Zamiast wstępu

„Kruk i lis“ jest piękną i pouczającą bajką ściągniętą przez naszego, a zatem wybitnego bajkopisarza Ignacego Krasickiego herbu Rogala od francuskiego, a zatem mniej wybitnego niż Krasicki, bajkopisarza Jana de La Fontaine. De La Fontaine nie powinien się jednak skarżyć, bo sam brutalnie ściągnął od Ezopa, o którym znowu Arystofanes napisał, że był rzadkiej klasy głupkiem, bo kto w końcu udaje się do świątyni Delfickiej, aby tam dopuszczać się bluźnierstw? A potem utyskuje gdy przyjdzie ponieść konsekwencje? Ale o tym może kiedy indziej.

O autorze

Ignacy Krasicki był księdzem, cóż, zawód jak każdy inny i nie powinno to wpływać na ocenę jego twórczości. Zaprzyjaźnił się w młodości z niejakim Poniatowskim, który dziwnym trafem potem został królem. Dzięki temu, dla Krasickiego nader (a dla kraju mniej) korzystnemu zbiegowi okoliczności okazało się, że ksiądz Ignacy zasługuje na tytuł księcia, posadę senatora i biskupstwo warmińskie. Krasicki – uważany zwyczajowo przez podręczniki dla dziatwy za wzór oświeceniowego patrioty – miał dużą łatwość w nawiązywaniu przyjaźni z królami. Po rozbiorach zapłonął odwzajemnionym uczuciem do Fryderyka II Hohenzollerna i przeprowadził się do Berlina, gdzie też zmarł. O czym, poświęcone głównie palącemu zagadnieniu gastronomii czwartkowej polskie opracowania z reguły milczą. Bo jakże tak, ojczyzna cierpi pod knutem, a patriota jest przyjacielem od serca i powiernikiem zaborcy? Przyjmując z jego rąk nagrody i odznaczenia? No właśnie.

O utworze

Bajka „Kruk i lis“ jest tylko z pozoru utworem zupełnie pozbawionym elementarnej logiki. Obaj protagoniści zachowują się dziwnie, co może, ale nie musi dziwić zważywszy, że żaden z autorów nie posiadał odpowiedniego wykształcenia. Kruk (corvus corax) siedzi na drzewie (co jest możliwe) trzymając w dziobie duży, dorodny ser (co jest zupełnie nieprawdopodobne). Lis (prawdopodobnie Lis rudy, vulpes vulpes) przemawia do kruka ludzkim głosem, ha, ha. Prawdopodobieństwa, że tak mogło być, nie mamy zamiaru komentować. Aby skutecznie odwrócić uwagę czytelnika od oczywistych nonsensów, autor zaczyna bajkę od morału, który w zasadzie powinien być na końcu. Sugerowany przez autora morał brzmi:

„ bywa często zwiedzionym,

kto lubi być chwalonym“

W dalszym przebiegu (krótkiego na szczęście) utworu, lis wychwala pod niebiosa przepiękny (jakoby) głos kruka, ten zaś, uwierzywszy łatwowiernie pochlebcy, zaczyna wyśpiewywać co mu ślina przyniesie. Ser wypada z kruczego dzioba, stając się łatwym łupem rudego, nie wahajmy się użyć kolokwializmu, rzezimieszka. Po co lisowi (odżywiającemu się w zasadzie padliną i małymi zwierzętami) potrzebny jest ser, autor dyskretnie nie wspomina, może to i lepiej. Pewnie na handel.

Prawdziwy (czyli ukryty) sens bajki objawia się uważnemu czytelnikowi dopiero po głębszym zastanowieniu i skojarzeniu pozornie odległych faktów. Pochlebstwo – o ile zainteresowani jesteśmy serem, biskupstwem, tytułem książęcym, polskim bądź pruskim orderem lub nawet jedynie godnością senatora (niepotrzebne skreślić) – najzwyczajniej popłaca.

Dobra rada.

Autor stanowczo odradza młodzieży szkolnej skonfrontowanej z niewdzięcznym zadaniem napisania wypracowania na temat „Analiza bajki Ignacego Krasickiego „Kruk i lis”“ odpisywanie i podawanie odpisanego tekstu jako własny. Mimo iż przedstawione powyżej fakty są prawdziwe, jak również właśnie dlatego.

Przeczucie tragedii?

16 września, 2009

Czworonożna wrona

Dawno, dawno temu, żyła sobie czworonożna wrona. W zasadzie miała pięć nóg. Ale o tym, to nawet opowiadać nie ma sensu.
Pewnego razu czworonożna wrona kupiła kawy. Kupiła i myśli: ” No, no. Kupiłam sobie kawy i co ja teraz z nią pocznę?”

A tu nagle, jak na nieszczęście, przechodzi lis. Zauważył wronę i wrzeszczy:
-Ej – wrzeszczy – ty, wrona!

A wrona odwrzaskuje:
– Sam wrona!

A lis na to, również wrzaskiem:
– A ty, wrona – po prostu – świnia!

Z nerwów wrona rozsypała kawę. A lis pobiegł sobie w swoją stronę.

Wrona zlazła na ziemię i powlekła się do swego nędznego domostwa na swych czterech, a dokładniej powiedziawszy, pięciu nogach.

13.2.1938

(tłumaczenie własne)

————————-

Czy pisząc te słowa przeczuwał już, jak to się wszystko dla niego skończy? Był luty, liczne kanały przecinające granitowe miasto skute były lodem. Ludzie znikali. Z najbliższych przyjaciół nie pozostało wielu. Konstanty zdążył młodo umrzeć na gruźlicę. Zawsze był szczęściarzem. Aleksander został zaaresztowany jako pierwszy, podobno pozwolono mu zabrać ogryzek ołówka i zeszyt. Pierwszy Mikołaj zniknął na zawsze przed trzema miesiącami. Drugi Mikołaj zniknie za pięć tygodni.

Zajęci pielęgnacją własnej pamięci i własnego bólu, zapominamy często o proporcjach.

%d blogerów lubi to: