Świętych Agat jest od groma. Przynajmniej dziewięć. Dzisiaj oryginał: Święta Agata z Katanii. Zwana też czasem Agatą Sycylijską.

Rozpocząć należałoby od Decjusza. Był cesarzem – nader energicznym – przez dwa lata z kawałkiem. W 249 roku sięgnął po władzę w sposób zgodny z uświęconą tradycją, czyli mordując swego poprzednika i prosząc grzecznie senat o przyznanie mu wakującego stanowiska. Senat nie zwykł w takich przypadkach odmawiać i entuzjastycznie przyznał. Ponieważ cesarstwo rozłaziło się w szwach, nowo upieczony władca postanowił coś z tym zrobić. Pomysł polegał na wydaniu edyktu nakazującego wszystkim poddanym dostarczenie świadectwa lojalności poprzez złożenie ofiary jego autorowi. Ze stanowiskiem cesarza związane były mianowicie dodatkowe przywileje i udogodnienia, jednym z nich był awans na boga. Niektórzy chrześcijanie mieli dylemat moralny ze względu na kategoryczny imperatyw zawarty w pierwszym przykazaniu. Większość nie miała – co później doprowadziło w gminach chrześcijańskich do pewnych niesnasek.

Legenda głosi ( podczas gdy historia milczy) że Agata spodobała się namiestnikowi Sycylii, niejakiemu Kwincjuszowi (Quintianus) który, mimo że była chrześcijanką, postanowił jej się oświadczyć. Jak większość neofitów, Agata przejęła się nową religią do tego stopnia, że postanowiła żyć i umrzeć w dziewictwie. Kwincjusz, urażony w swej miłości własnej, jedynie częściowo wyszedł jej marzeniom na przeciw, a mianowicie ułatwiając jej zejście. Przedtem jednak rzucał jej kłody pod nogi, umieszczając ją (prawdopodobnie w celach dydaktycznych) w miejscowym burdelu, zwanym też bardziej oględnie lupanarem. Legenda głosi dalej (i tu się robi niesamowicie), że po miesiącu spędzonym w przybytku płatnej miłości Agata nadal pozostawała dziewicą. Potomni słusznie uznali to za cud. Kwincjusz natomiast, nie tylko się zirytował, lecz wykorzystując edykt Decjusza wtrącił nieboraczkę (nadal dziewicę) do więzienia. Gdy i to nie pomogło, nakazał amputować jej obie piersi przy pomocy żelaznych szczypiec. Może to było bardzo bolesne i mało estetyczne, ale posłużyło wielu malarzom renesansu i baroku za źródło inspiracji. Zwykli oni przedstawiać męczenniczkę zapiętą wysoko pod szyję, ale za to z tacą w ręku. Na tacy leżały piersi. Z konwencji wyłamał się później Tiepolo, u niego tackę trzyma jakiś chłopczyk, z tego powodu obraz jest niestety mniej śmieszny.

Wtrąconej do lochu przybywa – zupełnie nieproszony – na ratunek duch św. Piotra i usiłuje posmarować rany jakimś mazidłem. Agata grzecznie ale stanowczo odmawia. Było to postępowanie przewidujące, następnego dnia zostaje, na rozkaz Kwicjusza, upieczona żywcem. Egzekucja zostaje podobnież  przerwana przez trzęsienie ziemi. Wbrew przysłowiu twierdzącemu że „co się odwlecze, to się nie upiecze” kaźń kontynuowano gdy tylko wstrząsy ustały.

Z jakiegoś niepojętego powodu, ludność Katanii uznała, że fakt ocalenia miasta w trakcie mającego miejsce rok później wybuchu Etny to zasługa męczenniczki. Kwincjusz już tego nie dożył, zmarł kopnięty przez własnego konia. Również Decjuszowi się nie poszczęściło, wybrał się na wyprawę przeciw Gotom i już z niej nie wrócił.

Wspomnienie liturgiczne Agaty, męczennicy w kościele katolickim obchodzone jest 5 lutego. Agata prawosławna obchodzona jest natomiast 18 lutego.

Jej atrybutem jest dom w płomieniach. Czasem też misa z obciętymi piersiami. Jest patronką kominiarzy, ludwisarzy, odlewników i z niewyjaśnionych przyczyn – również pielęgniarek.

Modlitwa do św. Agaty pomaga w schorzeniach piersi i chroni przed piorunami w czasie burzy. Pogląd, jakoby w przypadku wybuchu pożaru, modły do św. Agaty należy poprzedzić zawiadomieniem straży pożarnej, zwykło się zaliczać do niebezpiecznych herezji.

Swięty Szczepan jest świętym wyjątkowym. Pierwszy męczennik Chrześcijaństwa zasługuje na naszą szczególną uwagę. Przypatrzmy mu się zatem bliżej bo warto. Myliłby się ten, kto by sądził, że nasz Szczepan – zwany dalej dla ułatwienia studiów porównawczych Stephanosem – zawdzięcza swą palmę męczeństwa i tytuł świętego nienawistnym poganom, którzy uwzięli się na zwolenników religii opartej na miłosierdziu i miłości bliźniego. Było zupełnie inaczej i z perspektywy czasu raczej śmiesznie.

Stephanos był nieomal rówieśnikiem Chrystusa, rok młodszy od Nazareńczyka, przeżył go jednak jedynie o lat kilka. Zadbała o to gmina braci w wierze. A było tak:

Po śmierci Jezusa, malutka gmina chrześcijańska postawiła sobie za punkt honoru, obok głoszenia sławy Pana, opiekę nad potrzebującymi ze szczególnym uwzględnieniem nędzarzy, chorych, wdów i sierot. Opieka polegała na wspomaganiu takowych dobrym słowem a także uczynkiem. Mówimy tutaj o dobrach materialnych, sprawa jest raczej jasna i nie ma powodu aby owijać ją w bawełnę. W krótkim czasie doprowadziło to niebywałego wzrostu popularności Chrześcijaństwa, szczególnie wśród chorych nędzarzy oraz obdarzonych licznym potomstwem wdów. Te akurat garnęły się do nowej religii że aż ho. Gmina, a szczególnie stojący na jej czele Apostołowie staneli w obliczu sytuacji kryzysowej, której niełatwo było sprostać. Rysowała się groźba rozłamu: frakcja judeoaramejczyków posiadała zupełnie inne wyobrażenia na temat priorytetów i misji chrześcijaństwa niż judeogrecy. Istotą kontrowersji było czy Apostołowie powinni poświęcić w pierwszej kolejności zagadnieniom krzewienia wiary czy też raczej praktykowaniu miłosierdzia. Rzesza potrzebujących skłaniała się ku drugiemu wariantowi, Apostołowie preferowali pierwszy. Istotne też było, komu należy się więcej miłosierdzia: wdowom oraz sierotom aramejskim, czy też raczej judeogreckim. Aby uniknąć rozłamu, zwołano walne zgromadzenie chrześcijan i wybrano z łona obu frakcji siedmiu diakonów, których zadaniem była troska o nędzarzy, wdowy i sieroty, Apostołowie mogli w końcu odetchnąć i zająć się chwaleniem Imienia Pańskiego. Jednym z diakonów był nasz Stephanos, jak imię wskazuje mąż o greckim rodowodzie, wybrany w celu reprezentowania judeogreckich wdów i sierot. Te bowiem czuły się dyskryminowane, twierdząc że datki i zapomogi płyną raczej w kierunku zupełnie niewłaściwym, czyli nędzarzy aramejskich.
To właśnie z grupy podopiecznych Stephanosa rozczarowanych niewystarczającą ich zdnaiem opieką wypłynął donos do Synhedrynu jakoby nasz miły diakon miał powiedzieć, iż Chrystus miał jakoby z całą pewnością powiedzieć iż Swiątynię Jerozolimską należy zburzyć. Coś takiego i jeszcze kilka innych ciekawostek w tym stylu mających doprowadzić Synhedryn do białej gorączki. Stephanosa wezwano przed oblicze i zadano mu jedno jedyne pytanie, a mianowicie, czy zarzuty mają odbicie w rzeczywistości. W odpowiedzi Stephanos zaczerpnął oddechu i wygłosił zawiłą mowę obrończą trwającą dwa dni z której nikt niczego nie zrozumiał. Byłaby to sprytna taktyka, gdyby jakieś licho nie pokusiło naszego diakona aby – gdy główne niebezpieczeństwo zdawało się być zażegnane – wznieść nagle oczy ku niebu i zawołać: „Widzę jak otwiera się niebo a syn człowieczy stoi po prawicy Pana!”. Każdy może mieć chwilę słabości. Synhedryn potrzebował kilku sekund na skazanie Stephanosa na zwyczajowe w takim przypadku ukamieniowanie. Nadzór natychmiasowego wykonania powierzono młodemu, zaangażowanemu człowiekowi o imieniu Saulus, znany zapewne większości polskich czytelników pod pseudonimem Szaweł. Z obowiązku wywiązał się Saulus przykładnie, dbając o wystarczającą ilość kamieni, chętnych do rzucania, a nawet samemu rzucając. Nie wiemy czy trafił i czy jego rzut był rozstrzygający. Gdyby jednak tak było, to byłby to ciekawy przyczynek do historii chrześcijańskiej martyrologii. Saulus przeszedł do historii jako Swięty Paweł, Ojciec Kościoła, ten od podróży misyjnych i listów. Zestawienie – wśród jego rozlicznych zasług – obok sławiącej potęgę miłości pieśni zawartej w „Liście do Koryntian” również celnych rzutów kamieniami, których wynikiem był pierwszy męczennik kościoła może wprawić i wprawia w zadumę.
W rozlicznych pismach Sw. Pawła na próżno szukać wzmianki o onegdaj ukamieniowanym przezeń Stefanosie. Pamięć bywa zawodna, szczególnie jeśli chodzi o błędy młodości.

Dalczego Sw. Szczepan został patronem bednarzy, woźniców, murarzy, tkaczy, krawców i cieśli pozostanie tajemnicą tych, którzy na ten pomysł wpadli. Skierowane do niego modlitwy pomagają jak ręką odjął w przypadku napadu szału, bólów głowy i ataków kamicy nerkowej.

Postać nader interesująca, ten urodzony w Patarze Nicolaos.
Wyświęcony na księdza przez swego własnego stryjka, biskupa o takim samym imieniu, był bez wątpienia postacią historyczną, choć na beatyfikację zasłużył sobie szeregiem czynów równie nieprawdopodobnych jak i niedorzecznych. Czegóż tam nie ma, cudowne rozmnożona żywność, wskrzeszanie zmarłych, uratowani młodziankowie, bryły złota wrzucane po kryjomu przez okno w celu ratowania czci dziewic, uciszanie burz, zmiana kierunku wiatrów, straszenie cesarzy po nocach. Do cudów zaliczono nawet fakt, że mały Nicolaos potrafił jako niemowlę w trakcie kąpieli stać samodzielnie w wannie. Barwna i uwielbiana przez współczesnych postać. Zawód wykonywany: biskup, zawód wyuczony: cudotwórca. Wiara w cuda, w rodzaju tych, których sprawcą miał być nasz Nicolaos jest co prawda godna pozazdroszczenia lecz trudna do bezkrytycznej akceptacji.
Zajmijmy się zatem tym co pozostawili historycy. Nie zostawili wiele. To co wiemy o Mikołaju zawdzięczymy mnichowi Andreasowi z Krety, który opisał udział Nicolaosa, podówczas już biskupa Mirny, niespecjalnie atrakcyjnej mieściny  w Azji Mniejszej, w pierwszym soborze w Nicei. Jest Rok Pański 325. Głównym powodem zwołania soboru przez uważającego się po roku 313 za zwierzchnika chrześcijan cesarza Konstantyna I (pomysł że głową kościoła zawsze był arcybiskup Rzymu pojawił się, wbrew obecnym sugestiom katechetów, trochę później) była różnica zdań pomiędzy duchownymi jakże młodego wówczas jeszcze kościoła w sprawie natury Trójcy Swiętej. Problem przeszedł do historii pod nazwą kontrowersji ariańskiej i dotyczył w dużym uproszczeniu raczej kluczowego zagadnienia boskiej natury Jezusa, jak również wyobrażeń dotyczących Ducha Swiętego. Ponad 2000 duchownych, w tym 318 biskupów kłóciło się na koszt Konstantyna zażarcie o to, czy Bóg jest tylko jeden czy też jest raczej trojakiej natury, jak również czy Jezus zawsze już był Bogiem, czy też dopiero mógł być za takiego uważany od momentu przyjęcia przezeń chrztu. Naprzeciw siebie stały dwa nieprzejednane stronnictwa głęboko przekonane o wyższości swej racji, pomińmy szczegóły, być może z wyjątkiem jednej ważnej uwagi, że – jeśli wierzyć kronikarzom – w porównaniu z atmosferą soboru, każde pomeczowe spotkanie kibiców dwóch nieprzyjaznych sobie drużyn piłkarskich może spokojnie uchodzić za kulturalne oraz pełne przyjaznego spokoju wydarzenie.
I tu wchodzi na arenę dziejów nasz krzepki biskup Nicolaos. W trakcie trwających do dwóch miesięcy sporów i kłótni dochodzi do tumultu połączonego z rękoczynami. Rzucając się z pięściami na Ariusza, głównego ideologa zgromadzonych wokół Euzebiusza z Nikomedii Arian i waląc go (nie wstydźmy się użyć tego sformułowania) po pysku, przechyla szalę zwycięstwa na korzyść stronnictwa Patriarchy Alexandrii. Swięta Trójca w znanej nam obecnie postaci zwycięża, zwolennicy prymatu jedynego Boga wszechmogącego wycofują się na z góry upatrzone pozycje, aby w następnym stuleciu utracić wszelkie znaczenie i wpływy, a na koniec zostać przez zwycięskich braci w wierze obłożeni ekskomuniką.
Bardzo prawdopodobne, że to właśnie Nicolaosowi z Miry mamy do zawdzięczenia obecny kształt katolickiej doktryny dotyczącej natury Trójcy Swiętej. Jak również wzmożone obroty przemysłu cukierniczego w przedzień 6 grudnia, dnia w którym zmarł Nicolaos, nam bliżej znany jako Swięty Mikołaj. Cudotwórca i prawdziwy człowiek czynu.

%d blogerów lubi to: