Geld ist nicht wichtig. Hauptsache man hat welches.
Karl Valentin

Kropotkin postanowił przyjrzeć się uważniej światowym finansom. Przyglądanie się wprawiło Kropotkina w lekką depresję i dlatego postanowił przypatrzyć się dla odmiany finansom własnym. Dylemat, czy wpierw poświęcić chwilę cennego czasu pakietowi posiadanych akcji, czy też raczej stanowi oszczędności, nie był dylematem trudnym bo oszczędności już nie posiadał. Rozeszły się ostatnio. Jakoś tak.
– A zatem – pomyślał – zacznijmy od akcji.
Sądził, że nic już nie jest w stanie nim wstrząsnąć, ale najwidoczniej było to przekonanie błędne.
– Ciężko przyszło – mruknął przypatrując się ruinom – ale za to łatwo poszło.

Ponieważ dalsze przypatrywanie się nie miało większego sensu, Kropotkin postanowił oddać się rozmyślaniom na temat upadku Konstantynopola w 1453 roku. Oblężenie zakończyło się dla obleganych raczej niekorzystnie, ponieważ ktoś przed kolejnym szturmem zapomniał zamknąć furtkę. Prawdopodobnie odźwierny miał słaby dzień. Ponieważ tę część mieszkańców, która nie została pognana na targ niewolników, Turcy natychmiast po zdobyciu miasta wyrżnęli co do nogi, do dzisiaj nie udało się ustalić, kto był winien tego drobnego zaniedbania. Innymi słowy, sprawcy tego zabawnego qui pro quo najzwyczajniej się się upiekło.
– Wszystko ma swe złe i dobre strony – pomyślał Kropotkin – najważniejsze to dostrzegać te dobre i nie tracić nadziei. Na przykład taka szklanka. Może być ona, proszę szanownej publiczności albo do połowy pełna albo do połowy pusta. Ha!
Zdumiony oryginalnością tego spostrzeżenia uniósł butelkę do spragnionych ust. Szklanki zostały co do ostatniej wytłuczone przez rozochoconego Zajcewa w trakcie zeszłotygodniowej libacji.

Czas kryzysu.

12 lutego, 2009

Samuel J. Towland, zwany też – dla odróżnienia od ojca i dziadka – trzecim, właściciel posiadłości z widokiem na zachód słońca, jachtu, rezydencji letniej i rezydencji zimowej, żony, którą można było pokazać, trójki dzieci z wymaganiami, biblioteki, dwóch kochanek, dyplomu znanej uczelni, samochodu terenowego wyglądającego jak limuzyna i limuzyny będącej samochodem terenowym, kolekcji monet i antyków jak również psa rasowego z medalem oraz dyplomem, spojrzał po raz ostatni na wyciąg z konta, poprawił stosik leżącej przed nim korespondencji, wstał od masywnie rzeźbionego biurka, podszedł do otwartego okna, wdrapał się na parapet i skoczył.

Trzydzieste siódme piętro to nie w kij dmuchał.

Juan Arroyo Diaz, mimo popularnego w rodzimym Curundú nazwiska i jeszcze bardziej popularnych imion, obywał się bez numeru porządkowego. Jego stan majątkowy ograniczał się do taczki, miotły, kubła, ubrania noszonego na grzbiecie i wyświechtanego portfela, w którym obok rozpadającego się panamskiego paszportu, trzech pomiętych banknotów, sfałszowanego prawa jazdy i nieważnej karty kredytowej opiewającej na nazwisko Jason T. Brown, przechowywał również list od żony. Małżonka donosiła w nim o urodzinach siódmego z kolei dziecka. Juan Arroyo Diaz z zapałem zamiatał chodnik przed imponującym biurowcem należącym do Towland Enterprises, zastanawiając się jednocześnie nad niepojętym cudem natury, który sprawił, że jego niewidziana od ponad roku żona powiła potomka.

Czytelników, przeczuwających zbliżający się nieuchronnie dramat, pragnę uspokoić. Ciało Samuela J. Towlanda, uderzając z głuchym hukiem o chodnik, nie uczyniło zamiataczowi najmniejszej krzywdy, jako że znajdował się on w tym momencie po drugiej stronie budynku. Szczerze powiedziawszy, nie zauważył on nawet zdarzenia i skończywszy zamiatać, oddalił się.

Literatura i życie to dwie zupełnie różne sprawy.

%d blogerów lubi to: