W głębi domostwa trzasnęły drzwi porwane nagłym przeciągiem. Gałęzie rosnącej tuż przy domu lipy biły o okiennice. Johann Wolfgang usiłował nieporadnie rozpiąć haftki i guziki łączące części kobiecej bielizny, których nazwy nawet nie znał.

– Chwilo – powiedział – trwaj wiecznie, jesteś taka piękna.

– Wykluczone – odparła Chwila. – W każdej chwili może tu ktoś wejść.

Po czym zerwała się z szezląga, wygładziła suknię i z trzewiczkami w ręku, idiotycznie chichocząc, rzuciła się do ucieczki.

Rozsiewane potem przez poniektórych lekkomyślnych biografów pogłoski, jakoby to ona miała wielkiego poetę zarazić nieładną chorobą, należy – wobec braku jakichkolwiek dowodów – traktować jako pozbawione wszelkiego uzasadnienia spekulacje. W przeciwieństwie do trwającej 53 lata wielkiej przyjaźni łączącej Johanna Wolfganga z Wielkim Księciem Karolem Augustem von Sachsen-Weimar-Eisenach będącej historycznym faktem. Który to znowuż książę, strachliwy i mało stanowczy, zadłużony po uszy i w ogóle według ówczesnych kryteriów raczej marny władca, przysłużył się ludzkości jako mecenas zjawiska nazwanego przez potomnych „złotą epoką weimarską“ .Tego fragmentu niemieckiego romantyzmu, bez którego niemożliwe byłoby powstanie ogólnoniemieckiej tożsamości i okrzepnięcie niemieckiego nacjonalizmu w II połowie XIX wieku. Bez którego to okrzepnięcia, niewyobrażalnym byłaby ogólnonarodowa akceptacja pruskiego militaryzmu w dekadach poprzedzających I wojnę światową. Jest trudnym do zaprzeczenia i ogólnie znanym truizmem, że bez pierwszej wojny światowej, nie byłoby drugiej. A bez drugiej, jej wszystkich – jakże (łagodnie mówiąc) niekorzystnych dla naszej umiłowanej ojczyzny następstw.

Prawdopodobnie w antycypacji przyszłych wypadków Karol August, Książę (wówczas jeszcze zarówno nie wielki, jak i niewielki) von Sachsen-Weimar-Eisenach, został odznaczony najwyższym polskim odznaczeniem, Orderem Orła Białego. Było to we wrześniu roku 1763. Karolek dostał order na swoje szóste urodziny i bawił się nim do wczesnych godzin wieczornych, zanim go ostatecznie nie zgubił w ogrodzie.

Reklamy

Zaśnieżony (adekwatnie do pory roku) krajobraz powinien działać kojąco. Nie działa. Kropotkin siedzi przy biurku pogrążony w ponurej zadumie. To, co spisane, nabiera mocy. Tylko to. Przed Kropotkinem leży kartka papieru i prowokuje niepokalaną czystością. Niekończąca się lista niezrealizowanych zamierzchłych planów wisi nad Kropotkinem i domaga się uzupełnienia o nowe, niezużyte jeszcze, w pewien sposób dziewicze zamierzenia.

Z drugiej strony: ileż to razy dobre postanowienia noworoczne zamieniały się (niepostrzeżenie) po upływie kilku dni w pobożne życzenia? Z przygnębieniem stwierdza, że realizacja dobrych postanowień skazana jest – zgodnie z nieznanym jeszcze prawem natury – na porażkę. Sromotną klęskę, która nadejdzie z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością.

Postanawia zatem w nowym roku udawać się później na spoczynek i wstawać zdecydowanie później. Unikać sportu i stronić od ruchu na świeżym powietrzu. Palić i pić dzielnie, odżywiając się przy tym konsekwentnie niezdrowo. Więcej tłuszczu i węglowodanów, za to mniej owoców i warzyw – notuje na kartce. Mniej czytać, a jeśli się nie uda, unikać przynajmniej pozycji wymagających intelektualnego wysiłku, koncentrując się na twórczości łatwej, trywialnej i mało wymagającej. Zacząć wreszcie regularnie oglądać telewizję. Wrzeszczeć na bliskich, stronić od instrumentów muzycznych, zaniedbać naukę języków obcych. Spóźniać się z regularnością szwajcarskiego zegarka.

Po upływie kwadransa lista jest gotowa. Kropotkin przypatruje się jej z rosnącą ufnością. Powinno się nie udać. Statystyka jest tym razem po jego stronie.

%d blogerów lubi to: