Łatwo skrzywdzić drugiego człowieka. Czasem przydarza się to, zupełnie niezasłużenie, również całym narodom. Zdumiewające jest to, że czasem wystarczy jedna, nieuzasadniona bądź nieprzemyślana denuncjacja. I już tak pozostaje, jak sobie w chwili słabości wybredził swawolny oszczerca. Po wsze czasy.

Wandalizm jest wynalazkiem stosunkowo niedawnym. Wbrew pozorom. Wandalizm wymyślił katolicki duchowny pod koniec XVIII wieku. Henri Jean-Baptiste Grégoire, biskup prowincji Blois miał na pieńku z co poniektórymi zwolennikami Jakobinów. Rewolucja Francuska obfitowała w nieładne, lecz niestety liczne przykłady niszczenia dóbr kultury, głównie materialnej. Oberwało się wszystkim po kolei, kościołom i zgromadzonym w nich dziełom sztuki też. Był sierpień 1794 roku. Sankiuloci kosili równo, Dogmat, głoszący że lud, w swej naturalnej, niezgłębionej mądrości musi mieć zawsze rację, dawał od pierwszych dni rewolucji swoistą carte blanche każdej swołoczy w imieniu tego ludu występującej lub uważającej się za lud. Nawet gdy lud plądrował bazylikę lub wyrzucał przez okna pałacu zupełnie (ze swego punktu widzenia) niepotrzebne obrazy i rzeźby, to nadal pozostawał suwerenem. Dobry pasterz postanowił coś z tym zrobić. Jako biskup konstytucyjny (byli tacy) i członek Konwentu, publikuje broszurkę pod tytułem Rapport sur les destructions opérées par le vandalisme, w której piętnuje bezmyślny szał niszczenia. Wandalizm po raz pierwszy w historii ujrzał światło dzienne. Był potrzebny, powołanie germańskich (a zatem obcych ideałom francuskiej rewolucji i Francuzom jako takim) barbarzyńców jako protoplastów zjawiska, miało za zadanie wzbudzić solidarną niechęć współobywateli do tego, czego się sami dopuszczali. Udało się. Nikt we Francji (i nie tylko) nie chciał być porównywany do barbarzyńców, a co dopiero germańskich.

Rzym został zdobyty i złupiony siedmiokrotnie, w tym przez germańskich Chrześcijan (tak, wyznania ariańskiego, ale zawsze Chrześcijan) trzykrotnie. Wpierw był Alaryk ze swymi Wyzygotami, Wandalowie przyszli jako drudzy. Zachowywali się (przyjmując ówczesne standarty zachowań) w miarę przyzwoicie. Przybyli do Rzymu w 455 roku, wezwani na pomoc przez cesarską wdowę po Walentynianie III, Licynię Eudoksję, która nie mogła się porozumieć z aktualnym mężem. Rzym zdobyli w ramach braterskiej pomocy (Genzeryk podpisał swego czasu z Walentynianem porozumienie gwarantujące rękę jedynej córki cesarza synowi władcy Wandalów). Czy plądrowali? Naturalnie, że plądrowali, nie więcej jednak niż zwykły wówczas plądrować zwycięskie wojska. Zdaniem współczesnego obserwatora Sylwanusa z Marsylii ograniczali się do dzieł sztuki i wyrobów z metali szlachetnych, szanując domy oraz dobytek prywatny obywateli i nie wkraczając do świątyń. Sylwanus napisze później: „w Rzymie podczas okupacji Gotów i Wandali, panował taki porządek, obyczajność i poszanowanie prawa, że poniektórzy Rzymianie zaczęli brać przykład z okupantów“. Był, widział, nie ma powodu mu nie wierzyć. Nawiasem mówiąc, o wiele, wiele gorsza od wizyty Wandali, były odwiedziny miasta przez Ostrogotów pod wodzą Totilii w 556 roku. Potem jeszcze parę razy święte miasto było zdobywane i plądrowane, ale jakoś tak bezskutecznie, bo wychodząc za każdym razem, jako Gesamtkunstwerk, z kolejnej dziejowej zawieruchy obronną ręką. Za sprawę musiało się zabrać dopiero dwóch zagorzałych katolików i wielkich przyjaciół sztuki aby się naprawdę powiodło. 6 maja 1527 roku oddziały zaciężne katolickiego władcy Karola V wkroczyły do miasta, w którym panował wielki mecenas sztuki, jego świątobliwość papież Klemens VII i z okrzykami sławiącymi Jezusa Chrystusa Pana naszego, jak również Niepokalaną Maryję Dziewicę rzuciły się do rabunku i gwałtów. Zanim zaczęły palić wszystko, jak popadnie. Karolowi nie podobało się, że papież sprzyjał Francuzom, za papiesko-cesarskie niesnaski zapłaciło jednak wieczne miasto obrócone przez rozszalałych żołdaków w kupę dymiących gruzów. Mieszkańcom to już nie przeszkadzało, bo w przeważającej większości końca orgii zniszczeń nie dożyli. Może to i lepiej, bo nie musieli przyglądać się jak systematycznemu zniszczeniu uległo 90% wszystkich budowli i dzieł sztuki. Ze szczególnym uwzględnieniem kościołów. Karol z Klemensem pogodzili się trzy lata później, niesnaski i drobne nieporozumienia uległy zapomnieniu i papież, doceniając zasługi Karola jako obrońcy wiary, własnoręcznie koronował tegoż na włodarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Jak mawiają skłonni do optymizmu Niemcy: Ende gut, alles gut.

Trudno obecnie dociec, co akurat Wandalowie francuskiemu biskupowi uczynili. On sam w późniejszych czasach mętnie się tłumaczył, twierdząc że wybrał ich, bo potrzebował kozła ofiarnego, o którego nikt się nie upomni. Wandalowie zniknęli z kart podręczników historii tak samo szybko i bez pozostawienia trwałych śladów, jak się pojawili. Biskup Grégoire, prawdopodobnie wiedziony wyrzutami sumienia, wielokrotnie próbował skorygować raz rzuconą potwarz. Bez skutku. Gdy umierał w 1831 roku, wszyscy wiedzieli już jacy niedobrzy, okrutni i bezmyślni byli ci Wandalowie, bo przecież dopuszczali się wandalizmu, prawda?

Jeśli, drogi czytelniku zobaczysz pocięte siedzenia w autobusie komunikacji miejskiej, wątpliwej jakości graffiti na ścianie wychodka lub nieprzyzwoity czteroliterowy wyraz domalowany wprawną ręką na plakacie wyborczym popularnego polityka, to pamiętaj: jest to typowy przykład karolizmu. Zjawiska o dobrych katolickich, świetnie udokumentowanych przez historyków korzeniach. Nie wiń dawno wymarłych barbarzyńców. Oni z tym nie mają nic wspólnego.

Reklamy

Lemmus lemmus

Wrzesień 1, 2010

Słownik Wyrazów i Pojęć Przekręconych, Zawłaszczonych i Niejednoznacznych może pozostać w sferze niezobowiązujących propozycji. Albo i nie. Dzisiaj przedstawiamy lemingi.

Lemingi – potoczna nazwa określająca rodzaj gryzoni z rodziny chomikowatych. Lemingi (Lemmus) należą do podrodziny nornikowatych, nazwa obejmuje 5 gatunków, przy czym jedynie leming górski, zwany również norweskim określany jest jako leming właściwy (lemmus lemmus),
Lemingi występują w obszarach zdominowanych przez arktyczną tundrę. Zwierzęta są małe, ich długość (bez ogona) nie przekracza 13 cm, ważą 50 do 110 gramów i posiadają szare lub brązowe owłosienie. Tyle zasadniczych, ogólnie znanych faktów. Mniej znane – później.

Poza Arktyką lemingi występują jeszcze masowo w polskiej publicystyce szczególnej troski, a dokładnie w tych jej kręgach, które określają się same (z jakiegoś, bliżej niezidentyfikowanego powodu) jako prawicowe i konserwatywne. Nie zawsze, ale przeważnie. Określenie “lemingi” cieszy się w tychże kręgach sporą popularnością, stanowiąc nieodzowny fragment fundamentu, na którym spoczywa gmach argumentacyjny rozlicznych dyskusji toczonych niby syzyfowy kamyk pod coraz wyższą z roku na rok górkę. Lemingi, proszę państwa, to w zamierzeniu używającego tego terminu, straszliwa obelga. Intencje są przejrzyste. Nazywanie posiadających odmienne poglądy współobywateli lemingami ma wyrazić zarówno pogardę do bezmyślnej stadności przedmiotu rozważań, jak również wzmocnić poczucie własnej moralnej wyższości wynikającej z umysłowej (prawicowo-konserwatywnej, a zatem moralnie wyższej) autonomii jednostki.

Notoryczne używanie wzmiankowanego terminu przybrało charakter masowy, sięgając miejsc w internecie, do których zwykliśmy ciekawie zaglądać, chociaż w życiu nie przyznalibyśmy się do tego w towarzystwie. Mam na myśli tzw. prawicowo-konserwatywną blogosferę, a dokładniej biotopy, gdzie spotykają się internauci o identycznych poglądach w celu ich wymiany, a przy okazji dodania sobie otuchy w walce z osobnikami podejrzanymi o posiadanie poglądów nieidentycznych czyli obcych, złowrogich, a może nawet zdradzieckich. Obszar internetu, w którym można naprawdę coś przeżyć, a czasem nawet poznać ciekawych ludzi. Ludzi, których zachowanie i poglądy mogą stanowić niewyczerpalne źródło inspiracji dla tych, którzy jej tam szukają. Masowe występowanie leminga właściwego w dyskusjach toczonych w wyżej wymienionych kręgach zasługuje na to, aby się nad tym fenomenem troskliwie pochylić. Zacznijmy od genezy.

Pojawienie się mody na określenie w okolicach 2007 roku, czyni prawdopodobną hipotezę roboczą, w myśl której powodem pojawienia się leminga w publicystyce PK była bezradność i (w pewnym sensie) rozpacz. Źródłem rozpaczy natomiast była (jak się wydaje) obserwacja, że o ile obserwowany brak entuzjazmu społeczeństwa “en masse” dla skrajnie konserwatywnego modelu dawał się dość długo wytłumaczyć komunistycznie (a potem postkomunistycznie) zniewolonym umysłem współobywatela, to w roku 2007 stało się to (nagle) z przyczyn demograficznych mało wiarygodne. To, że głupi z natury rzeczy wyborca, wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice zamiast “walczyć o Polskę” prze do szeroko rozumianej nowoczesności, a nawet śpieszno mu do podejrzanej o komunizm Europy i nie (zawsze) wybiera kogo trzeba, lecz czasem wręcz przeciwnie, było sytuacją niezadowalającą, ale nie nową. Nowe było to, że tym razem nieprawomyślny wyborca był dodatkowo młody. Zamiast docenić uroki podlanej bogoojczyźnianym sosem mieszaniny katolickiego fundamentalizmu z rozwiązaniami natury social engineering wzorowanymi na późnym Franco (albo wczesnym Pinochecie), wyborca zagłosował w 2007 roku zupełnie nieprawidłowo, uznając za swoją reprezentację ugrupowanie posiadające wprawdzie błogosławieństwo arcybiskupów, ale nie tych co trzeba. Co doprowadziło do uformowania rządu premiera, który był – w porównaniu z konkurentem – zdecydowanie za wysoki. Naród się pomylił, wobec niemożności obarczenia odpowiedzialnością za katastrofę wyłącznie “usual suspects” tzn. umysłów ukształtowanych przez poprzedni system (jak również jego przestępczych beneficjentów) , trzeba było poszukać przyczyn nieszczęścia gdzie indziej. Na szczęście, dzięki wytężonej pracy konserwatywnych think tanków pojawiły się w łańcuchu argumentacyjnym lemingi, bezwolna, ogłupiona przez wiadome media masa bezrefleksyjnych jednostek, oszołomiona konsumpcją, nie pojmująca polskiej racji stanu i w ogóle godna współczucia. Lemingi (chociaż najwidoczniej wystarczająco liczne aby wpłynąć na rezultat wyborów lub liczbę sprzedanych egzemplarzy wiadomej gazety) w zasadzie, jako Polacy drugiej kategorii, nie zasługiwały na kwalifikator “prawdziwy” i dlatego spokojnie mogły być pomijane w dalszych rozważaniach dotyczących losów naszej ukochanej ojczyzny. Swiat znów był wytłumaczalny i można było odetchnąć. Każdy bowiem wie, że na lemingowatość leminga rady nie ma, dąży on stadnie ku przepaści i skazany jest przez własną (stadną) głupotę na zagładę. Nieprawdaż? Nie. A nawet zupełnie nie. .

Mimo intensywnych poszukiwań, nie można dziś dojść do tego, kto pierwszy wtedy wyskoczył z tymi lemingami. Nie wiemy kto zasługuje na miano pioniera prawicowo-konserwatywnego kierunku w etologii gryzoni. Można jednak spokojnie założyć, że był to osobnik nie tylko obdarzony darem perswazji, lecz również nader powierzchownym wykształceniem. Jego rozliczni naśladowcy, w stadny (sic!) sposób posługujący się absurdalną w swej ogólnej wymowie fałszywą konotacją, są tylko smutnymi epigonami. Ponieważ nauce nie są zasadniczo znane przykłady masowych, głupawych migracji kończących się samobójstwem całych populacji, nie bardzo nawet wiadomo do kogo ich porównać. Kłopot, ot co.

Jak naprawdę jest z tymi lemingami? Tak jest.

Liczebność populacji lemingów (podobnie jak i innych gryzoni) ulega zdumiewającym i do dziś nie całkiem wyjaśnionym wahaniom. Co trzy-cztery lata dochodzi do demograficznej eksplozji, której wynikiem jest dramatyczny rozdźwięk pomiędzy liczbą pyszczków do wykarmienia, a możliwościami zasiedlanego obszaru. Dzielne (i wcale nie głupie) zwierzęta, rozpoczynają masową migrację w kierunku new territories. Gromady malców pokonują łańcuchy górskie, przepływają rzeki, ześlizgują się po lodowcach. Straty w lemingach są ogromne, odpowiedzialność ponoszą głównie rozmaite, czyhające po drodze, drapieżniki. Czego się jednak nie robi gdy jedyną alternatywą jest śmierć z głodu. Obserwację, że lemingów jest mnóstwo, tam gdzie ich jeszcze rok wcześniej ich nie było, a potem znów nie ma, chociaż masowo jeszcze przed rokiem były, zawdzięczamy niejakiemu Zeiglerowi, XVI-wiecznemu geografowi ze Strasburga, który posiadając bujną wyobraźnię, doniósł, że lemingi spadają z nieba w trakcie intensywnych opadów. Nie on jest jednak autorem pomysłu, jakoby popełniały one masowe samobójstwo skacząc gromadnie w przepaść. Legenda o samobójczych skłonnościach zwierzątek nie jest też (wbrew pozorom) wcale tak stara., narodziła się w latach 50tych ubiegłego wieku.Wpierw (1954) ukazał się wyssany artykuł w National Geographic.Zełgany od początku do końca tekst zainspirował Carla Barksa (tak, tego Carla Barksa) do stworzenia komiksu w którym lemingi popełniają masowe samobójstwo skacząc w otchłań. Jednakże w trakcie zdjęć do realizowanego w Kanadzie disneyowskiego eposu Wild Wilderness (1958), krnąbrne lemingi nie chciały zachowywać się zgodnie z oczekiwaniami twórców dzieła. Realizatorzy postanowili trochę dopomóc rzeczywistości i w celu uzyskania dramatycznego efektu stłoczyli je nad urwiskiem w taki sposób, że nie pozostało im nic innego jak spadać. Trochę nawet popychali z tyłu. Efekt był spektakularny i łatwy do zapamiętania. No i utrwaliło się w masowej wyobraźni. Do tego stopnia, że twórcy niebywale popularnej w latach 90-tych gry komputerowej zamiast sięgnąć do podręcznika biologii, lub chociaż encyklopedii, sięgnęli do utrwalonego stereotypu. W ten sposób całe pokolenie padło ofiarą dość idiotycznej “urban legend”. No, może nie całe, ale z pewnością ta jego część, której edukacja ograniczyła się do Sienkiewicza, Sapkowskiego i Łysiaka czytanych w przerwach wynikających z ograniczonego dostępu do gier komputerowych.

Za każdym razem, gdy w tekstach określonej proweniencji pojawiają się w określonym kontekście lemingi, u (w miarę światłego) czytelnika powinna pojawiać się refleksja dotycząca wątpliwej jakości fundamentów, na których spoczywa światopogląd autora. Ufff.

_________

Lektury uzupełniające dla niedowiarków:

1. Karl S. Kruszelnicki Lemmings Suicide Myth – tutaj

2. Minna Meriläinen  Predators drive the lemming cycle in Greenland – tutaj

3. Riley Woodford Lemming Suicide Myth. Disney Film Faked Bogus Behavior – tutaj

4. Yet Another Warm Fuzzy Disney Tale or How Disney has Brainwashed You – tutaj

5. Na papierze tutaj


Grypa. Zaufajmy fachowcom.

Grudzień 11, 2009

Gdy tylko na horyzoncie zaczyna się majaczyć mniej lub bardziej odległe widmo epidemii, albo co gorsza pandemii, wybija godzina wizjonerów, fałszywych proroków i wszelkiej maści szarlatanów. Pojawiają się domorośli znawcy epidemiologii walczący o lepsze z samorodnymi talentami medycznymi. Siewcy strachu usiłują przekrzyczeć znawców pewnych metod leczenia opartych na najdzikszych spekulacjach zakorzenionych w zasłyszanych, aczkolwiek niekoniecznie zrozumianych mądrościach – swoboda interpretacji jest przy tym raczej regułą niż wyjątkiem. Ilość tych którzy wiedzą (lub sądzą że wiedzą), przewyższa ilość tych, którzy tylko przypuszczają. Jedych i drugich cechuje skłonność do sądów kategorycznych, nadmiernej pewności siebie i niezłomnego przekonania o słuszności własnych poglądów, przekonania wynikającego przeważnie z twórczej interpretacji wiadomości pochodzących z drugiej lub trzeciej ręki.

Racjonalne myślenie oparte na wiedzy fachowej znajduje mniej zwolenników niż najdziksze spekulacje ćwierćfachowców i brylujących autodydaktycznie zdobytą wiedzą doradców-samozwańców. Trudno, doprawdy trudno dociec źródeł tego masowego fenomenu.

Kropotkin nie może powstrzymać się od zdziwienia. Przecież wystarczyłoby zaufać fachowcom, ludziom z wieloletnim doświadczeniem i zdobytą mozolnie wiedzą medyczną. I kierować się ich zaleceniami ufając, że wiedzą co czynią, że udzielane przez nich wskazówki oparte są na solidnym, ba naukowym,  fundamencie. Gromadzona pracowicie przez dwa i pół tysiąca lat wiedza medyczna zasługuje przecież na większe zaufanie. Nieprawdaż?

Kropotkin nic z tego wszystkiego nie rozumie. Nic.  Obecna sytuacja nie jest wszakże całkiem nowa. Gdy w 1918 roku wybuchła epidemia Hiszpanki było podobnie. Na szczęście w porę zwrócono się po wskazówki i porady również do fachowców. I ci potrafili się wypowiedzieć w sposób logiczny, trzeźwy, a mimo to zrozumiały. Wystarczyło tylko grzecznie poprosić i można było otrzymać sensowną poradę.  Na przykład niejakiego Dr. med. R.C. Clarcka na łamach „The News of the World“:

„Wash inside of nose with soap and water each night and morning. Force yourself to sneeze night and morning, then breathe deeply. Do not wear a muffler. Take sharp walks regularly and walk home from work. Eat plenty of porridge.”

Flu prevention suggestions of R.C. Clarck MD published in The News of the World from November 3, 1918
%d blogerów lubi to: