Zarost Ockhama

Październik 24, 2011

„Z punktu widzenia czynników oficjalnych odpowiedzialność za katastrofy żywiołowe daje się łatwo przypisać niegodziwości niepożądanych, wrogich jednostek“
A.A. Zinowjew „ Ziejące wyżyny“

Everything happens for a reason – stwierdził swego czasu John Locke. Zdanie, efektowne ze względu na pozorną prostotę, potrafi nas jednak szybko doprowadzić do logicznej ściany płaczu. Bo niemożność przeprowadzenia dowodu dotyczącego słuszności stawia przed alternatywą zwątpienia (bez uzasadnienia) lub wiary (na słowo), co jest, np. dla sceptyka, wysoce niekomfortową sytuacją.

Jeszcze gorzej jest z winą. Językoznawca, prawnik, etyk i prosty człowiek sprzed telewizora używają tego samego terminu nie bacząc, że każdy z nich, akceptując wyłączność znaczenia do którego się przyzwyczaił, mówi coś zupełnie innego. Wina jednego, nie jest winą drugiego, nie jest winą trzeciego. Bo jakże. Nie wiadomo jaka jest przyczyna tego skandalu, jeszcze mniej wiadomo, kogo można (o ile można) obarczyć za powyższy stan rzeczy winą. Uwikłani w sieć pojęć niejednoznacznych, nieprzystawalnych i (ogólnie rzecz biorąc) mętnych, pozostajemy bezradni.

Aby nie wpaść w zamęt, skierujmy się, dla odmiany, na tor anegdotyczny. Związki przyczynowo-skutkowe dają się nader łatwo zastąpić koncepcją winy. Elster, cytując Зияющие высоты Zinowiewa (Aleksandra Aleksandrowicza) nie mógł przewidzieć, że ten wkrótce oszaleje do tego stopnia, że będzie wstyd się na niego powoływać. Ostatnie 15 lat życia i działalności Zinowiewa sprawiły, że wymazaliśmy go zupełnie, nie tylko jego niekwestionowany geniusz, ale również osobę. Kto by jeszcze przed ćwierćwieczem pomyślał. Trochę szkoda. Bo poruszając się po wytyczonej (onegdaj) przez nigo ścieżce możemy dobrnąć do „Les Orangers du Lac Balaton“ Maurice Duvergera i sobie przeczytać:

„Za czasów rządów stalinisty Rákosiego światłe węgierskie przywództwo podjęło uchwałę o utworzeniu na brzegu Balatonu plantacji drzewek pomarańczowych. Jezioro Balaton, mimo że posiada dobroczynny, łagodzący wpływ na kontynentalny klimat równiny panońskiej, nadając szczególnie osłoniętemu od mroźnych, północnych wiatrów wybrzeżu śródziemnomorski charakter, zwykło każdej zimy zamarzać. Agronom, któremu partia powierzyła odpowiedzialne zadanie, miał odwagę cywilną wskazać na ten niekorzystny aspekt, wróżąc przedsięwzięciu nieuniknione fiasko. Na próżno. Partia, działając w oparciu o naukowe podstawy historycznego materializmu nie mogła się (w przeciwieństwie do agronoma) pomylić. Ministerstwo rolnictwa zakupiło (płacąc bezcennymi dewizami) tysiące sadzonek i drzewka zostały posadzone. Po czym – zgodnie z przewidywaniami sceptyka – wszystkie wymarzły. Agronom zaś został zaaresztowany, oskarżony o sabotaż i postawiony przed sądem. I naturalnie skazany. Sąd przychylił się bowiem do argumentacji oskarżenia twierdzącego, że zademonstrowane przez niego swego czasu krytykanctwo dowodzi niezbicie, że zamierzał sabotować decyzję biura politycznego. A skoro na czele od początku stał sabotażysta i malkontent, to nic dziwnego, że przedsięwzięcie zakończyło się fiaskiem.

Warto, naprawdę warto, pamiętać tę historię, gdy dobiega do nas codzienny szum i pokrzykiwania poszukujących winnego. Jak również wówczas, gdy nam coś – w naszych oczach zasłużenie, bądź niezasłużenie – nagle, niespodziewanie spada na plecy.

Jesień potrafi przynieść, poza nieprzyjemną pogodą, rzeczy przerażające.

——-

/napisane - w ogólnych zarysach - chyba w 2009/

Podejście do tematu bohaterstwa w ogóle, a narodowego szczególnie, wymaga pewnej delikatności. Brak takowej może zranić uczucia. Patriotyczne. Opłaca się jednak podjąć ryzyko. Mimo, że z konieczności, będzie dużo uproszczeń. Naprawdę warto.

I. Przydługi wstęp.

Heroizm jako taki wymyślili najprawdopodobniej Grecy. Bardzo dawno temu. Początki herosa były skromne: walczył z Meduzą, smokiem lub jakimś innym nieszczęściem trapiącym społeczność lokalną, od czasu do czasu ratował sobie dziewicę popełniając po drodze czyny godne sławienia. Pomnik herosa zdobił potem agorę. W czasach nowożytnych ulubionym zajęciem bohatera stało się rzucanie się, przeważnie wbrew zdrowemu rozsądkowi, na przeważającą i niewiarygodną ilość wrogów. Krzepnące nowożytne państwa narodowe definiując mity założycielskie sięgały do idei i czerpały pełną garścią z mroków historii. Niemcy odkurzyli Arminiusza, Francuzi Wercyngetoryksa, Hiszpanie Cyda. Rosjanie Aleksandra Newskiego. Szwajcarzy przypomnieli sobie Winkelrieda i Wilhelma Tella. W XIX wieku do postaci legendarnych dołączyli współcześni. Włosi wywindowali na postument narodowego bohaterstwa Garibaldiego, a Simon Bolivar został bohaterem narodowym całego szeregu nowo powstających państw.

Dygresja

Polskim prototypem bohatera narodowego miał szansę zostać francuski marszałek o polskim, książęcym nazwisku, który utopił się w niemieckiej rzeczce i prawdopodobnie dlatego został patronem mostu w Warszawie. Brak polskiej państwowości w czasach, które nastąpiły, zapobiegł jednak nieuniknionej w takich przypadkach epidemii pomników.

Koniec dygresji

Instytucja bohaterstwa narodowego doznała sporej kompromitacji w XX wieku, ponieważ potęgi totalitarne, próbując wzmocnić morale mięsa armatniego przypisały trwale termin bohaterstwa zgonowi na tzw. polu walki. Niemcy nazywali swoich nieboszczyków Kriegshelden, a wąsaty Gruzin wymyślił Bohatera Związku Radzieckiego będącego (w czasie wojny) częstokroć synonimem żołnierza, który dał się w sytuacji beznadziejnej zastrzelić, zamiast trafić do nieprzyjacielskiej niewoli. Chyba, że był np. marszałkiem. Wtedy mógł się cieszyć osobiście. Kult bohaterów narodowych militarnej proweniencji kwitnie, w trochę zmodyfikowanej postaci, po dziś dzień w Stanach Zjednoczonych. Komuś, kto raz został uznany za american hero w zasadzie nikt już nie podskoczy.

Bohater Narodowy jako taki, aczkolwiek powszechny, nie jest łatwy do zdefiniowania. Zdaniem potomnych jest to (z reguły) ktoś, kto dokonał rzeczy ogromnych, zasłużył się dla ojczyzny czynami swemi i wymaga z tego względu szacunku, czci i upamiętnienia. Upamiętnia się przeważnie przy pomocy orderów imienia, pomników i notorycznego nadużywania nazwiska do nazywania placów, skwerów, ulic i mostów. Taki Garibaldi ma we Włoszech, w dowód wdzięczności za podarowaną Włochom państwowość, wszędzie, naprawdę wszędzie jakąś ulicę lub plac. A na placu dodatkowo pomnik. W Polsce trudno znaleźć miejscowość nie posiadającą ulicy Ściegiennego. Czasem jest to ulica Piotra Ściegiennego, czasem księdza P. Ściegiennego. W ostatnim dwudziestoleciu przeważa ta ostatnia. Ściegienny, jako patron ulic cieszy się nieprzerwaną sympatią i wdzięcznością rodaków (w tym władz) od momentu uzyskania niepodległości w 1919 roku. Bez względu na ustrój. Nadaje mu to rangę fenomenu, któremu warto się przyjrzeć bliżej. Bo jest to przecież ciekawe, jakie cechy charakteru i dokonania sprawiają, że w światowym centrum zawiści, pieniactwa, kłótliwości i wieszania psów na bliźnim jest możliwy szacunek i kult ponad podziałami.

II.Trudny temat

Niełatwa sprawa z tym Ściegiennym. Bo jakże tu przyczepiać się do kogoś, kto chciał dobrze? Nawet jak mu nie wyszło? Encyklopedyczne notki ukazują sympatycznego, naiwnego patriotę, utopistę i społecznika. Próbował wzniecić powstanie, dostrzegał ucisk warstw, niedobry zaborca zesłał go na Sybir, z którego powrócił jako siwowłosy staruszek. Otóż diabeł tkwi w szczegółach. W wizji. W tym, co można nazwać „modus operandi“. Po bliższym przyjrzeniu się, jeżą się włosy na głowie. A było tak.

III.Społecznik, wizjoner, rewolucjonista, bohater.

Ściegienny urodził się w rodzinie wieśniaczej. Wykształcenie otrzymał skromne, wyniki w nauce miał też takowe. Ponieważ nie przyjęto go do seminarium duchownego, wybrał drogę okrężną, zostając nauczycielem u pijarów, gdzie nauczał do momentu zostania klerykiem i uzyskania święceń kapłańskich w 1832 roku. Po kasacji zakonu został wikarym w Wilkołazie w Ordynacji Zamojskiej. W okresie po powstaniu listopadowym zaangażował się w działalność konspiracyjną. Polegała ona na tym – tu źródła są zgodne – że „nawiązał kontakty“. Do konspiracji wciągnął znajomych (co było, jak się później okazało, poważnym błędem) jak również swoich dwóch braci. Trudno powiedzieć o co mu chodziło. Późniejsi patrioci twierdzili, że o niepodległość, socjaliści, że o rewolucję społeczną. Poglądy swoje, a w zasadzie nie tyle swoje, co Lammenais’go, spisał w tzw. „Złotej książeczce“. Tenor prezentowanego niezainteresowanym (przeważnie) i niepiśmiennym (nieomal zawsze) przedstawicielom ludu (okolicznym chłopom) dziełka był jednoznaczny: ucisk jest zły, wyzysk sprzeczny z chrześcijaństwem, kler sojusznikiem krwiopijców, Chrystus tego nie chciał, lud musi przestać pić gorzałkę i powstać. Czytanie chłopom i co poniektórym kieleckim mieszczanom przepisywanego ręcznie manuskryptu nie przynosiło jednak oczekiwanych wyników, lud był ciemny i oporny. Przechowywana na policji teczka z donosami przedstawicieli ludu na „zwariowanego księdza“ puchła, władze carskie nie podejmowały jednak żadnych kroków, nie widząc najwyraźniej takiej konieczności. Rozczarowany obrotem wypadków i zdesperowany kapłan postanawia uciec się do podstępu. Siada do stołu i wystosowuje własnoręcznie list papieski do polskiego włościanina (i rzemieślnika), w którym to liście jego świątobliwość wzywa tegoż włościanina do rewolty obiecując Królestwo Boże na Ziemi i ewentualną dyspensę. To, że aktualny papież był zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich ruchawek, zupełnie mu przy tym nie przeszkadzało. Ponieważ czytanie listu jednostkom, poza drapaniem się w głowę, nie przyniosło konkretnych efektów w postaci wzrostu nastrojów rewolucyjnych, a ustalony ze znajomymi z Warszawy termin powstania zbliżał się nieubłaganie, Ściegienny decyduje się na krok desperacki w postaci zwołania wiecu w celu wygłoszenia płomiennej mowy do ludu. O wiecu wiadomo, że się odbył 24 października 1844 w lesie nieopodal Krajna, na Kielecczyźnie. Liczne źródła skromnie milczą na temat liczebności zgromadzonego tłumu. Wzięło w nim udział (poza księdzem) dwunastu chłopów, którym przekazana została wizja. Ściegienny obiecał zniesienie pańszczyzny, ziemi ile kto chce i (według zeznań nausznych świadków) nawoływał do mordowania urzędników i panów w celu osiągnięcia przy pomocy czynu rewolucyjnego tak upragnionej równości. Przemówienie zakończył okrzykiem: Bracia, do broni! Chłopi mowę wysłuchali, powiedzieli, że muszą sobie przemyśleć, po czym rzucili się na wyścigi do najbliższego komisariatu w celu złożenia donosu. Wyścig wygrał (i skasował obiecaną nagrodę) niejaki Janic. Nieświadomy rozwoju wypadków Ściegienny, przeświadczony o genialności i skuteczności swego planu (do powstania wystarczy 50 młodzianków, którzy powinni zwerbować 500 chłopów z kosami, a carat padnie, on sam pójdzie z krzyżem na czele i będzie nawracał rosyjskich żołnierzy na prawdziwą wiarę) zleca dalszy werbunek braciom, a sam udaje się do pobliskich Kielc w celu szukania sprzymierzeńców dla swej sprawy. Tam zostaje zaaresztowany na ulicy i odtransportowany do X pawilonu warszawskiej cytadeli. W stan gotowości postawiono (jak się okazało zupełnie niepotrzebnie) okoliczny garnizon. O tym, jakie były naprawdę nastroje społeczne niech świadczą liczby. Śledztwo było skrupulatne. Z początkowo podejrzewanych 152 uczestników spisku (w tym 45 chłopów) ostały się (po przejrzeniu teczek z donosami) 24 osoby, którym postawiono zarzuty. Władze carskie postanowiły okazać surowość. Przywódca miał być stracony. Resztę oskarżonych skazano na bezterminową katorgę po uprzedniej publicznej chłoście. Ostatecznie wyrok wykonano publicznie 6 maja 1846 w Kielcach na 13 skazańcach. Bardziej skomplikowana była sprawa z przywódcą buntu – publiczne wieszanie duchownego nie było eleganckim rozwiązaniem. Namiestnikowi Paskiewiczowi specjalnie zależało, aby decyzję o zdjęciu sakry podjął sąd kościelny, zwrócił się zatem do polskiego, słynnego jak obecnie powszechnie wiadomo z kultywowania ducha patriotycznego duchowieństwa z uprzejmą prośbą o pomoc. 27 kwietnia 1846 roku kapituła katedry lubelskiej skazała posłusznie Ściegiennego na degradację i odsądzenie od godności duchownej. Audytoriat wojskowy, za zezwoleniem Paskiewicza, zamienił karę śmierci na pozbawienie praw i bezterminową katorgę na Syberii. Ksiądz (a w zasadzie już nie ksiądz) protestował głośno domagając się wykonania wyroku, ale w końcu powędrował na Syberię. Tam spędził 10 lat w kopalni w Nerczyńsku, a potem na zesłaniu w Permie. Wrócił do kraju po 25 latach. Resztę życia spędził w u brata w Tarnawie i Lublinie domagając się od miejscowego biskupa przywrócenia święceń. Co, po latach starań, zakończone zostało sukcesem. Z przykrością należy stwierdzić, że był to jego jedyny sukces. Zmarł w wieku 90 lat i – ponieważ nie pozostawił na pochówek ani grosza – został pochowany w krypcie zaprzyjaźnionego duchownego.

IV.Niewygodne refleksje

Różne narody wybierają sobie różnych bohaterów. Przeważnie kierują się wdzięcznością i doceniają dokonania. Bohaterowie zasługują na hołd, bo uratowali ojczyznę, odnieśli niewiarygodne zwycięstwa, są (lub mogą być) przedmiotem zazdrości sąsiadów. Źródłem dumy. Jakie wnioski można jednak wysnuć na temat poczucia własnej wartości narodu czczącego ewidentnego (choć może sympatycznego) nieudacznika? Człowieka, który zawiódł pokładane w nim nadzieje, który niczego nie osiągnął, nie wiedział jak się zabrać do wzniecenia powstania, postanowił mimo to wzniecić i w wyniku swej niewiedzy wpakował siebie i innych w tarapaty? Duchownego, który nie potrafił realnie ocenić sytuacji, naraził innych, a w końcu został wychłostany, bo uznano, że nie stanowił wystarczającego zagrożenia, aby karać go surowiej? Co sprawia, że całe spektrum – od narodowców, po anarchistów – zgodnie chyli głowę przed tą klęską? Strach pytać.

V. Pytanie dodatkowe

Zakładam, że każdy rodak słyszał kiedyś o księdzu, który chciał kiedyś wzniecić powstanie i w tym celu zgromadził 12 chłopów w lesie, ale mu się nie udało.  Czy ktoś z czytelników wie (bez zaglądania do Wikipedii), kto dowodził doskonale zorganizowanym, racjonalnie przeprowadzonym  i uwieńczonym (przy minimum strat) sukcesem Powstaniem Wielkopolskim? I w jaki sposób go doceniono? I ile ulic zostało nazwanych jego imieniem? Dla ułatwienia dodam, że żadna z głównych ulic w Poznaniu (nawet w Poznaniu) nie nosi jego imienia. Uczczony został natomiast niejaki Franciszek Ratajczak, powstaniec trafiony przez zbłąkaną kulę w pierwszym dniu powstania. Miał szczęście: zasłużył się rodakom, bo co prawda niczego wielkiego nie dokonał, nie odniósł żadnego sukcesu, ale za to był ofiarą. Bycie ofiarą, podobnie jak bycie nieudolnym, gwarantuje w Polsce szacunek i podziw rodaków. Nie dziwmy się, że jest tak, jak jest, skoro jesteśmy, jacy jesteśmy. Nieudolność i klęska są przepustką do narodowego panteonu. Jak to nazwać? Nazwijmy to solidarnością ofiar.

Proszę wszystkich, którzy zajrzą do Wikipedii lub do copypastowanego  w sieci (w nieskończoność i do znudzenia) artykułu z czasopisma Mówią Wieki w celu wykrzyknięcia „ale przecież wiadomo jak było”  o wstrzemięźliwość w wyciąganiu pośpiesznych wniosków. Nie wystarczy.

„Once upon a midnight dreary, while I pondered, weak and weary (…)“
E.A. Poe, The Raven

Kruki zasługują na więcej. Ponieważ każdy może coś takiego powiedzieć i niekoniecznie musi (aczkolwiek istnieje niebezpieczeństwo, że może) istnieć przełożenie chwytliwego sloganu na dotykalną rzeczywistość, spróbujemy wyjaśnić. Wyjaśnienie, w przeciwieństwie do sloganu, nie ma apelować do emocji, których źródłem jest układ limbiczny. Osoby uważające się za humanistów (nazwa, jaką zwykło się określać w naszym kraju tych, którzy np. nie uważali na lekcji biologii) proszę mimo wszystko o pozostanie. Będę się starał mówić powoli i wyraźnie.

O co chodzi

Chodzi o kruki. Kruk (corvus corax), to ptak należący do rodziny krukowatych (Corvidae). Prowadzi żywot osiadły i występuje na półkuli północnej. Kruk koegzystuje z ludźmi od tysięcy lat, na niektórych obszarach rozmnożył się tak bardzo, że ludzie (niektórzy) uważają się go za szkodnika. Złą opinię zawdzięcza swym kulinarnym upodobaniom. Kruki są nader wszechstronne w znajdowaniu źródeł pożywienia. Jedzą mięso martwych zwierząt (padlinę), owady i odpady spożywcze, a także ziarna zbóż, jagody, owoce.

Chodzi również o ludzi. Człowiek (homo sapiens) to ssak należący do rodziny człowiekowatych (Homonidae). Ponieważ nie należy do gatunków skromnych, nazwał się sam ssakiem naczelnym, jak również człowiekiem myślącym. Prowadzi żywot (zasadniczo) osiadły na obu półkulach. Człowiek koegzystuje z krukami od tysięcy lat, na niektórych obszarach rozmnożył się tak bardzo, że kruki (gdyby je ktoś zapytał) mogłyby uważać go za szkodnika. Ludzie są nader wszechstronni w zdobywaniu źródeł pożywienia. Jedzą mięso martwych zwierząt, ale nie wszyscy i nie tylko. Oprócz tego spożywają produkty wytworzone z ziaren zbóż, owoce, jarzyny i różne inne rzeczy. Owadów z reguły nie jedzą.

Podobieństwa
Kruki, podobnie jak ludzie, funkcjonują w stadzie, żyjąc jednakże w stałych związkach (stadłach). Z reguły są monogamiczne, chociaż zdarzają się wyjątki. Większość ludzi również twierdzi, że są. Kruki są wszystkożerne, ludzie też. Gromadzą się w okolicach obfitych w pożywienie czyli tam, gdzie im się to opłaci. Kruki, zupełnie tak jak ludzie, potrafią się bawić (playful behavior), a nawet przedrzeźniać.

Różnice
Kruki różnią się od ludzi. Kruki są mniejsze. dojrzały kruk mierzy od 56 do 69 cm, a udokumentowana masa ciała wynosi od 0,69 do 1,63 kg. Dojrzały człowiek mierzy od 150 do 190 cm (wyłączamy Pigmejów, koszykarzy i osobniki chore na akromegalię). W porównaniu z człowiekiem kruki są krótkowieczne: dożywają zwykle około 10-15 lat na wolności (według danych opartych o obrączkowanie), jednak rejestrowano ponoć także osobniki w wieku ponad 40 lat. Ludzie dożywają na wolności zwykle 74-80 lat. Ponadto kruki obdarzone są (niezaprzeczalną) inteligencją. Nie wywołują wojen lokalnych, ani światowych. Nie stworzyły religii, chirurgi plastycznej, kultury masowej, systemu penitencjarnego ani pornografii internetowej. Nie zmotoryzowały się. Nie konsumują programu telewizyjnego. Polują tylko gdy muszą i jedzą to co upolują.

W pewnym sensie
W pewnym sensie chodzi również o myśliwych. Pod pojęciem myśliwego rozumiemy (z reguły) romantycznego osobnika rodzaju męskiego, wyposażonego (zazwyczaj) w wąsy i (zawsze) w broń palną. który czerpie przyjemność z uprawianego przez siebie procederu. Romantyzm wzmacniany jest (często) przez łyk z manierki. Ponieważ czerpanie przyjemności z zabijania rozmaitych stworzeń nie spotyka się (małe dziewczynki, ekolodzy, ludzie wrażliwi) z powszechną akceptacją, myśliwy lubi przedstawiać się jako wielki przyjaciel tzw. przyrody w ogóle i zabijanych przez siebie zwierząt w szczególności. Zapytany o pobudki odpowiada, że są one szlachetne, bo natura już dawno nie potrafi – ze względu na brak naturalnych mechanizmów – sama się regulować. To, że brak owych mechanizmów jest (między innymi) wynikiem działalności myśliwych – skromnie przemilcza. Wskazuje na brak drapieżników, które mogłyby ograniczyć pogłowie jeleni i sarenek zjadających las – i biegnie do lasu ze strzelbą, aby tenże ratować. Przedtem biegał do lasu, aby ratować jelenie i sarenki przed drapieżnikiem, aż do całkowitej eliminacji tego ostatniego. Gdy ilość jeleni i sarenek się zmniejsza i nie gwarantuje możliwości aktywnej ochrony przyrody przy pomocy flinty, myśliwy zwierzątka dokarmia. Na pomysł, że las może być nie tylko plantacją desek z wydzielonymi stanowiskami sadzonek, lecz – przy odrobinie dobrej woli – ekosystemem potrafiącym się regulować na dłuższą metę bez strzelania, machismo i manierki, myśliwy reaguje alergicznie. Pomiędzy tym co myśliwy chętnie głosi, a jego rzeczywistymi motywami można dostrzec pewien dysonans. Po dokładnym przyjrzeniu się, dysonans ten daje się podsumować jednym słowem: hipokryzja.

Wracamy do kruków.
Kruki myśliwym od dawna podpadły. Podobnie zresztą, jak nieuleczalni romantycy pragnący otaczać je ochroną. Kruki, zdaniem myśliwych, są odpowiedzialne za dramatyczny spadek ilości zajęcy, bażantów i kuropatw. Los zajęcy, bażantów i kuropatw leży myśliwym na sercu i nie daje spać. Dlatego też zwrócili się do instytucji, której zadaniem jest ochrona przyrody, o pozwolenie na strzelanie do kruków. Dyrektor od ochrony środowiska, (który jest sam myśliwym), powołując się na rzetelną i obiektywną opinię przyrodnika (który też jest myśliwym) zezwolenie wydał. Co prawda ornitologom nieznany jest przypadek kruka polującego na zające, bażanty lub kuropatwy, ale ani kruków, ani tym bardziej zajęcy nikt o zdanie nie pytał. Ornitolodzy przypominają, że szansa na zidentyfikowanie kruka w locie jako kruka leży w przypadku dobrze wykształconego fachowca w okolicach 80%. W przypadku myśliwych szacują, że jedynie 20% ptaków zostanie rozpoznana prawidłowo i oczekują nadchodzącej nieuniknionej hekatomby bielików, gawronów i sów.

Uwaga końcowa.
Przypadki postrzelenia kogokolwiek przez pijanego kruka nie są powszechnie znane. O myśliwych nie można niestety powiedzieć tego samego. Zupełnie natomiast pomiędzy bajki należy włożyć pogłoskę, jakoby kruki zwróciły się do lokalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska o pozwolenie na odstrzał myśliwych, którzy ostatnio zbyt się rozmnożyli. Szkoda. Kruki z całą pewnością zasługują na więcej.

——

Podziękowania

Dziękuję Kwikowi, który w swej (jak zwykle doskonałej) notce zwrócił uwagę.

Lektura uzupełniająca (jakby ktoś miał ochotę)

1. Uzasadnione  święte oburzenie – tutaj.

2. Najnowsze wiadomości z frontu – tutaj

3. Ornitolog o odwiecznym konflikcie – tutaj

4. Gazeta o historii konfliktu – tutaj

%d blogerów lubi to: