Panteon Rodaków. Bohaterski ksionc.

17 października, 2011

Podejście do tematu bohaterstwa w ogóle, a narodowego szczególnie, wymaga pewnej delikatności. Brak takowej może zranić uczucia. Patriotyczne. Opłaca się jednak podjąć ryzyko. Mimo, że z konieczności, będzie dużo uproszczeń. Naprawdę warto.

I. Przydługi wstęp.

Heroizm jako taki wymyślili najprawdopodobniej Grecy. Bardzo dawno temu. Początki herosa były skromne: walczył z Meduzą, smokiem lub jakimś innym nieszczęściem trapiącym społeczność lokalną, od czasu do czasu ratował sobie dziewicę popełniając po drodze czyny godne sławienia. Pomnik herosa zdobił potem agorę. W czasach nowożytnych ulubionym zajęciem bohatera stało się rzucanie się, przeważnie wbrew zdrowemu rozsądkowi, na przeważającą i niewiarygodną ilość wrogów. Krzepnące nowożytne państwa narodowe definiując mity założycielskie sięgały do idei i czerpały pełną garścią z mroków historii. Niemcy odkurzyli Arminiusza, Francuzi Wercyngetoryksa, Hiszpanie Cyda. Rosjanie Aleksandra Newskiego. Szwajcarzy przypomnieli sobie Winkelrieda i Wilhelma Tella. W XIX wieku do postaci legendarnych dołączyli współcześni. Włosi wywindowali na postument narodowego bohaterstwa Garibaldiego, a Simon Bolivar został bohaterem narodowym całego szeregu nowo powstających państw.

Dygresja

Polskim prototypem bohatera narodowego miał szansę zostać francuski marszałek o polskim, książęcym nazwisku, który utopił się w niemieckiej rzeczce i prawdopodobnie dlatego został patronem mostu w Warszawie. Brak polskiej państwowości w czasach, które nastąpiły, zapobiegł jednak nieuniknionej w takich przypadkach epidemii pomników.

Koniec dygresji

Instytucja bohaterstwa narodowego doznała sporej kompromitacji w XX wieku, ponieważ potęgi totalitarne, próbując wzmocnić morale mięsa armatniego przypisały trwale termin bohaterstwa zgonowi na tzw. polu walki. Niemcy nazywali swoich nieboszczyków Kriegshelden, a wąsaty Gruzin wymyślił Bohatera Związku Radzieckiego będącego (w czasie wojny) częstokroć synonimem żołnierza, który dał się w sytuacji beznadziejnej zastrzelić, zamiast trafić do nieprzyjacielskiej niewoli. Chyba, że był np. marszałkiem. Wtedy mógł się cieszyć osobiście. Kult bohaterów narodowych militarnej proweniencji kwitnie, w trochę zmodyfikowanej postaci, po dziś dzień w Stanach Zjednoczonych. Komuś, kto raz został uznany za american hero w zasadzie nikt już nie podskoczy.

Bohater Narodowy jako taki, aczkolwiek powszechny, nie jest łatwy do zdefiniowania. Zdaniem potomnych jest to (z reguły) ktoś, kto dokonał rzeczy ogromnych, zasłużył się dla ojczyzny czynami swemi i wymaga z tego względu szacunku, czci i upamiętnienia. Upamiętnia się przeważnie przy pomocy orderów imienia, pomników i notorycznego nadużywania nazwiska do nazywania placów, skwerów, ulic i mostów. Taki Garibaldi ma we Włoszech, w dowód wdzięczności za podarowaną Włochom państwowość, wszędzie, naprawdę wszędzie jakąś ulicę lub plac. A na placu dodatkowo pomnik. W Polsce trudno znaleźć miejscowość nie posiadającą ulicy Ściegiennego. Czasem jest to ulica Piotra Ściegiennego, czasem księdza P. Ściegiennego. W ostatnim dwudziestoleciu przeważa ta ostatnia. Ściegienny, jako patron ulic cieszy się nieprzerwaną sympatią i wdzięcznością rodaków (w tym władz) od momentu uzyskania niepodległości w 1919 roku. Bez względu na ustrój. Nadaje mu to rangę fenomenu, któremu warto się przyjrzeć bliżej. Bo jest to przecież ciekawe, jakie cechy charakteru i dokonania sprawiają, że w światowym centrum zawiści, pieniactwa, kłótliwości i wieszania psów na bliźnim jest możliwy szacunek i kult ponad podziałami.

II.Trudny temat

Niełatwa sprawa z tym Ściegiennym. Bo jakże tu przyczepiać się do kogoś, kto chciał dobrze? Nawet jak mu nie wyszło? Encyklopedyczne notki ukazują sympatycznego, naiwnego patriotę, utopistę i społecznika. Próbował wzniecić powstanie, dostrzegał ucisk warstw, niedobry zaborca zesłał go na Sybir, z którego powrócił jako siwowłosy staruszek. Otóż diabeł tkwi w szczegółach. W wizji. W tym, co można nazwać „modus operandi“. Po bliższym przyjrzeniu się, jeżą się włosy na głowie. A było tak.

III.Społecznik, wizjoner, rewolucjonista, bohater.

Ściegienny urodził się w rodzinie wieśniaczej. Wykształcenie otrzymał skromne, wyniki w nauce miał też takowe. Ponieważ nie przyjęto go do seminarium duchownego, wybrał drogę okrężną, zostając nauczycielem u pijarów, gdzie nauczał do momentu zostania klerykiem i uzyskania święceń kapłańskich w 1832 roku. Po kasacji zakonu został wikarym w Wilkołazie w Ordynacji Zamojskiej. W okresie po powstaniu listopadowym zaangażował się w działalność konspiracyjną. Polegała ona na tym – tu źródła są zgodne – że „nawiązał kontakty“. Do konspiracji wciągnął znajomych (co było, jak się później okazało, poważnym błędem) jak również swoich dwóch braci. Trudno powiedzieć o co mu chodziło. Późniejsi patrioci twierdzili, że o niepodległość, socjaliści, że o rewolucję społeczną. Poglądy swoje, a w zasadzie nie tyle swoje, co Lammenais’go, spisał w tzw. „Złotej książeczce“. Tenor prezentowanego niezainteresowanym (przeważnie) i niepiśmiennym (nieomal zawsze) przedstawicielom ludu (okolicznym chłopom) dziełka był jednoznaczny: ucisk jest zły, wyzysk sprzeczny z chrześcijaństwem, kler sojusznikiem krwiopijców, Chrystus tego nie chciał, lud musi przestać pić gorzałkę i powstać. Czytanie chłopom i co poniektórym kieleckim mieszczanom przepisywanego ręcznie manuskryptu nie przynosiło jednak oczekiwanych wyników, lud był ciemny i oporny. Przechowywana na policji teczka z donosami przedstawicieli ludu na „zwariowanego księdza“ puchła, władze carskie nie podejmowały jednak żadnych kroków, nie widząc najwyraźniej takiej konieczności. Rozczarowany obrotem wypadków i zdesperowany kapłan postanawia uciec się do podstępu. Siada do stołu i wystosowuje własnoręcznie list papieski do polskiego włościanina (i rzemieślnika), w którym to liście jego świątobliwość wzywa tegoż włościanina do rewolty obiecując Królestwo Boże na Ziemi i ewentualną dyspensę. To, że aktualny papież był zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich ruchawek, zupełnie mu przy tym nie przeszkadzało. Ponieważ czytanie listu jednostkom, poza drapaniem się w głowę, nie przyniosło konkretnych efektów w postaci wzrostu nastrojów rewolucyjnych, a ustalony ze znajomymi z Warszawy termin powstania zbliżał się nieubłaganie, Ściegienny decyduje się na krok desperacki w postaci zwołania wiecu w celu wygłoszenia płomiennej mowy do ludu. O wiecu wiadomo, że się odbył 24 października 1844 w lesie nieopodal Krajna, na Kielecczyźnie. Liczne źródła skromnie milczą na temat liczebności zgromadzonego tłumu. Wzięło w nim udział (poza księdzem) dwunastu chłopów, którym przekazana została wizja. Ściegienny obiecał zniesienie pańszczyzny, ziemi ile kto chce i (według zeznań nausznych świadków) nawoływał do mordowania urzędników i panów w celu osiągnięcia przy pomocy czynu rewolucyjnego tak upragnionej równości. Przemówienie zakończył okrzykiem: Bracia, do broni! Chłopi mowę wysłuchali, powiedzieli, że muszą sobie przemyśleć, po czym rzucili się na wyścigi do najbliższego komisariatu w celu złożenia donosu. Wyścig wygrał (i skasował obiecaną nagrodę) niejaki Janic. Nieświadomy rozwoju wypadków Ściegienny, przeświadczony o genialności i skuteczności swego planu (do powstania wystarczy 50 młodzianków, którzy powinni zwerbować 500 chłopów z kosami, a carat padnie, on sam pójdzie z krzyżem na czele i będzie nawracał rosyjskich żołnierzy na prawdziwą wiarę) zleca dalszy werbunek braciom, a sam udaje się do pobliskich Kielc w celu szukania sprzymierzeńców dla swej sprawy. Tam zostaje zaaresztowany na ulicy i odtransportowany do X pawilonu warszawskiej cytadeli. W stan gotowości postawiono (jak się okazało zupełnie niepotrzebnie) okoliczny garnizon. O tym, jakie były naprawdę nastroje społeczne niech świadczą liczby. Śledztwo było skrupulatne. Z początkowo podejrzewanych 152 uczestników spisku (w tym 45 chłopów) ostały się (po przejrzeniu teczek z donosami) 24 osoby, którym postawiono zarzuty. Władze carskie postanowiły okazać surowość. Przywódca miał być stracony. Resztę oskarżonych skazano na bezterminową katorgę po uprzedniej publicznej chłoście. Ostatecznie wyrok wykonano publicznie 6 maja 1846 w Kielcach na 13 skazańcach. Bardziej skomplikowana była sprawa z przywódcą buntu – publiczne wieszanie duchownego nie było eleganckim rozwiązaniem. Namiestnikowi Paskiewiczowi specjalnie zależało, aby decyzję o zdjęciu sakry podjął sąd kościelny, zwrócił się zatem do polskiego, słynnego jak obecnie powszechnie wiadomo z kultywowania ducha patriotycznego duchowieństwa z uprzejmą prośbą o pomoc. 27 kwietnia 1846 roku kapituła katedry lubelskiej skazała posłusznie Ściegiennego na degradację i odsądzenie od godności duchownej. Audytoriat wojskowy, za zezwoleniem Paskiewicza, zamienił karę śmierci na pozbawienie praw i bezterminową katorgę na Syberii. Ksiądz (a w zasadzie już nie ksiądz) protestował głośno domagając się wykonania wyroku, ale w końcu powędrował na Syberię. Tam spędził 10 lat w kopalni w Nerczyńsku, a potem na zesłaniu w Permie. Wrócił do kraju po 25 latach. Resztę życia spędził w u brata w Tarnawie i Lublinie domagając się od miejscowego biskupa przywrócenia święceń. Co, po latach starań, zakończone zostało sukcesem. Z przykrością należy stwierdzić, że był to jego jedyny sukces. Zmarł w wieku 90 lat i – ponieważ nie pozostawił na pochówek ani grosza – został pochowany w krypcie zaprzyjaźnionego duchownego.

IV.Niewygodne refleksje

Różne narody wybierają sobie różnych bohaterów. Przeważnie kierują się wdzięcznością i doceniają dokonania. Bohaterowie zasługują na hołd, bo uratowali ojczyznę, odnieśli niewiarygodne zwycięstwa, są (lub mogą być) przedmiotem zazdrości sąsiadów. Źródłem dumy. Jakie wnioski można jednak wysnuć na temat poczucia własnej wartości narodu czczącego ewidentnego (choć może sympatycznego) nieudacznika? Człowieka, który zawiódł pokładane w nim nadzieje, który niczego nie osiągnął, nie wiedział jak się zabrać do wzniecenia powstania, postanowił mimo to wzniecić i w wyniku swej niewiedzy wpakował siebie i innych w tarapaty? Duchownego, który nie potrafił realnie ocenić sytuacji, naraził innych, a w końcu został wychłostany, bo uznano, że nie stanowił wystarczającego zagrożenia, aby karać go surowiej? Co sprawia, że całe spektrum – od narodowców, po anarchistów – zgodnie chyli głowę przed tą klęską? Strach pytać.

V. Pytanie dodatkowe

Zakładam, że każdy rodak słyszał kiedyś o księdzu, który chciał kiedyś wzniecić powstanie i w tym celu zgromadził 12 chłopów w lesie, ale mu się nie udało.  Czy ktoś z czytelników wie (bez zaglądania do Wikipedii), kto dowodził doskonale zorganizowanym, racjonalnie przeprowadzonym  i uwieńczonym (przy minimum strat) sukcesem Powstaniem Wielkopolskim? I w jaki sposób go doceniono? I ile ulic zostało nazwanych jego imieniem? Dla ułatwienia dodam, że żadna z głównych ulic w Poznaniu (nawet w Poznaniu) nie nosi jego imienia. Uczczony został natomiast niejaki Franciszek Ratajczak, powstaniec trafiony przez zbłąkaną kulę w pierwszym dniu powstania. Miał szczęście: zasłużył się rodakom, bo co prawda niczego wielkiego nie dokonał, nie odniósł żadnego sukcesu, ale za to był ofiarą. Bycie ofiarą, podobnie jak bycie nieudolnym, gwarantuje w Polsce szacunek i podziw rodaków. Nie dziwmy się, że jest tak, jak jest, skoro jesteśmy, jacy jesteśmy. Nieudolność i klęska są przepustką do narodowego panteonu. Jak to nazwać? Nazwijmy to solidarnością ofiar.

Proszę wszystkich, którzy zajrzą do Wikipedii lub do copypastowanego  w sieci (w nieskończoność i do znudzenia) artykułu z czasopisma Mówią Wieki w celu wykrzyknięcia „ale przecież wiadomo jak było”  o wstrzemięźliwość w wyciąganiu pośpiesznych wniosków. Nie wystarczy.

Polska ruletka

18 lipca, 2011

Poruszając się pojazdem mechanicznym po, prawda, niejednokrotnie pozbawionych nawierzchni, ale za to źle oznakowanych polskich gościńcach i traktach (przy założeniu, że nawierzchnia jest tworem płaskim, trwałym i przewidywalnym, a poza tym wszyscy przecież wiedzą jak dojechać), Józef K. oddaje się niewątpliwej przyjemności snucia rozważań nad specyficzną mentalnością polskiego kierowcy. Rozważania prowadzą go do łatwych uogólnień opierających się jednakże na zdobytej wiedzy empirycznej. Z czynionych po drodze obserwacji wynika, że polskiemu kierowcy nie jest obcy etos walki, a nawet, że koncepcja, w myśl której celem uczestnictwa w ruchu drogowym jest głównie bezpieczne dotarcie do celu, jest mu obrzydliwa i obca. Dla polskiego kierowcy najważniejsze jest odniesienie zwycięstwa nad innymi polskimi kierowcami. Stosunek polskiego kierowcy do ruchu drogowego nacechowany jest bezbrzeżną pogardą dla śmierci. Zarówno własnej, jak i rodaków-współuczestników nieustającej walki o bycie lepszym, a przynajmniej niebycie gorszym. Samochód, w przypadku wielu innych nacji jedynie trywialne narzędzie do przemieszczania się w przestrzeni, jest dla niego umiłowanym orężem. Uwielbianym fetyszem, ołtarzem na którym składana jest codziennie ofiara ze zdrowego rozsądku i instynktu samozachowawczego.

Równie ciekawe są dla Józefa K. rozmowy toczone z polskimi kierowcami na rozlicznych popasach. Wynika z nich niedwuznacznie wysoka samoocena polskiego kierowcy, połączona z nader niskim mniemaniem o umiejętnościach i zachowaniu wszystkich innych polskich kierowców. Inni dzielą się zazwyczaj na niebezpiecznych wariatów (to ci, którzy polskiego kierowcę wyprzedzają) i blokujące ruch łamagi (to ci, którzy nie dają się wyprzedzić). Osobny problem stanowią według męskiego i znanego ze swej szarmanckiej rycerskości polskiego kierowcy kobiety, zwane przez niego pieszczotliwie babami za kierownicą. Są one – jeśli wierzyć jego zapewnieniom – zupełnie pozbawione fantazji i (zamiast jeździć, czyli walczyć) „najzwyczajniej się wloką“.

Poruszając się po polskich duktach i gościńcach, Józef K. mimowolnie przypomina sobie grę towarzyską zwaną rosyjską ruletką. Szybko jednak dochodzi do wniosku, że nazwa jest – ze zrozumiałych względów – zupełnie nieadekwatna.

Polska ruletka – myśli – w przeciwieństwie do rosyjskiej polega na tym, że pistolet się dodatkowo zacina. O ile się naturalnie przedtem gdzieś nie zawieruszył.

Jest tylko jeden taki hymn.

6 kwietnia, 2011

National Anthem hymn or song expressing patriotic sentiment and either governmentally authorized as an official national hymn or holding that position in popular feeling.  (…) The sentiments of national anthems vary, from prayers for the monarch to allusions to nationally important battles or uprisings.

Encyclopedia Britannica

Jest tylko jeden taki hymn. Tylko jeden.

Rozmaite narody (Narody) mają rozmaite hymny (państwowe). Czasem dłuższe, czasem krótsze. Czasem z kilkoma tekstami w różnych językach, czasem z (jednym) tekstem w różnych językach. Poważnie: co linijka to inny język. Czasem nawet zupełnie bez tekstu. Analiza porównawcza tekstów hymnów państwowych doprowadza analizującego do prostej konkluzji: narody się przeważnie chwalą. Ich (tych narodów) mężczyźni są najodważniejsi, kobiety najpiękniejsze, przyroda najbujniejsza, lub dla odmiany najsurowsza. Jak kraj duży – to potężny i zwycięski, jak mały i niezwycięski, to przynajmniej dzielny. Umiłowanie wolności jest powszechne, przewyższa je tylko czasami eksplozja uczuć śpiewających (intonujących) do ukochanej ojczyzny (ogólnie) i/lub rodziny panującej (w szczególności). Trudno się temu dziwić, bo władca pełen dobroci i mądrości, sprawiedliwość panuje że aż strach, a kraj ojczysty najcudniejszy ze wszystkich. Wszystko w nim jest naj, jak również ach i och: kolor nieba, zapach chleba lub tamaryszku, barwy czterech pór roku, wody rzek i strumieni, jak również śnieg na górskich wierzchołkach. Albo stokach. Najbielszy. Oprócz tego, że wszystko jest naj, jest również dobrze. Przeważnie jest już tak dobrze, że zasadniczo nie może być lepiej. Bo gdyby było to możliwe, to u śpiewających mogłoby się ewentualnie pojawić zupełnie nieprawomyślne pytanie, dlaczego tak nie jest. Ale ponieważ (z reguły) lepiej być już nie może, to się nie pojawia i patriotyzm (ukochana ojczyzna) nie cierpi.

Jakże odmienna, wyjątkowa jest wymowa naszego hymnu. I ile o nas mówi. Przede wszystkim, gdy inne narody wychwalają pod niebiosa swoje podwórko, my cieszymy się, że w ogóle mamy szansę, na to by coś mieć. Gdy inni sławią i dają upust radości, my – z niewiarygodnym ładunkiem emfatycznego minimalizmu – zapewniamy samych siebie, że nasza ojczyzna jeszcze nie zginęła. Jeszcze nie. Jeszcze nam się nie udało, ale na pewno się uda. Na pewno. W końcu dał nam przykład gość, któremu też się (ostatecznie) nic nie udało, jak zwyciężać mamy. Ale nie zagłębiajmy się tutaj w drobiazgi, zarówno treść, jak i forma zawierają wiele interesujących szczegółów i zasługują na osobne pochylenie się. To ważny i pełen zawirowań temat. Teza robocza jest taka, że tekst i jego wymowa nie pozostają bez związku z charakterem narodowym, o ile takowy istnieje. Czy można wyobrazić sobie – powiedzmy – Francuza, który cieszy się, że Francja jeszcze nie zginęła?

Hymn jest hymnem od 1927 roku. I niezależnie od tego, co sobie pomyślą inni i czy sobie pomyślą – nas wzrusza. Co jest ważne i nie wymaga dalszych komentarzy, które mogłyby niechcący celowo zostać zrozumiane opacznie.

Przed 1927 rokiem hymnu nie było, a w zasadzie był hymn zastępczy pt. „Rota“. O mało co stałby się hymnem właściwym. To też był ciekawy utwór. Zajmował się szczegółowo tym czego nie mamy zamiaru robić (nie rzucim ziemi), na co nie wyrazimy zgody (nie damy pogrześć mowy, nie damy by nas zniemczył wróg), jak również wyjaśniał czego nie życzymy sobie ze strony sąsiadów w stosunku do nas (nie będzie Niemiec pluł nam w twarz) i naszych dzieci (i dzieci nam germanił). Utwór pozostawia otwartą kwestię czego mamy zamiar dokonać, na co zgodę wyrażamy, oraz czego sobie ze strony sąsiadów życzymy. Gdy trzeba w końcu przejść do działań konkretnych, tekst utworu sceduje odpowiedzialność za takowe na istotę wyższą (tak nam dopomóż Bóg).

Aby nie było żadnych wątpliwości kto ma się wreszcie wykazać i zabrać do roboty, wezwanie to zostaje powtórzone wielokrotnie i z odpowiednim naciskiem.

%d blogerów lubi to: