Osoby traktujące Katechizm i książeczkę do nabożeństwa jako nie podlegające jakiejkolwiek dyskusji źródła niepodważalnej prawdy historycznej proszone są o nie czytanie tego tekstu. Pozostałych pasażerów prosimy o zajęcie miejsc i zapięcie pasów. Będzie strasznie.

Urwanie głowy z tymi krucyfiksami. Wszystkiemu jest winien Poncjusz P.. Wszystkiemu. Ale po kolei. .

Jeszua, zwany potem powszechnie Chrystusem (Χριστός) według większości historyków urodzony na 4 do 8 lat przed własnymi narodzinami, a zmarły śmiercią męczeńską pomiędzy 30 a 33 rokiem naszej ery, jest postacią, której istnienie jest bezsporne. Nie wiemy wprawdzie ani kiedy dokładnie żył, ani też kiedy umarł, gdyby Józef Flawiusz nie wspomniał w Testimonium Flavianum jego imienia nie wiedzielibyśmy nawet czy z całą pewnością istniał (do jakiego stopnia polegać można na późniejszej wzmiance Tacyta lub powstałych ćwierć tysiąclecia później spekulacjach Euzebiusza z Cezarei raczej trudno obecnie ocenić). Nieważne. Ważne jest zakorzenione w nas wszystkich przeświadczenie, że Joszua zginął na krzyżu i że dokładnie wiemy jak ten krzyż wyglądał. Wiemy? Otóż wiemy mało. Chyba nam się tylko wydaje że wiemy.

Załóżmy jednak dla wygody, że dajemy wiarę Ewangelii (którą trudno uznać za niepodważalne źródło historyczne, ale co tam) i że było rzeczywiście tak jak napisane jest w Piśmie. Dla przypomnienia: Sanhedryn domagał się wprawdzie wyroku śmierci, jego wydanie, jak również wybór sposobu wykonania pozostawało w gestii rzymskiego Prefekta, w tym przypadku – Poncjusza P. I tutaj robi się dziwnie i zupełnie niezrozumiale. Bluźnierstwo – a przypomnijmy, o nie właśnie oskarżony był Chrystus – było bowiem na terenie Judei zwyczajowo karane ukamieniowaniem. Przybijanie do krzyża zarezerwowane było dla buntowników, szczególnie zbuntowanych niewolników, rabusiów ze szczególnym uwzględnieniem piratów i pospolitych morderców.

Rozmaite dygresje

Nie każdego wolno było w obrębie Imperium ukrzyżować. Nie wolno było na przykład przybić do krzyża obywatela rzymskiego, Cycero wypowiedział się w tej kwestii jednoznacznie:

„Nomen ipsum crucis absit non modo a corpore civium Romanorum, sed etiam a cogitatione, oculis, auribus.”

W przypadku popełnienia wyżej wzmiankowanych uczynków, obywatel miał święte i niezbywalne prawo być ściętym. Ale mniejsza o to. Wróćmy do krzyży. Krzyże, wbrew powszechnemu przekonaniu przeważnie nie były krzyżami. Przeważnie były to słupy. Poprzeczki, czasem jedna, czasem dwie, były raczej rzadkością. Co do tego kto wymyślił przybijanie ludzi do drewna nie ma zgody. O palmę pierwszeństwa walczą Fenicjanie z Asyryjczykami i Persami. Grecy nauczyli się od Persów i z upodobaniem stosowali ten rodzaj kary w stosunku do oskarżonych o kradzież. Psychopata o imieniu Aleksander (nazwany z niezrozumiałych powodów przez potomnych wielkim), zerwał z tą tradycją i stosował sankcję według upodobania i raczej na oślep. Na przykład po zdobyciu Tyru nakazał ukrzyżowanie wszystkich męskich mieszkańców miasta, wszystkich, jak leci. Kobietom się upiekło. Po zwyczajowym zgwałceniu zostały sprzedane jak bydło w niewolę. Rzymianie nauczyli się od Greków i stosowali ten rodzaj kary ze szczególnym upodobaniem w stosunku do pojmanych zbiegłych niewolników, wychodząc z najprawdopodobniej słusznego założenia, że efekt będzie raczej (dla jeszcze nie zbiegłych) odstraszający.

Koniec dygresji.

Powróćmy zatem do Chrystusa i wydającego wyrok Poncjusza P. Jego wybór dotyczący narzędzia kaźni pozostaje wprawdzie niezrozumiały, ale z drugiej strony nie całkiem nieprawdopodobny. Poncjusz P. lubił krzyżować. Lubił do tego stopnia, że czasem nakazywał przybijanie do krzyży dużych grup ludności bez specjalnej troski o przeprowadzenie procesu. Upodobanie to przyczyniło się w końcu do jego zguby. W 36 roku naszej ery nakazuje zupełnie bezsensowne ukrzyżowanie dużej grupy pielgrzymów z Samary i tego jest już za dużo nawet jego zwierzchnikom. Legat Syrii, Lucjusz Witeliusz, odwołuje go ze skutkiem natychmiastowym z zajmowanego stanowiska i nakazuje stawienie się przed Tyberiuszem w celu wiadomym. Zanim Poncjusz P. dotrze do Rzymu, Tyberiusz umrze i miłośnikowi masowych ukrzyżowań upiecze się, ale nie na długo. Kaligula zadba o to aby mu się nie nudziło, ale to już zupełnie inna historia.

Znosi nas. Wróćmy zatem ponownie do interesującego nas ukrzyżowania. Autor (lub autorzy) Ewangelii Jana w ponad 40 miejscach wymieniają narzędzie kaźni nazwając je stauros (σταυρός), sam zaś akt nazywają anastauroo. Stauros to nie krzyż. To raczej chyba na pewno słup, a Anastauroo to powieszenie delikwenta na słupie. Pomylenie słupa z krzyżem jest trudne. Jeśli zatem pozostaniemy w zgodzie z Ewangelią, obecna kontrowersja dotycząca wieszania symboli religijnych w instytucjach publicznych nabiera nowego posmaku. Jeśli jednak założymy, że Mesjasz przybity został na rozkaz Prefekta do krzyża, to sytuacja robi się jeszcze dziwniejsza. Najpopularniejszym w owych czasach rodzajem krzyża nie była bowiem konstrukcja znana nam z nowożytnej ikonografii. Popularne, ba powszechne, było urządzenie zwane crux decussata. Były to dwie belki skrzyżowane na kształt litery X. Ta forma krzyża przetrwała do dziś nie tylko w heraldyce i weksykologii, możemy ją podziwiać również przed niestrzeżonymi przejazdami kolejowymi. Nieporozumieniem jest jednak przeświadczenie, że ten rodzaj narzędzia kaźni wymyślono specjalnie dla św. Andrzeja Apostoła. Prawdą jest, że w przypadku krzyżowania było to powszechnie stosowane narzędzie.

Zwolennicy wieszania symboli religijnych w szkołach, sądach i komisariatach mają zatem do wyboru pomiędzy pozostaniem w zgodzie z Ewangelią i zabieganiem o wieszanie symbolicznego słupa, lub zbliżeniem się do prawdy historycznej i wieszaniem krzyża w postaci litery X. Tu jednak pojawia się następna trudność natury, powiedzmy sobie otwarcie, estetycznej. Po przybiciu ofiary do crux decussata, urządzenie stawiano w taki sposób, aby skazaniec wisiał do góry nogami.

Reklamy
%d blogerów lubi to: