jest to (z reguły) ktoś, kto dokonał rzeczy ogromnych, zasłużył się dla ojczyzny czynami swemi i wymaga z tego względu szacunku, czci i upamiętnienia. Upamiętnia się przeważnie przy pomocy orderów imienia, pomników i notorycznego nadużywania nazwiska do nazywania placów, skwerów, ulic i mostów. Taki Garibaldi ma we Włoszech, w dowód wdzięczności za podarowaną Włochom państwowość, wszędzie, naprawdę wszędzie jakąś ulicę lub plac. A na placu dodatkowo pomnik. W Polsce trudno znaleźć miejscowość nie posiadającą ulicy Ściegiennego. Czasem jest to ulica Piotra Ściegiennego, czasem księdza P. Ściegiennego. W ostatnim dwudziestoleciu przeważa ta ostatnia. Ściegienny, jako patron ulic cieszy się nieprzerwaną sympatią i wdzięcznością rodaków (w tym władz) od momentu uzyskania niepodległości w 1919 roku. Bez względu na ustrój. Nadaje mu to rangę fenomenu, któremu warto się przyjrzeć bliżej. Bo jest to przecież ciekawe, jakie cechy charakteru i dokonania sprawiają, że w światowym centrum zawiści, pieniactwa, kłótliwości i wieszania psów na bliźnim jest możliwy szacunek i kult ponad podziałami.

II.Trudny temat

Niełatwa sprawa z tym Ściegiennym. Bo jakże tu przyczepiać się do kogoś, kto chciał dobrze? Nawet jak mu nie wyszło? Encyklopedyczne notki ukazują sympatycznego, naiwnego patriotę, utopistę i społecznika. Próbował wzniecić powstanie, dostrzegał ucisk warstw, niedobry zaborca zesłał go na Sybir, z którego powrócił jako siwowłosy staruszek. Otóż diabeł tkwi w szczegółach. W wizji. W tym, co można nazwać „modus operandi“. Po bliższym przyjrzeniu się, jeżą się włosy na głowie. A było tak.

III.Społecznik, wizjoner, rewolucjonista, bohater.

Ściegienny urodził się w rodzinie wieśniaczej. Wykształcenie otrzymał skromne, wyniki w nauce miał też takowe. Ponieważ nie przyjęto go do seminarium duchownego, wybrał drogę okrężną, zostając nauczycielem u pijarów, gdzie nauczał do momentu zostania klerykiem i uzyskania święceń kapłańskich w 1832 roku. Po kasacji zakonu został wikarym w Wilkołazie w Ordynacji Zamojskiej. W okresie po powstaniu listopadowym zaangażował się w działalność konspiracyjną. Polegała ona na tym – tu źródła są zgodne – że „nawiązał kontakty“. Do konspiracji wciągnął znajomych (co było, jak się później okazało, poważnym błędem) jak również swoich dwóch braci. Trudno powiedzieć o co mu chodziło. Późniejsi patrioci twierdzili, że o niepodległość, socjaliści, że o rewolucję społeczną. Poglądy swoje, a w zasadzie nie tyle swoje, co Lammenais’go, spisał w tzw. „Złotej książeczce“. Tenor prezentowanego niezainteresowanym (przeważnie) i niepiśmiennym (nieomal zawsze) przedstawicielom ludu (okolicznym chłopom) dziełka był jednoznaczny: ucisk jest zły, wyzysk sprzeczny z chrześcijaństwem, kler sojusznikiem krwiopijców, Chrystus tego nie chciał, lud musi przestać pić gorzałkę i powstać. Czytanie chłopom i co poniektórym kieleckim mieszczanom przepisywanego ręcznie manuskryptu nie przynosiło jednak oczekiwanych wyników, lud był ciemny i oporny. Przechowywana na policji teczka z donosami przedstawicieli ludu na „zwariowanego księdza“ puchła, władze carskie nie podejmowały jednak żadnych kroków, nie widząc najwyraźniej takiej konieczności. Rozczarowany obrotem wypadków i zdesperowany kapłan postanawia uciec się do podstępu. Siada do stołu i wystosowuje własnoręcznie list papieski do polskiego włościanina (i rzemieślnika), w którym to liście jego świątobliwość wzywa tegoż włościanina do rewolty obiecując Królestwo Boże na Ziemi i ewentualną dyspensę. To, że aktualny papież był zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich ruchawek, zupełnie mu przy tym nie przeszkadzało. Ponieważ czytanie listu jednostkom, poza drapaniem się w głowę, nie przyniosło konkretnych efektów w postaci wzrostu nastrojów rewolucyjnych, a ustalony ze znajomymi z Warszawy termin powstania zbliżał się nieubłaganie, Ściegienny decyduje się na krok desperacki w postaci zwołania wiecu w celu wygłoszenia płomiennej mowy do ludu. O wiecu wiadomo, że się odbył 24 października 1844 w lesie nieopodal Krajna, na Kielecczyźnie. Liczne źródła skromnie milczą na temat liczebności zgromadzonego tłumu. Wzięło w nim udział (poza księdzem) dwunastu chłopów, którym przekazana została wizja. Ściegienny obiecał zniesienie pańszczyzny, ziemi ile kto chce i (według zeznań nausznych świadków) nawoływał do mordowania urzędników i panów w celu osiągnięcia przy pomocy czynu rewolucyjnego tak upragnionej równości. Przemówienie zakończył okrzykiem: Bracia, do broni! Chłopi mowę wysłuchali, powiedzieli, że muszą sobie przemyśleć, po czym rzucili się na wyścigi do najbliższego komisariatu w celu złożenia donosu. Wyścig wygrał (i skasował obiecaną nagrodę) niejaki Janic. Nieświadomy rozwoju wypadków Ściegienny, przeświadczony o genialności i skuteczności swego planu (do powstania wystarczy 50 młodzianków, którzy powinni zwerbować 500 chłopów z kosami, a carat padnie, on sam pójdzie z krzyżem na czele i będzie nawracał rosyjskich żołnierzy na prawdziwą wiarę) zleca dalszy werbunek braciom, a sam udaje się do pobliskich Kielc w celu szukania sprzymierzeńców dla swej sprawy. Tam zostaje zaaresztowany na ulicy i odtransportowany do X pawilonu warszawskiej cytadeli. W stan gotowości postawiono (jak się okazało zupełnie niepotrzebnie) okoliczny garnizon. O tym, jakie były naprawdę nastroje społeczne niech świadczą liczby. Śledztwo było skrupulatne. Z początkowo podejrzewanych 152 uczestników spisku (w tym 45 chłopów) ostały się (po przejrzeniu teczek z donosami) 24 osoby, którym postawiono zarzuty. Władze carskie postanowiły okazać surowość. Przywódca miał być stracony. Resztę oskarżonych skazano na bezterminową katorgę po uprzedniej publicznej chłoście. Ostatecznie wyrok wykonano publicznie 6 maja 1846 w Kielcach na 13 skazańcach. Bardziej skomplikowana była sprawa z przywódcą buntu – publiczne wieszanie duchownego nie było eleganckim rozwiązaniem. Namiestnikowi Paskiewiczowi specjalnie zależało, aby decyzję o zdjęciu sakry podjął sąd kościelny, zwrócił się zatem do polskiego, słynnego jak obecnie powszechnie wiadomo z kultywowania ducha patriotycznego duchowieństwa z uprzejmą prośbą o pomoc. 27 kwietnia 1846 roku kapituła katedry lubelskiej skazała posłusznie Ściegiennego na degradację i odsądzenie od godności duchownej. Audytoriat wojskowy, za zezwoleniem Paskiewicza, zamienił karę śmierci na pozbawienie praw i bezterminową katorgę na Syberii. Ksiądz (a w zasadzie już nie ksiądz) protestował głośno domagając się wykonania wyroku, ale w końcu powędrował na Syberię. Tam spędził 10 lat w kopalni w Nerczyńsku, a potem na zesłaniu w Permie. Wrócił do kraju po 25 latach. Resztę życia spędził w u brata w Tarnawie i Lublinie domagając się od miejscowego biskupa przywrócenia święceń. Co, po latach starań, zakończone zostało sukcesem. Z przykrością należy stwierdzić, że był to jego jedyny sukces. Zmarł w wieku 90 lat i – ponieważ nie pozostawił na pochówek ani grosza – został pochowany w krypcie zaprzyjaźnionego duchownego.

IV.Niewygodne refleksje

Różne narody wybierają sobie różnych bohaterów. Przeważnie kierują się wdzięcznością i doceniają dokonania. Bohaterowie zasługują na hołd, bo uratowali ojczyznę, odnieśli niewiarygodne zwycięstwa, są (lub mogą być) przedmiotem zazdrości sąsiadów. Źródłem dumy. Jakie wnioski można jednak wysnuć na temat poczucia własnej wartości narodu czczącego ewidentnego (choć może sympatycznego) nieudacznika? Człowieka, który zawiódł pokładane w nim nadzieje, który niczego nie osiągnął, nie wiedział jak się zabrać do wzniecenia powstania, postanowił mimo to wzniecić i w wyniku swej niewiedzy wpakował siebie i innych w tarapaty? Duchownego, który nie potrafił realnie ocenić sytuacji, naraził innych, a w końcu został wychłostany, bo uznano, że nie stanowił wystarczającego zagrożenia, aby karać go surowiej? Co sprawia, że całe spektrum – od narodowców, po anarchistów – zgodnie chyli głowę przed tą klęską? Strach pytać.

V. Pytanie dodatkowe

Zakładam, że każdy rodak słyszał kiedyś o księdzu, który chciał kiedyś wzniecić powstanie i w tym celu zgromadził 12 chłopów w lesie, ale mu się nie udało.  Czy ktoś z czytelników wie (bez zaglądania do Wikipedii), kto dowodził doskonale zorganizowanym, racjonalnie przeprowadzonym  i uwieńczonym (przy minimum strat) sukcesem Powstaniem Wielkopolskim? I w jaki sposób go doceniono? I ile ulic zostało nazwanych jego imieniem? Dla ułatwienia dodam, że żadna z głównych ulic w Poznaniu (nawet w Poznaniu) nie nosi jego imienia. Uczczony został natomiast niejaki Franciszek Ratajczak, powstaniec trafiony przez zbłąkaną kulę w pierwszym dniu powstania. Miał szczęście: zasłużył się rodakom, bo co prawda niczego wielkiego nie dokonał, nie odniósł żadnego sukcesu, ale za to był ofiarą. Bycie ofiarą, podobnie jak bycie nieudolnym, gwarantuje w Polsce szacunek i podziw rodaków. Nie dziwmy się, że jest tak, jak jest, skoro jesteśmy, jacy jesteśmy. Nieudolność i klęska są przepustką do narodowego panteonu. Jak to nazwać? Nazwijmy to solidarnością ofiar.

Proszę wszystkich, którzy zajrzą do Wikipedii lub do copypastowanego  w sieci (w nieskończoność i do znudzenia) artykułu z czasopisma Mówią Wieki w celu wykrzyknięcia „ale przecież wiadomo jak było”  o wstrzemięźliwość w wyciąganiu pośpiesznych wniosków. Nie wystarczy.

„Once upon a midnight dreary, while I pondered, weak and weary (…)“
E.A. Poe, The Raven

Kruki zasługują na więcej. Ponieważ każdy może coś takiego powiedzieć i niekoniecznie musi (aczkolwiek istnieje niebezpieczeństwo, że może) istnieć przełożenie chwytliwego sloganu na dotykalną rzeczywistość, spróbujemy wyjaśnić. Wyjaśnienie, w przeciwieństwie do sloganu, nie ma apelować do emocji, których źródłem jest układ limbiczny. Osoby uważające się za humanistów (nazwa, jaką zwykło się określać w naszym kraju tych, którzy np. nie uważali na lekcji biologii) proszę mimo wszystko o pozostanie. Będę się starał mówić powoli i wyraźnie.

O co chodzi

Chodzi o kruki. Kruk (corvus corax), to ptak należący do rodziny krukowatych (Corvidae). Prowadzi żywot osiadły i występuje na półkuli północnej. Kruk koegzystuje z ludźmi od tysięcy lat, na niektórych obszarach rozmnożył się tak bardzo, że ludzie (niektórzy) uważają się go za szkodnika. Złą opinię zawdzięcza swym kulinarnym upodobaniom. Kruki są nader wszechstronne w znajdowaniu źródeł pożywienia. Jedzą mięso martwych zwierząt (padlinę), owady i odpady spożywcze, a także ziarna zbóż, jagody, owoce.

Chodzi również o ludzi. Człowiek (homo sapiens) to ssak należący do rodziny człowiekowatych (Homonidae). Ponieważ nie należy do gatunków skromnych, nazwał się sam ssakiem naczelnym, jak również człowiekiem myślącym. Prowadzi żywot (zasadniczo) osiadły na obu półkulach. Człowiek koegzystuje z krukami od tysięcy lat, na niektórych obszarach rozmnożył się tak bardzo, że kruki (gdyby je ktoś zapytał) mogłyby uważać go za szkodnika. Ludzie są nader wszechstronni w zdobywaniu źródeł pożywienia. Jedzą mięso martwych zwierząt, ale nie wszyscy i nie tylko. Oprócz tego spożywają produkty wytworzone z ziaren zbóż, owoce, jarzyny i różne inne rzeczy. Owadów z reguły nie jedzą.

Podobieństwa
Kruki, podobnie jak ludzie, funkcjonują w stadzie, żyjąc jednakże w stałych związkach (stadłach). Z reguły są monogamiczne, chociaż zdarzają się wyjątki. Większość ludzi również twierdzi, że są. Kruki są wszystkożerne, ludzie też. Gromadzą się w okolicach obfitych w pożywienie czyli tam, gdzie im się to opłaci. Kruki, zupełnie tak jak ludzie, potrafią się bawić (playful behavior), a nawet przedrzeźniać.

Różnice
Kruki różnią się od ludzi. Kruki są mniejsze. dojrzały kruk mierzy od 56 do 69 cm, a udokumentowana masa ciała wynosi od 0,69 do 1,63 kg. Dojrzały człowiek mierzy od 150 do 190 cm (wyłączamy Pigmejów, koszykarzy i osobniki chore na akromegalię). W porównaniu z człowiekiem kruki są krótkowieczne: dożywają zwykle około 10-15 lat na wolności (według danych opartych o obrączkowanie), jednak rejestrowano ponoć także osobniki w wieku ponad 40 lat. Ludzie dożywają na wolności zwykle 74-80 lat. Ponadto kruki obdarzone są (niezaprzeczalną) inteligencją. Nie wywołują wojen lokalnych, ani światowych. Nie stworzyły religii, chirurgi plastycznej, kultury masowej, systemu penitencjarnego ani pornografii internetowej. Nie zmotoryzowały się. Nie konsumują programu telewizyjnego. Polują tylko gdy muszą i jedzą to co upolują.

W pewnym sensie
W pewnym sensie chodzi również o myśliwych. Pod pojęciem myśliwego rozumiemy (z reguły) romantycznego osobnika rodzaju męskiego, wyposażonego (zazwyczaj) w wąsy i (zawsze) w broń palną. który czerpie przyjemność z uprawianego przez siebie procederu. Romantyzm wzmacniany jest (często) przez łyk z manierki. Ponieważ czerpanie przyjemności z zabijania rozmaitych stworzeń nie spotyka się (małe dziewczynki, ekolodzy, ludzie wrażliwi) z powszechną akceptacją, myśliwy lubi przedstawiać się jako wielki przyjaciel tzw. przyrody w ogóle i zabijanych przez siebie zwierząt w szczególności. Zapytany o pobudki odpowiada, że są one szlachetne, bo natura już dawno nie potrafi – ze względu na brak naturalnych mechanizmów – sama się regulować. To, że brak owych mechanizmów jest (między innymi) wynikiem działalności myśliwych – skromnie przemilcza. Wskazuje na brak drapieżników, które mogłyby ograniczyć pogłowie jeleni i sarenek zjadających las – i biegnie do lasu ze strzelbą, aby tenże ratować. Przedtem biegał do lasu, aby ratować jelenie i sarenki przed drapieżnikiem, aż do całkowitej eliminacji tego ostatniego. Gdy ilość jeleni i sarenek się zmniejsza i nie gwarantuje możliwości aktywnej ochrony przyrody przy pomocy flinty, myśliwy zwierzątka dokarmia. Na pomysł, że las może być nie tylko plantacją desek z wydzielonymi stanowiskami sadzonek, lecz – przy odrobinie dobrej woli – ekosystemem potrafiącym się regulować na dłuższą metę bez strzelania, machismo i manierki, myśliwy reaguje alergicznie. Pomiędzy tym co myśliwy chętnie głosi, a jego rzeczywistymi motywami można dostrzec pewien dysonans. Po dokładnym przyjrzeniu się, dysonans ten daje się podsumować jednym słowem: hipokryzja.

Wracamy do kruków.
Kruki myśliwym od dawna podpadły. Podobnie zresztą, jak nieuleczalni romantycy pragnący otaczać je ochroną. Kruki, zdaniem myśliwych, są odpowiedzialne za dramatyczny spadek ilości zajęcy, bażantów i kuropatw. Los zajęcy, bażantów i kuropatw leży myśliwym na sercu i nie daje spać. Dlatego też zwrócili się do instytucji, której zadaniem jest ochrona przyrody, o pozwolenie na strzelanie do kruków. Dyrektor od ochrony środowiska, (który jest sam myśliwym), powołując się na rzetelną i obiektywną opinię przyrodnika (który też jest myśliwym) zezwolenie wydał. Co prawda ornitologom nieznany jest przypadek kruka polującego na zające, bażanty lub kuropatwy, ale ani kruków, ani tym bardziej zajęcy nikt o zdanie nie pytał. Ornitolodzy przypominają, że szansa na zidentyfikowanie kruka w locie jako kruka leży w przypadku dobrze wykształconego fachowca w okolicach 80%. W przypadku myśliwych szacują, że jedynie 20% ptaków zostanie rozpoznana prawidłowo i oczekują nadchodzącej nieuniknionej hekatomby bielików, gawronów i sów.

Uwaga końcowa.
Przypadki postrzelenia kogokolwiek przez pijanego kruka nie są powszechnie znane. O myśliwych nie można niestety powiedzieć tego samego. Zupełnie natomiast pomiędzy bajki należy włożyć pogłoskę, jakoby kruki zwróciły się do lokalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska o pozwolenie na odstrzał myśliwych, którzy ostatnio zbyt się rozmnożyli. Szkoda. Kruki z całą pewnością zasługują na więcej.

——

Podziękowania

Dziękuję Kwikowi, który w swej (jak zwykle doskonałej) notce zwrócił uwagę.

Lektura uzupełniająca (jakby ktoś miał ochotę)

1. Uzasadnione  święte oburzenie – tutaj.

2. Najnowsze wiadomości z frontu – tutaj

3. Ornitolog o odwiecznym konflikcie – tutaj

4. Gazeta o historii konfliktu – tutaj

Rzyńskość.

Wrzesień 29, 2011

Kropotkinowi śniło się, że się obudził. Ale nie tak zwyczajnie, jak co dzień. Kropotkin obudził się z ciemnym kolorem skóry. Bardzo ciemnym.
Odmienna od dotychczasowej karnacja była, mimo panującego półmroku, wyraźnie w łazienkowym lustrze widoczna. Zęby wydawały się o wiele bielsze. Podobnie jak białka oczu. Ładne rzeczy, pomyślał. Ładne rzeczy. Stojący na parapecie okna odbiornik wypluwał prognozę pogody. Wiatry zmienne, zachmurzenie duże. Niewykluczone przelotne mżawki.

Podczas śniadania uważnie obserwował współdomowników. Zachowywali się, jakby nic nie zaszło. Co było niepokojące. Dzieci nie zadawały wcale głupich pytań (czy my teraz będziemy Mulatami?), a żona powstrzymała się od czytelnych aluzji w trakcie nalewania parującej czekolady. Dzielna kobieta.
Również napotkany na schodach sąsiad (dzieńdbry, dzieńdbry) zachował się taktownie i udał, że nic się nie stało. Reakcje pasażerów tramwaju wiozącego Kropotkina do pracy utrzymywały się w granicach normy. Ci, którzy się zawsze pchali i poszturchiwali innych, pchali się i poszturchiwali. Nic specjalnego.

Po przybyciu do miejsca pracy doszło jednak do małego zgrzytu. Przełożony, do którego gabinetu Kropotkin został, natychmiast po przybyciu, zawezwany, długo i intensywnie wpatrywał się w kropotkinowe oblicze.
– Oczekują nas pewne zmiany – wykrztusił.
– Zmiany?
– Tak – potwierdził skwapliwie przełożony – zmiany natury organizacyjnej.
Zapadło milczenie. Nie słychać było nawet bzykania zazwyczaj bzykającej w takich okolicznościach muchy.
– Będę z panem szczery – oznajmił wreszcie przełożony, a Kropotkin pomyślał to, co myślimy, gdy ktoś oznajmia, że będzie z nami szczery – oczekuje nas redukcja etatów. Pan w zasadzie, że tak powiem, zrobił już u nas swoje. A ponieważ – zawiesił głos – ktoś musi odejść, to, prawda, pan rozumie.

Kropotkin nie był pewien, czy zrozumiał. Na wszelki wypadek podniósł się z krzesła, ukłonił i ruszył do wyjścia. Nikt go nie zatrzymał. Po chwili był już na ulicy. Rozejrzał się i ruszył przed siebie. W stronę znajdującego się nieopodal przystanku. Jak zwykle, zamiast dołączyć do gromadki czekających pod wiatą, wybrał samotne wpatrywanie się w okładki książek wyłożonych w oknie wystawowym pobliskiego antykwariatu. Tytuł jednej z nich natychmiast przykuł jego uwagę. „O krukach i ludziach“ Poszarzałą, niegdyś białą obwolutę zdobił rysunek czarnego ptaka z charakterystycznym dziobem. Nazwisko autora zostało zaczernione grubym mazakiem. Mżawka powoli przechodziła w coraz intensywniejszą ulewę.

Jak to się robi: ciąża.

Wrzesień 25, 2011

To niebywałe co może wynikać z zawłaszczenia języka.

Dokładny moment, w którym opuszczaliśmy jako zbiorowość „wypowiadająca się“ kartezjański układ współrzędnych, nie jest wcale łatwy do uchwycenia. Znani są sprawcy, znane są ofiary. Czy jednak świadomość tego, jak i po co się stało, jest powszechna? Można wątpić.

Zniknięcie ciąży z pola widzenia społecznej świadomości odbyło się dla ogółu raczej niespostrzeżenie. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych jeszcze istniała, zarówno ta pożądana, jak i nie. Podobnie jak istniały: zapłodnienie, zarodek, płód i embrion. Data urodzin wyznaczała początek osobniczego i urzędowego zaistnienia jednostki. Dekadę później – ku osłupieniu wielu – grasują już owoce miłości uplasowane pod serduszkiem, dzieci poczęte, życie nienarodzone. A społeczeństwo zredukowane do wymiaru trzody dobrego pasterza gładko połyka. Przeważnie nieświadome zbliżających się, nieuniknionych konsekwencji językowego zawłaszczenia. Akty prawne odbierające kobiecie podmiotowość dopiero majaczą się na horyzoncie. O (wynikającą z debaty lub świadomej decyzji) zgodę na zmianę języka nikt nikogo nie zapytał. Brak wyobraźni i obojętność jednych spotyka się ze spapieżałym ocipieniem i sprytnym konformizmem drugich. Rezultatem będzie już wkrótce legislacyjny regres przewidujący dla kobiety – do niedawna ciężarnej – rolę będącej w stanie błogosławionym. Na razie cierpi (jeszcze tylko) język.

Warto, doprawdy warto prześledzić ten proces i docenić rolę jaką odegrała zgrabna językowa manipulacja. A dokładnie zawłaszczenie pojęć połączone z ich trwałym przeinaczeniem. Życie poczęte było wynalazkiem sprytnym. Zasiane via biuro parafialne i plebania, szybko ukorzeniło się, wpierw w określonej publicystyce, potem w bełkocie misyjnych polityków, którym wydawało się, że pełznięcie do ołtarza jest chytrym sposobem na przeżycie (bo przecież wszyscyśmy z niego), potem w papugujących masmediach, a na koniec w języku potocznym.

Skutek: przesunięcie podmiotowości w stronę przemianowanego płodu i sprowadzenie kobiety do – wyłącznie przedmiotowej – roli naczynia. Ciąża, będąca czymś kobiecym, a zatem znajdującym się dotąd w gestii i dyspozycji kobiet, zostaje jej trwale odebrana. Stając się własnością doktryny. Przekazanie dalej w ręce gorliwych prawodawców jest już tylko formalnością. Naczynie dostaje, jako nagrodę pocieszenia, stan błogosławiony. Stan, którego już nie sposób się pozbyć. O ile usunięcie niechcianej lub niepożądanej ciąży było jeszcze możliwe, to pozbycie się stanu błogosławionego, ze zrozumiałych względów, już nie jest. Embrion gnieżdżący się w kobiecej macicy i będący wynikiem połączenia się dwóch komórek, stał się życiem poczętym, darem absolutu i przedmiotem uwielbienia leciwych dewotek, spoconych aktywistów  i biskupów. Przypominanie, że ani leciwe dewotki, ani episkopat nie ponoszą konsekwencji wynikających z niechcianego lecz dopełnionego pod groźbą kary macierzyństwa jest łatwym, ale mimo to smutnym, truizmem.

Zwany w Polsce Kartezjuszem René Descartes, formułując zawarte w swej „Rozprawie o metodzie“ efektowne je pense, donc je suis podarował nam w roku 1637 fundament, na którym wyrósł potem gmach racjonalizmu. To zdolność do refleksji i wątpliwości stają się wyznacznikami człowieczeństwa, a nie bliżej niesprecyzowany zamiar boży. Nazwanie aktu zapłodnienia komórki jajowej aktem poczęcia, a wyniku tego procesu dzieckiem nienarodzonym zapoczątkowało odwrót od racjonalizmu do doktrynalnie zdominowanej epoki przedkartezjańskiej. Sprytowi niewielu oraz obojętności i brakowi wyobraźni ogółu zawdzięczamy, że znaleźliśmy się tam, gdzie się znaleźliśmy. Tak zwane życie poczęte nie musi myśleć, aby być. To zgodny z archaiczną koncepcją prawa naturalnego akt nazwania przesądza o jego świętości i nietykalności. W ten sposób stało się możliwe, że w środku współczesnej Europy powstaje dziura, w której są możliwe takie rzeczy. Naprawdę możliwe. Pod pozorem krzewienia nauki jej język (terminologia) zastąpione zostają – w majestacie gry pozorów – nawiedzoną deklinacją terminów teologicznych w wykonaniu księży obrządku i magistrów zbliżonych do zakrystii. Całość, ochrzczona mianem konferencji naukowej przynosi uczestniczącemu lekarzowi całkiem konkretne  punkty edukacyjne. Tu dotarliśmy. Tu stoimy.

Chwila, w której życie poczęte zaczyna myśleć, jest również momentem, w którym przestaje ono być – jako obiekt docelowy – dla doktryny emocjonalnie podniecające. Zresztą nie tylko dla doktryny. Chrześcijańskich organizacji typu pro life poświęcających swą żarliwość i energię pomocy życiu myślącemu, można szukać ze świecą. Bez gwarancji, że się znajdzie.

Zaczęło się od tego

Dodane (28.09.11) – bo w miarę narastania emocji pojawiają się pewniki dotyczące intencji.

Powyższy tekst, nie jest głosem w toczonej w naszym kraju od dwóch dekad debacie dotyczącej prawa kobiety do przerwania ciąży. Debata taka – gdzie indziej zakończona już przed nieomal pół wiekiem – nie jest jeszcze u nas możliwa.  Jest jednak, jak sądzę,  w obliczu rozlicznych jednostkowych dramatów, konieczna i z punktu widzenia tych, których bezpośrednio dotyczy – pożądana.  Tekst jest o języku, w którym powinna się toczyć. Języku umożliwiającym porozumienie i znalezienie rozwiązania zadowalającego dla większości. Pozbawienie jednej ze stron sporu języka, w którym mogłaby wyartykułować swoje niepokoje, troski i problemy  – jest zabiegiem może (na krótką metę) skutecznym, ale na pewno niemoralnym.  Język może być narzędziem porozumienia. Może być też instrumentem przymusu. Jestem zwolennikiem tego pierwszego.  Stąd ten tekst.

Trudno obecnie powiedzieć. Może była szpetna? Może najzwyczajniej durna? A może zarówno jedno jak i drugie? Na pewno była niezdarna. No bo, jak powszechnie wiadomo, potknęła się, spadła do Wisły i ponieważ nie umiała pływać, nie skończyło się to dla niej dobrze.

Żarty na bok. Głównym powodem dla którego Niemiec nie mógł chcieć Wandy, był jej brak. Tak, brak. Historycy są obecnie zgodni co do tego, że jej nigdy nie było. I już. Podobnie jak jej tatusia. Wszystko jedno czy zwał się Krak, czy też (jak podaje Kopaliński) Kruk. Nie było. Niemca zresztą też nie. Tak że w zasadzie, powinno nam być obojętne kto z nieistniejących kogo z nieistniejących chciał lub nie chciał. Najwidoczniej jednak nie jest i polska dziatwa szkolna od wieków karmiona jest. Leży Wanda w Polskiej ziemi bo nie chciała Niemca. Kto nigdy w dzieciństwie nie słyszał o Wandzie, która nie chciała, ręka do góry. Nie widzę. To może jednak lepiej wyjaśnić? Spróbujmy.

Twórcą Kraka jest Kadłubek Wincenty, o którym wiadomo, że łgał jak z nut. Kadłubek miał wyobraźnię i najwidoczniej głęboko zakorzenione przeświadczenie, że rodakom trzeba wymyślić przeszłość, bo odpowiedniej jakoś nie mają. Łgał nieudolnie i mało wiarygodnie. Nieszczęsnemu Krakowi kazał na zmianę kłopotać się ze względu na smoka, lub też pokonywać Aleksandra Macedońskiego i Rzymian. Wandę też wymyślił, twierdząc w dodatku, że jej poddani to Wandalowie. Czyli my. Ale jej nie uśmiercił, wręcz przeciwnie, to nieznany z imienia książę lemański zrobił sobie sepuku po tym, jak jego armia, porażona pięknością nieistniejącej Wandy, poddała się bez walki. Wymyślona przez Kadłubka Wanda była (nad Niemcem) górą. Ale zmarła jako dziewica ze starości. Co powinno piewców jej piękności zastanowić.

W stworzonej przez niezidentyfikowanego (do końca i z całą pewnością) autora Kronice Wielkopolskiej nieznany książę lemański nabiera po raz pierwszy cech niemieckich. Ale i tym razem Wanda się nie topi. Utopi ją dopiero Długosz Jan. Aby nadać swym wymysłom pozory autentyczności, Długosz podaje nazwisko niemieckiego niegodziwca. W ten sposób do polskiego dziejopisarstwa wkracza niejaki Rüdiger von Bechelaren. I zagnieżdża się w nim na dobre. Skąd się wziął? Odpowiedź jest prosta: z popularnej w średniowieczu Sagi o Nibelungach. Jak się znalazł nad Wisłą? Tego nie wie nikt. Był jakiś obco brzmiący Helmut Długoszowi potrzebny, więc się znalazł. A że równie prawdopodobny jak smok wawelski? A kto tam się zorientuje.

Kronika mistrza Wincentego Kadłubka traktowana była do XVIII wieku jako poważne źródło historyczne. Nauczano z niej studentów traktując ją jako podręcznik uniwersytecki. Do czasów Naruszewicza. Adama. Nie, to nie żart. Encyklopedyści zostali już pochowani z honorami, Voltaire dogorywał, w Królewcu Kant głosił bezkarnie agnostycyzm poznawczy. A u nas objaśniano dalej świat w oparciu o niewydarzone bzdury wymyślone przed stuleciami przez nieudolnie, ale nader patriotycznie łgającego biskupa.

Mitologia potrzebna jest (podobnież) narodom do podtrzymywania swej kruchej tożsamości. Niektóre narody miały – w przeciwieństwie do nas – pod tym względem chyba jednak większe szczęście. Skutki, w postaci spustoszeń w świadomości widoczne są do dziś. Tak bywa, gdy wymyślanie tożsamości narodowej powierza się biskupom.

Modlitwa i mordobicie

Wrzesień 11, 2011

Witaj pielgrzymie!

Z faktu, że zawitałeś w te skromne progi wnioskuję, że nie kierowałeś się modlitwą. Tak, modlitwą. Nie chcąc być gołosłownym, cytuję w całości:

Modlitwa przed zalogowaniem się do Internetu

Wszechmogący i wieczny Boże, który stworzyłeś nas na Swój obraz i podobieństwo i nakazałeś nam poszukiwać dobra, prawdy i piękna, zwłaszcza w świętej osobie Twego Jednorodzonego Syna, naszego Pana, Jezusa Chrystusa Ciebie prosimy, racz sprawić za wstawiennictwem Świętego Izydora, biskupa i doktora, abyśmy w naszych podróżach po Internecie kierowali się tylko do stron zgodnych z Twoją wolą. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa. Amen.

Nie, to nie jest żart. Ja tego naprawdę nie wymyśliłem. To jest naprawdę. Do znalezienia tu.

Dygresja

Teraz można naturalnie wpaść w rozpacz i zacząć się zastanawiać nad sensem życia pośród osobników wierzących głęboko i niezłomnie w skuteczność wstawiennictwa kogoś, kto dawno zmarł, u kogoś, kogo najprawdopodobniej nie ma. Ale tylko wówczas, jeśli się jest pozbawionym łaski wiary bezbożnym ateistą. Nie pójdziemy tą ścieżką. Nie wnikając w trudne spory światopoglądowe powiemy otwarcie, że jest to droga łatwa. Zamiast tego wykorzystamy nadarzającą się okazję, aby zastanowić się nad fenomenem zjawiska zwanego modlitwą. Literatura przedmiotu jest ogromna. My, z konieczności, aczkolwiek niechętnie, będziemy upraszczać.

Koniec dygresji

Zacznijmy od taksonomii. Modlitwy dają się (z grubsza) podzielić na błagalne i dziękczynne.
Modlitwa błagalna jest – w dużym uproszczeniu – środkiem, do którego ucieka się wierzący, aby sobie coś u obiektu swej wiary załatwić. Modlący się, zdając sobie najwidoczniej sprawę ze słabości swej pozycji przetargowej w obliczu bytu nieogarnionego i wszechmogącego – ucieka się do próśb, błagań, a nawet suplik. U źródeł aktu modlitewnego leży przeświadczenie, że nic się wprawdzie modlącemu nie należy, ale jeśli ładnie poprosi, to jego szanse na urzeczywistnienie zamierzeń lub pragnień w znaczący sposób wzrosną. Ponieważ wierzący z jednej strony pragnie się ze swymi sprawami przypomnieć, z drugiej jednak nie chce się naprzykrzać, utartym zwyczajem stało się korzystanie z pośredników. Tutaj zaczyna się robić trochę mętnie, bo w rozlicznych doktrynach chrześcijańskich nie ma zgody co do tego, kto jest dobrym, a kto złym pośrednikiem. O ile katolicy i prawosławni rozkładają ciężar pośrednictwa na barki Jezusa, jego rodzicielki i rozlicznych świętych, to protestanci trwają niezłomnie przy zasadzie „solus Christus“. W skrócie oznacza to, że zdaniem protestantów, wszelkie modlitwy za innym niż chrystusowe pośrednictwem to śmieszny zabobon i można je sobie, kolokwialnie mówiąc, o kant. Taka np. „Modlitwa o dobrą śmierć“, skierowana zgodnie z katolickim kanonem do odpowiedniej instancji czyli św. Józefa, takiemu np. anglikaninowi, najzwyczajniej lekceważącemu możliwości św. Józefa, zupełnie nie pomoże. Zejdzie cierpiąc. Nie oznacza to jednak, że „modły za wstawiennictwem“ są przez protestantów lekceważone. Na szczególną uwagę zasługują pionierskie wysiłki amerykańskich born again Christians. Co pewien czas pojawiają się nawet wywodzący się z wymienionych kręgów naukowcy, próbując (w sposób jak najbardziej naukowy) wykazać, że modlitwa za wstawiennictwem (intercessory prayer) jest skuteczną metodą wpływania na rzeczywistość. Czasem wychodzi im, że tak. Szkoda, że zaraz pojawiają się ich koledzy i wszystko psują nie pozostawiając na pięknych i budujących wynikach suchej nitki.

Dla sceptyków, wątpiących w skuteczność modlitwy, teolodzy wszelkich wyznań mają łatwe, lecz nie pozbawione pewnej elegancji wytłumaczenie. Otóż pomaga (pomóc może) jedynie modlitwa skuteczna. Po czym poznajemy, czy modlitwa jest skuteczna? To proste. Modlitwa skuteczna to taka, która została wysłuchana. Dlaczego nie zostały (ewentualnie) wysłuchane prośby o deszcz, władzę w nogach, milion w totolotka, pokój na ziemi i nagły zgon krowy sąsiada – na to pytanie każdy wierzący musi sobie już sam odpowiedzieć. Nie ma łatwo.

W przypadku, gdyby jednak to co miało się ziścić, ziściło się, wierzący może przejść do modlitwy dziękczynnej. Modlitwa dziękczynna jest prostsza od błagalnej i jej skuteczność bywa rzadko (co po zastanowieniu raczej nie dziwi) przedmiotem rozważań.

Co jednak ma modlitwa wspólnego z mordobiciem? Dużo ma. Pewien bokser światowej sławy znany głównie w kraju swego pochodzenia zapragnął zostać mistrzem świata. Droga, którą wybrał, była nieortodoksyjna. W celu poprawienia swych szans na obicie mordy konkurentowi do tytułu postanowił uciec się do żarliwej modlitwy. O zwycięstwo. Wbrew pozorom nie było to wcale aż takie irracjonalne jak się z pozoru wydaje. Konkurent był ateistą. nie był przesadnie religijny. Gdyby nie był i modlił się równie żarliwie – postawiłoby to istotę najwyższą w obliczu kłopotliwego dylematu. Ale nie był. Więc co?
Ano nic. Walczący o tytuł mistrza świata w biciu bliźniego pięściami po głowie Tomasz Adamek dostał od swego niezbyt głęboko wierzącego przeciwnika straszliwy łomot. Na temat, czy po tym jak przyszedł do siebie odmówił modlitwę dziękczynną –  media milczą. Szkoda. Bo przecież otrzymał cenną lekcję pokory. I gdyby tylko wybrał odpowiednią modlitwę, na pewno byłaby skuteczna.

Pielgrzymie, nie wiem czy zaspokoiłem Twoją ciekawość. Wiara i wiedza nie wykluczają się, lecz chyba nie lubią się też nawzajem. Kończę słowem wymawianym przez miliony wiele razy dziennie. Tak naprawdę to nikt nie wie co ono oznacza. Z pozoru niewiarygodne, bo wszyscy twierdzą, że mają na własność i dlatego wiedzą. Ale tak naprawdę to chyba nie wiedzą. Bo okazuje się,  że jest nagle inaczej gdy tylko zapytać starożytnego Asyryjczyka, lub współczesnego  Muzułmanina bądź Żyda. Mnogość i niejednoznaczność  interpretacji nakazywałaby ostrożność w szafowaniu. Ale czy ktoś się jeszcze  nad tym zastanawia? Amen.

Religia i pornografia

Sierpień 31, 2011

Swiat jest pełen niesprawiedliwych, krzywdzących stereotypów. Łatwych uprzedzeń. Każdy może jednak coś zrobić, aby było ich mniej. Dzisiaj kolej na nasz kamyczek.

Wszyscy na niej ujeżdżają. Niesłusznie. Religia, jak się głębiej zastanowić, nie jest wcale taką złą rzeczą. Trzeba się tylko pozbyć nieuzasadnionej niechęci i zdobyć na świeże, pozbawione uprzedzeń, jak również wolne od stereotypów spojrzenie. Religia i pornografia mają wiele cech wspólnych. Zarówno w przypadku religii jak i pornografii chodzi o zaspokajanie potrzeb emocjonalnych wynikających z braku możliwości bezpośredniego obcowania. Religia, podobnie jak pornografia, jest substytutem obcowania. Obie mogą (choć nie muszą) prowadzić do emocjonalnego uzależnienia. Obie przynoszą chwilowe ukojenie, dając obietnicę, lecz uchylając się od jej doraźnego spełnienia. Niechętnie znoszą konfrontację z dobrodziejstwem wątpliwości. Czy naprawdę trzeba dalej?

Szereg podobieństw łączących religię z pornografią pozwala zozumieć niezwykłą popularność jaką ta ostatnia cieszy się akurat wśród osób szczególnie religijnych. Aby nie narazić się na zarzut szerzenia pogłosek o charakterze taniej kalumni (które to pogłoski mogłyby zupełnie niepotrzebnie urazić uczucia osób oddanych bez reszty pornografii), sięgnijmy do (naukowej) literatury i (poważnych) statystyk. Benjamin Edelman nie jest byle kim. Benjamin Edelman jest prawnikiem, lecz również specjalistą poświęcającym się między innymi, ale jak już, to bez reszty, badaniu i analizie zachowań użytkowników internetu i na dodatek (oh, oh) profesorem Harvard Business School. Nie tak dawno temu opublikował pracę zatytułowaną Red Light States: Who Buys Online Adult Entertainment?. Praca prezentuje niepublikowane dotąd statystyki dotyczące konsumpcji pornografii w USA. Pornografii internetowej rozumianej jako licząca się gałąź przemysłu. Przypomnijmy: w 2009 roku pornografia w internecie przyniosła jej dostarczycielom 4,9 mld. dolarów czystego zysku. Na świecie. Z tego jedynie w Stanach 2,8 mld. Jej regularnym i zadeklarowanym konsumentem jest co piąty mężczyzna i co ósma kobieta. Zadeklarowanym, tzn. takim, co się otwarcie przyznaje jak pytają. Trudno zatem mówić o zjawisku marginalnym i jest się czemu przyjrzeć. Edelman przyjrzał się. I wyłoniły mu się rozmaite, na pierwszy rzut oka dziwne, korelacje. Na pierwszy, bo jeśli przypomnimy sobie z jakiego założenia wyszliśmy, to na drugi już raczej nie.

Analiza geograficznego rozkładu tzw. subskrybcji stron dostarczających treści internetowe użytkownikom szybkich, szerokopasmowych łączy ujawniła korelację pomiędzy deklarowaną i rzeczywistą religijnością (mierzoną np. częstotliwością uczestnictwa w mszy świętej lub wysyłania dzieci na religię), a konsumpcją scen pokazujących rozmaite, przeważnie złączone ze sobą w rozmaity sposób, choć nie zawsze najlepiej do siebie pasujące narządy. Związek jest jednoznaczny. Najwyższa ilość subskrybentów przybywa z uchodzących za najbardziej religijne kręgów. We wszystkich statystykach prowadzi najbardziej surowy pod względem gorliwości religijnej stan Utah. Tradycyjnie bardziej religijne, konserwatywne południe wyprzedza bardziej umiarkowaną północ. Duże miasta pełne ateistów przegrywają z wiejską ostoją wiary i innych tradycyjnych wartości.

Najbardziej jednak zastanawiające jest to, że szczyt konsumpcji pornografii w małych miasteczkach południa przypada na dzień święty. Najwidoczniej, niedzielny, podniosły nastrój sprzyja dążeniu do szeroko rozumianego dobrostanu.

Edelman nie podaje niestety, czy konsumpcja pornografii jest większa przed, czy po mszy świętej niedzielnym nabożeństwie.   Brak tej istotnej informacji nie powinien powstrzymać nas jednak od konkluzji, że osoby religijne mają, wbrew rozpowszechnianym przez kręgi ateistyczne demonizującym poglądom, cały szereg miłych, normalnych, ba, ludzkich cech. Nie jest tak źle.

—-

Edelman, Benjamin (2009). Red light states: Who buys online adult entertainment? Journal of Economic Perspectives, 23, 209-220. – do przeczytania tu

Estetyczna tabelka prezentująca zestawienie niektórych stytystyk dotyczących tematu – tu

Wchodząc do gmachu opery wkraczamy w świat konwenansów i ceremoniału. Opera jest takim miejscem, w którym savoir – vivre i etykieta obowiązują w sposób szczególny. I tu nasuwa się pytanie: szczególny, ale konkretnie jaki? Na scenę wkraczają wciąż nowe roczniki poszukujące przy pomocy gugla jakże niezbędnych życiowych wskazówek. Wychodzimy rocznikom i ich zrozumiałym potrzebom na przysłowiowe przeciw.

Strój

Do opery ubieramy się zawsze inaczej niż do kina czy choćby teatru. Ubiór do opery powinien być szczególnie staranny i elegancki. W przypadku mężczyzny ważne jest np., aby ulubiony dres był nie tylko czysty, lecz również utrzymany w stosownych, najlepiej stonowanych kolorach. Zdobiące bluzę nieprzyzwoite napisy w rodzaju fuck you, macaronis! lub Straszny Dwór rulez, you sucker! przykrywamy dyskretnie szalikiem ulubionego klubu miłośników opery. Nie ma potrzeby zaciągania kaptura głęboko na oczy; służby porządkowe w operze tego nie cenią. Mile widziane jest natomiast nakrycie głowy w postaci wesołej, kolorowej czapeczki utrzymanej w barwach narodowych lub regionalnych. Bywalec opery, szczególnie jeśli wystawiana jest opera obca, np. nie daj Boże niemiecka, lub o zgrozo, rosyjska, nie powinien się wstydzić swojej polskości. Powinien jednak pamiętać, że jeśli przyniesiona przezeń flaga narodowa do wymachiwania patriotycznego będzie zbyt duża, personel porządkowy może poprosić o pozostawienie dowodu miłości do ojczyzny w szatni. Lepiej z bólem serca zrezygnować z góry. Nic nie przemawia natomiast przeciwko ozdobieniu oblicza stosownym, a nikomu nie przeszkadzającym malunkiem. Obuwie kulturalnego widza powinno być nie tylko wygodne, lecz również wyczyszczone. Sandały, szczególnie obute na stopę pozbawioną skarpety, nie są mile widziane. Klapki kąpielowe są wykluczone i tabu.

Nieodzowną rolkę papieru toaletowego, butelki z napojem, gwizdek lub tzw. wuwuzelę kulturalny widz umieszcza w gustownej torbie-reklamówce, którą jednak pozostawia w domu, nawet wówczas, gdy nie jest do końca przekonany, że powyższe rekwizyty są zbyteczne.

Kobieta ma być skoordynowana w stroju z mężczyzną – poszczególne elementy jej skromnego ubioru winny z jednej strony nawiązywać w swej stylistyce do stroju partnera, z drugiej zaś zapobiegać nieprzyjemnym dysonansom. Dres raczej czarny (lub w ciemnym kolorze), biżuteria – brylanty lub jakiś inny gatunek kamieni sztucznych, które od brylantów mogą odróżnić tylko fachowcy-jubilerzy, np. cyrkonia, staranna fryzura, wygodne sportowe obuwie (zakryte pięty i palce), mała torebka, najlepiej pod kolor adidasów. Jeśli pada deszcz lub jest mokry śnieg przychodzimy w butach zimowych lub kaloszach i dopiero w szatni zmieniamy je na przyniesione ze sobą tzw. papcie.

Przed pójściem do opery

Udając się do opery powinniśmy poznać wcześniej jej libretto, okoliczności jej powstania, jej historię, nabyć przynajmniej podstawowe informacje o jej kompozytorze, autorze libretta, odświeżyć sobie informacje na temat epoki, w której oni żyli oraz tej, której dotyczy utwór, podstawowych kwestii związanych z operą jako taką oraz gmachem opery, do której się udajemy itp. Takie przygotowanie pozwoli prowadzić rozmowę „na temat” na najwyższym poziomie. Jeśli nie mamy znajomych gotowych podzielić się z nami swoją wiedzą, nieocenione usługi może oddać internet ze szczególnym uwzględnieniem przysłowiowego gugla.

 Zachowanie w operze

Do opery powinniśmy przyjść przynajmniej kwadrans, a jeszcze lepiej na pół godziny przed rozpoczęciem imprezy, bo później może być tłok. Zadbajmy o to. Jeżeli jednak się spóźnimy i bileterzy wpuszczą nas na salę, to przeciskając się w ciemności do swych miejsc uważajmy na to, aby deptanie siedzącym po nogach ograniczyć do niezbędnego minimum. Syki i protesty osób niewrażliwych na naszą sytuację, kulturalny, spóźniony widz traktuje ze zrozumieniem i wielkodusznością udając, że ich nie słyszy. Reagowanie na zaczepki słowami „sam jesteś burak“ lub „coś pan taki wrażliwy, w końcu też zapłaciliśmy za to aby siedzieć, kmiocie jeden“ należy zarezerwować wyłącznie na okazje, w których nie da się ich uniknąć.

W jaki sposób wchodzimy do opery? Jeżeli przejście do szatni i sali operowej odbywa przez plątaninę korytarzy (tak jest najczęściej) on idzie pierwszy doprowadzając ją do szatni. Tu następuje procedura rozbierania i doprowadzania się do porządku w toalecie.

Jeżeli jest to przedstawienie, do którego wydano specjalny program, pierwszym obowiązkiem mężczyzny jest teraz go zakupić i wręczyć kobiecie. Od uwag w rodzaju: „Co, 10 złotych za ten świstek!“ lub sugerowania sprzedawcy bądź sprzedawczyni gdzie może sobie swój kosztowny program wcisnąć, lepiej się powstrzymać. Pamiętajmy jednak, że w czasie spektaklu będzie można zwrócić się z uprzejmą prośbą do sąsiada o wypożyczenie programu na chwilkę. Prośby takie spotykają się zazwyczaj ze zrozumieniem i przyczyniają się – szczególnie jeśli ponawiane wielokrotnie – do zawarcia ciekawych znajomości.

Następnie, jeśli jest jeszcze trochę czasu, on proponuje jej coś do picia w bufecie. Piwo w dużych ilościach nie jest ze zrozumiałych względów wskazane, podobnie jak zabieranie zakupionych napoi na widownię. Zakupując nieodzowny prowiant przeznaczony do spożycia podczas spektaklu, powinniśmy zwrócić uwagę na wybór mało szeleszczących opakowań. Oczywiście on płaci za wszystko. Następnie można się udać na krótko do tzw. foyer, które jak sama nazwa wskazuje służy do przestawienia telefonu komórkowego na tryb wibracyjny. Na widowni może być chwilami głośno, przez co możemy nie usłyszeć dzwonka telefonu i przeoczyć ważną rozmowę.

 Na widowni

Na widownię wchodzą w ten sposób, że ona idzie przodem. On wyprzedza ją przed wejściem do rzędu i idąc bokiem, twarzą do osób w nim siedzących i przeprasza torując jej drogę. Ona idzie za nim również zawsze bokiem i twarzą do siedzących. Nie przeprasza. Siadają w taki sposób, że ona znajdzie się po jego prawej stronie. Należy dokładnie sprawdzić czy to na pewno właściwe miejsca, by nie tworzyć potem niezręcznej sytuacji, w której trzeba się będzie szarpać i wykłócać z drobiazgowymi osobami, które mają na te miejsca bilety. Nie ociągajmy się z siadaniem, by nie prowokować niepotrzebnych uwag dotyczących zasłaniania widoku (ha, ha widoku) osobom siedzącym za nami. Nie zaczynamy klaskać w każdym momencie, w którym wydaje nam się to stosowne, pamiętając również o tym, aby natychmiast przestać, jeśli nikt się nie dołączy. Lepiej w ogóle nie zaczynajmy ani nie kończmy oklasków obowiązkowo jednak dołączając się do klaszczących. Nie musimy gwizdać. Ani tupać. Rozmawiając w trakcie spektaklu należy to robić cicho i nie wymieniać nazwisk znajomych ani znanych osób. I tak nikt nie usłyszy, a poza tym można to zawsze nadrobić w trakcie przerwy. Komentując wygląd lub ubiór obecnych na sali osób, nie należy wskazywać ich palcem. Jeżeli ktoś przechodzi przez rząd, należy bezwzględnie wstać i pouczyć go o niestosowności jego skandalicznego zachowania. Nie rozkładajmy rąk i nóg, by nie przeszkadzać sąsiadom, chyba że one również to robią, lub dają nam niedwuznacznie do zrozumienia, że im to nie przeszkadza. Używanie lornetki, jeżeli siedzimy blisko sceny należy ograniczyć do niezbędnego minimum i najbardziej interesujących scen. To samo dotyczy rozmów przez telefon komórkowy; teściowa, lub koledzy z pracy, z którymi pragniemy się podzielić naszymi estetycznymi uniesieniami, mogą poczekać do przerwy. Pamiętajmy, że nie wolno spóźnić się na drugą część spektaklu, szczególnie jeśli siedzimy w środku rzędu. Jeśli jednak się to nam zdarzy, powinniśmy w trakcie przeciskania się na miejsce przeprosić każdego, komu naszym przeciskaniem się przeszkadzamy, nawet za cenę lekkiego, ale przecież nieuniknionego zamieszania.

Pod koniec spektaklu

W miarę zbliżania się końca spektaklu ważne jest zachowanie czujności i nieprzeoczenie momentu, w którym należy się poderwać i zacząć energicznie przedzierać w stronę wyjścia. Przydatna bywa w tym celu pobieżna chociaż znajomość libretta. Osoby, które się zagapią, będą stały w długiej kolejce do szatni narażając siebie, a co gorsza swych partnerów, na długie, niepotrzebne czekanie.

—-

Powyższy tekst powstał już dawno, ostatnio się tylko przypomniał. I zajął miejsce przewidzianego na dzień dzisiejszy wpisu pt. „Rola hentai jako istotnej pomocy naukowej dla wychowanków seminariów duchownych”. Którego nie będzie wcale, bo autor ma powyżej oskarżeń o cynizm i manipulację. Po co mu to.

Miłosierdzie

Sierpień 18, 2011

Czasem warto się zatrzymać. Nabrać powietrza. Rozejrzeć. Zastanowić. Do dziwnych wniosków dojść można. Ale przede wszystkim, można się zdziwić.

Encyklikę Quadragesimo anno zawdzięczamy niejakiemu Achille Ratti, z zawodu papieżowi, znanemu powszechnie pod pseudonimem Pius XI. Interesujący ten dokument ujrzał światło dzienne 15 maja 1931 roku i zajmuje szczególną pozycję w katalogu źródeł, na które powołują się nasi domorośli krytycy socjalizmu. Krytycy proweniencji narodowo-katolickiej. Socjalizm – twierdzą – został przez katolicyzm jednoznacznie potępiony. Katolik nie może być socjalistą, bo bycie socjalistą i katolikiem się zupełnie wyklucza. Kościół jest w tej sprawie zupełnie jednoznaczny. I na dowód swych słów wyciągają encyklikę, machają nią krótko, ale za to energicznie przed nosem rozmówcy, aby natychmiast schować ją za plecami. Krytycy katolicyzmu dają się na ten numer nabrać. Jest to duży błąd. Należy samemu zajrzeć do środka. Zaglądamy i czytamy:

„Po pierwsze więc, jest dzisiaj oczywiste, że nie tylko same bogactwa, ale i ogromna siła i despotyczna, ekonomiczna dominacja – są skoncentrowane w rękach niewielu, którzy często nawet nie są właścicielami, ale powiernikami i dyrektorami funduszy inwestycyjnych, którymi zarządzają dla własnych przyjemności.
Siła ta staje się szczególnie kusząca dla tych, którzy te pieniądze trzymają i kontrolują, bo wykorzystując swoją pozycję mogą kierować i umieszczać kredyty według swojego uznania dostarczając ‘krwi’ do obiegu do całego ‘ciała ekonomicznego’ i trzymając w swoich rękach całą ‘duszę produkcji’, tak że bez ich zgody nikt nie ma prawa nawet oddychać”.
„Wolna konkurencja umarła a dyktatura ekonomiczna zajęła jej miejsce. Żądza dominacji i zysku zwyciężyły. Całe życie ekonomiczne stało się ciężkie, okrutne, bezlitosne i okropne.”

Acha.

Kropotkin, przypomniawszy sobie, że większość znanych mu polskich pracowników banków to ludzie głęboko wierzący, postanawia umówić się z pewnym znanym z głębokiej żarliwości prezesem. I zaproponować mu przygotowane przez siebie materiały szkoleniowe dla pracowników kierowanej przez niego instytucji. Ma już nawet tytuł roboczy: „Rola miłosierdzia w ocenie zdolności kredytowej bliźniego w świetle encykliki „Quadragesimo anno“. Jest nawet dobrej myśli, bo przecież.

%d blogerów lubi to: