Ojczyzna to Ziemia i Zmarli

10 listopada, 2011

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli.
Maurice Barrès; Scènes et doctrines du nationalisme.
 
Zakładając, że słowo może być źródłem twórczej energii (założenie, które jednak czasem budzi zrozumiałe wątpliwości), można powiedzieć, że słowa Barrèsa są w stanie zaspokoić jedynie najbardziej wulgarne apetyty. Wezwany do wyjaśnienia niektórych ze swych najbardziej znanych maksym, Maurice Barres nie jest w stanie dostarczyć żadnego poważnego argumentu na ich poparcie. (…) Nie, Barrès nie jest żałosnym idiotą, Barrès jest idiotą niebezpiecznym.
André Breton; L’Affaire Barrès (Littérature, sierpień 1921, nr. 20)

1.

Stojąc na rozdrożu, wybieramy (instynktownie i bez wahania) ścieżkę, którą swego czasu powędrował Breton z kolegami. Gdy formułował swój akt oskarżenia (pamfletowi nadana została forma sprawozdania z procesu pokazowego wytoczonego Barrèsowi w imię uczciwości, człowieczeństwa i zdrowego rozsądku), ostatnie z ofiar epidemii wieńczących Wojnę Światową dogorywały lub wrzucane były do masowych grobów z wapnem. Siedemnaście milionów mogił uczestników wielkiej rzezi nie zdążyło się pokryć gęstą trawą. Na ulicach europejskich stolic żebrali beznodzy inwalidzi wojenni, było ich więcej, o wiele więcej, niż skłonnych do obdarzenia ich datkami. Wojna Światowa nie posiadała jeszcze liczebnika porządkowego i wydawała się unikalnym i niepowtarzalnym nieporozumieniem, powtórka była, wobec panujących powszechnie nastrojów, niewyobrażalna. Barrès, uginający się pod ciężarem lat i wawrzynów, nie bronił się zbyt energicznie. Klimat był ku temu niesprzyjający. Na pożółkłych fotografiach ma wygląd zmęczonego starca, a przecież nie ukończył jeszcze 59 roku życia. Osiągnął wszystko, co można było wówczas jako „poeta i myśliciel narodowy“ osiągnąć. Dwa lata później umrze. Mimo że zarówno Malraux jak i Aragon (których przecież nie sposób podejrzewać o ideologiczne pokrewieństwo) wielokrotnie jeszcze zaświadczą, że to „na nim“ uczyli się pisać, wiatr zawieje miałkim piaskiem zapomnienia płytę nagrobną ufundowaną w zbiorowej pamięci; nie pozostanie nic, nawet początkowo ogromiaste hasło w encyklopedii skurczy się do kilku linijek.

2.

Ojczyzna to Ziemia i Zmarli. Fałsz i tani patos są dziś w ojczyźnie Barrèsa (przeważnie) wyczuwalne z oddali i (również przeważnie) bez trudu identyfikowane jako zgniły trupi odór wydobywający się spod powierzchni frazesu. Podobnie zresztą w Niemczech. Po „Blut und Boden“ nie pozostało nic, jeśli nie liczyć samizdatów autorstwa bezrobotnych skinheadów z Dupiejewa. I chociaż zarówno Barrès z kolegami, jak i niemieccy piewcy nacjonalizmu planowali odwieczne rzucanie się sobie do gardła jako konieczność dziejową, to jakoś nic z tej odwieczności nie wyszło. Zupełnie nic. Ludzie otrzeźwieli z amoku i przestali być narodami przez duże G z wbudowanym  imperatywem walki, czyli rzucania się do tętnicy szyjnej sąsiada.

3.

Podejrzenie, że w dzisiejszej Polsce sytuacja przedstawia się niestety zupełnie odmiennie, zamienia się w pewność, gdy zbliża się 11 listopada, Święto Wielkiej Redukcji mające być – w zamierzeniu co poniektórych –  zwycięstwem Barrèsa i jemu podobnych zza grobu. Z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem można założyć, że barresowski frazes nie spotkałby się z protestem (jakże chętnie) maszerujących uczestników, ani stojących przy krawężniku przypadkowych świadków. Nie tylko nie dostrzegli by w nim niczego niestosownego, lecz najprawdopodobniej uważali by powyższe słowa za własne. Nasze, polskie. Patriotyczne. Potrzebne. Godne powtarzania i podziwu. Przy okazji i zupełnie bez związku pragniemy przypomnieć, że marsze nacjonalistów miały w popierwszowojennej Europie koniunkturę. W jednym z bardziej znanych, Marszu na Rzym, wzięło udział 30 000 uczestników. Chodziło o miłość do ojczyzny, danie oporu lewactwu, zrobienie porządku i takie podobne sprawy. Wystarczyło 30 000 cudacznie poprzebieranych w fantazyjne mundurki miłośników maszerowania, aby, przy bierności ogółu, sprowadzić na spory europejski kraj i jego mieszkańców niewyobrażalne nieszczęście. To niepojęte, że kilkadziesiąt lat po tych wydarzeniach, znów pojawiają  się (lub wierzą, że trzeba się pojawić)  zwolennicy wyrażania uczuć do ojczyzny krokiem marszowym.  Co rozumieją pod pojęciem ojczyzny, wydaje się przy tym, na pierwszy rzut oka,  drugorzędne

4.

Gdy przyjrzymy się uważniej, okazuje się, że dostrzeżona powyżej drugorzędność nie jest wcale oczywista. Pomiędzy pojmowaniem ojczyzny jako sumy szczątków ludzkich i terytorium, na którym zostały pogrzebane, a pochwałą (jako jedynego, możliwego do zaakceptowania wariantu) delikatnej tkanki języka, kultury i obyczajów, w którą wpleceni są ci, którzy są nam z różnych, nie tylko plemiennych powodów bliscy, rozciąga się szeroki pas możliwej do zagospodarowania ziemi niczyjej.

5.

Redukcja święta narodowego, które może i powinno być wydarzeniem pogodnym i radosnym, do ponurego taplania się we krwi, trupim zaduchu i błocie pól bitewnych cofa nas – jako ogół – o dokładnie 100 lat. W nieciekawe czasy poprzedzające Wojnę Światową numer jeden. W ten sam sposób pojmowania patriotyzmu jako bogoojczyźnianego szczękościsku skierowanego przeciw desygnowanemu obcemu. Wrogowi, który nas krzywdził i będzie krzywdził. Ale my się nie damy, my się odpłacimy, bo my wiemy, że Ojczyzna to Ziemia i Zmarli. Nacjonalizm w postaci dziewiczej, toczka w toczkę zmartwychwstały Barrès.

6.

Maszerujący, podążając za typowym dla reprezentowanych środowisk odruchem, już zidentyfikowali potencjalnych i rzeczywistych przeciwników tzw. marszu niepodległości jako skrajną lewicę. Zidentyfikowani rewanżują się – również odruchowo – nazywając anachronistyczny  zaduch faszyzmem. Swoją drogą ciekawe, co by dzisiaj zrobił André Breton. I do jakiego stopnia jest uzasadnione zapożyczenie użytego przez niego w stosunku do patrioty Barrèsa określenia. Na użytek bieżący.

7.

Co można przeciwstawić świadomym i nieświadomym pogrobowcom Barrèsa? Stwierdzenie, że Ojczyzna to nie Ziemia i Zmarli, lecz Przestrzeń, której granice wyznaczają Kultura i Język. I Żywi.  Przede wszystkim ci ostatni. Wraz ze swymi aspiracjami i marzeniami. Breton z kolegami próbował w 1921, jak wiemy z podręczników historii, nie do końca skutecznie. Potrzebny był akt drugi, z jeszcze większą górą trupów, aby zachodnioeuropejska większość zrozumiała i pogodziła się z myślą, że droga do własnej tożsamości nie może prowadzić w kierunku wyznaczanym przez drogowskazy, na których widnieją łatwe i apelujące do plemiennych emocji slogany.

reedit; 10.11.11. g. 06.57 Dodany został punkt 4 i 7.

%d blogerów lubi to: