Co pewien czas, to tu, to tam, można napotkać nader rozpowszechnioną opinię, że z jakichś niepojętych powodów, my Polacy, jako nacja, mamy zawsze pod górkę. Ot, taki tragiczny naród. Przez los prześladowany. Nie lubią nas. Bierze się to najprawdopodobniej z powszechnej nieznajomości osiągnięć niektórych z naszych rodaków. Wstyd przyznać: podczas gdy my rozpamiętujemy swe porażki, świętujemy klęski – inni potrafią się chwalić swymi osiągnięciami lepiej i głośniej. Najwyższy czas skończyć z tą fałszywą skromnością. Dzisiaj: Leon Franciszek Czołgosz.

Podczas gdy zupełnie obce, różnojęzyczne encyklopedie i leksykony zgodnie zwą go Polakiem, polskie źródła, z typową dla naszego narodu skromnością, nazywają go „sympatykiem anarchizmu”. Niepotrzebnie. To naszemu rodakowi zawdzięcza swe powstanie oddział US Secret Service chroniący bezpieczeństwa amerykańskich prezydentów. Bez Czołgosza pięćset dolarówka wyglądałaby zupełnie inaczej. Gdyby nie on, najwyższy szczyt na kontynencie północnoamerykańskim nosiłby dziś pewnie inną nazwę. Mało kto, naprawdę mało kto może się pochwalić tak interesującym rejestrem czynów niepojętych jak nasz krajan. Spieprzył wszystko co można było spieprzyć. Również szereg rzeczy, których w zasadzie spieprzyć nie było można. Czołgosz nie był zwykłym, pierwszym z brzegu nieudacznikiem. Czołgosz był nieudacznikiem wyjątkowym. Ale po kolei.

Leoś Czołgosz przyszedł na świat w 1873 roku w jak najbardziej polskiej, wielodzietnej, ale za to katolickiej rodzinie w Alpena, w stanie Michigan. Tatuś Paweł ożenił się po śmierci mamy Marii z domu Nowak ponownie, ktoś w końcu musiał się zajmować sierotami. Wraz z dwoma braćmi wcześnie rozpoczął pracę w walcowni drutu, bracia przystąpili do strajku, zostali zwolnieni i mogli powrócić na rodzinną farmę. Tę niesprawiedliwość rodak nasz przeżył do głębi, ponieważ jednak musiał z czegoś żyć, kontynuował karierę, tym razem w hucie szkła. Będąc świadkiem codziennego wyzysku doznaje załamania nerwowego i wraca na łono rodziny. Rodzina wcale się z tego nie cieszy. Najmniej cieszy się macocha. Polityką się Leoś nie interesował, nie ma najmniejszego śladu, aby kiedykolwiek należał do jednej z licznych podówczas wywrotowych organizacji. Lub jakichkolwiek innych. Lubił natomiast czytać gazety i chodzić na rozmaite wykłady. Ten niepowstrzymany pęd do wiedzy okaże się zgubny. I w ten sposób dobrnęliśmy do Emmy Goldman.

Emma Goldman to też nie był byle kto, Emma Goldman to był proszę państwa ktoś. Obiekt uwielbienia wyrobników i filozofów. Legenda uciskanych. Gwiazda światowego anarchizmu. Kobieta pod każdym, naprawdę każdym względem niezwykła. Nawet dziś jej marmurowy nagrobek zdobi słuszny cytat i fałszywa data zgonu. Gdzież jej nie było. Wszędzie była. U progu XX stulecia była w Stanach Zjednoczonych i wygłaszała wykłady o ucisku człowieka przez człowieka oraz co można na to począć. Jednym ze słuchaczy był niejaki Czołgosz Leon. Wykłady spodobały mu się do tego stopnia, że postanowił poznać prelegentkę osobiście. Został jednak odpędzony przez najbliższe otoczenie gwiazdy. Otoczenie było przeświadczone, że ma do czynienia z policyjnym szpiegiem i prowokatorem. Coołgosz się nie zniechęcał. Doszło do tego, że anarchistyczne gazetki ostrzegały towarzyszy przed dziwakiem ponawiającym podejrzane próby zbliżeń.

Przełom wieków. To zadziwiające, ale czasy były wówczas takie, że marzeniem przyzwoitego anarchisty było spektakularne wyprawienie jakiejś głowy państwa na tamten świat. Najlepiej przy pomocy bomby. Z braku bomby – przy pomocy broni palnej. Głowy koronowane miały pierwszeństwo, w przypadku braku głowy koronowanej mógł to ewentualnie być oprawca zastępczy tzn. dyktator lub prezydent z dyktatorskimi zapędami. Gdy Leon Czołgosz przeczytał w gazecie, że Caetano Bresci zastrzelił akurat włoskiego króla Umberto I, postanowił pokazać, że Polak też potrafi i nabył rewolwer. Niezła kanalia była z tego Umberto, akurat odznaczył orderem generała Fiorenzo Bava-Beccarisa w nagrodę za otwarcie ognia do demonstracji składającej się głównie z kobiet i dzieci protestujących przeciw podwyżce cen chleba. Mediolański bruk spłynął krwią, ofiar śmiertelnych było ponoć trzysta. Pomińmy jednak na chwilę dyskusyjną kwestię sensu lub bezsensu terroru indywidualnego i poprzestańmy na twierdzeniu, że wzburzenie Bresciego było zrozumiałe. Podobnie jak i fala sympatii z jaką w pewnych kręgach spotkał się jego czyn. Motywy Czołgosza, który udał się do Buffalo w stanie Nowy York w celu odstrzelenia urzędującego i demokratycznie wybranego prezydenta pozostaną niejasne.

William McKinley nie był może prezydentem wybitnym, był jednak prezydentem powszechnie lubianym. Wyprowadził kraj z poważnego kryzysu ekonomicznego, umocnił międzynarodową pozycję USA, oparł ostatecznie dolara o parytet złota. Nie było powodu aby go nie lubić i dlatego lubiano go powszechnie. Akurat został wybrany na następną kadencję. I teraz będzie tragikomicznie. Nasz rodak zamieszkuje w Buffalo w pobliżu wystawy panamerykańskiej i czeka na prezydenta. W końcu 6 września pragniie zbliżyć się do głowy państwa ale nie wie jak to uczynić. Ustawia się zatem w kolejce zwolenników i sympatyków aby głowa państwa mogła zbliżyć się do niego z zamiarem uściśnięcia mu dłoni. Ach te amerykańskie rytuały. Sciskanie nie dochodzi do skutku bo Czołgosz dzierży w ręku zawinięty w chusteczkę do nosa rewolwer kalibru 0,32. Udaje mu się przystawić broń do piersi prezydenta i – zanim zostanie obezwładniony przez otoczenie – oddać dwa strzały.

Cresci strzelał z pewnego dystansu i trafił bez pudła. Czołgosz miał łatwiej, ale mu nie całkiem wyszło. Prezydent nie straci przytomności i zdoła jeszcze uchronić swego niedoszłego mordercę przed nieuchronnym linczem (Go easy with him, boys!). Po ośmiu dniach umrze w męczarniach na skutek powikłań zakażenia odniesionych ran.

Zaaresztowany, Czołgosz podaje fałszywe nazwisko (Fred Nieman), co jest o tyle zabawne, że policja znajduje w jego kieszeni kartę wyborczą, z której wynika nie tylko jak się nazywa, lecz również, że był w niedawnych wyborach zarejestrowany jako republikanin, ergo wyborca McKinleya. Postawiony przed sądem zostaje po krótkim procesie – przy aplauzie sali – skazany na karę śmierci.

Od Czołgosza odżegnują się wszyscy. Emma Goldman próbuje przedstawić go początkowo jako biednego, godnego politowania, zbłąkanego matoła, ściąga to jednak gromy na jej głowę zarówno ze strony kół oficjalnych jak i dotychczasowych sympatyków. Największe psy wieszają jednak na Czołgoszu anarchiści twierdząc, że dotąd nikomu nie udało się tak skutecznie zaszkodzić jednym głupim i nieprzemyślanym czynem anarchistycznej sprawie. Pogrzeb McKinleya odbył się w Washingtonie i zgromadził nieprzeliczone tłumy. Naród w zgodnym wysiłku rzucił się do wznoszenia niezliczonych pomników i mauzoleów upamiętniających zmarłego. Jakże żałośnie i patetycznie muszą brzmieć w tym kontekście ostatnie słowa Czołgosza:

I killed the President because he was the enemy of the good people — the good working people. I am not sorry for my crime“. (Zabiłem prezydenta, ponieważ był wrogiem dobrych ludzi, dobrych pracujących ludzi. Nie żałuję swego czynu).

Leon Czołgosz umiera na krześle elektrycznym 29. października 1901 roku w więzieniu w Auburn. Ku utrapieniu rodziny pozbawiony zostaje chrześcijańskiego pochówku. Przewidując nieuniknione zbezczeszczenie zwłok, władze decydują się na zalanie trumny stężonym kwasem siarkowym. Nasz rodak rozpuszcza się całkowicie w ciągu 24 godzin.

Tak kończy się historia Leona Czołgosza, który pragnąc zdobyć uznanie tych, którzy go nie lubili postanowił – w interesie tych tych, którzy jego poparcia nie pragnęli, kierując się ideami, których nie rozumiał i wychodząc z błędnych założeń – zamordować wybranego przez siebie prezydenta, ściągając na siebie niechęć i nienawiść wszystkich. Gdyby nie pomoc zarazków gangreny – nawet to by mu się nie udało.

%d blogerów lubi to: