Zapiski stróża nocnego

Luty 16, 2017

Prowadzimy coś na kształt dyskursu zrezygnowawszy z podejmowania ryzyka uprzedniego definiowania pojęć i z pokory wobec wielości znaczeń. To jest naturalnie spore uogólnienie lecz nie powinno odwracać naszej uwagi od łatwo stwierdzalnego faktu, że aksjologia jest wielką przegraną naszych czasów.

Społeczeństwo jest wspólnotą, którą łączy sprzeczność interesów, a dzieli wspólny język.  W przypadku narodu jest dokładnie odwrotnie.

Nie widomo jednak komu można to zakomunikować. Gdy każdy może powiedzieć wszystko, nic nie jest godne niepodzielnej uwagi. Szymon Słupnik pozbawiony słupa staje się postacią tragikomiczną. Szczególnie wówczas, gdy jeszcze tego nie zauważył.

Czy to się może skończyć dobrze?

Reklamy

Lewactwo

Maj 31, 2011

To nie jest śmieszny tekst, będziemy kopać leżącego. Nie sprawia przyjemności, ale co tam. Czasem trzeba.

Trudno powiedzieć, kto pierwszy wprowadził u nas ten żałosny element do pozorów dyskursu. Wiadomo, w jakich kręgach i przy czyjej pomocy ten wypadek przy pracy się upowszechnił. Po 1989 roku spotykamy rozliczne nieporadne próby reanimacji języka, którym mogą (mogłyby) posługiwać się strony w procesie wymiany poglądów nazywanych często frywolnie politycznymi. Zaryzykujmy twierdzenie: ojcem był brak wyobraźni, matką ignorancja. Wyszło – jak często u nas wychodzi – strasznie, głupio i śmiesznie.

Krótka wycieczka w przeszłość.

Cofamy się o 200 lat. Z kawałkiem. Polityczne spektrum z podziałem na „prawo i lewo“ pojawiło się w 1789 roku, bo jakoś trzeba było dokonać uproszczonej publicystycznej wiwisekcji utworzonej (akurat, akurat) paryskiej konstytuanty. Ale już wówczas (z dzisiejszej perspektywy) było zabawnie. Żeby się nie mieszało, feudalizm zasiadł po prawej, a zalążki tworzącego się akurat kapitalizmu, po lewej. To nie pomyłka: kapitalizmu. Burżuazja, zwolennicy akumulacji kapitału, wolnego rynku i takich tam siedzieli z lewej strony. W ten sposób infantylnie uproszczony sposób klasyfikacji poglądów wkroczył na scenę tzw. dziejów i (mimo oczywistej, zacierającej złożoność pozycji/poglądów jedno-wymiarowości) już pozostał. To, co w zamierzeniu miało kibicom wydarzeń ułatwić (przez wprowadzenie zrozumiałego sytemu koordynat) ich zrozumienie, rozpoczęło swój byt samoistny, byt będący długą procesją swobodnych interpretacji, mniej lub bardziej nieporadnych insynuacji i zwykłych pomyłek wypływających z ignorancji. Cały wiek XIX tak było i ciągnęło się aż (nieomal) do przełomu lat 60tych i 70-tych zeszłego stulecia. Nieadekwatność politycznej kartografii opartej o dwie strony zaczęła być oczywista już w okresie dwudziestolecia międzywojennego, gdy nacjonaliści zaczęli epatować socjalizmem, komuniści nacjonalizmem, konserwatyści liberalizmem, a socjaldemokraci odkryli konserwatyzm. Stare przyzwyczajenia mają jednak to do siebie, że nie wymierają wówczas, gdy tracą rację swego istnienia. W prowincjonalnej retoryce terminy potrafią przetrwać również, gdy ich funkcja jest niejasna i służy (zamiast orientacji) zniesławieniu przez rzucanie niezrozumiałych kalumnii. Droga do nowych, uwzględniających zaistniałe zmiany krajobrazu, modeli politycznego spektrum nie była prosta. Zaczął (chyba) w 1963 Pournelle, za nim podążyli w 1968 roku Brysson i McDill („The Political Spectrum: A Bi-Dimensional Approach” w The Rampart Journal of Individualist Thought, 1968). Również z politologiczno-anarchistycznego kącika odezwali się Stuart Christie i Albert Melzer. W 1971, za oceanem zabrzmiał Nolan, a potem, wobec niezliczonej mnogości jedno- i wielowymiarowych modeli, nie tylko politolodzy, lecz nawet gminni działacze partyjni i związkowi przestali używać archaicznej nomenklatury opartej na schemacie lewo-prawo.

Co się stało?

Historia lubi sobie jednak z nas od czasu do czasu zadrwić. Rok 1989 wyrzucił na brzeg sadzawki europejskiej demokracji szereg państw, których obywatele, z przyczyn od siebie niezależnych, przez ponad pół wieku oddzieleni byli nie tylko od korzeni i areny politologicznego dyskursu, lecz również – chcąc, nie chcąc – przespali ewolucję używanego w nim języka. Oznaczało to zmartwychwstanie (głównie w państwach byłego bloku radzieckiego) dawno pogrzebanych trupów lewicowości i prawicowości w publicystyce mającej ambicję uchodzenia za polityczną. Terminy nie opisują co prawda ani zastanej, ani chcianej rzeczywistości, nadają się jednak do obrzucania się zarzutami „o coś” i insynuowania (w zamierzeniu insynuujących kompromitującej) proweniencji konkurenta do  władzy. I tutaj dochodzimy do miejsca, gdzie nader płytko pogrzebany leży pies, o którym jest ten tekst, czyli „lewactwo”.

Jak to działa?

Bez „lewactwa“ trudno sobie wyobrazić mechanizm machania cepem zwany też w Polsce czasem żartobliwie wymianą politycznych poglądów. Lewactwo zadomowiło się w podkorowych obszarach (uważających się za konserwatywnych tytanów myśli) pieniaczy i wydobywa się (przy każdej okazji) na powierzchnię wszechogarniającego bełkotu. „Lewakiem” (podobnie jak Żydem) zostaje się w naszej ojczyźnie w sposób uznaniowy. W uproszczeniu, przyjmując na moment obcą optykę,  można jako lewaka zdefiniować „każdego, posiadającego poglądy odmienne od poglądów uważającego się za strażnika konserwatywnych wartości osobnika, który się tym epitetem mniej lub bardziej nieporadnie posługuje“. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że istotne jest przyporządkowanie rozmówcy definiowalnego zestawu poglądów, lub określonej przynależności. Chodzi raczej o gest maskujący językową bezradność, bezradność, której istotą jest przeświadczenie, że używając określenia obraźliwego, używający może pozwolić sobie na luksus rezygnacji z uzasadniania sensowności swego stanowiska. Luksus, wobec oczywistości intelektualnych niedomagań, oksymoronyczny, bo niezbędny.

Cała sprawa ma jednak niebywale zabawny aspekt, który najwodoczniej umyka tym, którzy się  epitetem na co dzień posługują. I głównie dlatego jest zabawny. „Lewactwo” nie jest wynalazkiem ani konserwatywnych think tanków, ani prawdziwych patriotów. Ojcem chrzestnym (tak potrzebnego konserwatywnym wannabies) pojęcia jest Włodzimierz Uljanow, znany też jako Lenin. To on, jeszcze w 1922 roku w ramach obrony monopartyjnej dyktytury wymyślił,  „lewactwo“ (левизна ) jako zbiorowe określenie na tych, którzy w swej infantylnej oraz naiwnej (lecz jego zdaniem na pewno szkodliwej) ślepocie nie zgadzali się z jego wizją przebudowy społeczeństwa. Sylvia Pankhurst mogłaby na ten temat powiedzieć dużo. I swego czasu powiedziała. Bycie „lewakiem” nie było przyjemne w raju robotników i chłopów. Każdy mógł nim zostać, np. domagając się sprawiedliwości społecznej, powołując się na zaszczytne idały rewolucji lub kwestionując omnipotencję nowej biurokracji. Albo nie robiąc zupełnie nic. Anarchiści, anarchosyndykaliści, związkowcy, feministki, niewygodni krytycy spotykali się (po uzyskaniu etykietki) w tym samym łagrze lub przed tym samym plutonem egzekucyjnym. Po 1945 „lewactwo“ przetrwało w partyjnej nowomowie opierających się reformatorskim tendencjom zachodnich komunistycznych jaczejek (jako leftism lub gauchisme) do ich początku końca, czyli do końca lat 60tych zeszłego stulecia. Ironia losu sprawiła, że po 1989 reanimatorami językowego, leninowskiego trupa, stali się postkomunistyczni kandydaci na konserwatystów.

Finał, czyli co mamy.

Tak więc mamy obecnie to, co mamy. Uważających się za praw(ico)ych publicystów i dyskutantów wymachujących w celach denuncjacyjnych leninowskim dyktatorskim wynalazkiem w przeświadczeniu, że jest to sprytne rozwiązanie. Jak również uważających się ( z jakichś niejasnych powodów)  za lewicowych  publicystów i dyskutantów przejmujących (niejednokrotnie bezmyślnie i bez większego sprzeciwu) język przeciwnika.

Tłumaczenie, że u podstaw stosowanej retoryki nie leży ani znajomość znaczenia, ani świadomość źródłosłowu, ani też jakaś szczególnie wyuzdana koncepcja intelektualna, jest nadaremne i mija się niestety z celem. Lewactwo. Machnijmy ręką.

—-

Wpis ten jest (w swoisty sposób) kontynuacją tego i tego.

%d blogerów lubi to: