„Once upon a midnight dreary, while I pondered, weak and weary (…)“
E.A. Poe, The Raven

Kruki zasługują na więcej. Ponieważ każdy może coś takiego powiedzieć i niekoniecznie musi (aczkolwiek istnieje niebezpieczeństwo, że może) istnieć przełożenie chwytliwego sloganu na dotykalną rzeczywistość, spróbujemy wyjaśnić. Wyjaśnienie, w przeciwieństwie do sloganu, nie ma apelować do emocji, których źródłem jest układ limbiczny. Osoby uważające się za humanistów (nazwa, jaką zwykło się określać w naszym kraju tych, którzy np. nie uważali na lekcji biologii) proszę mimo wszystko o pozostanie. Będę się starał mówić powoli i wyraźnie.

O co chodzi

Chodzi o kruki. Kruk (corvus corax), to ptak należący do rodziny krukowatych (Corvidae). Prowadzi żywot osiadły i występuje na półkuli północnej. Kruk koegzystuje z ludźmi od tysięcy lat, na niektórych obszarach rozmnożył się tak bardzo, że ludzie (niektórzy) uważają się go za szkodnika. Złą opinię zawdzięcza swym kulinarnym upodobaniom. Kruki są nader wszechstronne w znajdowaniu źródeł pożywienia. Jedzą mięso martwych zwierząt (padlinę), owady i odpady spożywcze, a także ziarna zbóż, jagody, owoce.

Chodzi również o ludzi. Człowiek (homo sapiens) to ssak należący do rodziny człowiekowatych (Homonidae). Ponieważ nie należy do gatunków skromnych, nazwał się sam ssakiem naczelnym, jak również człowiekiem myślącym. Prowadzi żywot (zasadniczo) osiadły na obu półkulach. Człowiek koegzystuje z krukami od tysięcy lat, na niektórych obszarach rozmnożył się tak bardzo, że kruki (gdyby je ktoś zapytał) mogłyby uważać go za szkodnika. Ludzie są nader wszechstronni w zdobywaniu źródeł pożywienia. Jedzą mięso martwych zwierząt, ale nie wszyscy i nie tylko. Oprócz tego spożywają produkty wytworzone z ziaren zbóż, owoce, jarzyny i różne inne rzeczy. Owadów z reguły nie jedzą.

Podobieństwa
Kruki, podobnie jak ludzie, funkcjonują w stadzie, żyjąc jednakże w stałych związkach (stadłach). Z reguły są monogamiczne, chociaż zdarzają się wyjątki. Większość ludzi również twierdzi, że są. Kruki są wszystkożerne, ludzie też. Gromadzą się w okolicach obfitych w pożywienie czyli tam, gdzie im się to opłaci. Kruki, zupełnie tak jak ludzie, potrafią się bawić (playful behavior), a nawet przedrzeźniać.

Różnice
Kruki różnią się od ludzi. Kruki są mniejsze. dojrzały kruk mierzy od 56 do 69 cm, a udokumentowana masa ciała wynosi od 0,69 do 1,63 kg. Dojrzały człowiek mierzy od 150 do 190 cm (wyłączamy Pigmejów, koszykarzy i osobniki chore na akromegalię). W porównaniu z człowiekiem kruki są krótkowieczne: dożywają zwykle około 10-15 lat na wolności (według danych opartych o obrączkowanie), jednak rejestrowano ponoć także osobniki w wieku ponad 40 lat. Ludzie dożywają na wolności zwykle 74-80 lat. Ponadto kruki obdarzone są (niezaprzeczalną) inteligencją. Nie wywołują wojen lokalnych, ani światowych. Nie stworzyły religii, chirurgi plastycznej, kultury masowej, systemu penitencjarnego ani pornografii internetowej. Nie zmotoryzowały się. Nie konsumują programu telewizyjnego. Polują tylko gdy muszą i jedzą to co upolują.

W pewnym sensie
W pewnym sensie chodzi również o myśliwych. Pod pojęciem myśliwego rozumiemy (z reguły) romantycznego osobnika rodzaju męskiego, wyposażonego (zazwyczaj) w wąsy i (zawsze) w broń palną. który czerpie przyjemność z uprawianego przez siebie procederu. Romantyzm wzmacniany jest (często) przez łyk z manierki. Ponieważ czerpanie przyjemności z zabijania rozmaitych stworzeń nie spotyka się (małe dziewczynki, ekolodzy, ludzie wrażliwi) z powszechną akceptacją, myśliwy lubi przedstawiać się jako wielki przyjaciel tzw. przyrody w ogóle i zabijanych przez siebie zwierząt w szczególności. Zapytany o pobudki odpowiada, że są one szlachetne, bo natura już dawno nie potrafi – ze względu na brak naturalnych mechanizmów – sama się regulować. To, że brak owych mechanizmów jest (między innymi) wynikiem działalności myśliwych – skromnie przemilcza. Wskazuje na brak drapieżników, które mogłyby ograniczyć pogłowie jeleni i sarenek zjadających las – i biegnie do lasu ze strzelbą, aby tenże ratować. Przedtem biegał do lasu, aby ratować jelenie i sarenki przed drapieżnikiem, aż do całkowitej eliminacji tego ostatniego. Gdy ilość jeleni i sarenek się zmniejsza i nie gwarantuje możliwości aktywnej ochrony przyrody przy pomocy flinty, myśliwy zwierzątka dokarmia. Na pomysł, że las może być nie tylko plantacją desek z wydzielonymi stanowiskami sadzonek, lecz – przy odrobinie dobrej woli – ekosystemem potrafiącym się regulować na dłuższą metę bez strzelania, machismo i manierki, myśliwy reaguje alergicznie. Pomiędzy tym co myśliwy chętnie głosi, a jego rzeczywistymi motywami można dostrzec pewien dysonans. Po dokładnym przyjrzeniu się, dysonans ten daje się podsumować jednym słowem: hipokryzja.

Wracamy do kruków.
Kruki myśliwym od dawna podpadły. Podobnie zresztą, jak nieuleczalni romantycy pragnący otaczać je ochroną. Kruki, zdaniem myśliwych, są odpowiedzialne za dramatyczny spadek ilości zajęcy, bażantów i kuropatw. Los zajęcy, bażantów i kuropatw leży myśliwym na sercu i nie daje spać. Dlatego też zwrócili się do instytucji, której zadaniem jest ochrona przyrody, o pozwolenie na strzelanie do kruków. Dyrektor od ochrony środowiska, (który jest sam myśliwym), powołując się na rzetelną i obiektywną opinię przyrodnika (który też jest myśliwym) zezwolenie wydał. Co prawda ornitologom nieznany jest przypadek kruka polującego na zające, bażanty lub kuropatwy, ale ani kruków, ani tym bardziej zajęcy nikt o zdanie nie pytał. Ornitolodzy przypominają, że szansa na zidentyfikowanie kruka w locie jako kruka leży w przypadku dobrze wykształconego fachowca w okolicach 80%. W przypadku myśliwych szacują, że jedynie 20% ptaków zostanie rozpoznana prawidłowo i oczekują nadchodzącej nieuniknionej hekatomby bielików, gawronów i sów.

Uwaga końcowa.
Przypadki postrzelenia kogokolwiek przez pijanego kruka nie są powszechnie znane. O myśliwych nie można niestety powiedzieć tego samego. Zupełnie natomiast pomiędzy bajki należy włożyć pogłoskę, jakoby kruki zwróciły się do lokalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska o pozwolenie na odstrzał myśliwych, którzy ostatnio zbyt się rozmnożyli. Szkoda. Kruki z całą pewnością zasługują na więcej.

——

Podziękowania

Dziękuję Kwikowi, który w swej (jak zwykle doskonałej) notce zwrócił uwagę.

Lektura uzupełniająca (jakby ktoś miał ochotę)

1. Uzasadnione  święte oburzenie – tutaj.

2. Najnowsze wiadomości z frontu – tutaj

3. Ornitolog o odwiecznym konflikcie – tutaj

4. Gazeta o historii konfliktu – tutaj

Reklamy

Jak to się robi: ciąża.

Wrzesień 25, 2011

To niebywałe co może wynikać z zawłaszczenia języka.

Dokładny moment, w którym opuszczaliśmy jako zbiorowość „wypowiadająca się“ kartezjański układ współrzędnych, nie jest wcale łatwy do uchwycenia. Znani są sprawcy, znane są ofiary. Czy jednak świadomość tego, jak i po co się stało, jest powszechna? Można wątpić.

Zniknięcie ciąży z pola widzenia społecznej świadomości odbyło się dla ogółu raczej niespostrzeżenie. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych jeszcze istniała, zarówno ta pożądana, jak i nie. Podobnie jak istniały: zapłodnienie, zarodek, płód i embrion. Data urodzin wyznaczała początek osobniczego i urzędowego zaistnienia jednostki. Dekadę później – ku osłupieniu wielu – grasują już owoce miłości uplasowane pod serduszkiem, dzieci poczęte, życie nienarodzone. A społeczeństwo zredukowane do wymiaru trzody dobrego pasterza gładko połyka. Przeważnie nieświadome zbliżających się, nieuniknionych konsekwencji językowego zawłaszczenia. Akty prawne odbierające kobiecie podmiotowość dopiero majaczą się na horyzoncie. O (wynikającą z debaty lub świadomej decyzji) zgodę na zmianę języka nikt nikogo nie zapytał. Brak wyobraźni i obojętność jednych spotyka się ze spapieżałym ocipieniem i sprytnym konformizmem drugich. Rezultatem będzie już wkrótce legislacyjny regres przewidujący dla kobiety – do niedawna ciężarnej – rolę będącej w stanie błogosławionym. Na razie cierpi (jeszcze tylko) język.

Warto, doprawdy warto prześledzić ten proces i docenić rolę jaką odegrała zgrabna językowa manipulacja. A dokładnie zawłaszczenie pojęć połączone z ich trwałym przeinaczeniem. Życie poczęte było wynalazkiem sprytnym. Zasiane via biuro parafialne i plebania, szybko ukorzeniło się, wpierw w określonej publicystyce, potem w bełkocie misyjnych polityków, którym wydawało się, że pełznięcie do ołtarza jest chytrym sposobem na przeżycie (bo przecież wszyscyśmy z niego), potem w papugujących masmediach, a na koniec w języku potocznym.

Skutek: przesunięcie podmiotowości w stronę przemianowanego płodu i sprowadzenie kobiety do – wyłącznie przedmiotowej – roli naczynia. Ciąża, będąca czymś kobiecym, a zatem znajdującym się dotąd w gestii i dyspozycji kobiet, zostaje jej trwale odebrana. Stając się własnością doktryny. Przekazanie dalej w ręce gorliwych prawodawców jest już tylko formalnością. Naczynie dostaje, jako nagrodę pocieszenia, stan błogosławiony. Stan, którego już nie sposób się pozbyć. O ile usunięcie niechcianej lub niepożądanej ciąży było jeszcze możliwe, to pozbycie się stanu błogosławionego, ze zrozumiałych względów, już nie jest. Embrion gnieżdżący się w kobiecej macicy i będący wynikiem połączenia się dwóch komórek, stał się życiem poczętym, darem absolutu i przedmiotem uwielbienia leciwych dewotek, spoconych aktywistów  i biskupów. Przypominanie, że ani leciwe dewotki, ani episkopat nie ponoszą konsekwencji wynikających z niechcianego lecz dopełnionego pod groźbą kary macierzyństwa jest łatwym, ale mimo to smutnym, truizmem.

Zwany w Polsce Kartezjuszem René Descartes, formułując zawarte w swej „Rozprawie o metodzie“ efektowne je pense, donc je suis podarował nam w roku 1637 fundament, na którym wyrósł potem gmach racjonalizmu. To zdolność do refleksji i wątpliwości stają się wyznacznikami człowieczeństwa, a nie bliżej niesprecyzowany zamiar boży. Nazwanie aktu zapłodnienia komórki jajowej aktem poczęcia, a wyniku tego procesu dzieckiem nienarodzonym zapoczątkowało odwrót od racjonalizmu do doktrynalnie zdominowanej epoki przedkartezjańskiej. Sprytowi niewielu oraz obojętności i brakowi wyobraźni ogółu zawdzięczamy, że znaleźliśmy się tam, gdzie się znaleźliśmy. Tak zwane życie poczęte nie musi myśleć, aby być. To zgodny z archaiczną koncepcją prawa naturalnego akt nazwania przesądza o jego świętości i nietykalności. W ten sposób stało się możliwe, że w środku współczesnej Europy powstaje dziura, w której są możliwe takie rzeczy. Naprawdę możliwe. Pod pozorem krzewienia nauki jej język (terminologia) zastąpione zostają – w majestacie gry pozorów – nawiedzoną deklinacją terminów teologicznych w wykonaniu księży obrządku i magistrów zbliżonych do zakrystii. Całość, ochrzczona mianem konferencji naukowej przynosi uczestniczącemu lekarzowi całkiem konkretne  punkty edukacyjne. Tu dotarliśmy. Tu stoimy.

Chwila, w której życie poczęte zaczyna myśleć, jest również momentem, w którym przestaje ono być – jako obiekt docelowy – dla doktryny emocjonalnie podniecające. Zresztą nie tylko dla doktryny. Chrześcijańskich organizacji typu pro life poświęcających swą żarliwość i energię pomocy życiu myślącemu, można szukać ze świecą. Bez gwarancji, że się znajdzie.

Zaczęło się od tego

Dodane (28.09.11) – bo w miarę narastania emocji pojawiają się pewniki dotyczące intencji.

Powyższy tekst, nie jest głosem w toczonej w naszym kraju od dwóch dekad debacie dotyczącej prawa kobiety do przerwania ciąży. Debata taka – gdzie indziej zakończona już przed nieomal pół wiekiem – nie jest jeszcze u nas możliwa.  Jest jednak, jak sądzę,  w obliczu rozlicznych jednostkowych dramatów, konieczna i z punktu widzenia tych, których bezpośrednio dotyczy – pożądana.  Tekst jest o języku, w którym powinna się toczyć. Języku umożliwiającym porozumienie i znalezienie rozwiązania zadowalającego dla większości. Pozbawienie jednej ze stron sporu języka, w którym mogłaby wyartykułować swoje niepokoje, troski i problemy  – jest zabiegiem może (na krótką metę) skutecznym, ale na pewno niemoralnym.  Język może być narzędziem porozumienia. Może być też instrumentem przymusu. Jestem zwolennikiem tego pierwszego.  Stąd ten tekst.

Czwarta małpa

Luty 14, 2009

„see no evil, hear no evil, speak no evil”

Droga wiodąca od spokojnej mądrości stanowiącej fundament nauk koshin-do ku śmietnisku kultury masowej była szeroka i prowadziła najwyraźniej z górki. Mizaru, Kikazaru i Iwazaru – początkowo symbol mądrości i odrzucenia zła – udało nam się w ciągu kilku dziesięcioleci zdegradować do ikonki popkultury, symbolu graniczącego z cynizmem konformizmu lub braku odwagi cywilnej. Każdemu według jego potrzeb, zwykł mawiać klasyk. Nie będziemy zatem z klasykiem dyskutować i uznamy z pokorą, że mamy obecnie to, na co zasłużyliśmy. Przynajmniej większość z nas.

Trzy mądre małpy – przynajmniej takie były intencje i eksplikacje szintoistycznych nauk – miały przypominać nam o konieczności i obowiązku odrzucenia zła pod każdą postacią. Odmowa uczestnictwa w tym co złe i odrażające poprzez odwrócenie wzroku, zasłonięcie uszu i zamknięcie ust miała jednoznaczną interpretację będąc równoznacznikem bytu bezgrzesznego, rezultatem świadomego wyboru, przykładem do naśladowania i przywilejem mędrców.

Najdziwniejszy jest jednak los który spotkał czwartą małpę – Shizaru, mającą symbolizować niezgodę na czynienie zła. Shizaru znikła z szintoistycznej ikonografii jako pierwsza, gdzieś na początku XVII wieku, aby już nigdy więcej nie powrócić.

Przypatrując się jej nielicznym, przetrwałym wizerunkom, trudno powstrzymać się od gorzkiego uśmiechu. Siedziała obok swych uśmiechniętych towarzyszek z raczej przestraszonym wyrazem pyska osłaniając skrzyżowanymi rękoma podbrzusze i okolice krocza.

Pewnie miała swoje powody.

%d blogerów lubi to: