12 października 1888 roku
Wczoraj ponownie była u mnie Klara Plötzl. Znów powtórzyły się dantejskie sceny z zeszłego czwartku. Tak jak za pierwszym razem, przyszła wieczorem, gdy za ostatnim pacjentem zamknęły się drzwi gabinetu. Praktyka  opustoszała , a Frau Bloch, jak co wieczór opróżniwszy autoklaw, uporządkowawszy narzędzia i zamknąwszy szafę z kartotekami, zakładała palto szykując się do wyjścia. Mimo późnej pory zgodziłem się zostać dłużej, wiedząc z góry, że oczekująca mnie rozmowa, znów do niczego nie doprowadzi. Atmosfera była ciężka, na twarzy Plötzl widać było ślady bezsennej nocy. Zaklinała mnie ponownie bym podjął się zabiegu. Tłumionym przez łzy głosem opowiadała o nocnych koszmarach. O trójce dzieci, które pochowała przed ponad rokiem i dwójce z poprzedniego małżeństwa, którą musi się przecież opiekować, o codziennej bezsilności, rozpaczy, o niewyobrażalnym znużeniu i ciążącym nad jej związkiem z Aloisem przekleństwie. O pijaństwie i brutalności męża. A gdy wyczerpały się wszystkie inne argumenty, o dręczących ją złych przeczuciach. Zapytałem, czy mąż już wie, ale nie odpowiedziała, odwróciła tylko głowę zagryzając wargi. Nie wiedziałem co mogę jeszcze powiedzieć, do jakich argumentów się uciec. Nie mieści mi się nadal w głowie, dlaczego tak bardzo chce się pozbyć tej ciąży. Na koniec rzuciła się na kolana i zagroziła, że się zabije jeśli jej nie pomogę. Wskazałem na wiszący na ścianie krucyfiks i zapytałem, czy jako katoliczka będzie mogła żyć dalej z myślą, że pozwoliła zabić bezbronną i niewinną istotę, najcenniejszy dar Pana naszego. Nie wyglądała na przekonaną. W końcu udało mi się ją wreszcie trochę uspokoić mówiąc, że potrzebuję czasu do namysłu i ostatecznej odpowiedzi udzielę jej następnego dnia. Wyszła bez słowa, a chwilę później ja również mogłem pogasić światła i udać się wreszcie do domu. To niewiarygodne jak wyczerpująca może być praca lekarza.
– – –
Jetzinger westchnął, odłożył pióro, osuszył ostatnie linijki kawałkiem świeżej bibuły i zamknął oprawiony w czarne płótno notatnik. Za wychodzącym na Spitalgasse balkonowym oknem zapalały się kolejno gazowe latarnie. Powoli wstał zza biurka, założył palto, kapelusz, owinął szyję szalem i postukując o deski podłogi szpicem wielkiego czarnego parasola opuścił gabinet zamykając za sobą drzwi. Frau Bloch siedziała w wiodącym do gabinetu pomieszczeniu, porządkując cierpliwie rozłożone w świetle rzucanym przez osłoniętą zielonym kloszem lampę kartoteki.
– Wychodzę dzisiaj wcześniej – powiedział – i będę miał do pani małą prośbę.

Bloch uniosła w milczeniu głowę. Pytające spojrzenie znad krawędzi drucianych oprawek okularów sprawiło, że poczuł się nagle nieswojo.

– Za godzinę może przyjść pacjentka –ciągnął Jetzinger – ta sama co wczoraj, Klara Plötzl. Proszę jej powiedzieć, że nic nie będę mógł dla niej zrobić.
– Najwyższy czas – powiedziała Frau Bloch – najwyższy czas panie doktorze, aby pan przestał używać jej panieńskiego nazwiska. Ona się teraz nazywa po mężu Hitler.
– Słusznie, słusznie – mruknął Jetzinger – przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka.

Wyszedł. Schodząc po schodach otulił się jeszcze szczelniej płaszczem przygotowując się na wilgotny podmuch jesiennego wiatru. Zanosiło się na deszcz.

Wieczny tułacz

30 marca, 2009

„C’est l’antisémite qui fait le juif”
J-P. Sartre, „Réflexions sur la question juive”

Antysemita, przybywszy w okolice bliżej mu dotąd nie znane, rozgląda się uważnie. Choć znużony wędrówką, stara się mimo skrajnego wyczerpania nie utracić tak potrzebnej czujności. Poszukiwania nie są łatwe, a wróg może się czaić wszędzie. Na szczególną nieufność zasługują zamożni lub wykazujący się starannym wykształceniem. Obdarzeni nieprzeciętnymi talentami bądź znajomością języków innych niż własny. Pewną wskazówkę stanowić może również brak agresji, lub pełen poświęcenia, lecz jakże pozorny i niesłuszny patriotyzm.

Wbrew popularnemu mniemaniu, porównywanie kształtu nosów i zaglądanie do gaci nie jest jego specjalnością. Już nie.

Poszukiwanie Żyda w bliźnim jest misją niemożliwą do spełnienia bez wytrwałości i wyrzeczeń. Zajęciem znojnym, żmudnym i wymagającym poświęceń. Nie zawsze uwieńczone bywa ono sukcesem.

Nie zdoławszy Żyda odnaleźć, antysemita niezwłocznie rusza w dalszą drogę. I tak już od tysiącleci. Pokryty kurzem minionych wędrówek, spragniony zrozumienia i narażony na wytykiwanie palcami przez prześmiewców, przenosi się z miejsca na miejsce, wierząc głęboko, że kiedyś wreszcie modlitwy jego zostaną wysłuchane. Że kiedyś musi się udać. Nie zazna spokoju aż nie dopełni się misja. Antysemita. Wieczny tułacz.

Douglas R. Hofstadter, w swych – w założeniu wiekopomnych, a w rzeczywistości tak szybko zapomnianych – Metamagical Themas (Questing for the Essence of Mind and Pattern), wychodząc od niezapomnianej kostki Rubika, zahaczając krótko o Mozarta i T.A. Edisona dochodzi do zdumiewającej konkluzji. Wszelka kreatywność – bez wyjątku – bierze się jego zdaniem z permutacji tego co zastane. Innowacyjność jako taka jest pochodną zręczności w żonglowaniu analogiami połączonej z wytrwałością. Jeśli chcemy odkryć coś zupełnie nowego, coś co nie istnieje, musimy wziąć to co istnieje i tak długo obracać w ręku aż ukaże się nam „nowe”.

Obracanie w ręku przyciężkawego tomu Hofstadtera przez jego wiernego czytelnika Józefa K. – mimo iż czyni to nieprzerwanie od momentu ukazania się dzieła czyli od 1985 roku – nie przyniosło na razie spodziewanych rezultatów. Nie tracąc zasadniczo nadzieji, Józef K. zaczyna się jednak zastanawiać, czy nie lepiej jednak zająć się wędkarstwem.

Ślepy snajper

10 września, 2008

Wszyscy Kreteńczycy kłamią, rzekł niegdyś pewien mieszkaniec Krety. Wypowiedź ta zapoczątkowała epokę zwątpienia w podstawy logiki opierającej się na akceptacji faktu, że prawda i fałsz muszą się koniecznie wykluczać. I modelu rzeczywistości, dla której ten rodzaj logiki stanowi fundament. I percepcji tego modelu, stanowiącej podstawę tego, co zwykliśmy nazywać komunikacją.

Nie wiadomo czy wszyscy Kreteńczycy kłamali. Nie wydaje się to obecnie ani istotne ani wielce prawdopodobne. Nie wiadomo nawet czy Epimenides żył naprawdę, czy tylko został wymyślony przez potomnych. Aelian, Pauzaniasz i Plutarch należą tutaj do grona podejrzanych. Mało prawdopodobną wydaje się również historia jego 57-letniego snu. Szczerze mówiąc – nie wahajmy się użyć tego słowa – jest to najoczywistsza bzdura. Russell i Whitehead mogli spokojnie zająć się czymś pożyteczniejszym, np. hodowlą owiec. Albo uprawą pieczarek. Lub też produkcją wykałaczek. Bądź też naprawą automatycznych skrzyni biegów. Wymyślaniem strategii marketingowych wspierających sprzedaż napędzanych emergią słoneczną pojazdów.
Nie mogli?
Nonsens. Dla chcącego nic trudnego,jak głosi ludowe przysłowie i nie ma powodu aby mu nie wierzyć.

Podarunek

4 sierpnia, 2008

Thomas Erikson zadaje w „Tyranny of the moment. Fast and slow time in the information age” fascynujące pytanie dotyczące „zaoszczędzonego” czasu. Naciskając w windzie guzik pozwlający zamknąć drzwi o dwie sekundy szybciej, możemy zaoszczędzić według jego obliczeń rocznie około godziny. Pytanie, skierowane do czytelnika, brzmi: jak wyobrażasz sobie spożytkowanie tej zaoszczędzonej godziny? Podaje również szereg mniej lub bardziej trywialnych propozycji, które mają uświadomić absurdalność zaistniałej sytuacji. Problem jednak pozostaje.

Nie mamy najmniejszych trudności gdy ktoś proponuje nam dowolną sumę pieniędzy. Niezależnie od jej wysokości, nie napotykamy raczej żadnych trudności usiłując sobie wyobrazić, w jaki sposób moglibyśmy sumę tę rozdysponować. Sytuacja zmienia się diametralnie, jeśli ktoś (przy założeniu, że obdarzony byłby takimi możliwościami) zapragnąłby podarować nam czas. Np.dodatkowy miesiąc życia. Pierwszym odruchem jest bezradność. Nagle okazuje się, że nie zdając sobie z tego sprawy, najwidoczniej żyjemy w złudnym przeświadczeniu o włłasnej nieśmiertelności.

Dajmy na to taki Bolesław Chrobry. Ciekawy przypadek. Dwie daty koronacji, żadna nie potwierdzona jednoznacznie przez współczesnych dziejopisów, ale nie bądźmy drobiazgowi. Współczesny (Bolesławowi) kronikarz Ademar de Chabannes  wspomina jedynie, że cesarz Otto dał mu potrzymać swą włócznię, ale nie czepiajmy się szczegółów i uznajmy, że Długosz, z perspektywy czasu, widział sprawy lepiej, a przede wszystkim bezstronniej, czyli słuszniej.  Chrobrym nazwany dopiero przez potomnych, przeżył życie bez świadomości swego przydomka.  Bolesław zatem, na razie bez nazwiska ale z ambicjami natury terytorialnej, udał sie w otoczeniu podwładnych na Ruś, gdzie – o czym wie każde polskie dziecko – stępił swój miecz uderzając nim o Bramę Kijowską. Stąd też nazwa miecza: SZCZERBIEC. Dziecko się myli. Brama Kijowska została wybudowana 19 lat po wyprawie Bolesława (jeszcze nie całkiem Chrobrego) na Kijów ale, jak się zdaje, nikomu to po dziś dzień nie przeszkadza. Znamienne jest jednak, że do wyszczerbienia na nieistniejącej bramie, wybrał sobie Bolesław nie byle jaki miecz, lecz całkiem przyzwoity kawałek oręża, którego rękojeść wykonana jest w technice niello. Co do tej natomiast, wszyscy znawcy są zgodni, to pojawiła się ona w XIII wieku. Aby było całkiem zabawnie, rękojeść zdobią rozmaite napisy m. in. w języku hebrajskim, co sprawia, że ochota faszyzujących bojówkarzy z okresu międzywojennego, aby udając się na pogrom, wpinać sobie miniaturkę szczerbca w klapę marynarki, nabiera surrealistycznego posmaku.

I tak sobie ten nienazwany Chrobry, niewykluczone że król, szczerbi nieistniejący miecz na nieistniejącej bramie. Od stuleci. U Siemiradzkiego, u Matejki. W podręcznikach historii. W głowach i sercach rodaków. Ku pokrzepieniu serc. Dobranoc Państwu.

%d blogerów lubi to: