Bronisław Kasper Malinowski jako pacholę słabowitego zdrowia był. Zapewne już wówczas, na przełomie wieków, krakowskie powietrze pozostawiało wiele do życzenia. Zapewne. W każdym razie młodociany Bronisław Kasper sporo czasu spędził w zaciszu domowym umilając sobie czas czytaniem. Traf chciał, że znalazł w bibliotece tomiszcze niejakiego Jamesa Frazera pod tytułem „Złota gałąź”. Znalazł i już nie mógł się oderwać. Były to czasy, gdy w przyzwoitych mieszczańskich domach była biblioteka, a w salonie stał fortepian. Nie będziemy się zagłębiać w temat, ale można zaryzykować twierdzenie, że gdyby zamiast dostępu do biblioteki miał nieskrępowany dostęp do internetu za pośrednictwem tzw. smartfona to dzieje nowoczesnej antropologii społecznej potoczyły by się inaczej. Fortepian w naszych dywagacjach pominiemy całkiem, bo nie odegra on w tej historii żadnej istotnej roli. W przeciwieństwie do niejakiego Ignacego S. Witkiewicza, który pewną rolę odegra. Ale raczej drugoplanową. W przeciwieństwie do poprawności politycznej, której jeszcze wówczas nie wynaleziono, dzięki czemu Bronisław Kasper mógł zyskać powszechną i wykraczającą daleko poza kręgi pokryte kurzem popularność, a to dzięki temu, że nazwał swoje późniejsze dzieło „Zycie seksualne dzikich”*. Tak, dzikich. O ile przyzwoitym ludziom z wyższym wykształceniem nie przystawało wówczas żywo interesować się życiem seksualnym (jako takim), to antropologią można było się interesować bez uszczerbku dla reputacji. Sukces wydawniczy był oszałamiający, dzieło sprzedawało się, że posłużymy się tutaj wyświechtanym kolokwializmem, jak ciepłe bułki. Egzemplarz zamykany był w przyzwoitym domu zazwyczaj na klucz w oszklonej biblioteczce aby nie narażać na zgorszenie osób niepowołanych, ze szczególnym uwzględnieniem młodzieży szkolnej, że o teściach lub służbie już nie wspomnimy. Bo po co? Pan mecenas (albo dyrektor banku), po sutym niedzielnym obiedzie zasiadał z żoną lub jeszcze lepiej kuzynką w bibliotece i przy cygarze, jak również z wypiekami na policzkach, oddawał się studiom antropologicznym. Studia te były o tyle ciekawsze, że książka była ilustrowana i tu lądujemy przy wspomnianym uprzednio Stanisławie Ignacym znanym potomnym jako Witkacy. Witkacy, po doprowadzeniu kolejnej narzeczonej do samobójstwa, był trochę przygnębiony i przyjaciel zaproponował mu (w ramach doprowadzania psychiki artysty do porządku) uczestnictwo w planowanej przez siebie wyprawie badawczej. W charakterze fotografa. Fotografowani mieli być dzicy, bo głód wiedzy o ich życiu był powszechny, a ponieważ nikt jeszcze nie wynalazł politycznej poprawności, to nie tylko można było dzikich nazywać bezkarnie dzikimi, ale w dodatku myśl, że dziki może wcale nie życzy sobie być (jako ciekawostka przyrodnicza) sfotografowany, nie pojawiła się w oświeconych głowach badaczy bo nie mogła.
Było rzeczą oczywistą, że to nie dziki robił fotki ciekawskiemu etnografowi, lecz wręcz na odwrót. Bo co, w końcu kto miał aparat, nieprawdaż?

Powróćmy jednak do naszych baranów, tzn. pardon, do dzikich, których, jak pokaże dalszy ciąg tej historii, należałoby zapewne wziąć w cudzysłów. Nie tylko ze względu na polityczną poprawność, która jak powszechnie wiadomo, jest czymś strasznym i godnym potępienia. Stanowczo, a może nawet ze wszech miar. Kto nie wierzy niech zapyta się ludzi naprawdę mądrych i utytułowanych, takich jak profesorowie Krasnodębski, Legutko, a nawet doktor habilitowany Zybertowicz Andrzej. My nie wierzymy, ale się nie zapytamy. Domyślności czytelnika pozostawiamy dlaczego nie. Wolno nam.

Malinowski, który akurat od 1910 roku przebywał w Londynie (gdzie studiował i pracował naukowo na London School of Economics pod kierunkiem Seligmana) wyruszył zatem w 1914 do Papui Nowej Gwinei w celu kontynuowania studiów swego mentora, Witkacy miał dołączyć w Australii i dołączył, ale wiele to nie dało bo obaj panowie staropolskim obyczajem natychmiast się pokłócili i Witkacy powrócił do ojczyzny, której ze zrozumiałych względów wówczas jeszcze nie było. Aparat fotograficzny na szczęście pozostawił. Malinowskiemu natomiast los spłatał figla w postaci wybuchu Wojny Swiatowej, wówczas jeszcze bez numeru. Wojna jak wojna, zdarza się, ale sporym problemem był fakt, że w ciągu jednego dnia Malinowski z brytyjskiego uczonego przebywającego na terenie brytyjskiego Commonwealthu przekształcił się w obywatela wrogiego państwa, a to ze względu na austro-węgierski, czyli wrogi, paszport. Co nie było wcale okolicznością sprzyjającą jego zamierzeniom lecz wręcz przeciwnie. Władze australijskie stanęły jednak na wysokości zadania i dały Malinowskiemu do wyboru internowanie lub pobyt na mocno odosobnionych Wyspach Trobrianda z obowiązkiem meldowania się co drugi dzień u miejscowego urzędnika. Zrozumiałe, że Malinowski wybrał drugi wariant, tym bardziej, że Wyspy Trobrianda stanowiły cel jego wyprawy. Przyszłemu opisaniu zadziwiających obyczajów ich mieszkańców nic już nie stało na przeszkodzie.

W tym momencie uważny czytelnik może sobie nareszcie zadać uzasadnione pytanie o co właściwie w tej krótkiej (i jak się zaraz okaże również pouczającej) historii chodzi. Może, ale zapewne nie zada, czytanie rozumiane jako czynność której towarzyszy refleksja odchodzi do lamusa. Podobnie jak takie aberracje jak np. erudycja Nudzimy zatem dalej.

Wyspy Trobrianda są częścią Melanezji, leżą w południowo-zachodniej części Morza Salomona i na północny wschód od Nowej Gwinei. Zawdzięczają swoją nazwę jednemu z francuskich oficerów towarzyszących ich odkrywcy. Za odkrywcę uchodzi niejaki Joseph-Antoine-Raymond Bruny d’Entrecasteaux, który poszukując w 1793 zaginionej ekspedycji kierowanej przez niejakiego Jean-François de La Pérouse, tejże nie znalazł, ale odkrył archipelag wraz zamieszkującą go ludnością, rzec można, przypadkowo. Zamieszkujący wyspy i posługujący się językiem Kilvila tubylcy może by się nawet zdziwili dlaczego zamieszkałe przez nich wyspy Kiriwina mają nową, ładną nazwę ale zapomniano ich o tym fakcie poinformować. Mieszkali sobie mniej lub bardziej spokojnie na wyspach już parę tysięcy lat (archeolodzy kłócą się nadal z genetykami czy chodzi o trzy, czy też raczej 50 tysięcy, tak, tak, tyle wiemy), pielęgnowali swoje, dla Europejczyka trudne do zrozumienia, a jeszcze trudniejsze do zaakceptowania obyczaje i po odpłynięciu Francuzów jeszcze przez 100 lat pozostawali w błogiej nieświadomości dotyczącej nazwy krainy, którą zamieszkiwali. Dopiero w 1894 przybyły w celu krzewienia prawdziwej wiary protestancki pastor zdecydował się osiąść na stałe i wytłumaczyć tubylcom elementarne pojęcia (np. grzechu, szkodliwości promiskuityzmu lub świętości własności prywatnej) co jednak nie spotkało się z ich entuzjazmem. Chociaż np. grać w krykieta się nauczyli wzbogacając dodatkowo grę o liczne zabawne elementy jak np. tańce o wyjątkowo erotycznym podtekście. W każdym razie, gdy Malinowski (podążający śladem Saligmana) przybył w 1914 roku na wyspy, te były zamieszkałe nadal przez ludność, która nie doświadczyła jeszcze zbyt wielu dobrodziejstw europejskiej cywilizacji. Krótko mówiąc: były one zamieszkałe, posługując się wówczas popularnym określeniem, przez „dzikich”.

Malinowski zaprzyjaźnił się z tubylcami. Zdawał im pytania dotyczące ich życia, nie wiemy czy znosili jego dociekliwość z cierpliwością. Zapewne, bo inaczej prawdopodobnie by z tej malowniczej krainy, podobnie jak wielu przed nim, nie powrócił. W swoich wydanych dopiero w 1967 r. dziennikach opisuje jednak interesujące zdarzenie rzucające ciekawe światło na dzikość „dzikich”.

Gazety z wieściami o toczonej w Europie wojnie docierały na wyspy z kolosalnym, wielomiesięcznym opóźnieniem. Tym bardziej były upragnionym pokarmem dla złaknionego nowin badacza. Któregoś dnia, widząc zatopionego w lekturze Malinowskiego zbliżył się doń stareńki kanibal i zapytał co robi. Chcąc nie chcąc ( i na tyle na ile to było możliwe) Malinowski opowiedział kanibalowi o wielkiej wojnie toczonej za oceanem. Oczy tubylca ożywiły się i pojawiły się dalsze pytania. Jak wielu wojowników brało udział w tej wojnie? Od jak dawna się toczy? Jak wielkie są straty w ludziach? Malinowski pocił się, ale odpowiadał jak umiał i zgodnie z posiadaną wiedzą. Dowiedziawszy się, że liczba ofiar to niewyobrażalne dla niego miliony poległych, kanibal zapytał co się w takim razie dzieje z tym całym mięsem poległych wrogów? Gdy usłyszał od Malinowskiego, że Europejczycy nie mają zwyczaju spożywać ciał swoich wrogów, tylko zagrzebują je w ziemi, przerwał wzburzony dalszą rozmowę. Wszelkie porozumienie z przedstawicielem rasy barbarzyńców zabijających bez powodu, a przede wszystkim dopuszczających się tak niewyobrażalnego marnotrawstwa wydawało mu się niemożliwe.

*Pełen tytuł polski brzmiał : „Zwyczaj i zbrodnia w społeczności dzikich; Życie seksualne dzikich w północno-wschodniej Melanezji” Po angielsku było  krócej: „Crime and Custom in Savage Society”

 

 

Reklamy
%d blogerów lubi to: