Czy Aniołowie mają duszę?

A jeśli tak, to po co?

Tomasz z Akwinu twierdził, że wyłanianie poszczególnych części anioła jest niedopuszczalne. Jeśli założymy, że anioł ma duszę, to pytanie o jej siedlisko nie da na siebie zbyt długo czekać. Jeśli założymy, że jej nie ma, to doktryna może również mieć spory problem. Jego istotę można streścić następująco: brak duszy uniemożliwia jej (odwieczne lub czasowe) potępienie i oznacza, że anioł może  sobie bezkarnie grzeszyć. Co musi być przyjemne. Brak duszy uniemożliwia jednak również jej zbawienie. Co, z punktu widzenia anioła, nie jest raczej wesołą perspektywą

Takie i tym podobne pytania dręczyły Kropotkina gdy jeszcze był dzieckiem. Potem, gdy trochę dorósł, do pytań natury teologicznej dołączyły pytania natury fizjologicznej, a potem nawet anatomicznej.  Rafaelici przedstawiali anioły jako istoty bezpłciowe. U malarzy flamandzkich anioły występowały  obleczone w szaty; ponieważ newralgiczne rejony anioła były, dajmy na to u takiego Breugla (starszego) zawsze zasłonięte, to ku utrapieniu Kropotkina, wówczas jeszcze wyrostka, nic godnego uwagi nie można było niestety  zobaczyć.

Przełom nastąpił dopiero dzięki uprzejmości Petera Rubensa i jego Upadkowi zbuntowanych aniołów, dziełu imponującemu zarówno swoimi rozmiarami jak i niebywałym bogactwem szczegółów. Nie tylko okazało się, że anioły wyposażone są w genitalia, czasem nawet pokaźnych rozmiarów, ale również, że niektóre z aniołów były, nie wstydźmy się nazywania rzeczy po imieniu, obficie cycate Jak nie przymierzając dozorczyni Sawincewa z domu po drugiej stronie ulicy.

Upadek zbuntowanych aniołów jest do obejrzenia w Monachium, w Starej Pinakotece. Dzieło, oblane przez Waltera Menzla w 1959 roku kwasem solnym,  udało się odrestaurować. Menzl, czując się myślicielem niedowartościowanym,postanowił w ten sposób zwrócić uwagę ludzkości na stworzony przez siebie system filozoficzny. Chyba mu się  jednak nie udało.

Obraz do obejrzenia również tutaj

Reklamy

Wróżba. Swoboda interpretacji.

Październik 19, 2009

Wczoraj jej jeszcze nie było. Dzisiaj była. Obok szyldu informującego o repasacji pończoch (tanio, szybko, sprawnie). Pod notariuszem. Nad urologiem. Mała mosiężna tabliczka. To nie było złudzenie.

Madame Woroncowa.
Medium. Wróżka
II piętro. Pukać 3 razy.

Kropotkin, dumny ze swego sceptycyzmu, postanowił zignorować. W sieni pachniało pastą do butów i kapuśniakiem. W jaki sposób znalazł się na podeście drugiego piętra – było dlań niepojęte. Zapukał. Madame Woroncowa ubrana była w suknię nieokreślonego koloru. Na szyi miała sznur pereł przypominających prawdziwe, a na kolanach zupełnie prawdziwego kota. Wzrok badawczy, przenikliwy.

-Jest pan zainteresowany swą przyszłością – zawyrokowała.

Kropotkin, zdumiony trafnością spostrzeżenia, przytaknął.

– Życzy pan sobie przepowiedni zadowalającej, czy też zgodnej z prawdą?

– Nie rozumiem – wybąkał Kropotkin. I zamilkł. Pytanie, w przeciwieństwie do odpowiedzi, nie było trudne.

– No, chyba zgodnie z prawdą – odparł po krótkim ale intensywnym namyśle – chciałbym wiedzieć co mnie spotka.

– W takim razie muszę prosić o uregulowanie należności z góry.

Kropotkin uregulował, a Madame Woroncowa rozłożyła karty.

– Niepotrzebnie się pan martwi –powiedziała – żona nie zdradza pana z tym podejrzanym indywiduum Schwarzbardem. Pozostając w zupełnie zadowalającym obie strony związku z tenorem Taszewskim, nie ma najmniejszych ku temu powodów. Również trudnościami finansowymi nie powinien pan się zbytnio przejmować. Ani też nieuczciwym wspólnikiem. Naturalnie, że jest nieuczciwy. Szkopuł jednak w tym – tu madame zawiesiła głos – że nie ma to najmniejszego znaczenia. Najmniejszego. Z kart wynika, że wkrótce przydarzy się panu poważny wypadek. Gdyby jednak udało się Panu go jakimś cudem uniknąć, umrze Pan w przeciągu najbliższych dwóch miesięcy na apopleksję. Tak że ruina pańska, aczkolwiek nieunikniona, nie powinna Pana martwić. I proszę się nie kłopotać, że pozostawi pan rodzinę z długami i bez środków do życia. Nie ma najmniejszego powodu do zmartwień. Dziatki pańskie niezupełnie są pańskim potomstwem. Kanarek trafi w dobre ręce.

Kropotkin wstał i bez słowa pożegnania skierował się ku wyjściu. W przedpokoju ubrał palto i kapelusz, po czym opuścił mieszkanie. Na podeście pierwszego piętra potknął się i spadł z hukiem ze schodów tłukąc binokle, a następnie łamiąc lewą nogę, nadgarstek i obojczyk. Leżał na kamiennej posadzce sieni. Nie czuł bólu. Na jego twarzy majaczył się błogi uśmiech.

Empatia może przybierać zadziwiające formy. Zadzwiające niejednokrotnie nawet dla tego, kto ją odczuwa.

Nieuchronne i mimowolne uczucie niepewności i zagubienia, ogarniające ludzi głęboko wierzących, w momencie gdy zostają skonfrontowani z historią pierwszych wieków chrześcijaństwa, powinno skłaniać nas do pełnej współczucia refleksji. Czy jednak skłania?

Począwszy od nadprzyrodzonego wniebowstąpienia Nazareńczyka, rozpoczyna się trwający dwa stulecia nieustający festiwal cudów i zjawisk niemożliwych do ogarnięcia rozumem. Głoszący chwałę Pana apologeci nowej religii wskrzeszają zmarłych, pomnażają w razie potrzeby dobra doczesne, uzdrawiają nieuleczalnie chorych z łatwością muszącą zawstydzać ówczesnych lekarzy, władają biegle obcymi językami mimo braku znajomości tychże, widzą rzeczy, których nie ma i sprawiają, że niemożliwe i nieistniejące objawia się w miarę potrzeby również niedowiarkom. Nie zawsze wprawdzie, ale wystarczająco często, aby rzesza owieczek wzrastała w tempie postępu geometrycznego. Można wręcz odnieść wrażenie, że wobec cudotwórczej apostolskiej wszechmocy, śmierć męczeńska była raczej kwestią kaprysu, luksusem wynikającym z osobistej decyzji lub wynikiem radosnego dążenia do uzyskania wiecznej chwały, niż smutną, wynikającą z niezasłużonych represji koniecznością.
Gibbon trafnie zauważył, że w czasach szerzącego w Galii chrześcijaństwo Ireneusza, pod koniec II wieku , nawet wskrzeszania zmarłych nie uważano już za wypadek niezwykły. Cud ten był zjawiskiem częstym i powodowanym przez wspólne błagania wiernych miejscowego Kościoła połączone z postami i umartwianiem powłoki doczesnej. Nie aż tak może częstym aby prowokować ziewanie znudzonych powszedniością aktu wiernych, lecz wystarczająco powszednim aby skłaniać coraz rzadszych sceptyków do formułowania bezczelnych rządań.
Czytamy zatem:
„Pewien Grek szlachetnego rodu oparł na tej doniosłej podstawie wszystkie swe argumenty przeciwko chrześcijaństwu, przyrzekając Teofilowi, biskupowi Antiochii, że natychmiast przyjmie religię Chrystusową, jeśli będzie miał satysfakcję, ujrzenia choćby jednej osoby rzeczywiście zmartwychpowstałej. Godnym uwagi jest fakt, że ten najwyższy duchowny pierwszego Kościoła wschodniego, jakkolwiek bardzo mu zależało na nawróceniu przyjaciela, uznał za stosowne odmówić jego słusznemu i uzasadnionemu wyzwaniu“
E. Gibbon „Moce cudotwórcze pierwotnego kościoła“ w „Upadek cesarstwa Rzymskiego, II, ss. 27-31

Festiwal cudów i zjawisk nadprzyrodzonych ustał tak samo raptownie jak się rozpoczął – a mianowicie natchmiast po edykcie Konstantyna instalującym chrześcijaństwo jako powszechny obowiązek poddanych, czyli w momencie instytucjonalizacji nowej wiary. Cuda przestały być konieczne, czas łagodnej perswazji i nieodpartych argumentów przemiął, nawrócenie niewiernych można było wreszcie wymusić siłą. A opornych poddać nieodzownym sankcjom, do złudzenia przypominającym stosowane uprzednio wobec chrześcijan.
I w tym momencie człowiek głęboko wierzący powinien zacząć mieć poważny dylemat. Raptowne pozbawienie Ojców Kościoła mocy cudotwórczych, rzuca niezbyt korzystne światło na domniemany charakter chrześcijańskiego Boga, który najwyraźniej nagle, nieomal z dnia na dzień postanowił pozostawić wiernych sam na sam z ewentualnymi wątpliwościami, zmuszając tym samym zwolenników opartej na koncepcji miłości bliźniego doktryny, do stosowania narzędzi przemocy, z paleniem ewentualnych sceptyków żywcem włącznie.

Wierzącemu pozostaje jedynie niezłomna wiara w to, że niezbadane są wyroki opatrzności. Agnostyk zaś zaryzykuje z uśmiechem twierdzenie, że Bóg chrześcijan postanowił najwidoczniej być wygodny lub złośliwy.Trudno bowiem założyć, że się nagle zmęczył.

%d blogerów lubi to: