Odwagi!

1 listopada, 2010

Dzień Zmarłych jest świętem pożytecznym i pouczającym. Obserwacja przedziwnych rytuałów, niejednokrotnie jawiących się nam, na pierwszy rzut oka, jako absurdalne lub odstręczające, pozwala zastanowić się nad kondycją umysłową i emocjonalną żywych. Zarówno obserwowanych, jak i obserwujących. Dzisiaj: Famadihana, czyli dzień zmarłych bez zgniłych kompromisów. Nie, nie u nas.

Famadihana jest wynalazkiem malgaskim. Kościół Rzymsko-Katolicki, w przeciwieństwie do wybrzydzających jak zawsze duchownych protestanckich, może nie w pełni popiera, ale na pewno toleruje, a nawet wyraźnie sympatyzuje. Mimo swej niewątpliwie pozytywnej wymowy i radosnego charakteru, malgaski obyczaj czczenia zmarłych jakoś się dotąd – poza Madagaskarem –  nigdzie nie upowszechnił. A szkoda. O ileż bardziej pogodne i pełne niezapomnianych wrażeń dla dorosłych i dzieci byłoby nasze, z roku na rok coraz bardziej upodabniające się do meksykańskiego, skomercjalizowanego ” Dia de los muertos” święto, gdybyśmy potrafili przełamać nieuzasadnione opory i otworzyć się na świeży powiew dalekich i egzotycznych kultur. Czego chłop nie zna, nie je. Mamy szansę to zmienić. Alors, on y va.

Nieuniknione dygresje

Przypatrzmy się wpierw, jak emocjonalnie ubogi jest nasz (polsko-katolicki i trochę – co tu ukrywać – pogański) sposób świętowania. Nasi zmarli spoczywają w miejscach odosobnionych, wyrzuceni poza nawias naszej codzienności – co pozwala na luksus usunięcia ich z naszej aktywnej (nieokazjonalnej) pamięci. Zamurowani w kryptach, przywaleni granitowymi lub betonowymi płytami, spoczywają umieszczeni raz na zawsze (czyli na okres wynikający z wysokości uiszczonej opłaty) w miejscu odosobnienia, w miejscu będącym egzemplifikacją zinstytucjonalizowanej codziennej niepamięci, przydając się nam, tak naprawdę, jedynie raz do roku. Wówczas to dochodzi do symultanicznego aktu masowej ekspiacji, manifestującej się w nabywaniu rozmaitych, zmarłym do niczego nie potrzebnych roślin i przedmiotów, a następnie umieszczania tychże, w sposób doskonale widoczny dla czujnej konkurencji (nieodżałowany mąż, teść ojciec, dziadek, pradziadek i magister z lewej, niezapomniany mąż, ojciec i dyrektor z prawej), na uprzednio odpowiednio wypucowanej mogiłce…(Niech się Jóźwiakowa martwi gdzie w przyszłym roku dostanie sztuczniejsze wieńcokwiaty i większe znicze, moje są pozłacane i wielkości wiadra, większych nie dostanie. A jak dostanie, to ja szklane zalewane, długopalne postawię. Albo gipsowe w kształcie anioła w kapliczce. Albo nawet szklane, duże w obudowie z estetycznego tworzywa)

Ale niepotrzebnie zbaczamy, wszyscy w końcu wiemy jak jest. Jest nieładnie. Z braku rozsądnych alternatyw większość z nas bierze raz do roku roku udział w powszechnym, żenującym spektaklu rozpasanej, stadnej komercji. Najczęściej aby nie sprawić bólu bliskim (przy czym bliscy nie chcą sprawić przykrości nam) i ufając w skrytości ducha, że ziarenko niesionej przez nas na cmentarz pamięci usprawiedliwia i tłumaczy udział w masowej orgii ekshibicjonistycznego kiczu.  A można przecież inaczej. Alternatywy są. I należy im się (bo dlaczego nie?)  uważnie przyjrzeć.

Koniec nieuniknionych dygresji

A zatem famadihana, już sama nazwa brzmi poetycko poszumem egzotycznego morza w przyłożonej do ucha muszli. Opis tego uroczego i głęboko ludzkiego obyczaju należy rozpocząć od tego, że famadihana, w przeciwieństwie do Dnia Zmarłych, zmarłych z rytuału nie wyklucza. Wręcz przeciwnie. Podobnie jak my, Malgasowie udają się gromadnie na cmentarz, na tym jednak podobieństwa się kończą. Zamiast bowiem ograniczyć się do odwiedzin zmarłych w miejscu ich spoczynku (i ewentualnego szybkiego opuszczenia miejsca odwiedzin, gdy już jest po ptakach), licznie zgromadzeni krewni wygrzebują swych zmarłych z mogił (wygrzebywanie powierza się tradycyjnie już młodym, krzepkim mężczyznom), aby następnie, w radosnym i cudacznym korowodzie, w rytm pogodnej, tanecznej muzyki zanieść szczątki doczesne do domu, gdzie już czekają suto zastawiony stół, napoje i najzwyczajniej dobry biesiadny nastrój.

Odgrzebywanie zwłok ukochanych osób połączone jest, szczególnie w pierwszych latach po pochówku, z drobnymi trudnościami natury technicznej, te jednak zostają przez kochających krewnych pokonane z godną pozazdroszczenia pogodą ducha. I tak na przykład nieocenioną pomocą są kolorowe całuny i nieprzemakalne płachty i maty trzymające doczesne szczątki w poręcznym tłumoku, tak że nie trzeba się obawiać, że poszczególne części najbliższej osoby zagubią się w trakcie tanecznej procesji lub się, nie daj Bóg, ze sobą pomieszają. Po przyniesieniu ukochanych krewnych do domu, rozpoczyna się właściwa uroczystość, ukochane zwłoki otrzymują nowy, czysty całun i sadzane są przy stole, tak aby mogły wziąć udział w niekończącej się i pełnej toastów i radosnych pieśni biesiadzie. W zależności od stopnia zamożności rodziny, uroczystość trwa od dwóch dni do tygodnia. Pląsom i śpiewom nie ma końca, zwłoki naturalnie też tańczą przy wydatnej pomocy rozbawionych biesiadników. Gdy jadło i napoje się wreszcie skończą, a szacowni zmarli – wyściskani za wszystkie czasy – znają już wszystkie najnowsze plotki z życia żywych, radosny korowód udaje się z powrotem na cmentarz. Tam dochodzi do ponownego pochówku pełnego melancholijnej pogody ducha – w końcu żegnamy się z najbliższymi jedynie do następnego razu.

Pierwszym Europejczykiem, który opisał famadihanę był Émile Durkheim. (Les formes élémentaires de la vie religieuse.Félix Alcan, Paris 1912). Lektura warta polecenia. Ten Durkheim to postać naprawdę fascynująca. Ale o tym może kiedy indziej. Zrobiło się późno. Spokojnej nocy i pogodnych snów. Dobranoc.

Trochę do poczytania i pooglądania (ładny reportaż) tutaj

%d blogerów lubi to: