Dylemat natury ekologicznej.

Październik 28, 2010

Proszę (lepiej) nie czytać. Wszystko odszczekuję. U podstaw tego tekstu legł – jak słusznie i czujnie wskazali komentatorzy ztrewq i chemik – błąd który zbyt późno wykryłem. Postanowiłem (mimo wszystko i wstydu) pozostawić ten tekst. Z szacunku dla tych, którzy go już  skomentowali i jako przestrogę, głównie  dla siebie, jak łatwo można się pomylić. Jak doszło do błędu:  poniżej, w komentarzach. Powoli zaczynam sobie (coraz lepiej) uświadamiać mechanizm powstawania urban legends.

Gdy pan Ian Yang przeprowadził się do wymarzonego apartamentu na czwartym  piętrze  wymarzonego apartamentowca w położonym nad jeziorem Dianshanhu osiedlu Jinzegang, nadszedł czas na podjęcie męskiej decyzji. Decyzja dotyczyła zakupu roweru. Bądźmy uczciwi, pan Ian Yang, będąc całkiem nieźle zarabiającym kierownikiem wydziału operacji walutowych w usytuowanym w centrum Szanghaju banku, nie kierował się w swym wyborze sumieniem ekologicznym. Szczerze powiedziawszy, niezbyt nawet wiedział co to jest sumienie ekologiczne. Nieznane mu były również postanowienia Klimatycznego Szczytu w Kioto dotyczące redukcji dwutlenku węgla w celu ratowania planety przed efektem i apokalipsą. Pan Ian Yang po prostu postanowił przesiąść się na rower, bo podobało mu się jeżdżenie na rowerze. Można zatem powiedzieć, że decyzja pana Yang była nie tyle wynikiem refleksji nad losem matki-ziemi, co wynikiem mody i kaprysu. Krótko: pan Yang kupił rower, obcisły kombinezon uwydatniający jego walory, kolorowy kask, gogle, bidon i torebkę na laptop. Pan Yang nie mógł doczekać się następnego ranka. Cierpliwością i pracą, narody się bogacą.

Rano, po spożyciu lekkiego śniadania pan Yang wskakuje na siodełko i dziarsko rusza. Kto wcześnie wstaje temu Pan Bóg daje. Na pierwszym  skrzyżowaniu o mało nie skręca (z przyzwyczajenia) w prowadzącą przez Nannaiwei drogę dojazdową do płatnej, biegnącej w kierunku majaczącego się na horyzoncie City, drogi szybkiego ruchu Huyu Expy. W ostatnim momencie skręca w lewo i pedałuje dziarsko wijącą się wzdłuż brzegu jeziora szosą Huqingoing. Tu oczekują go, poza zdrowym wysiłkiem na jeszcze świeżym powietrzu, liczne, malownicze widoki. Przez 18 kilometrów go oczekują.

Szczycący się swą fizyczną kondycją pan Yang waży 75 kilogramów. Nie jest to ani dużo, ani mało. Posiada też przeciętną i adekwatną do swego wieku  pojemność płuc. Już po przebyciu pierwszego kilometra jego wolny dotąd puls osiąga 130 uderzeń na minutę. Gdy mija leżące trzy kilometry dalej osiedle Dianfengcun, początkowa częstotliwość 16 oddechów na minutę wzmaga się czterokrotnie i stabilizuje się na typowym dla intensywnego wysiłku fizycznego poziomie. 14 kilometrów dalej pan Yang, teraz już niezwykle zdyszany i spocony, przemyka obok Muzeum Quingpu, a potem miga pod wiaduktem, po którym, korzystając z sześciopasmowej autostrady G1501 (Shanghai Ring Expy) przewalała się w kierunku północnym blaszana lawina mniejszych i większych pojazdów (bez wyjątku) spalinowych. Dziesięć minut i osiem kilometrów później widzimy go jak pedałuje pochylony nad kierownicą omijając Lotnisko Hongqiao (od południa)  i pola golfowe DongJeng (od północy). Kilka minut później skręca w ulcę Yingbinsan, a potem w Hongqiao. Po sforsowaniu parkowych terenów rozciągających się wokół pawilonów wystawy Expo, ląduje wpierw na ocienionej drzewami szosie Xingyi, a potem, stając na pedałach, przemierza w zawrotnym tempie ogromny park Renmin. Po godzinie i 5 minutach intensywnego wysiłku, zdyszany, spocony, ale szczęśliwy – dociera wreszcie do miejsca pracy. Praca nie zając, ale jako niezając też może czasem nie poczekać. Krótki prysznic i po 15 minutach pan Yang siedzi (w garniturze) za biurkiem.

W trakcie (nieco) ponad godziny intensywnego wysiłku fizycznego, pan Yang przepuścił przez swoje płuca 2760 l powietrza. Dokładnie o 2070 litrów więcej, niż gdyby oddychał (w tym czasie) bez większego wysiłku. Powietrze wydechowe zawiera w sobie 4% dwutlenku węgla. Pan Yang, pędząc do pracy rowerem, pokonał dystans 33 kilometrów i wyemitował 5400g czystego dwutlenku węgla. Co daje 163g CO2/km. Gdyby pojechał samochodem (FIAT 500 emitujący 116g CO2/km) matce ziemi wyszło by to na lepsze. Ale czego można się spodziewać po (najwidoczniej) nie posiadającym świadomości ekologicznej Chińczyku?

Z przerażeniem powinniśmy myśleć o dniu, gdy 1,5 miliarda Chińczyków przesiądzie się z samochodów na rowery. Mam nadzieję, że aktywiści Greenpeace w porę dostrzegą nadciągające niebezpieczeństwo. Nie można się temu przyglądać bezczynnie.

____

Dane (do znalezienia w każdym (przyzwoitym) podręczniku fizjologii człowieka):

  • Przeciętna częstotliwość oddechowa w spoczynku: ok. 12-19 oddechów/ minutę.
  • Przeciętna objętość wydechowa dorosłego mężczyzny w spoczynku : 650ml
  • Objętość powietrza wydechowego/minutę w spoczynku: 11,5 l.
  • Objętość powietrza wydechowego w trakcie intensywnego wysiłku fizycznego: 46 l/min. ( W przypadkach ekstremalnych może wzrastać do 130 l/min)
  • Zawartość CO2 w powietrzu atmosferycznym (wdechowym): 0,04%
  • Zawartość CO2 w powietrzu wydechowym: 4%
  • Masa molowa CO2 – 44,0095 g/mol
Dodatkowo:
  • Postulowana przez komisję europejską dopuszczalna emisja CO2 przez nowo dopuszczone do ruchu samochody osobowe (począwszy od 2020): 80g/km

Autor, zanim zostanie skonfrontowany z wyznaniami wiary zarówno klimatycznych aktywistów jak  i denialistów, prosi o wcześniejsze sięgnięcie po kalkulator. I łaskawe przyjęcie do wiadomości, że z nikim nie będzie się tu kłócił.

Reklamy

W zbliżonych do hierarchii kręgach panuje graniczące z zaniepokojeniem, a czasem nawet troską, przeświadczenie, że dziatwa nie garnie się do katechezy, i że w związku z tym konieczne jest wzmożenie wysiłków na niwie krzewienia. Obawy katechetów są płonne. Dziatwa garnie się ochoczo, jeśli tylko spełnione są pewne istotne warunki wstępne. Wszystko zależy od tego jak materiał podać. I (ewentualnie) jaki. Dzisiaj: Anne-Josèphe Théroigne de Méricourt. Ciekawa i dzielna kobieta, ciekawa karta w historii emancypacji. Poważnie.

Historia rozpoczyna się 13. sierpnia 1762, w Marcourt koło Liége. Tam przyszła na świat. Tam też spędziła najwcześniejsze dzieciństwo zbierając kwiatki i kłócąc się z  niedobrą macochą. Zwykło się mawiać, że o przyszłych losach dziecka decyduje jego wykształcenie. Dlatego najlepiej złożyć obowiązek głoszenia słowa i przybliżania bojaźni od początku w odpowiednie ręce. Anne-Josèphe otrzymała wykształcenie staranne i należyte; zadbały o to  siostry zakonne z opactwa Robertmont. Pracowały nad młodą duszyczką lat osiem. Czym skorupka za młodu nasiąknie i tak dalej.

Teoria teorią, ale nie ma to jak praktyka. Anne-Josèphe była kobietą czynu., Osiągnąwszy wiek pozwalający na samodzielne podejmowanie decyzji, natychmiast taką decyzję podejmuje, wsiadając na okręt udający się do Anglii. Będzie pokojówką u dobrej chrześcijańskiej rodziny. Koniec odsłony. Kurtyna.

Drogi losu są kręte, dla ambitnych młodych ludzi świat stał jednak zawsze otworem. Rok po przybyciu do ojczyzny Szekspira, możemy spotkać naszą heroinę w operowej loży w Covent Garden. Jest w dobrym towarzystwie. Męskim. I niebywale zamożnym, co wydaje się być faktem nie bez znaczenia. Pobyt w Londynie potrwa pięć długich lat. Gdy 23-letnia Anne-Josèphe powróci na kontynent, zabierze ze sobą przyzwoitą  odprawę otrzymaną od  -jak twierdzi –  szczodrego kochanka. Mówimy tu o kwocie 200.000 Liwrów – wg. Blancheta i Dieudonné siła nabywcza ówczesnego Liwra odpowiada (mniej więcej) sile nabywczej ok. 10 Euro. Doceniona jako kobieta, Anne-Josèphe udaje się do Paryża i postanawia, wolna od trosk życia codziennego, poświęcić się samo urzeczywistnieniu, czyli studiom artystycznym. Voila.

Doskonalenie kunsztu artystycznego potrwa. W 1786 roku Anne-Josephe udaje się w turnee po stolicach europejskich.  Prasa lokalna (wówczas w rozkwicie) donosiła. Trudno dziś dociec, który z miernych gryzipiórków wymyślił (złośliwy przecież) przydomek „śpiewająca kurtyzana”. Ot, mali ludzie. Ciekawa życia artystka lubiła być tam, gdzie się coś działo. W 1789 roku dzieje się w Paryżu. I to jak. Powrót.

Nie, nie bierze udziału w zdobywaniu Bastylii, trudy związane ze szturmem pustego więzienia pozostawiając innym. Chwałę też. Co nie oznacza, że rewolucja jej nie interesuje. Anne Josephe zdobywa serca rewolucjonistów Pétiona de Villeneuvei i Kamila Desmoulins. Zeby od czegoś zacząć. Słowo serce proszę rozumieć niekoniecznie dosłownie. Słowo zdobyć – jak najbardziej.

Dygresja

Pétion de Villeneuve zostanie później, za swe wiekopomne zasługi dla rewolucji, uhonorowany przez konwent (obok Robespierrea) wieńcem laurowym i przydomkiem Cnotliwego.  Zasługi polegały m.in. na uwieńczonym sukcesem domaganiu się zniesienia celibatu duchownych. Ostatecznie celibat zniesiono wraz z duchownymi. Desmoulins  natomiast, będzie się później (jako radykalny Dantonista) domagać zgilotynowania Petiona będącego radykalnym, ale dla Desmoulins zbyt mało radykalnym  żyrondystą. Nie, żeby mu to ostatecznie zaszkodziło lub pomogło.

Koniec dygresji.

Wróćmy jednak do salonów naszej artystki. Ilość  rewolucyjnych zdobyczy nie przekłada się na jakość życia w ogarniętym coraz większym zamętem Paryżu. Sytuacja staje się jakaś niejasna. Miały być ideały, zwycięstwo rozumu i powszechne szczęście, a tu – jak się okazuje – coraz większy bałagan, a nawet, wbrew początkowym obietnicom, genderowa dyskryminacja. Weźmy na przykład przesławną Deklarację Praw Człowieka. definiującą człowieka jako białego osobnika płci męskiej. Anne-Josèphe, rozczarowana biegiem wypadków, udaje się do Wiednia. Tam natychmiast zostaje zaaresztowana jako krwiożercza bestia rewolucji. W odbytej (sam na sam) z cesarzem Leopoldem II rozmowie zdoła przekonać monarchę o swej niewinności, a nawet nieszkodliwości. Powrót do Paryża jest jej osobistym triumfem. Zostaje ukoronowana wieńcem z liści laurowych, obdarzona tytułem „Męczennicy Idei Wolności” i rozpoczyna karierę, hm, wojskową. Domaga się (w ramach równouprawnienia) zniesienia wszelkich różnic z jakimi prawo traktuje mężczyzn i kobiety i zniesienia instytucji małżeństwa jako formy ucisku. Propaguje też niczym nie ograniczoną swobodę seksualną jako istotny element równouprawnienia, jak również stara się świecić na tym polu przykładem. Żąda również wprowadzenia powszechnego obowiązku służby wojskowej dla kobiet i sama daje przykład występując od tego momentu publicznie uzbrojona po zęby w broń białą i palną. Staje na czele tzw. „Korpusu Przedmieść” i prowadzi swój wierny oddział do ataku na królewskie Tuileries. Para królewska ląduje w lochu i oczekuje na swój koniec, tłumy szaleją. Trudno powiedzieć jak by się jej kariera potoczyła dalej, gdyby nie zakochała się w prawniku Jakubie Brissot, który ze swej strony stał na czele żyrondystów. Żyrondyści mieli na pieńku z Jakobinami, różnice ideologiczne były wówczas intensywnie dyskutowane, głównie przy pomocy nowo wynalezionego narzędzia, które później zostanie nazwane gilotyną. Zanim jednak Brissot zawrze bliższą znajomość z nowym wynalazkiem, jego bliskie stosunki z Anne-Josèphe de Méricourt okażą się być zgubne dla tej ostatniej. Problem polegał na tym, że Brissot był wprawdzie stosunkowo krwiożerczy, ale dla zwolenników, a co bardziej istotne, dla zwolenniczek Robespierre’a, był krwiożerczy niewystarczająco.

Gdy nasza prekursorka nowoczesnego feminizmu uda się 15 maja 1793 roku na przechadzkę do otaczającego królewski pałac parku, ta skończy się dla niej tragicznie. Otoczona przez tłum rozjuszonych sankiulotek, zostanie powalona na ziemię, rozebrana do naga, skrępowana i ku uciesze licznie zgromadzonego tłumu wychłostana do utraty przytomności. Kobiety kobiecie to zrobiły, wskazujemy na ten szczegół bez satysfakcji.

Niektórzy radzą sobie z takimi sytuacjami lepiej, inni gorzej. Anne-Josèphe de Méricourt nie poradziła sobie zupełnie. Nie odzyska już nigdy równowagi psychicznej i resztę życia spędzi w zamkniętym ośrodku dla umysłowo chorych nie posiadających własnego majątku, zwanym wówczas jeszcze – co powinno ucieszyć przeciwników politycznej poprawności – zupełnie oficjalnie domem wariatów dla nędzarzy. W roku 1817 umrze w wieku lat 54 nieświadoma niebywałego sukcesu wydawniczego jakiego doczekało się w międzyczasie jej jedyne, stworzone (i opublikowane po raz pierwszy)  jeszcze w 1791 roku, dzieło. Nieprzeliczone wydania, nieznany, lecz z pewnością astronomiczny nakład. Dzieło szczególne i cieszące się na przestrzeni XIX całego wieku niebywałym powodzeniem. Ironia losu sprawiła że szczególnie – jeśli nie wyjątkowo –  wśród młodzieży płci męskiej.

Autorka, typowe, nic z tego nie miała, co jest smutne. Udowodniła jednak, że młodzież chętnie garnie się do katechizmu, jeśli tylko materiał podany zostanie w sposób zwięzły i adekwatny do jej zainteresowań.

They trust me. Dumb fucks.

Październik 11, 2010

Nigdy nie ufaj kobiecie, która podaje, zgodnie z prawdą, swój wiek. Jeśli gotowa jest posunąć się tak daleko, na pewno zdradzi też wszystko inne.
Oscar Wilde

Zaufanie jest stworzeniem pod każdym względem interesującym, lecz trudnym do ogarnięcia. Ufamy innym mniej lub bardziej chętnie. Ale wciąż od nowa – od początku kolektywnej pamięci – ufamy. Kapłanom coraz to nowych religii, że aktualna, to wreszcie ta jedyna i prawdziwa (ten żart z pierzastym wężem, to możecie kochani zapomnieć, obecnie mamy nowszy i o wiele atrakcyjniejszy towar). Bliskim, że nas kochają i szanują, przyjaciołom, że nas nie sprzedadzą wraz z ubraniem i resztą dobytku. Słabszym, że nie będą podstępni w chwili naszej słabości, silniejszym, że okażą – jak przyjdzie co do czego – wspaniałomyślność. Od czasu do czasu zdobywamy się nawet – wbrew wszystkim dotychczasowym, zarówno zbiorowym, jak i indywidualnym doświadczeniom – na obdarzenie zaufaniem banku, do którego udajemy się po kredyt (zależy nam na rozwoju Pańskiego Biznesu, proszę Pana) i biura podróży upychającego masową ofertę (będzie Pan miał piękny widok z okna na malowniczą, spokojną plażę). Ba, nasza wypływająca z irracjonalnej potrzeby zaufania naiwność sięga tak dalece, że co cztery lata, mimo rozlicznych i niedobrych doświadczeń, obdarzamy naszym zaufaniem polityków stających do wyborów w celu ich wygrania, a następnie zrealizowania wiekopomnego projektu pt. „gruszki na wierzbie”. Dlaczego tak robimy? Hipoteza robocza brzmi: bo tak jesteśmy skonstruowani i nie umiemy inaczej. Hipoteza robocza jest powierzchowna i jak większość hipotez roboczych nadużywa naszego zaufania, udając jedynie coś czym nie jest. Nie tłumaczy ona, dlaczego tak się dzieje, lecz ujmuje problem w sposób pozwalający na zaczerpnięcie oddechu przed zadaniem następnego pytania. Pytania, na które nie dostarczy żadnej odpowiedzi.

Dygresja

W tym miejscu należałoby (być może) skręcić w alejkę socjobiologi, a dokładnie dotrzeć do rozwidlenia tejże na dwie ścieżki: ekologię behawioralną i psychologię ewolucyjną. Szybko dotarlibyśmy do przejawów wzajemnego altruizmu u braci mniejszych, altruizmu opartego na prostej kalkulacji, że on się najzwyczajniej (globalnie) opłaca. Ja pomogę tobie, a ty (potem) mi pomożesz, itd. Problem jest jedynie taki, że egoizm osobniczy opłaca się osobnikowi jeszcze bardziej, a insekty najwyraźniej nie odrobiły (gdzieś na przełomie syluru i dewonu) swych lekcji, inaczej wiedziały by, że w myśl klasycznego dylematu więźnia altruizm żadnemu z uczestników tej pięknej gry (na zdrowy rozum) się nie opłaca. Tutaj naturalnie (niektórym) nasuwa się jeszcze bardziej istotne pytanie, czy ewolucja jest idiotką, ale my, dbając o nasze dobre imię, odmawiamy dalszej dyskusji na tym poziomie. Innymi słowy: wykręcamy się sianem wskazując, że altruizm i zaufanie to jednak nie to samo. Uda nam się to bez trudu, bo nikt jeszcze nie nauczył się w jaki sposób (i czym) mierzyć zaufanie u zwierząt i dlatego etologia musiała (jak dotąd) skapitulować. Altruizm, w przeciwieństwie do zaufania, jest obserwowalny, jego przejawy i skutki dają od biedy się zmierzyć. Z zaufaniem tak nie jest. Chociaż zwykliśmy mówić, że zwierzę nam ufa, to w gruncie rzeczy nie mamy najmniejszego pojęcia co się dzieje wewnątrz psa, kotka lub innego prymata i czy nie dokonujemy tutaj jedynie naiwnej projekcji. Nie wpadniemy raczej na pomysł, aby twierdzić, że odkurzacz nas lubi i nam ufa (bo nas nigdy nie ugryzł), przyjaźnie mruczy i wesoło merda kablem w trakcie sprzątania, nieprawdaż?

Koniec dygresji

A zatem z powrotem do zaufania, a nawet jego braku.

Egzystencja oparta na wszechogarniającej nieufności wydaje nam się być ponurą i pozbawioną wszelkiej wartości. Bez zaufania wszystko szarzeje i blednie. Bez zaufania robi się mroczno i duszno. Depresyjnie. Kto tak chce żyć? Nikt nie chce. Chcemy móc ufać.

Zaufanie związane jest zazwyczaj z lękiem, że zostanie ono (najprawdopodobniej) nadużyte. Przeważnie – bo nie zawsze. Brak lęku (u innych, szczególnie jeśli ich nie lubimy) zwykliśmy nazywać naiwnością lub głupotą. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wpadnie na pomysł, aby (głośno) nazywać w ten sposób tych, którzy obdarzają nas swym zaufaniem. Na pewno nikt?

Otóż nie, nie na pewno. I tutaj zbliżamy się do lądowania na lotnisku pt. internetowe serwisy społecznościowe. Jest ich dużo. Wszystkie (bez wyjątku) opierają się na modelu biznesowym, w który milcząco wpisana jest kradzież, nadużycie zaufania i wyprzedaż tego co użytkownik naiwnie uważa za swoją własność. Największym z serwisów jest chwilowo facebook, do tej świecy poleciało (póki co) ponad 500 milionów owadów. Owady są przeświadczone, że skoro dostają coś za nic, to muszą lecieć i nie mają zamiaru zadawać sobie pytania po co to wszystko i kto, czym za to zapłaci. Twórcą (aczkolwiek nie wynalazcą) facebooka jest młodzieniec o nazwisku Mark Zuckerberg. Parę lat temu dwoje przyjaciół, którzy wymyślili facebook zatrudniło go jako programistę. Ot takie zlecenie. Nasz Mark ukradł im pomysł i sam otworzył sklepik. Na początku dla kolegów z Harwardu, gdzie akurat studiował. W krótkim okresie czasu dysponował obszernymi danymi 4000 studentów. W (udokumentowanej) wymianie zdań z jednym z przyjaciół, zapytany w jaki sposób udało mu się te dane zgromadzić, udzielił rozbrajającej odpowiedzi, że po prostu mu je zainteresowani podarowali, a on sam nie ma pojęcia dlaczego. Pokusił się jednak o wyjaśnienie tego fenomenu – pozwoliliśmy sobie zacytować je w tytule..

Józef K., przerażony że powierzył swoją prywatność, korespondencję, zdjęcia najbliższych, kontakty, marzenia oraz zainteresowania notorycznemu złodziejowi i socjopacie, próbuje bezskutecznie zlikwidować swe konto na facebooku. Zatroskany facebook stawia opór, wprowadzając go w coraz to nowe boczne uliczki i zadając wciąż od nowa pytanie, czy na pewno dobrze i do końca przemyślał tę decyzję.

—–

Wobec zaistnienia kwestii spornych (Cynycynat i Mona spierający się o to i owo), kilka lektur dodatkowych i pomocniczych dla tych, którzy mają czas i ochotę na lektury dodatkowe i pomocnicze.

1. Why Facebook is scarier than Google by By Donna Bogatin | May 28, 2007, ZD Net (ciekawe bo pozwala porównać przepowiednie z tym co przyszło) – tutaj

2.   10 Reasons To Delete Your Facebook Account – Dan Yoder,  Business Insider May 3, 2010 – tutaj

3.  Facebook’s Mark Zuckerberg Claims Privacy Is Dead, Switched, Jan 11, 2010 (wywiad) –  tutaj

4.  Facebook, MySpace Confront Privacy Loophole, E. Steel, J.E. Vascellaro, WSJ May 21, 2010 – zabawne aspekty w akcji: tutaj

5.  Sztuka mięsa, ale ciekawa ze względu na zbiór linków pod spodem – tutaj.

O rybaku i złotej rybce

Październik 6, 2010

Krótka preambuła (można pominąć)

Bajki mają to do siebie, że nie przygotowują dzieci do życia takiego jakim ono jest, lecz do takiego, jakie – zdaniem bajarza – być ono powinno. Rezultaty widoczne jak okiem sięgnąć. Frustracja, skłonność do nieuzasadnionej agresji, używek, byle jakiego seksu z przypadkowymi partnerami, a w szczególnie poważnych przypadkach nawet do nadużywania telewizji i gier komputerowych. Jak zwykł mawiać po niemiecku dobrze znający ten język Goethe: schlimm, schlimm.

Konfrontacja bajecznej rzeczywistości napotkanej w wieku pacholęcym, z rzeczywistością rzeczywistą okresu późniejszego, może mieć charakter głęboko traumatyczny i prowadzić, w wybranych przypadkach, do poważnych i opornych na terapię nerwic. Ten –  zadowalający jedynie psychoanalityków paradygmat –  stanowczo domaga się odwrócenia. Bajki powinny przygotowywać dziecię do życiowego scenariusza typu „worst case”. Potem, nawet najmniejsza odmiana od spodziewanej niedoli, stanowić będzie źródło niespodziewanego szczęścia, wdzięczności, a może nawet trwałej satysfakcji.

A zatem, jak mawiali wykształceni Rosjanie w czasach Lwa Tołstoja: A l’ouvrage , Du courage ! Dieu t’aidera !.

O rybaku i złotej rybce.

Był sobie rybak, który miał bardzo nierozsądną żonę. Była do tego stopnia nierozsądna, że w zasadzie można by powiedzieć, że była głupia. Bywają gorsze nieszczęścia, niż głupia żona, żeby wymienić choćby głupiego męża. Albo, przepraszam drogie dzieci za wyrażenie, głupiego konkubenta. Ale nie odbiegajmy.

Pewnego dnia, rybak miał więcej szczęścia niż w pozostałe dni i złowił flądrę. Flądra poinformowała go, że tylko wygląda jak flądra, ale tak naprawdę to jest zaczarowanym księciem i jeśli zwróci jej wolność, to spełni ona każde jego życzenie.

– Każde, ale to każde – zapewniła. I nie wiadomo dlaczego mrugnęła do rybaka obleśnie lewym okiem.

Rybak, który w dzieciństwie słyszał już podobną historię, nie namyślał się długo. Wrzucił flądrę do wody, a ta odpłynęła. Dopiero wówczas przypomniał sobie, że nie wyraził żadnego, nawet najskromniejszego życzenia. Udał się więc, chcąc nie chcąc, do swej obskurnej, walącej się chatki, gdzie już czekała na niego głupia i swarliwa małżonka..

Po tym godnym wzmianki wydarzeniu, rybak i jego żona żyli krótko i raczej nieszczęśliwie. Często się kłócąc. Wkrótce rybak zmarł na zawał, pozostawiając żonie pokaźne długi i zepsuty telewizor.

Nie wiemy co się stało z żoną. Prawdę mówiąc, niespecjalnie nas to interesuje.

—–

Tekst powyższy jest (w pewnym sensie) kontynuacja rozpoczętego niegdyś cyklu pt. „Bajki dla niegrzecznych dzieci”. Wchodząc jeszcze raz do tej samej rzeki, starałem się – nie rezygnując z wrodzonej złośliwości – dorobić do cyklu (patrz preambuła) pożyteczną ideologię. Chyba nie wyszło.

Marie-Louise de Savoie-Carignan

Październik 1, 2010

Maria Luiza, księżniczka de Lamballe, ta  z domu sabaudzkiego, powraca z emigracji na życzenie królowej. Przedtem spisuje testament, pozostawiając (na wypadek nader prawdopodobnej śmierci) cały majątek szpitalowi Hotel Dieu i swoim pieskom. Wraca, mimo że stosunki pomiędzy obiema paniami już dawno się ochłodziły.

A przecież, nie aż tak dawne były czasy,  gdy obie panie całowały się namiętnie na oczach całego dworu. W usta i nie tylko.  Maria Antonina, znużywszy  się starszą o 15 lat przyjaciółką, postara się szybko o inne kochanki.  Rozczarowana de Lamballe będzie się snuła po korytarzach Luwru jak wyrzut sumienia i obiekt cichych  kpin dworaków.

Po powrocie, de Lamballe dołącza do (w międzyczasie) nader skarlałego dworu, świętuje wraz z rodziną królewską rocznicę zburzenia Bastylii, a gdy królewska para  zostanie uwięziona w Temple, również tam z nimi podąży.

18 sierpnia 1792 roku zostaje – wraz z resztą utytułowanej służby -zaaresztowana i  zamknięta w więzieniu La Force. Nadchodzi czas masakr wrześniowych; de Lamballe zostaje postawiona przed pospiesznie skleconym trybunałem. Odmawia złożenia przysięgi na wierność ideałom rewolucji, a co gorsza, wzbrania się przed składaniem zeznań obciążających królewską parę. Zostaje wydana motłochowi. Ogłuszona ciosami młota, pada na ziemię i zostaje zgwałcona a potem rozszarpana żywcem. Niektóre źródła podają, że została wpierw rozszarpana, a dopiero później zgwałcona.  Historycy będą się później spierać, czy opowieści o tym, że jej mordercy odcięli jej piersi aby karmić nimi psy, a następnie ugotowali i spożyli (zakrapiając winem) jej serce, mogą być uznane za prawdziwe.  Niezaprzeczalnym faktem historycznym jest jednak, że jej odciętą głowę, nadzianą na pikę,  skory do żartów tłum poniósł przed okna królowej.  Zeby sobie też popatrzyła. Gdyby jej było mało samej głowy, mogła sobie też popatrzyć na niesione przez Paryżan (również na pikach)  wnętrzności.

Rzekomo, zanim pochód dzielnych obywateli wybrał się pod okna królowej, udał się on, wraz z głową, do pobliskiego fryzjera.  Uderzenia młota i rozszarpywanie zwłok poważnie zrujnowały misterną fryzurę i księżniczka, to znaczy w zasadzie już tylko jej głowa,  była z tego powodu zupełnie nierozpoznawalna. Tak, że trzeba było coś z tym zrobić.

Ostatnio mnożą się głosy, że to telewizja i niektóre gry komputerowe odpowiedzialne są za wzrost ilości agresywnych zachowań wśród młodzieży. Kiedyś – twierdzą eksperci – takiej skłonności do brutalnej przemocy  jak dzisiaj – po prostu nie było.

%d blogerów lubi to: