Czerwień i biel

21 marca, 2011

Nigdy nie było nam łatwo. Innym było – nam nie. Wtłoczeni pomiędzy dwóch zachłannych sąsiadów, będąc wielokroć o krok od bezpowrotnej utraty bytu państwowego, z trudem (ale jednak) przetrwaliśmy. Gdy pod koniec XVIII wieku utraciliśmy niepodległość, nasz władca zmuszony został do zamieszkania w stolicy ościennego mocarstwa i prowadzenia tam, aż do śmierci, podłej i pełnej upokorzeń egzystencji. Utracone bezpowrotnie terytoria nigdy już do nas nie powrócą. Czy jednak to jest najważniejsze? Niekoniecznie. Najważniejszy jest patriotyzm, bezwarunkowa miłość do ojczyzny, ojczyzny która kazała nam trwać przy tym, co dla nas istotne. Katolicyzm. Godło, hymn, sztandar. Czerwień i biel, za które (zapewne) każdy z nas, no może nie każdy, ale niejeden, oddałby chyba życie. Nie wynarodowiliśmy się, chociaż w przeszłości wcale nie było pewne, czy uda nam się ocalić nasze tradycje, zwyczaje i rozbrzmiewający dziś w szkołach, a czasem nawet na ulicach, język. Nasze narodowe święto wypada w listopadzie. Wówczas unosimy oczy do góry i z dumą intonujemy słowa naszego pięknego, narodowego hymnu:

Despoei tugiù, sciü d’u nostru paise
Se ride aù ventu, u meme pavayun
Despoei tugiù a curù russa e gianca
E stà r’emblèma d’a nostra libertà
Grandi e piciui, r’an tugiù respeta.

Amu ch’üna tradiçiun,
Amu ch’üna religiun,
Amu avüu per u nostru unù
I meme Principi tugiù

I tak dalej, i tak dalej. Wszyscy nam tego hymnu zazdroszczą. Monegaski jest pięknym, ale trudnym językiem. Oczy całego świata skierowane są na Monako. Patriotyzm jest ważny. Pragmatyczny patriotyzm bywa czasem jeszcze ważniejszy.

Zamiast wstępu

„Kruk i lis“ jest piękną i pouczającą bajką ściągniętą przez naszego, a zatem wybitnego bajkopisarza Ignacego Krasickiego herbu Rogala od francuskiego, a zatem mniej wybitnego niż Krasicki, bajkopisarza Jana de La Fontaine. De La Fontaine nie powinien się jednak skarżyć, bo sam brutalnie ściągnął od Ezopa, o którym znowu Arystofanes napisał, że był rzadkiej klasy głupkiem, bo kto w końcu udaje się do świątyni Delfickiej, aby tam dopuszczać się bluźnierstw? A potem utyskuje gdy przyjdzie ponieść konsekwencje? Ale o tym może kiedy indziej.

O autorze

Ignacy Krasicki był księdzem, cóż, zawód jak każdy inny i nie powinno to wpływać na ocenę jego twórczości. Zaprzyjaźnił się w młodości z niejakim Poniatowskim, który dziwnym trafem potem został królem. Dzięki temu, dla Krasickiego nader (a dla kraju mniej) korzystnemu zbiegowi okoliczności okazało się, że ksiądz Ignacy zasługuje na tytuł księcia, posadę senatora i biskupstwo warmińskie. Krasicki – uważany zwyczajowo przez podręczniki dla dziatwy za wzór oświeceniowego patrioty – miał dużą łatwość w nawiązywaniu przyjaźni z królami. Po rozbiorach zapłonął odwzajemnionym uczuciem do Fryderyka II Hohenzollerna i przeprowadził się do Berlina, gdzie też zmarł. O czym, poświęcone głównie palącemu zagadnieniu gastronomii czwartkowej polskie opracowania z reguły milczą. Bo jakże tak, ojczyzna cierpi pod knutem, a patriota jest przyjacielem od serca i powiernikiem zaborcy? Przyjmując z jego rąk nagrody i odznaczenia? No właśnie.

O utworze

Bajka „Kruk i lis“ jest tylko z pozoru utworem zupełnie pozbawionym elementarnej logiki. Obaj protagoniści zachowują się dziwnie, co może, ale nie musi dziwić zważywszy, że żaden z autorów nie posiadał odpowiedniego wykształcenia. Kruk (corvus corax) siedzi na drzewie (co jest możliwe) trzymając w dziobie duży, dorodny ser (co jest zupełnie nieprawdopodobne). Lis (prawdopodobnie Lis rudy, vulpes vulpes) przemawia do kruka ludzkim głosem, ha, ha. Prawdopodobieństwa, że tak mogło być, nie mamy zamiaru komentować. Aby skutecznie odwrócić uwagę czytelnika od oczywistych nonsensów, autor zaczyna bajkę od morału, który w zasadzie powinien być na końcu. Sugerowany przez autora morał brzmi:

„ bywa często zwiedzionym,

kto lubi być chwalonym“

W dalszym przebiegu (krótkiego na szczęście) utworu, lis wychwala pod niebiosa przepiękny (jakoby) głos kruka, ten zaś, uwierzywszy łatwowiernie pochlebcy, zaczyna wyśpiewywać co mu ślina przyniesie. Ser wypada z kruczego dzioba, stając się łatwym łupem rudego, nie wahajmy się użyć kolokwializmu, rzezimieszka. Po co lisowi (odżywiającemu się w zasadzie padliną i małymi zwierzętami) potrzebny jest ser, autor dyskretnie nie wspomina, może to i lepiej. Pewnie na handel.

Prawdziwy (czyli ukryty) sens bajki objawia się uważnemu czytelnikowi dopiero po głębszym zastanowieniu i skojarzeniu pozornie odległych faktów. Pochlebstwo – o ile zainteresowani jesteśmy serem, biskupstwem, tytułem książęcym, polskim bądź pruskim orderem lub nawet jedynie godnością senatora (niepotrzebne skreślić) – najzwyczajniej popłaca.

Dobra rada.

Autor stanowczo odradza młodzieży szkolnej skonfrontowanej z niewdzięcznym zadaniem napisania wypracowania na temat „Analiza bajki Ignacego Krasickiego „Kruk i lis”“ odpisywanie i podawanie odpisanego tekstu jako własny. Mimo iż przedstawione powyżej fakty są prawdziwe, jak również właśnie dlatego.

Patriotyzm fryzjerski

29 sierpnia, 2009

W miasteczku S. jest dwóch fryzjerów. Pierwszy z nich jest człowiekiem pod każdym względem zaangażowanym, również w sprawy społeczności lokalnej, a przede wszystkim prawdziwym patriotą. Drugi umie strzyc.

Kropotkin, postawiony przed trudnym wyborem, z bólem serca decyduje się na wizytę u słusznego fryzjera. Wyniki przerastają jego najśmielsze oczekiwania. Dotychczasowe, nikłe raczej powodzenie u dam, ustępuje miejsca niemiłej samotności. Znajomi, widząc nową fryzurę, współczująco kiwają głowami, aby –  gdy odwróci się do nich plecami –  wybuchać niepohamowanym, nerwowym chichotem.

W miasteczku S. jest również dwóch dentystów. Pierwszy z nich to człowiek o nieposzlakowanej opinii, uczciwy i w ogóle pod każdym względem przyzwoity. Drugi zaś zna się na swym fachu i wierci bezboleśnie.

Kropotkin, obudziwszy się rano z dotkliwym bólem zęba, stara się nie myśleć o najbliższej przyszłości i próbuje znaleźć ukojenie w biografii Samuela Johnsona pióra niezapomnianego Jamesa Boswella. Johnson miał jakoby stwierdzić, że patriotyzm jest ostatnim schronieniem szubrawców. Jakoby. Zagadnienie, czyim schronieniem może ewentualnie być przyzwoitość, pozostaje, ku zakłopotaniu Kropotkina, otwarte.

Rozliczne są historie niezłomnych patriotów dawanych młodzieży za wzór przez autorytety moralne i tych, którzy pragnęli, bądź nadal pragną za takowe uchodzić. Gaius Mucius zajmuje miejsce szczególne, pokolenia młodzianków wychowywano w przeświadczeniu, że jak przyjdzie co do czego, to trzeba naśladować i nie ma zlituj. Niezłomny charakter i żelazna wola: Mucjusz Scewola. Oj popularny był ten Scewola w ojczyźnie naszej. Już Kochanowski Jan, będąc samemu w wieku raczej zdziadziałym, stawiał go młodziankom za wzór:

Pali rękę Scewola dla ojczyzny: a my
I w zimną wodę onej włożyć się wzdrygamy?
Nie cierpieć nic, czynić nic – własne polskie dzieło
Bodajże się o takim Polaku nie śniło!

Pomińmy ocenę wartości literackiej i przypatrzmy się aspektom dydaktycznym. Zamiary poety wydają się być jasne. Wniosek powinien nasunąć się młodziankowi automatycznie i utrwalić pod postacią odruchu bezwarunkowego: prawdziwy patriota cierpi. Im więcej cierpi, tym większy zeń patriota. Powoli zaczyna nam świtać, gdzie należy doszukiwać się archetypu romantycznego modelu patriotyzmu straceńczego, gdzie nawet samookaleczenie jest dowodem poświęcenia i powodem do dumy. Ale do rzeczy, przypomnijmy to co uchodzi za fakty. Jest rok 508 przed narodzeniem, od trzech lat – po wygnaniu ostatniego monarchy – w Rzymie panuje rodzaj obywatelskiego samorządu mającego przejść do historii pod nazwą republiki. Lars Porsenna, etruski władca, oblega wraz ze swymi oddziałami miasto, wówczas jeszcze nie wieczne, w celu ujarzmienia i podporządkowania, taka już wredna natura tych królów. Rycerz rzymski Gajus Mucius wykrada się poza mury, wkracza do wrażego obozu z zamiarem zrobienia Porsennie kuku, rzuca się na odzianego w najbardziej efektowne i ozdobne szaty osobnika i przebija go mieczem. To, że miast króla, uśmierca królewskiego sekretarza, potwierdza niestety najgorsze stereotypy rozpowszechniane na temat inteligencji wojskowych. To natomiast, że rzuciwszy się do ucieczki, daje się złapać strażom,  może, choć niekoniecznie musi, dowodzić niedołęstwa. Doprowadzony przed oblicze monarchy przyznaje się bez bicia do zamiaru królobójstwa, po czym pakuje prawicę w płonący żar i przy akompaniamencie skwierczącego mięsa wygłasza swe słynne przemówienie na temat miejsca odwagi cywilnej w panteonie rzymskich wartości, swych własnych motywów oraz ilości współobywateli, którzy – co raczej nie rokuje monarsze długowieczności – z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem za jego, Muciusa przykładem podążą. Moment ten wywarł na potomnych tak duże wrażenie, że uwieczniony został przez ponad dwa tuziny renesansowych i barokowych artystów, wymieńmy tylko dla porządku Tintoretta, Schviavone, Lebruna, Rubensa i VanDycka. Scena przedstawiana była nieomal zawsze w ten sam sposób: panowie Gajus Mucius i Lars Porsenna stoją sobie odprężeni i zagłębieni w pogawędkę, przy czym ten pierwszy – mimo trzymanej w ogniu i ulegającej powolnemu zwęgleniu kończyny – śmiecha się uprzejmie. Nieopodal leżą zwłoki lubującego się w modnych strojach sekretarza, ale nikt nie zwraca na nie szczególnej uwagi. Słowem splapstick w najczystszej postaci.

Dalszy przebieg wypadków jest ogólnie znany. Panowie dochodzą do porozumienia, król życzy naszemu bohaterowi dużo szczęścia w życiu osobistym i sukcesów w zawodowym, po czym, uznając wyższość moralną bohaterstwa rzymskiego nad etruskim, postanawia zwinąć namioty i się odalić. Mucius waraca do Rzymu, otrzymuje (co jest zrozumiałe) przydomek Scaevola i szmat ziemi na Zatybrzu w charakterze gratyfikacji.

Zabawną tę, aczkolwiek mało prawdopodobną  historię zawdzięczamy najprawdopodobniej wyobraźni autora wiekopomnej Historii Rzymu, Liwiuszowi. Niewykluczone, że również Dionizos z Halikarnasu maczał tutaj swe palce, jednym słowem: dziś nie sposób już dociec który zmyślił, a który tylko odpisał. Obaj żyli w czasach Augusta, gdy zapotrzebowanie na wspaniałą, dorównującą współczesności przeszłość było ewidentne. Tacyt w każdym razie twierdził, że chodzi tu o problematyczny rodzaj legendy, problematyczny bo Porsenna zdobył i podporządkował sobie Rzym nie napotykając przy tym zresztą większych trudności. Szereg historyków podzielało ten pogląd, tym bardziej, że nazwisko Scaevola pojawiło się dopiero pod koniec III wieku p.n.e., a przedstawiciele rodu nosili, wszyscy bez wyjątku, imiona Quintus i Publiusz.

Dlaczego przez wieki otaczano podziwem i stawiano młodzieży za wzór matoła, którego jedynym osiągnięciem było historycznie nieuzasadnione samookaleczenie, pozostanie dla próbującego myśleć racjonalnie czytelnika tajemnicą. Szczególnie, gdy uświadomimy sobie dobrze – zarówno przez historyków jak i przez antropologów kultury – udokumentowany fakt: w VI i V wieku p.n.e. w kręgu kultur latyńskich, karano przypaleniem prawej dłoni zdrajców, złodzieji i krzywoprzysięzców.

Oj będzie wrzask. Pewnie skończy się nawet na oskarżeniach o kalanie gniazda. Zacznijmy zatem niewinnie od wierszyka.

Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, greckie go wydało plemię.
Dlaczego? Dlatego.

Przeświadczenie, że ludzkość zawdzięcza heliocentryczny wizerunek wszechświata narodowi polskiemu pisanemu przez duże P (tutaj prężymy dumnie pierś), a reprezentowanemu przez wybitnego naszego-własnego odkrywcę Kopernika Mikołaja, który jako pierwszy na to wpadł, jest w naszym pięknym kraju niebywale rozpowszechnione. Szkoda, że nieprawdziwe.

W ferworze zapoczątkowanej w XIX wieku i toczonej z zaciśniętymi zębami absurdalnej debaty dotyczącej przynależności etnicznej duchownego, ogółowi zaciekle kłócących się patriotów obojga narodów umknął drobny szczegół. Sformułowanie i szczegółowy opis teorii heliocentrycznej – wraz z szeregiem wyliczeń, z których wynikać miało jak autor do tego doszedł, zawdzięczamy Arystarchowi z Samos. Wzmiankowany jest ten Arystarchos w Polsce raczej półgębkiem. Zmarły w 230 roku p.n.e. uczeń Stratona z Lampsakos, nie tylko stworzył heliocentryczny system, lecz również, jako pierwszy, obliczył (zresztą błędnie) odległość dzielącą Ziemię od Słońca. Dokładne informacje na temat teorii heliocentrycznej Arystarchosa zawdzięczamy Archimedesowi (który z lubością go cytował) i stoikowi Kleantesowi (który zaproponował postawienie Arystarcha przed sądem za bluźnierstwo).

Żeby było zupełnie śmiesznie: odkrywców modelu heliocentrycznego było przed Kopernikiem co niemiara. Sto lat po Arystarchu odkrycia dokonał ponownie Seleukos z Seleukii. Ponieważ żył w Mezopotamii, spokojnie możemy dokonać kolejnej transwersji naszego wierszyka, który tym razem musiałby brzmieć tak:
„Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, irackie wydało go plemię” Smieszne, pawda?

Można by przypuszczać, że triumf ludzkiego umysłu w postaci zwycięstwa, przynajmniej z punktu widzenia umysłów nieskomplikowanych, zdecydowanie słuszniejszej i sympatyczniejszej ptolemejskiej wizji kosmosu, da nam chwilę wytchnienia. Ależ skądże. W 5 wieku n.e. żyjący w Kartaginie Marcjanus Kapella wpada na zadziwiający pomysł, że planety mogą krążyć wokół słońca. Nie tylko wpada – on nawet spisuje swą szaleńczą teorię, ale uchodzi mu to na sucho. W 1028 roku, arabski uczony Ibn al-Haytham publikuje dzieło pt „Wątpliwości dotyczące Ptolomeusza”. W dziele nie przedstawia wprawdzie modelu heliocentrycznego, lecz nie pozostawia z dogmatów Ptolomeusza kamienia na kamieniu. Dzieł niewiernych w Europie nikt nie czyta, ogólnie rzecz biorąc czasy nie są sprzyjające czytaniu w ogóle. A szkoda, bo nader mądry był to człowiek i nauka zaoszczędziła by kilkaset lat błąkania się po manowcach przesądów i zabobonów. I to w kilkunastu rozmaitych dziedzinach. Potem jeszcze wiekopomnego kopernikańskiego odkrycia dokonało kilku innych uczonych, między innymi w 1030 Al-Biruni (ale to się nie liczy bo to byłow Indiach), Abu Said al-Sijzi (jakiś Arab, a zatem nie musimy brać pod uwagę), i w końcu w XIII wieku Qutb al-Din (też nie nasz, a szczerze mówiąc wręcz przeciwnie).

I wreszcie, 19 lutego 1473 roku wchodzi na arenę dziejów syn śląskiego mieszczanina znad Nysy podpisującego sie Kopernicg i pani Wetzenrode czyli Polak z krwi i kości, a w dodatku katolik oraz zdeklarowany przeciwnik Zakonu Krzyżackiego, czyli wreszcie ktoś, kto może tym razem z patriotycznie słusznych pozycji zapoczątkować kopernikańską rewolucję. Kopernik zapoczątkowuje.
Nie umniejszajmy jego zasług, bo był to człowiek interesujący i wyprzedzający pod wieloma względami swą epokę. Nie bądźmy prześmiewni, mali, ani złośliwi. Nie wytykajmy mu, że notorycznie uchylał się od używania w korespondencji języka ojczystego, z niezrozumiałych dziś powodów pisząc prywatne listy i sporządzając osobiste notatki na przemian po łacinie i w języku wroga. Dzięki uprzejmości niezapomnianego Gustawa Adolfa, może się o tym przekonać każdy, kto zada sobie trud zapoznania się z ocalałym księgozbiorem naszego ziomka. Do zobaczenia, wraz z notatkami i obszerną korespondencją, w bibliotece w Uppsali. Gdyby przypadkiem kogoś interesowało. Nawet do własnego króla pisał ten Kopernik w języku obcym, polecając uwadze władcy napisany przezeń na cześć JKM utwór poetycki. Napisany zresztą po grecku. Takie to były czasy. Jego dokonania jako administratora i twórcy rewolucyjnej jak na owe czasy teorii pieniądza powinny mu zapewnić nasz dozgonny szacunek. Bardziej zapewne, niż jego wiekopomne przemyślenia i rozliczne publikacje dotyczące scholastyki.

Dlaczego jednak z pierwszego wydania De revolutionibus orbium coelestium zniknęły wszelkie, jeszcze w rękopisie obecne opisy i odnośniki dotyczące odkryć Arystarcha i przemyśleń arabskich poprzedników pozostanie tajemnicą autora. Wśród polskich historyków dominuje pogląd, że chodziło o to, aby nie drażnić hierarchów kościoła powoływaniem się na jakichś pogan. Czasy nadchodziły trudne. Kościół katolicki jakoś nie mógł się przyzwyczaić do propozycji naszego rodaka. Gwoli sprawiedliwości należy przyznać, że protestanci nie byli ani gorsi ani lepsi.
Nie ma jednak powodu do nieuzasadnionego czarnowidztwa. Nie minęło nawet kilkaset lat i już sympatyczny papież, nomen omen Benedykt ale dla odmiany XIV, zdjął 17 kwietnia 1757 roku nałożoną na błądzących wiernych ekskomunikę i Ziemia mogła zacząć oficjalnie krążyć wokół Słońca również dla osób wierzących. A potem było już z górki. W 1835 roku dzieło naszego rodaka zostało usunięte z indexu ksiąg szkodliwych i zabronionych. Na ulicach europejskich miast płonęły gazowe latarnie i jakby ktoś chciał, to mógłby sobie wówczas poczytać dzieło naszego rodaka w pociągu. Gdyby tylko chciał.

Pytanie patrioty

29 sierpnia, 2008

Podniósł głowę i spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Chwilę się zastanowił zanim zaczął mówić.

– Gdy przed laty – powiedział – po wieloletnim okresie nieobecności w kraju, po raz pierwszy zdecydowałem się wybrać w bliskie memu sercu strony, zebrali się wokół mnie moi polscy przyjaciele i zaczęli mnie przestrzegać. Przestrzegać przed umysłowym zaduchem z nieuzasadnionymi aspiracjami do wielkoświatowych manier i osiągnięć. Przed chciwością, chytrością, małodusznością i skundleniem pozostałych w ojczyźnie rodaków. Przed wszechogarniającą korupcją, zawiścią tych którym się gorzej powiodło i nienawiścią tych, dla których nie do zniesienia będzie fakt, iż mogę sądzić, że im nie powiodło się lepiej. Przed znieczulicą i obojętnością udającymi obłudnie chrześcijańską pokorę, przed nieuczciwością uznawaną za społeczną normę. Przed powszechną zgodą na wszechogarniającą brzydotę i dyktaurę agresywnego kiczu. Przed brudem, przed szarością ozdobioną tandetną pstrokacizną reklam, przez co krajobraz przypomina zaniedbaną prostytutkę ozdobioną tandetną biżuterią. Przed barbarzyństwem niestrawnej, ciężkiej kuchni okraszonej ciepłym mdłym alkoholem etylowym lub, o zgrozo, słodkawym winem. Przed zacietrzewieniem zadufanych i przed brakiem manier u maluczkich. Przed wiarą w zabobon udającą pobożność i natarczywość udającą gościnność. Przed mieszaniną megalomanii i kompleksów każącą wierzyć, że nikt nie wycierpiał niewinnie tyle co Polacy. Przed strachem na widok odmienności ukrywanym pod płaszczykiem pogardy. A przede wszystim, przed niezrozumiałą ułomnością mieszkańców kraju nad Wisłą, jakimś niepojętym rodzajem daltonizmu, którego istotą było to, że tego wszystkiego nie dostrzegali.

Ostrzeżeniom nie było końca. Mimo to nie zmieniłem zamiaru i pojechałem. I wiesz co?

Zastygłem w oczekiwaniu.

-Wszystko było dokładnie tak, jak oni to opisywali. Identycznie.

Wpatrywaliśmy się w gładkie lustro Jeziora Genewskiego zwanego przez miejscowych po prostu Lac Léman. Na horyzoncie, gdzieś daleko, od strony Montreux albo Vevey zaczynały zbierać się ciemne, deszczowe chmury. Przez długie minuty nie padło ani jedno słowo.

– Powiedz mi – zapytał po chwili – dlaczego ja tak kocham ten pokręcowny kraj?

%d blogerów lubi to: