Znużony niekończącą się wędrówką poprzez zaśnieżone wąwozy ulic, Kropotkin wreszcie dotarł do dwuskrzydłowych drzwi z masywnego dębu. Mosiężne klamisko zakończone imitacją głowy lwa znajdowało się na wysokości kropotkinowej brody, tak się kiedyś budowało.
Po krótkiej szarpaninie powitała go obszerna sień i znajoma mieszanina zapachów świeżo wypastowanej podłogi, krochmalu i szelakowej politury. Chwilę później stał przed drzwiami prowadzącymi do apartamentu na drugim piętrze. Wybrał z rozwagą klucz, lecz zanim zdążył otworzyć drzwi, te otwarły się same. W drzwiach stała kobieta przeciętnej urody ubrana w narzutę normalnie przykrywającą łoże w sypialni i raczej nic więcej.

– Nareszcie – powiedziała z wyczuwalną pretensją w głosie – najwyższy czas.
– Kim pani jest – wykrztusił Kropotkin – i co pani tu robi?
– Głupie pytanie, głupia odpowiedź – odparła wyniośle nieznajoma – niech Pan w końcu wejdzie, bo nabawię się przeziębienia.
Kropotkin wszedł posłusznie i spróbował ocenić sytuację. Sytuacja nie dawała się, stawiała opór i napawała Kropotkina coraz większym niepokojem. Coś się nie zgadzało.
– To moje mieszkanie – wrzasnął Kropotkin.
– Czy ktoś twierdził coś innego? – zapytała kobieta – zamiast stać jak kołek w przedpokoju mógłby Pan zdjąć palto i kalosze. Mógłby Pan wówczas ewentualnie podrapać mnie po plecach.
-Niczego nie będę zdejmował – zdenerwował się Kropotkin – proszę się wynosić bo zawołam policję.
Ze znajdującej się na końcu korytarza łazienki dobiegały odgłosy uruchamianego prysznica. Po chwili do odgłosów dołączył lekko zachrypnięty baryton i zaczął wychwalać uroki zachodów słońca w okolicach Astrachania.
– Kto to? – zapytał szeptem Kropotkin – kto jest w mojej łazience?
– Zajcew – odparła krótko kobieta.
– Zajcew? – szepnął Kropotkin – no tak, Zajcew. Jaki znowu Zajcew!? Ja żadnego Zajcewa nie znam!
– A wie pan co – przerwała mu kobieta – niech Pan jednak nie zdejmuje palta. Skoro Pan już ubrany, to może Pan skoczyć za róg do Delikatesów i kupić butelkę przyzwoitego szampana. I może jakieś winogrona, jak pan sądzi? Zajcew uwielbia winogrona.

Przypadkowi, spóźnieni przechodnie, widząc przemykającego się wzdłuż oświetlonego gazowymi latarniami zaułka i zmierzającego w stronę pobliskiego sklepu z towarami kolonialnymi osobnika, przyglądali mu się z mieszaniną udawanej obojętności i nieukrywanego zdumienia. Obiekt ich zainteresowania nerwowo wymachiwał rękoma mrucząc coś niezrozumiale pod nosem.
– A przecież – mruczał sobie Kropotkin – tak bardzo chciałem dziś wieczorem popracować nad traktatem o wolnej woli. Tak bardzo.

Reklamy
%d blogerów lubi to: