A mad tea party revisited

Grudzień 14, 2009

– Bo oni wszyscy tacy – powiedział Marcowy Zając – chodzi im tylko o jedno!

– Niewykluczone – powiedział Szalony Kapelusznik – że chodzi im głównie o herbatę. Lub herbatniki.

Na odgłos słowa „herbatniki” Suseł obudził się i zaczął przyglądać się Alicji z uwagą graniczącą z natarczywością.

– Czy ktoś – ziewnął – czy ktoś mówił coś o melasie?

– Jedno tylko mają w głowie – dorzucił Marcowy Zając – i nie jest to melasa.

– Acha – mruknął rozczarowany Suseł. I zasnął.

Przez chwilę panowało milczenie. Ciszę przerywało jedynie wymowne siorbanie Szalonego Kapelusznika. I szelest tkaniny. Alicja poczuła nagle dłoń smutnego sąsiada w oklicy gdzie kończyła się podwiązka, a zaczynał brak podwiązki.

– O jedno im chodzi – powtórzył ponuro Marcowy Zając

– Jest taka zagadka – przerwał Szalony Kapelusznik – chodzi w niej o…

-Melasę!!? – ożywił się suseł

– Nie – odparł Kapelusznik – nie o melasę. I o to, co ma na myśli Marcowy Zając, również nie.

– Czy mógłby Pan zdjąć rękę z mojego kolana – zapytała Alicja – łaskocze mnie pan!

– To nie jest kolano – zauważył smutny sąsiad.

– A ten Dodgson to znów… – zaczął Marcowy Zając, ale pod wpływem spojrzenia Kapelusznika natychmiast zamilkł.

Alicja miała dziwne wrażenie, że powinna jeszcze coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedziała co.  Dłoń smutnego sąsiada powoli wędrowała w rejony nie związane z podwieczorkiem. Wbrew pozorom nie było to przyjemne.

Reklamy
%d blogerów lubi to: