They trust me. Dumb fucks.

Październik 11, 2010

Nigdy nie ufaj kobiecie, która podaje, zgodnie z prawdą, swój wiek. Jeśli gotowa jest posunąć się tak daleko, na pewno zdradzi też wszystko inne.
Oscar Wilde

Zaufanie jest stworzeniem pod każdym względem interesującym, lecz trudnym do ogarnięcia. Ufamy innym mniej lub bardziej chętnie. Ale wciąż od nowa – od początku kolektywnej pamięci – ufamy. Kapłanom coraz to nowych religii, że aktualna, to wreszcie ta jedyna i prawdziwa (ten żart z pierzastym wężem, to możecie kochani zapomnieć, obecnie mamy nowszy i o wiele atrakcyjniejszy towar). Bliskim, że nas kochają i szanują, przyjaciołom, że nas nie sprzedadzą wraz z ubraniem i resztą dobytku. Słabszym, że nie będą podstępni w chwili naszej słabości, silniejszym, że okażą – jak przyjdzie co do czego – wspaniałomyślność. Od czasu do czasu zdobywamy się nawet – wbrew wszystkim dotychczasowym, zarówno zbiorowym, jak i indywidualnym doświadczeniom – na obdarzenie zaufaniem banku, do którego udajemy się po kredyt (zależy nam na rozwoju Pańskiego Biznesu, proszę Pana) i biura podróży upychającego masową ofertę (będzie Pan miał piękny widok z okna na malowniczą, spokojną plażę). Ba, nasza wypływająca z irracjonalnej potrzeby zaufania naiwność sięga tak dalece, że co cztery lata, mimo rozlicznych i niedobrych doświadczeń, obdarzamy naszym zaufaniem polityków stających do wyborów w celu ich wygrania, a następnie zrealizowania wiekopomnego projektu pt. „gruszki na wierzbie”. Dlaczego tak robimy? Hipoteza robocza brzmi: bo tak jesteśmy skonstruowani i nie umiemy inaczej. Hipoteza robocza jest powierzchowna i jak większość hipotez roboczych nadużywa naszego zaufania, udając jedynie coś czym nie jest. Nie tłumaczy ona, dlaczego tak się dzieje, lecz ujmuje problem w sposób pozwalający na zaczerpnięcie oddechu przed zadaniem następnego pytania. Pytania, na które nie dostarczy żadnej odpowiedzi.

Dygresja

W tym miejscu należałoby (być może) skręcić w alejkę socjobiologi, a dokładnie dotrzeć do rozwidlenia tejże na dwie ścieżki: ekologię behawioralną i psychologię ewolucyjną. Szybko dotarlibyśmy do przejawów wzajemnego altruizmu u braci mniejszych, altruizmu opartego na prostej kalkulacji, że on się najzwyczajniej (globalnie) opłaca. Ja pomogę tobie, a ty (potem) mi pomożesz, itd. Problem jest jedynie taki, że egoizm osobniczy opłaca się osobnikowi jeszcze bardziej, a insekty najwyraźniej nie odrobiły (gdzieś na przełomie syluru i dewonu) swych lekcji, inaczej wiedziały by, że w myśl klasycznego dylematu więźnia altruizm żadnemu z uczestników tej pięknej gry (na zdrowy rozum) się nie opłaca. Tutaj naturalnie (niektórym) nasuwa się jeszcze bardziej istotne pytanie, czy ewolucja jest idiotką, ale my, dbając o nasze dobre imię, odmawiamy dalszej dyskusji na tym poziomie. Innymi słowy: wykręcamy się sianem wskazując, że altruizm i zaufanie to jednak nie to samo. Uda nam się to bez trudu, bo nikt jeszcze nie nauczył się w jaki sposób (i czym) mierzyć zaufanie u zwierząt i dlatego etologia musiała (jak dotąd) skapitulować. Altruizm, w przeciwieństwie do zaufania, jest obserwowalny, jego przejawy i skutki dają od biedy się zmierzyć. Z zaufaniem tak nie jest. Chociaż zwykliśmy mówić, że zwierzę nam ufa, to w gruncie rzeczy nie mamy najmniejszego pojęcia co się dzieje wewnątrz psa, kotka lub innego prymata i czy nie dokonujemy tutaj jedynie naiwnej projekcji. Nie wpadniemy raczej na pomysł, aby twierdzić, że odkurzacz nas lubi i nam ufa (bo nas nigdy nie ugryzł), przyjaźnie mruczy i wesoło merda kablem w trakcie sprzątania, nieprawdaż?

Koniec dygresji

A zatem z powrotem do zaufania, a nawet jego braku.

Egzystencja oparta na wszechogarniającej nieufności wydaje nam się być ponurą i pozbawioną wszelkiej wartości. Bez zaufania wszystko szarzeje i blednie. Bez zaufania robi się mroczno i duszno. Depresyjnie. Kto tak chce żyć? Nikt nie chce. Chcemy móc ufać.

Zaufanie związane jest zazwyczaj z lękiem, że zostanie ono (najprawdopodobniej) nadużyte. Przeważnie – bo nie zawsze. Brak lęku (u innych, szczególnie jeśli ich nie lubimy) zwykliśmy nazywać naiwnością lub głupotą. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wpadnie na pomysł, aby (głośno) nazywać w ten sposób tych, którzy obdarzają nas swym zaufaniem. Na pewno nikt?

Otóż nie, nie na pewno. I tutaj zbliżamy się do lądowania na lotnisku pt. internetowe serwisy społecznościowe. Jest ich dużo. Wszystkie (bez wyjątku) opierają się na modelu biznesowym, w który milcząco wpisana jest kradzież, nadużycie zaufania i wyprzedaż tego co użytkownik naiwnie uważa za swoją własność. Największym z serwisów jest chwilowo facebook, do tej świecy poleciało (póki co) ponad 500 milionów owadów. Owady są przeświadczone, że skoro dostają coś za nic, to muszą lecieć i nie mają zamiaru zadawać sobie pytania po co to wszystko i kto, czym za to zapłaci. Twórcą (aczkolwiek nie wynalazcą) facebooka jest młodzieniec o nazwisku Mark Zuckerberg. Parę lat temu dwoje przyjaciół, którzy wymyślili facebook zatrudniło go jako programistę. Ot takie zlecenie. Nasz Mark ukradł im pomysł i sam otworzył sklepik. Na początku dla kolegów z Harwardu, gdzie akurat studiował. W krótkim okresie czasu dysponował obszernymi danymi 4000 studentów. W (udokumentowanej) wymianie zdań z jednym z przyjaciół, zapytany w jaki sposób udało mu się te dane zgromadzić, udzielił rozbrajającej odpowiedzi, że po prostu mu je zainteresowani podarowali, a on sam nie ma pojęcia dlaczego. Pokusił się jednak o wyjaśnienie tego fenomenu – pozwoliliśmy sobie zacytować je w tytule..

Józef K., przerażony że powierzył swoją prywatność, korespondencję, zdjęcia najbliższych, kontakty, marzenia oraz zainteresowania notorycznemu złodziejowi i socjopacie, próbuje bezskutecznie zlikwidować swe konto na facebooku. Zatroskany facebook stawia opór, wprowadzając go w coraz to nowe boczne uliczki i zadając wciąż od nowa pytanie, czy na pewno dobrze i do końca przemyślał tę decyzję.

—–

Wobec zaistnienia kwestii spornych (Cynycynat i Mona spierający się o to i owo), kilka lektur dodatkowych i pomocniczych dla tych, którzy mają czas i ochotę na lektury dodatkowe i pomocnicze.

1. Why Facebook is scarier than Google by By Donna Bogatin | May 28, 2007, ZD Net (ciekawe bo pozwala porównać przepowiednie z tym co przyszło) – tutaj

2.   10 Reasons To Delete Your Facebook Account – Dan Yoder,  Business Insider May 3, 2010 – tutaj

3.  Facebook’s Mark Zuckerberg Claims Privacy Is Dead, Switched, Jan 11, 2010 (wywiad) –  tutaj

4.  Facebook, MySpace Confront Privacy Loophole, E. Steel, J.E. Vascellaro, WSJ May 21, 2010 – zabawne aspekty w akcji: tutaj

5.  Sztuka mięsa, ale ciekawa ze względu na zbiór linków pod spodem – tutaj.

Odpowiedzi: 56 to “They trust me. Dumb fucks.”

  1. Natalinka said

    Myślę, że ma to pewien związek z potrzebą samozadowolenia. Spełniony, szczęśliwy, towarzyski człowiek, docenia dar kontaktu z człowiekiem w sposób najzupełniej naturalny i żaden facebook nie jest mu do tego potrzebny. Istnieją inne formy kontaktu. To po prostu trend, który podchwytują przede wszystkim młodzi. Bo to nie jest cool, nie mieć profilu na portalu społecznościowym. Zamiast zadzwonić, lepiej napisać na facebook lub gadu gadu. :))
    Ufamy, bo najczęściej nie mamy innego wyjścia. Jednak chyba ważne jest to, aby wiedzieć, kiedy naprawdę możemy zaufać, a kiedy jest to zwyczajnie nasza łaska nad wyrost. Postępując rozsądnie, zmniejszamy szanse na porażkę. Ale w niektórych dziedzinach nasze zaufanie jest naprawdę porażająco naiwne, ech…

  2. cyncynat said

    Sorry, ale nazywanie tego co zrobil Zuckeberg kradzierza to demagogia. Oryginalny pomysl byl tak trywialny, ze lepiej jest mowic o inspiracji czy kopiowaniu, a nie kradziezy.
    I jeszcze „wynalazca”… To juz bulka z maslem jest wiekszym wynalazkiem.

    Krytyka FB przy okazji „zaufania” to tez jakies stadne, slabo przemyslane zachowanie. Wszyscy ostatnio nawalaja w FB jak w beben, ale to przeciez kropla w morzu. FB ma przynajmniej jakies privacy policy – moze niech Telemach/inni sobie sprawdza jakie privacy policy ma oprogramowanie na jego/ich PCtach (wzglednie Macach), laptopach, komorkach, mikrofalowkach, telewizorach, zamrazarkach itd. Na jakiej np podstawie on/inni mysla sobie, ze ich klient pocztowy i jego tworcy maja za grosz czyjekolwiek wyobrazenia nt zaufania?

    A moze do ludzi zaczyna docierac uluda ich kontroli nad uzywanym oprogramowaniem?

  3. monadelavoie said

    @CYNCYNAT:
    „Sorry, ale nazywanie tego co zrobil Zuckeberg kradzierza to demagogia.”

    No dobrze, trzech studentów (Winklevoss Twins & Divya Narendra) postanawia zbudować pierwszy serwis społecznościowy. Tworzą koncepcję, zakładają firmę, rezerwują domenę (harvardconnection.com), angażują programistę – ten jednak kończy studia zanim jest gotowy i potrzebny jest następca. Tu pojawia się Zuck, zamieszany już w jedną aferę z kradzieżą kodu, obiecuje współpracę, zabiera wszystko do domu w celu przanalizowania i po 3 miesiącach analizowania uruchamia sam hybrydę łączącą powierzone mu pomysły z elementami serwisu randkowego. Zeby ruszyło, włamuje się i kradnie pierwsze dane osobowe koleżanek ze studiow z Uniwersyteckiego serwera.

    Ci, których okradł (jeśli wierzyć książce Bena Mezricha, a nikt jej nie zakwestionował) do dziś mają prawo bezkarnie (i w majestacie prawa) nazywać go złodziejem. Zuck, aby ich uspokoić zapłacił dotąd 65 Mio $, obecnie zaczyna sie druga runda.

    Pytanie: jak byś nazwał takiego gościa gdyby tak z Tobą postąpił?

    „To juz bulka z maslem jest wiekszym wynalazkiem.” Zgoda. Tak samo jak Google. Ale tak się składa, że wynalezienie tego niewynalazku doprowadziło jego niewynalazcę do sytuacji gdy w wieku 26 lat kieruje 22 miliardową korporacją. Z bułką byłoby trudniej, czyż nie?

  4. kwik said

    monadelavoie :

    … rezerwują domenę (harvardconnection.com) …

    Już nazwa domeny wskazuje, że byli zwykłymi dupkami bez większych ambicji.

  5. calmy said

    Kwik: czyli pochwalasz, bo „na nic lepszego nie zasłużyli”?

  6. cyncynat said

    @mona

    1. „No dobrze, trzech studentów (Winklevoss Twins & Divya Narendra) postanawia zbudować pierwszy serwis społecznościowy.”

    Nieprawda. Serwisy spolecznosciowe istnialy juz i przedtem. MySpace powstal w 2003, a byly tez i wczesniejsze proby.

    2. „obiecuje współpracę, zabiera wszystko do domu w celu przanalizowania i po 3 miesiącach analizowania uruchamia sam hybrydę łączącą powierzone mu pomysły z elementami serwisu randkowego.”

    Tez nieprawda. On nie analizowal 3 miesiace, az tak ciezkim debilem on nie jest. Do analizy wystarczyly mu pewnie 30 min. On pisal kod 3 miesiace. Bo FB w zasadzie to trywialna web aplikacja.

    3. „Zgoda. Tak samo jak Google.”

    Tez nieprawda. Za poczatkowym sukcesem Google stoi prawdziwy wynalazek: PageRank. I technologia potrzebna do stworzenia googla jest dosc nietrywialna, w odroznieniu od FB.

    BTW, Mona, moze pisz o rzeczach, ktore nie wymagaja minimalnej wiedzy technicznej. Twoja uwaga o Google byla dosc, wybacz, glupia. Nie ciagnij tego podwatku polemicznie.

  7. cyncynat said

    „Pytanie: jak byś nazwał takiego gościa gdyby tak z Tobą postąpił? ”

    Nie wiem, nie widze siebie w takiej sytuacji. Zauwaz, ci goscie wlasciwie nie mieli niczego wartosciowego do dodania w tym biznesie. Mieli trywialny (wcale nie taki swiezy) pomysl i szukali murzyna ktory by go wykonal. Znalezli, ale murzyn stwierdzil ze nie potrzebuje takiego balastu w postaci trzech obibokow.

  8. kwik said

    @ calmy – nie pochwalam, ale niewątpliwie sugeruję, że rzekomo pokrzywdzeni i tak dostali więcej niż chcieli. Oczywiście nie wiem.

  9. kwik said

    @ cyncynat – a mógłbyś pokrótce objaśnić, czemu akurat ta „trywialna web aplikacja” chwyciła, jaką miała przewagę? Dopiero wtedy da się ustalić autora/ów sukcesu.

  10. Mona said

    cyncynat:
    „BTW, Mona, moze pisz o rzeczach, ktore nie wymagaja minimalnej wiedzy technicznej. Twoja uwaga o Google byla dosc, wybacz, glupia. Nie ciagnij tego podwatku polemicznie.”

    Sprawdziłam – faktycznie chyba durnie się wychyliłam. Nie chodziło mi jednak o porównanie stopnia złożoności guglowskiego algorytmu z bebechami aplikacji Zucka. (Swietnie wiesz, że algorytm doszedł później, na początku był zwykły katalog linków). Chodziło mi bardziej o pozorną, przynajmniej z dzisiejszej perspektywy, prostotę obu pomysłów. A ta jest IMHO porównywalna, czyż nie? Prostota, nie złożoność.

    Jeśli chodzi o resztę, to przyjmuję Twoje opinie do wiadomości. Nie pokrywają się one z moimi źródłami, ale cenię inne spojrzenie i mogę z tym żyć. Ponieważ w mojej pracy opieram się z konieczności na źródłach, a facebook mnie ostatnio zajmuje, to byłabym wdzięczna za podanie „sources”. To co znajduję nie przemawia specjalnie za Zuckerbergiem. Tym bardziej, że co tydzień prawie wyłazi coś nowego.Przed dwoma tygodniami wylazły kompletne zapisy maili pomiędzy Divą Narendrą i Zuckiem z tego okresu, nie wygląda to dla Zucka najlepiej, bliźniacy już popędzili do sądu.

  11. cyncynat said

    @kwik
    a co ma trywialnosc technologii do dynamiki popularnosci socjalnej? podobne strony zdobywaja market share przewaznie na zasadzie land grab – kto pierwszy zrobi cos good enough i zdobedzie odpowiednia mase krytyczna uzytkownikow – wygrywa.
    Dlaczego akurat FB i MySpace chwycilo – trudno powiedziec. Niektorzy mowia, ze to za sprawa mozliwosci ustawiania statusu i komentowania. Wczesne wersje podobnych stron, a bylo przeciez ich mnostwo, nie mialy specjalnych wabikow zachecajacych do ciaglego wracania, wraz z komentowaniem i statusami to sie zmienilo.

  12. cyncynat said

    @mona

    1. „(Swietnie wiesz, że algorytm doszedł później, na początku był zwykły katalog linków”

    Zalozyciele Google publikowali nt PageRank zanim zalozyli Google. http://web.archive.org/web/20020506051802/www-diglib.stanford.edu/cgi-bin/WP/get/SIDL-WP-1997-0072?1

    2. „byłabym wdzięczna za podanie „sources””

    Odnosnie czego? Tego, ze MySpace powstalo wczesniej niz FB? Albo ze byly wczesniejsze social-networking sites? To mozna w dwie minuty sprawdzic w wiki. Jak sie uprzesz to Ci podam URLe, ale wierze ze sama sobie swietnie dasz rade. (Z Wiki mozna oczywiscie dojsc do bardziej „powaznych zrodel”).

    3. „To co znajduję nie przemawia specjalnie za Zuckerbergiem.”

    Ja niczego nt moralnosc Zuckeberga nie pisalem, pisalem tylko o tym, ze uwazam pretensje „prawdziwych” „wynalazcow” FB za dosc glupie.

  13. kwik said

    @ cyncynat – chodzi mi rzecz jasna o to, czy pomysły decydujące o popularności już były w tym, co Zuckerberg „ukradł”. Bo jeśli nie, to nie ukradł pomysłów (najwyżej coś innego).

  14. Mona said

    cyncynat:

    Nieprawda. Serwisy spolecznosciowe istnialy juz i przedtem. MySpace powstal w 2003, a byly tez i wczesniejsze proby.

    Hallo?. Akurat w tym przypadku się chyba pomyliłeś. Ja miałam na MySpace Account w 2003, trzymałam na nim moje prace, był to wówczas typowy online data storage shop. Stąd też nazwa. BTW: powstał już w 2002. Implementacja elementów „sc” odbywała się, o ile pamiętam, przez nieomal cały 2004. Potem, w 2006 przyszedł Murdoch i bycie tam nie było już cool ;)

    Natomiast Facemash zostało wystartowane przez Zucka w październiku 2003. Zimą zrobił się z tego facebook, który naprawdę wystartował w 2004.

    W związku z tym, chłopcy z Harvardu mogli istotnie planować w połowie 2003 roku „pierwszy serwis społecznościowy”. Sukces friendstera (start w marcu 2003) mógł, chociaż nie musiał, być znany. (Huk zrobił się przecież dopiero wtedy, gdy friendster przekroczył 1,5 Mio użytkowników w 5. miesiącu od startu).

  15. cyncynat said

    @mona

    wiki mowi: „Friendster.com went live in March 2003 and was quickly adopted by three million users within the first few months.[4] Publications including Time, Esquire, Vanity Fair, Entertainment Weekly, US Weekly and Spin wrote about Friendster’s success and the founder appeared on magazine covers and late-night talk shows.[4]”

    W zwiazku z czym raczej nie da sie mowic, ze „chłopcy z Harvardu mogli istotnie planować w połowie 2003 roku „pierwszy serwis społecznościowy”. ”

    A wczesniejsze elementy serwisow spolecznosciowych byly znacznie znacznie starsze.

  16. Mona said

    Dziękuję za link conc. paper ab. PageRank. Człowiek całe życie się uczy. Wszystko trzeba tysiąc razy sprawdzać, urwanie głowy. Mnie zmyliły daty, sprawdziłam, faktycznie PageRank istniał i działał wcześniej od publikacji, Page i Brin po prostu bali się latami opublikować, żeby nikt nie mógł google zagrozić.

    Dobry kawałek na temat narodzin Google znalazłam w Wired:
    http://www.wired.com/wired/archive/13.08/battelle.html?tw=wn_tophead_4

    Sorry, muszę się pożegnać do jutra, zbliża się powoli wieczór a ja idę jeść.

  17. cmss said

    Dlaczego tak robimy? Pytania zaczynające się od „dlaczego” trudne są, spadające jabłko przykładem.

    Te, typu „jak, w jaki sposób” zdają się mieć większą szansę na odpowiedź. Wykorzystując empatię, jeżeli rozumiemy toto jako narzędzie ewolucji, służące polowaniu lub przeciwnie.
    Bo cóż to chcieliśmy upolować głosując lub zapisując się do? A kto/co było na żerowisku także?

  18. telemach said

    @cynycynat:

    „moze niech Telemach/inni sobie sprawdza jakie privacy policy ma oprogramowanie na jego/ich PCtach (wzglednie Macach), laptopach, komorkach, mikrofalowkach, telewizorach, zamrazarkach itd.”

    Nie wiem jak tam inni, ale ja nie mam zbyt wiele do sprawdzania. Na moich laptopach biega obecnie tylko oprogramowanie „open source”, telefon komórkowy jest pożyczony i posiada zupełnie anonimową prepaid card, w dodatku z innego kraju niż moje miejsce stałego pobytu,mikrofalówek, telewizorów ani zamrażarek nie posiadam, ale gdybym posiadał zamrażarkę, to chyba nie bał bym się specjalnie dziur w privacy policy tej zamrażarki. Może traktuję zamrażarkę lekkomyślnie nie dostrzegając grożącego mi ze strony zamrażarki niebezpieczeństwa, ale nie skłoni mnie to (mimo wszystko) do założenia konta na facebooku. Lubię moją prywatność i nie mam zamiaru się z nią rozwodzić.

  19. cyncynat said

    @telemach

    godny podziwu(?) optymizm.
    A przegladasz WWW z komorki? Chyba nie ludzisz sie, ze anonimowa prepaid card uchroni Twoja anonimowosc?

    BTW na FB to masz zaledwie imie/nazwisko, ukonczona szkole (jak podasz), miasto/kraj zamieszkania (jak podasz), liste znajomych i takie tam duperele. Nic szczegolnie waznego. Juz nawet lazac po stronach dajesz o sobie znacznie wiecej informacji. Google wie o Tobie znacznie wiecej niz FB moze sobie marzyc.

    BTW 2, o ile sam jako osoba malo kogo w swiecie interesujesz, to dane o Tobie jako konsumencie maja juz niezerowa wartosc. Jesli kupujesz w sieci, posiadasz loyalty cards, albo chociaz korzystasz z karty kredytowej, to mozesz powiedziec pa-pa swojej prywatnosci – tej konsumenckiej jej czesci. Cale szczescie, ze na tym poziomie jestes interesujacy tylko w roli skladowej statystyk, a nie jako zywa osoba. Ja jakis czas temu pracowalem w firmie, ktora sprzedawala software do zbierania i analizowania danych o konsumentach; rzecza dosc unikalna w tym sofcie bylo to, ze analizowane tez byly obrazy z kamer zainstalowanych w obiektach (sklepy, kasyna, hotele, muzea, wystawy itd) i informacja stricte finansowa byla sprezona z takimi danymi jak to ile czasu spedziles gapiac sie w ta czy tamta polke. Nawet nie wiesz ile kasy sie wydaje by takie informacje miec (dziesiatki, czasem setki kamer, mnostwo komputerow, bardzo drogi soft itd). Dosc stara wersja tego softu jest zainstalowana u kilkudziesieciu polskich klientow.

  20. cmss said

    Lubię moją prywatność i nie mam zamiaru się z nią rozwodzić.
    Proustowskie użycie czasów, SQL przesyła ukłony.

  21. Mona said

    cyncynat:

    „o ile sam jako osoba malo kogo w swiecie interesujesz, to dane o Tobie jako konsumencie maja juz niezerowa wartosc.(…) Nawet nie wiesz ile kasy sie wydaje by takie informacje miec”

    Akurat tak się przypadkowo składa, że akurat wiem, że on doskonale wie. Kokiet po prostu, kokiet! :)

  22. cyncynat said

    @mona

    gdybym chcial byc upierdliwy, to bym zauwazyl, ze by „on doskonale wiedzial”, musialby wiedziec ile kosztuje soft, ktory pisalem. Mam pewne watpliwosci co do tego.

  23. Andrzej Bieńkowski said

    Z powyższej dyskusji najbardziej ciekawe jest zadane Cyncynatowi pytanie Kwika, pytanie na które ten nie udzielił niestety odpowiedzi.
    Skoro Facebook opierał się na zupełnie nieoryginalnym i jak twierdzi Cyncynat banalnym pomyśle i skoro była to tylko prymitywna aplikacja internetowa, a na jej czele stał gówniarz bez marketingowego doświadczenia (w zasadzie nastolatek), to czym w takim razie tłumaczyć sukces facebooka?

    Bo jeśli wierzyć Cyncynatowi, że Zuckerberg nic nie ukradł, bo nic nie było do ukradzenia (inni już to zrobili), nic nie wymyślił, bo nic nie było do wymyślenia (inni już to wymyślili przed nim) to ja nie rozumiem dlaczego Zuckerberg ma teraz jako dwudziestosześciolatek 22 miliardy dolarów a inni, włączając w to Cyncynata, nie.

  24. cyncynat said

    Zajebista logika:
    jesli Zuckeberg niczego nie ukradl, to skad ma 22 mld?

    Moze jednak nie bede tego komentowal: prawda – zwlaszcza o czyichs zdolnosciach umyslowych – moze nie byc przyjemna.

  25. Andrzej Bieńkowski said

    c.d.
    mam rzecz jasna na myśli pytanie Kwika z 12.10.godz 1:56 gdzie pyta co zadecydowało o popularności facebooka. Nie uważam żeby odpowiedź Cyncynata (godzinę później) była wyczerpująca i całkiem na temat. Bo trywialność pomysłu i technologii ma bardzo dużo wspólnego z dynamiką popularności socjalnej, w końcu kernelem i celem wymyślonego biznesu było generowanie tej dynamiki w celu zarobienia dużych pieniedzy. Jak sie nawet okazuje kolosalnych. Jesli Zuckerberg ukradł pomysły albo kod, to nawet jesli one sie teraz wydają Cyncynatowi trywialne, to on jest zlodziejem czegos co było warte miliardy. A cos co warte jest miliardy, nie powinno byc traktowane jako trywialne, nawet jeśli się Cyncynatowi tak to obecnie przedstawia.
    A jeśli przedstawiało mu się to już wtedy jako łatwe i trywialne, to ja podziwiam jego siłę charakteru, że oparł się pokusie zrobienia swojego facebooka.

  26. Andrzej Bieńkowski said

    Cynycnat, nie rozumiem agresywnego i obraźliwego tonu. Ja nie mam nic przeciwko żebyś skomentował moją logikę i chętnie się czegoś nauczę.
    Człowieku pogoda w stolicy piękna, poranna kawa smakuje, weź i wyluzuj

  27. cyncynat said

    Nie, obawiam sie, ze nie sprowokujesz mnie do reakcji. Milego zycia, if you know what I mean.

  28. kwik said

    @ Andrzej Bieńkowski – zdaje się cyncynat ma wiele racji, w linkowanym (w linkowanej przeze mnie zajawce ze slaszdota) tekście Kleina z Washington Post sukces Facebooka nie wynika bynajmniej z jego odkrywczości, raczej z nieco lepszego niż inni wykonania („Zuckerberg’s dominance can be attributed partly to the clean interface of his site, partly to the cachet of the Harvard name and partly to luck”). Ale sama idea była w tym czasie oczywista i sukces czyjegoś pomysłu nieuchronny. Zacytuję obszernie, ale warto przeczytać cały tekst:
    http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2010/10/08/AR2010100804303.html

    This phenomenon is age-old: It’s called „simultaneous invention.” Technology – and the conversation about what can be done with it – advances to the point that the next step is obvious to multiple people at once, and so they all push forward. In the end, one squeezes the others out by landing the patent, or the market share, and becomes synonymous with the invention. That’s what happened with Alexander Graham Bell, who in all likelihood invented the telephone after Elisha Gray – and both of them came after Antonio Meucci, who couldn’t afford the fee to keep his patent current.

  29. Andrzej Bieńkowski said

    @kwik: czyli po prostu niewytłumaczalne szczęście cwaniaczka któremu się trafiło ziarno? A inne kury, te też były ślepe?

    Cyncynat ma być może rację co do tego, że technicznie to co zrobił Zuckerberg nie było epokowym wynalazkiem. Trudno mi ocenić, nie jestem z branży. Widzę efekt i widzę człowieka i zastanawiam się jak bez teorii spiskowych wytłumaczyć sobie, że odniósł ze swoim produktem sukces. Bo w powszechnym przekonaniu odniósł, no chyba że się umówimy, że pieniądze szczęścia nie dają. Ale wtedy jeszcze pozostają satysfakcja, władza i radość z bycia pierwszym lub największym. Mówienie, że niczego nie wymyślił i niczego specjalnego nie stworzył nie jest dla mnie wystarczającym wytłumaczeniem jeśli uwierzę też Cyncynatowi, że niczego nie ukradł. Takiego tłumaczenia nie dostarcza mi też cytowany przez ciebie artykuł, on tłumaczy jedynie symultaniczność pojawiania się pewnych rozwiązań po przekroczeniu konkretnego progu technologicznego. Nadal jednak nie wiem dlaczego facebook, wcale nie pierwszy, źle zrobiony, oparty na byle jakim pomyśle i nic nie wartej technologii jest największym graczem na rynku.

    Pozdrowienia
    A. Bieńkowski

  30. calmy said

    @kwik: no to ja też mam pytanie! Zrobiłam sobie konto na friendsterze, a tam dokładnie taki sam shit jeśli chodzi o podchwytliwe pytania, udostępnianie zawartości skrzynki majlowej, dresów kontaktów, zdjęć jak na facebooku. Czyli system nagród i uznania i klepania po plecach i budowania prestiżu w oparciu o ilość kontaktów jest w moich oczkach identyczny. Friendster jednak, czytam w wiki, był nie tylko pierwszy, ale jego założyciel nawet dał radę ten cały dogshit (jak biegają serwisy społecznościowe) jako pierwszy sobie opatentować i to w już 2006 roku.

    Pytanie jest: dlaczego ten kto przyszedł jako niewiadomo który ale na pewno nie pierwszy, nic specjalnego nie zrobił, niczego specjalnego nie wynalazł, działa w oparciu o obce patenty, ma opinię złodzieja, wszystkich wkurwia i jest podobno niedoświadczonym socjopatą z problemami jest tam gdzie jest?
    Dla mnie ono pozostaje dalej otwarte i coś się tu nie dodaje.

    Bo tłumaczenie Cyncynata, że to majspejs i fejsbook myknęły do przodu bo miały różne gimmicks których inni nie mieli jest niezgodne z tym co ja widziałam na friendsterze. Friendster to wszystko ma i z opisu patentu wynika, że miał przed fejsbookiem. Więc jak?

  31. kwik said

    @ Andrzej Bieńkowski – nikt nie twierdził, że fejsbook był źle zrobiony, z pewnością był „good enough”. Może akurat trafił w gust największej liczby ludzi i to przeważyło. Chyba tu jest pies pogrzebany, nie jest łatwo trafić w gust i nie wiadomo jak to metodycznie robić. Jeśli było właśnie tak, to cała zasługa jest jednak Zuckerberga, bo to on umiał trafić w gust. Pewnie równie trudno jest wytłumaczyć popularność wielu „artystów”.

    @ calmy – nawet nie mam konta na facebooku, ale parę razy zaglądałem i jest tam naprawdę ładnie. Jak wyżej, może facebook się ludziom spodobał, bo miał wszystkiego w sam raz.

  32. calmy said

    Kwik:
    „nawet nie mam konta na facebooku”

    A ja już nie mam, twittera też killnełam. Teraz czas wypróbować Buzz ;)

  33. cyncynat said

    @calmy
    „Bo tłumaczenie Cyncynata, że to majspejs i fejsbook myknęły do przodu bo miały różne gimmicks których inni nie mieli jest niezgodne z tym co ja widziałam na friendsterze. Friendster to wszystko ma i z opisu patentu wynika, że miał przed fejsbookiem. Więc jak?”

    Widze, ze ani mojego komenta ani patentu przeczytac ze zrozumieniem nie potrafilas. Ja nigdzie nie twierdzilem, ze to *moje* tlumaczenie, a w patencie nie ma niczego o tych cechach o ktorych wspomnialem.

    Patent mozna znalezc tu: http://www.freepatentsonline.com/7069308.html

    „Pytanie jest: dlaczego ten kto przyszedł jako niewiadomo który ale na pewno nie pierwszy, nic specjalnego nie zrobił, niczego specjalnego nie wynalazł, działa w oparciu o obce patenty, ma opinię złodzieja, wszystkich wkurwia i jest podobno niedoświadczonym socjopatą z problemami jest tam gdzie jest?
    Dla mnie ono pozostaje dalej otwarte i coś się tu nie dodaje.”

    Nic dziwnego, bo napisalas mnostwo glupich rzeczy. Nikt w tym watku, procz Ciebie, nie twierdzi, ze Zuckeberg ” nic specjalnego nie zrobił”. Zuckeberg stworzyl najpopularniejszy social network site i dorobil sie mnostwa kasy w bardzo mlodym wieku.
    Procz tego, on wcale „wszystkich nie wkurwia”. Mnie np on zupelnie nie rusza.
    No i jeszcze wisienka na torcie glupoty: „niedoświadczonym socjopatą z problemami”. Juz drugi raz tu pada to dosc zabawne oskarzenie – ze jest niedoswiadczony. Skad to sie bierze? A A. Bienkowski zapodal nawet jeszcze glupsza wersje, ze nie mial doswiadczenia „w marketingu”. Sorry, ale tylko absolwenci marketingu i pracownicy marketingowych korpo moga wierzyc w to, ze „doswiadczenie w marketingu” moze byc wymagane do sukcesu w bisnesie nowych technologii.
    Jako cwiczenie moge poradzic sprawdzic jakie doswiadczenie mieli przed zalozeniem swoich firm nastepujace osoby: Bill Gates, Steve Jobs, Steve Wozniak, Sergey Brige, Larry Page.

  34. cyncynat said

    errata: Sergey Brin

  35. telemach said

    cyncynat:

    godny podziwu(?) optymizm.
    A przegladasz WWW z komorki? Chyba nie ludzisz sie, ze anonimowa prepaid card uchroni Twoja anonimowosc?

    Nie łudzę się. I (dlatego) nie przeglądam – nie lubię być mimowolnym prototypem bohatera „Minority Report”. Przeglądanie www z komórki jest poza tym (moim zdaniem) niefizjologiczne.

  36. telemach said

    „Ja jakis czas temu pracowalem w firmie, ktora sprzedawala software do zbierania i analizowania danych o konsumentach”

    Ja jakiś czas temu zlecałem tego rodzaju prace. Też się tego (do dzisiaj) wstydzę.

  37. calmy said

    „Ja jakiś czas temu zlecałem tego rodzaju prace. Też się tego (do dzisiaj) wstydzę.”

    I bardzo słusznie. ;)

  38. A jak oceniacie celowość i skuteczność tego rodzaju działań? Czemu one mają służyć? Jeżeli poznaniu potrzeb i preferencji potencjalnych klientów, oceny produktów – czy to źle? Rezerwując hotele w booking.com z reguły odpowiadam na nadesłaną potem ankietę.

    Jeżeli mają służyć „wciskaniu” czegoś – nie jestem przekonany o skuteczności akurat tego rodzaju działań. Czytając dyskusję pogrzebałem w myślach i nie przypominam sobie ANI JEDNEGO FAKTU aby reklamodawcy zajmujący się reklamą celowaną – nadsyłający mi maile, czy wciskający ulotki przewidzieli moje decyzje w zakresie „dużych” zakupów – mieszkaniowych, samochodowych, wczasowych, elektrotechnicznych itd. Zakupy spożywcze są wykonywane w małym sklepie i dużym supermarkecie, ze względu na wygodny parking, itd itp.

    Dywagując nad sprawami gospodarczymi często odruchowo zakładamy, iż niewidzialna ręka kapitalizmu zawsze reaguje ze 100% optymalnością. A przecież to nie całkiem prawda. Tak jak w gospodarce są cykle koniunkturalne przerywane niespodziewanymi kryzysami, tak samo generalicja wielkich korporacji ma tendencję do wyrzucania kasy na bzdety w złudnej nadziei podniesienia efektywności firmy. Przyszedł kryzys, poszły cięcia na wyjazdy integracyjne, rajd samochodowy z Prezesem, Dział Wizerunku Firmy, kosztowne kampanie reklamowe itd. I co? Efektywność wielu firm wzrosła a nie zmalała.

    Nie wiem, na czym zarabia Facebook, kto i za co daje mu pieniądze, ale pozwalam sobie wątpić, czy płacący za coś Facebookowi robią dobry interes. Dane marketingowo-socjologiczne można uzyskać w inny sposób, bez błędów spowodowanych niereprezentatywnością półświatka internetowych asów (w realu często „cienkich bolków”).

  39. kwik said

    @ globalnysmietnik – a jak oceniasz celowość i skuteczność spamu? Aż trudno uwierzyć, że ktoś w ogóle daje się nabrać, a jednak. Koszty rozsyłania spamu są tak niskie, że pozytywna reakcja choćby promila odbiorców już pewnie daje zarobić. Podobnie może być z automatycznym zbieraniem i analizą danych, tzn. nawet przy niewielkiej skuteczności można mieć z tego zyski, bo samo agregowanie danych chyba niewiele kosztuje.

  40. telemach said

    @globalnyśmietnik:
    „A jak oceniacie celowość i skuteczność tego rodzaju działań?”

    Bardzo złożony temat. Z (naprawdę) wieloma dosyć złowrogimi aspektami, nie wiem w jaki sposób można krótko i zwięźle. Może spróbuję zrobić z tego kiedyś wpis. Ale krótko: wielki (naprawdę wielki) kapitał (choć nie tylko) buduje rękoma nieświadomych użytkowników iluzję powszechnego uczestnictwa, na którym każdy może skorzystać. Po drodze zbiera informację pozwalającą na złowienie konsumenta w sieć pozornych wyborów i wprowadzenia go w labirynt pozornych, wykreowanych potrzeb. W ostatecznym rozrachunku za wszystko (za)płaci nieświadoma ofiara.

    „Czemu one mają służyć? Jeżeli poznaniu potrzeb i preferencji potencjalnych klientów, oceny produktów – czy to źle?”

    Nie, gdyby tak było, to nie byłoby źle. Tzn. gdyby poznanie potrzeb prowadziło do ich zaspokajania, a poznanie preferencji nie służyło znalezieniu najlepszego sposobu zlikwidowania autonomii u krytycznego konsumenta.

    „Rezerwując hotele w booking.com z reguły odpowiadam na nadesłaną potem ankietę.”

    To dobry przykład. Chętnie wyjaśnię Ci (jeśli Cię to interesuje) jak to funkcjonuje i w czym (naprawdę) bierzesz udział – bo akurat tym się zajmowałem.

    Ale przedtem odpowiedz (przede wszystkim sobie) na następujące pytania:

    1. Dlaczego, z setek platform na których można rezerwować hotele, wybrałeś akurat booking.com
    2. W jaki sposób booking.com Cię odnalazł (wiem, wiem, prawdopodobnie sądzisz że to ty ich odnalazłeś)
    3. Jak sądzisz, kto finansuje budżet reklamowy booking.com i jak wysoka jest ( w milionach USD) kwota, którą rocznie jest inwestowana w to aby booking.com (jako domena główna) miał następujące parametry:
    Google Page Rank = 7
    Google Index = 1.560 000
    Yahoo Links = 210 545
    Yahoo LD = 11 474 030
    Bing Index = 1 310 000
    Alexa Rank = 308
    SEMRush Rank = 1060

    żeby tylko od czegoś zacząć? Przypominam, że to jedynie .com, booking Inc. obsługuje jeszcze kilka tuzinów top level domains. Utrzymanie Google PR = 7 przy idącej w miliony ilości „outgoing links” jest ciekawym przyczynkiem do sposobu funkcjonowania logarytmu leżącego u podstaw GPR (no chyba, że wszystkie outgoing links utrzymywane są w trybie „NoFollow”)
    4. jak sądzisz, co jest tańsze, kupowanie u pośrednika, czy producenta?
    5. Jeśli sądzisz, że kupowanie u producenta powinno być tańsze, dlaczego rezerwujesz hotel w booking.com, a nie w hotelu? Hotele w swojej przytłaczającej większości mają przecież swoją witrynę i umieszczoną tam możliwość poczynienia „direct online booking”?
    6. Czy wiesz gdzie ostatecznie lądują „recommendations” które są generowane na podstawie wypełnianej przez ciebie ankiety? I do czego służą?

    To tak tylko na początek, aby zagaić dyskusję. Powyższe pytania jedynie pozornie nie mają nic wspólnego z biznesem stulecia pt. portale społecznościowe i ich produkt.

  41. Eeee – dobrze, spróbuję się wyspowiadać.

    1 i 2: Na booking.com przekierował mnie ViaMichelin, gdy planowałem różne ekskursje. Podobał mi się film „Skrzydełko czy nóżka” i uznałem, że rekomendacje Michelina nie muszą być totalną kichą. Viva la France!

    3: Nie mam bladego pojęcia, ile kosztuje utrzymanie page rank 7. Zdaję sobie sprawę, że w algorytmach wyszukiwania Google jest „coś nie tak” i pozycję można sobie do pewnego stopnia kupić. Trochę przeraża mnie możliwość manipulacji ze strony Google, dlatego zawsze podejrzliwie podchodzę do reklam i pierwszych pozycji na stronie wyszukiwarki. Jeżeli ktoś tego nie rozumie – no trudno, jego strata, niech przepłaca.

    4 i 5: Zazwyczaj sprawdzam, czy hotel nie sprzedaje taniej, ale często właśnie tak nie jest. Absolutnie booking.com nie jest jedyną platformą, gdzie rezerwuje noclegi, jednak czasami moim zdaniem najkorzystniejszą (nie tylko ze względu na cenę)- wiele mniejszych hoteli wymaga zaliczki bez możliwości jej zwrotu, zetknąłem się też z prośbami o przesłanie mailem numeru karty kredytowej i numeru CCV2 (czy jak to się nazywa).

    6: Gdzie lądują rekomendacje – nie wiem, ale opinie z ankiety raczej ukazują się na stronie hotelu w booking.com. Publikując je po polsku – mam wrażenie, że pomagam innym.

  42. telemach said

    W przypadku platform pośredniczących w rezerwacji hoteli, sytuacja wygląda tak:

    Hotele zainstalowały się w sieci, ponieważ skusiła je obietnica uwolnienia się od pośredników i możliwość bezpośredniego dotarcia do klienta. Pośrednicy (tacy jak np. booking.com, expedia.com, hotels.com zaproponowali hotelom, że jeśli te dostarczą im dane (ceny, zdjęcia, informacje) to zupełnie bezpłatnie umieszczą je (te hotele) u siebie i będą ewentualnie pośredniczyły w zdobywaniu nowych klientów. Co nastąpiło (zachłanność i brak wyobraźni były wystarczająco silnym motywem). Teraz pośrednicy (finansowani przez fundusze inwestycyjne) rozpoczęli intensywny tradycyjny i online marketing zatrudniając artystów od SEO i opłacając Google i Yahoo. W ciągu czterech lat powstała taka sytuacja, w której hotele są nadal w internecie, jednakże zepchnięte w przeszukiwarkach na śmieszne pozycje – tak jakby ich nie było. Możesz wypróbować wrzucając do wyszukiwarki nocleg + nazwa miasta, albo hotel + nazwa miasta. Hotele zniknęły z sieciowego horyzontu i są obecnie skazane na płacenie haraczu, spychając powstałe koszta na gości i obniżając jednocześnie poziom usług. Jak to funkcjonuje, możesz sobie wyguglać wrzucając channel management + revenue management + critic + hotels. Początkowe 5% prowizje ustąpiły 15% i 20%. Interesującą praktyką portali pośredniczących, jest też pozostawianie danych hotelu nawet gdy hotel sobie tego już nie życzy. W takim przypadku dowiesz się na booking.com (chociaż hotel może rozdawać noclegi za 1 Dolara) że w określonym terminie nie ma w tym hotelu miejsca i zostaniesz przekierowany do konkurencji. Nie ma haraczu – nie ma kontaktu. Tak, że to co widzisz na takim booking.com jest jedynie tym co kalkuluje się dla obydwu stron – koszta złudnych wyborów pokrywa klient, jego pieniądze wylądują ostatecznie u Google i Yahoo.

    Ale to jedynie początek. Portale pośredniczące doczekały się własnych pasożytów: tzw. portali porównawczych (metaportali) prezentujących zagregowane dane, „wyssane” z innych portali. Reklamują się, znów z gigantycznym nakładem środków, jako niezależne miejsca, gdzie klient może sobie porównać ceny. Pewnie, że może. Ale są to ceny uwzględniające również (obok prowizji pośredników) także prowizje „agregatów”. A teraz będzie zupełnie wesoło. W dobrej wierze goście hotelowi (napędzani rozmaitymi motywami) próbują swych sił jako recenzenci. Istnieją portale, posiadające jedynie recenzje i „recommendations”. Np. TripAdvisor, HollidayCheck, Zoover. Należą niektóre do „agregatów” i mają za zadanie napędzać im gości. Content za darmo, oszczędność bo przyciągają klientów nie trzeba wrzucać milionów w googlowskie AdSensy i AdWordsy. Inne żyją z tego, że sprzedają hotelom software do „Customer-Comments-Management” – czyli pozwalając odpłatnie na manipulowanie tego co w dobrej wierze dostarczyli goście.

    Ktoś za to wszystko płaci. Korzystają pośrednicy (coraz większa ich ilość musi być opłacana) a przede wszystkim google tego świata. Najlepszym dowcipem jest jednak to, że portale z recenzjami hoteli zapełniane są mrówczym wysiłkiem darmowych redaktorów, nie zdających sobie sprawy że są jedynie naiwnym kółkiem w dobrze naoliwionej maszynie do robienia pieniędzy na pracy innych. Tu web 2.0 przysłonił konsumentom oczy.

  43. telemach said

    c.d.

    A teraz proponuję Ci eksperyment, który powinien przeprowadzić każdy komu się wydaje, że to on ma wpływ na to co znajdzie w googlu, a ten jest jedynie dobrym samarytaninem żyjącym z reklamy, która przecież nikomu nie szkodzi.
    1. Wejdź do sieciprzez Firefoxa z zainstalowanym NoScript i ustawieniem, że WSZYSTKO po każdej sesji ma być mazane: cookies, historia i wewogle. Zainnstaluj parę AddOnów pozwalających Ci pozorować szukanie w sieciach innojęzycznych i odrębnych geograficznie. Jest dużo googli. A teraz wrzuć do Googla, tego, którego używasz normalnie swoje zapytanie. Zanotuj wyniki (screenshot) i zamknij firefoxa. Powtórz potem to samo zapytanie korzystając z googla amerykańskiego, szwedzkiego, hiszpańskiego, francuskiego (Używaj za każdym razem addOnów i akceptuj interfejs w danym języku). Za każdym razem otwieraj na nowo Firefoxa. Sprawdzaj w NoScript co Google chce od ciebie. Porównaj wyniki (ilość trafień, kolejność). Potem zrób to po raz kolejny korzystając z anonimizującego proxy.
    A na koniec – jeśli masz jeszcze ochotę, powtórz to wszystko ale wchodząc do sieci przez TORa.

    Złudzenie, że wszyscy jesteśmy w tym samym internecie i korzystając z tej samej wyszukiwarki znajdujemy to czego szukamy – jest największym osiągnięciem googla. W istocie dostajemy to co google nam szybko podaje na talerzu. Dostosowane do wyobrażeń googla o tym co powinniśmy dostać – tam gdzie jesteżmy i ile jesteśmy (jako konsumenci) warci. No chyba że ktoś zapłaci… Wtedy dostajemy coś zupełnie innego.

  44. kwik said

    @ telemach – ale po co jakieś dodatki, żeby się przekonać, że każdy Google znajdują trochę inaczej wystarczy tylko zmienić ostatnie literki w http://google.pl (brytyjski jest ciut trudniejszy: http://google.co.uk )
    A w ogóle to demonizujesz. Google oczywiście nie jest dobrym samarytaninem, nie jest nawet samarytaninem. Natomiast gdy już się zbiesi, to przecież można go nie używać. Podobno np. w Rosji popularniejszy od Googla jest: http://www.yandex.com i jak ktoś się nie boi KGB i GRU to droga wolna. Yandex pod „telemach” wyrzuca na pierwszej stronie: I Believe in Advertising |… Advertising Blog & Community » Telemach…

    Dalej nie piszę bo już zrobiłem trzy linki i na pewno wpadnę do spamu.

  45. telemach said

    Kwik, wcale nie. To znaczy może u ciebie tak, ale ja mam zupełnie inne doświadczenia. Google potrafi z dzikim uporem (jeśli mu się pozwoli) przekierowywać Cię z powrotem tam, gdzie sądzi że powinieneś być. A gdy go wreszcie zgwałcisz, udaje, że się poddał, dostarczając jednak nadal wyników, które ustalił sobie w ramach geotargetingu czyli jak Cię namierzał. Zresztą spróbuj sam, zainstaluj sobie w firefoxie proxy switchy i używaj za każdym razem innego (nakjlepiej zmieniaj wciąż kraje) – zobaczysz co się dzieje.

    Najlepszy jednak jest eksperyment dotyczący gmail w trakcie tej samej sesji. Napisz w gmail maila po angielsku, w którym napiszesz ze nie mozesz przyjechac bo szukasz hotelu i ze zastanawiasz sie jaki lot zabukować i zapewń twego odbiorcę, że na pewno przywieziesz ze sobą kamerę. Wyślij. A potem (w ramach tej samej sesji naljepiej, chociaż w chrome nie ma to znaczenia) wejdz do googla i popatrz sobie czego dotyczy reklama w pasku bocznym. I czego dotyczyc będzie reklama ktora dostaniesz pod następnym otrzymanym mailem. To rzuca interesujące światło na to jak funkcjonuje (rzeczywiście) KeywordAdvertising.

    A Yandex mnie nie przeraża. Już bardziej Rambler albo Baidu. Chociaż ostatnio zacząłem używać dla zabawy CUIL. Ciekawe wyniki się uzyskiwało. Szkoda, że nie dali rady.

    A swoją drogą dobrze by było, gdyby pojawił się guglowi jakiś konkurtent zupełnie opensourcowy i niezależny od wszystkich. I szkoda, że się tego nie doczekamy. Pozostaje jedynie nadzieja, że rządowe projekty (quaero i Theseus) wreszcie wyjdą z powijaków i będą coś warte.

  46. kwik said

    Eksperyment miałby ręce i nogi gdyby zatrudnić więcej osób, użyć tych samych tekstów i porządnie sklasyfikować reklamy. Inaczej mamy zaledwie własne wrażenia. A w ogóle nawet jeśli Google robią naprawdę coś innego niż mówią, to przecież i tak muszą udawać że wcale tego nie robią, więc aż tak łatwo nie da się ich złapać.

    Korzystam z „taniego hostingu” który faktycznie byłby tani gdyby nie śmiesznie niskie limity transferów miesięcznych. Każdy kolejny crawler to mój wróg, w końcu zablokuję wszystkie poza googlebotem. Byłbym hipokrytą gdybym już dziś podzielał Twoje nadzieje. Poczekam aż Palikot załatwi każdemu nie tylko szerokopasmowy dostęp do internetu ale i darmowy hosting bez limitów.

  47. cmss said

    Pozostaje jedynie nadzieja, że rządowe projekty…

    Jako że nadzieja umiera ostatnia, pozostaje jeszcze głupota, bo ta jest wieczna.

    PS Fiodor też to zauważył. To z sympatią, nie kąśliwie.:)

  48. cyncynat said

    Telemach, ale co ma opensourcowosc do niezaleznosci nieobecnej konkurencji Googla? Napisze ktos google i da zrodla, ale co z tego? A kto bedzie placil za niezbedna infrastrukture? Google placi miliony dolcow miesiecznie za same tylko rachunki za elektrycznosc.

    Poza tym, troche nie rozumiem o co pretensje do Google. Przeczytalem trzy razy co napisales i choc wyczuwam w komentarzach jakies zale do Googla, to nie wiem na czym polegaja. Wyczytalem dwa konkrety(?): geotargeting i targetowane reklamy. Nie wiem komu i jak moze przeszkadzac geotargeting (napiszesz?), a zale o reklamy uwazam raczej za zabawne jak sobie przypomne jakim gwaltem byly reklamy w TV/radio/gazetach i jak niedawno (a moze i teraz, nie wiem) wygladaly reklamy na polskich portalach.
    Najbardziej sensownym zarzutem pod adresem Google, ktory widzialem (ale nie tu) to zarzut o to, ze Google staje sie niebezpiecznym monopolista. O tym dosc elokwentnie pisal Eric K. Clemons ( http://techcrunch.com/2009/03/01/what-an-antitrust-case-against-google-might-look-like/ ). Ale tego akurat zarzutu u Ciebie nie znalazlem.

    Jesli chodzi o hotele, to czy kiedykolwiek sytuacja byla inna? Czy hotele kiedykolwiek nie musialy placic „haraczy” agregatorom? U mnie w NZ agregatorzy sa jacys slabi, bo w ostatnie 5 lat objezdzilem wlasciwie cala NZ i nigdy nie korzystalem z zadnego agregatora czy posrednika. Wpisuje w Google nazwe miejscowosci i kombinacje slow kluczowych (motel, b&b czy cos innego) i zawsze znajduje mnostwo stron domowych samych hotelikow. Zawsze rezerwuje u samego „dostawcy” na stronie, albo przez telefon.

  49. telemach said

    „Telemach, ale co ma opensourcowosc do niezaleznosci nieobecnej konkurencji Googla? Napisze ktos google i da zrodla, ale co z tego? A kto bedzie placil za niezbedna infrastrukture? Google placi miliony dolcow miesiecznie za same tylko rachunki za elektrycznosc.”

    I dlatego właśnie (o czym możesz się przekonać powyżej) napisałem, że opensource-owej konkurencji się w tym sektorze prawdopodobnie nie doczekamy. Chyba, żeby (nikła nadzieja) ktoś przejął te rachunki. Rachunki WiKi też ktoś płaci. Inny rząd wielkości – ale zawsze.

    „Poza tym, troche nie rozumiem o co pretensje do Google. Przeczytalem trzy razy co napisales i choc wyczuwam w komentarzach jakies zale do Googla, to nie wiem na czym polegaja. ”
    Mylisz się, nie mam pretensji. Ani żalu. Sprytne chłopaki. Nie wiem jednak jak się ta zabawa wobec monopolu skończy.

    BTW: nie pracowałem dla nich, wszystko co wiem o nich, wiem z drugiej ręki, jest to kilka książek, których nie jestem w stanie zweryfikować. Ale na wszelki wypadek się boję.

    „Nie wiem komu i jak moze przeszkadzac geotargeting (napiszesz?)”
    Nie lubię, jak za mną łażą.

    „, a zale o reklamy uwazam raczej za zabawne”

    reklamy mi powiewają. Nie powiewa mi jednak manipulacja wyników wyszukiwania w zależności od tego co doradził algorytm po skonsultowaniu się z wynikami geotargetingu, analizie wszelkich KeyWords w moich prywatnych Mailach i analizie mojej prywatnej historii dotychczasowych poszukiwań. Chyba, że słusznie zauważysz, iż korzystając z produktów Googla użytkownik pozbawia się prawa do prywatności i oczekiwanie, że będą one respektowane, są naiwne.

    Wówczas nie widzę przedmiotu sporu. Ale to wypadałoby naiwnemu użytkownikowi od początku dużymi wołami wyjaśnić, aby zdawał sobie sprawę, w co się bawi. Tak, jak na papierosach jest napisane że na pewno umrze na raka. Pali – jego sprawa.
    Dobrze też, by zdawał sobie sprawę, że dla Google jest on (użytkownik) towarem.

    Nie wiem dlaczego, ale takie jasne postawienie sprawy wydaje mi się uczciwsze.

  50. telemach said

    @cmss:

    „Jako że nadzieja umiera ostatnia, pozostaje jeszcze głupota, bo ta jest wieczna.”

    Rozwiń proszę. Nie powyższe (z czym się zgadzam) ale kontekst. Może być ciekawie.

  51. cmss said

    Czarna skrzynka. No, nie czarna faktycznie bo czort znajet ile fachowcom faktycznie wiadomo. Ale reakcja skrzynki na akcję, sieciowa of course, znana, zapisana, zbiorczo dostępna, do wydobycia i testowania. Dużo takich skrzynek, wielokolorowych. Czy możemy na nich zagrać, Chopina dla przykładu? Yes, we can.

    Może być? :)^:)

  52. cmss said

    Uzupełniając pojęcie czarnej skrzynki.
    Obiekt o nieznanej budowie. Na akcję odpowiada reakcją.

  53. cyncynat said

    @Telemach

    podejrzewam ze moje niedookreslone uczucie ze „sie nie zgadzam” wynika (jak czesto bywa w Internecie) z nieporozumien terminologicznych. Nie wiem np co dokladnie masz na mysli piszac ze „użytkownik pozbawia się prawa do prywatności ” oraz dlaczego np filtr antyspamowy nie jest ingerencja w prywatnosc, a [zautomatyzowany] geotargeting jest. Nawet chcialem cos nt napisac, ale niestety (albo na szczescie) dostalem dzis w pracy wzglednie nudna ksiazke do przeczytania („Detecting and classifying low probability of intercept radar”), wstepna lektura ktorej obebrala mi na jakis czas chec i energie do potyczek w Internecie.
    Moze kiedys indziej sie wroci do tematu.

  54. Pamiętam czasy, gdy „praca przy komputerze” to było COŚ. „Moja córka mieszka w bloku i pracuje cały dzień przy komputerze” oznajmiała kraśniejąc z dumy mieszkanka wsi swojej sąsiadce.
    Tymczasem teraz trudno nazwać pracę przy komputerze wartością samą w sobie i czymś ciekawym. Mam wrażenie, że podobny los czeka internet (taki jaki znamy dzisiaj) jako miejsce zdobywania informacji czy życia towarzyskiego.

    „Kosiarki firmy X to kicha, potrafią tylko Googlu się reklamować, olewają klientów, za to całe biuro siedzi na forach dyskusyjnych i udaje zawiedzionych z konkurencji”. Być może taki dialog usłyszę (mam nadzieje) za parę lat.

  55. theo.weinberger said

    A mnie się ten facebook podoba. Mam tam z siedem różnych kont i każde z kont ma całą masę trefnych znajomych o których nie wie czy naprawdę istnieją. Ale słyszałem, że w Polsce naprawdę są jacyś naiwni podający do ogólnej wiadomości swoje najprawdziswsze dane a nawet zdjęcia bo im się pojebała spyware z książką telefoniczną. Kto tak myśli na nic lepszego nie zasługuje ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: