Pan Kotek był chory i leżał.

Kwiecień 24, 2011

Pan Kotek nie miał powodów do śmiechu. Pan Kotek był chory i leżał w łóżeczku. I przyszedł pan Doktor i nic nie powiedział, tylko pokiwał głową i znów sobie poszedł, bo miał dużo innych ważnych, nie cierpiących zwłoki zajęć. Choroba kotka pasowała do nich jak pięść do nosa. Poza tym pan Doktor podejrzewał, że pan Kotek – podobnie jak większość jego pacjentów – jest symulantem. Niskie mniemanie o pacjencie, jak również ugruntowane przekonanie o błahości jego schorzeń nie przeszkadzało mu jednak domagać się stosownego honorarium.

Pan Kotek (ze swojej strony) uważał pana Doktora za leniwego hochsztaplera. Gdy o nim opowiadał krewnym bądź znajomym, używał przeważnie sformułowania “ten zachłanny felczer”. Było to najłagodniejsze z wszystkich używanych przez pana Kotka sformułowań, innych nie przytoczymy – bo i po co.
Poza tym pan Kotek, nasłuchawszy się opowiastek, że praca pana Doktora nie jest pracą, lecz służbą, uważał że mu się należy. Jest chyba zbytecznym nadmieniać, że pan Doktor nie podzielał tego zdumiewająco naiwnego poglądu.

I tak sobie koegzystowali: pan Kotek wieszał psy na panu Doktorze, ten zaś rewanżował się niską jakością świadczonych usług przy jednoczesnym wygórowanym mniemaniu dotyczącym ich wartości. I żyli by sobie długo i szczęśliwie gdyby pan Doktor nie zmarł nagle na zawał serca. Co dla pana Kotka -bądźmy szczerzy – było rodzajem afrontu.

Obecnie pan Kotek żyje w stanie nieustannego dyskomfortu, a czasem nawet strachu. Negatywne emocje wynikają z faktu, że na wypadek ponownego pojawienia się dolegliwości, nie będzie miał na kogo narzekać.

Drogie dziatki, pamiętajcie: jeśli (w przyszłości) usłyszycie propozycję wzięcia udziału w poważnej dyskusji na temat roli służby zdrowia, jakości jej świadczeń, sprawiedliwości lub niesprawiedliwości systemu ubezpieczeń zdrowotnych, knowań lobby farmaceutycznego,
tego co pomaga, a co nie pomaga na to i owo – nie strońcie od trudnych tematów. Pamiętając, że jeszcze nigdy i nigdzie nie wynaleziono systemu, który zadowoliłby tych, których on dotyczy.

Odpowiedzi: 57 to “Pan Kotek był chory i leżał.”

  1. Pistacjowy Kosmita said

    :))))

    P.S.
    Pozdrawiam.

  2. cmss said

    Drogie dziatki, czy naprawdę chciałybyście żyć wiecznie?

  3. kwik said

    Jestem za całkowitym sprostytuowaniem wszystkich profesji. Na usługi prostytutek mało kto narzeka.

  4. kwik said

    @ cmss – chyba „drogie dziadki”.

  5. telemach said

    ” Jestem za całkowitym sprostytuowaniem wszystkich profesji. Na usługi prostytutek mało kto narzeka. ”

    Nieprawdaż?

  6. Pan CMSS znowu raczy żartować. Wszyscy by chcieli, nawet zamachowcy samobójcy, a przede wszystkim oni!!!

  7. zeen said

    Mamy najwygimnastykowańszych chorych na świecie.
    Kręcić salta ze śrubą lewo i prawoskrętną jednocześnie w rytm kolejnych reform i rozporządzeń służby zdrowia – no kto daje radę? Tylko nasi…
    I dziadki i dziatki – wspólnie dajom rade ;)

  8. Wimmer said

    Parę miesięcy temu trafiła mnie przykra dolegliwość – tzw. konflikt podbarkowy unieruchamiający częściowo bark. Po dwóch miesiącach prób przemilczenia problemu i czekania, aż samo przejdzie, poszedłem wreszcie do lekarza pierwszego dotyku i dostałem skierowanie do ortopedy. Próba zarejestrowania się u ortopedy spełzła na niczym, bo dostałem… dwumiesięczny termin. Oczywiście skończyło się na kosztownych wizytach i badaniach w prywatnej lecznicy (naturalnie od ręki), bo nie dało się już dłużej czekać. Ja jeszcze mogę, ale co ma zrobić biedny jak mysz kościelna emeryt, którego nie stać na wizytę za 120 zł, rentgen za 90 i USG za 130? Państwowa służba zdrowia jest mocno niewydolna, a chory czeka i cierpi.

  9. telemach said

    Wimmer:
    „chory czeka i cierpi.”
    Pacjent ma swój źródłosłów w języku łacińskim. Ten zdefiniował chorego jako ” cierpiącego oczekującego z cierpliwością”. Nie sprecyzował jednakże, na co on czeka. Cierpliwość przeszła do większości języków (patient, der Patient, пациент, el paciente, il paziente, le patient)- co daje do myślenia.
    To nie jest cynizm ani brak empatii, to stwierdzenie uniwersalności zjawiska. Język odzwierciedla rzeczywistość którą opisuje. Co nie zmienia faktu, że z punktu widzenia pacjenta, lepiej by może było gdyby stał się klientem.

  10. caddicus said

    To już wolę trzymać się wersji żyli długo i szczęśliwie. Doktor dla pana Kotka był jak krem na zmarszczki dla kobiet: nie pomagał, ale dawał dobre samopoczucie.

  11. porcelanka said

    Pouczające.:)
    Choć afront jest zastanawiający. Ale to dlatego, że założyłam mimo wszystko rozerwalność koegzystencji. Ale to może jest naiwne założenie.
    Choć z drugiej strony, cmss ma rację. ;)

  12. zeen said

    Wimmer,
    wydał tyle pieniędzy, bo zapomniał o recepcie doktora Grünsteina…
    :-)

  13. Wimmer said

    @Zeen – trafiłem w Tubie na zabawny kawałek:
    Švejk u doktora Grünsteina

  14. Torlin said

    Jakby Wimmer poszedł od razu do lekarza, toby nic nie czekał (tylko te właśnie 2 miesiące).

  15. andsol said

    …gdyby pan Doktor nie zmarł nagle na zawał serca.
    Z pozoru to zawał serca, ale gdyby symulant Kotek nie zawracał głowy szlachetnemu Doktorowi, ten by żył i żył i zdrowie by mu się bokami przelewało. Największym nieszczęściem Doktorów są takie Kotki.

    Wieszanie Psów, samo w sobie już wykazujące niepodważalnie charakter Kotka, naganne w każdej sytuacji, przyspieszyło tragedię przez dokonywanie tej ohydy na zdrowym ciele Doktora. A nie po to spędził on 6 lat w Akademii, by go później byle jaki Kotek opsił. Niestety odnosi się wrażenie znieczulenia narratora na cierpienia Doktora, nie mówiąc już o pełnej obojętności na wieszane Psy.

    I o jakiej tu ich koegzystencji można było mówić, skoro Doktor ciągnął z trudem od pierwszego do pierwszego, a Kotek zalegał w łóżku. Niewypłacalność symulantów sprawia, że nieopłacalne jest pełne oddanie Doktorów swojej Służbie i na ogół tracą na niej swoje zdrowie, a czasami – jak i w opisanym tu przypadku – i życie.

    Ale czemu tu się dziwić? Wystarczy popatrzeć na niewysławialny cynizm innych opowieści z tutejszych zasobów, by wiedzieć jaki mógł los spotkać Doktora. I nie znajdziemy tu ani słowa o dzieciach i żonie opuszczonej przez Doktora. Na zawsze!

    Składki na pomnik Doktora zbierane są przez Izbę Lekarską i jeśli ten Kotek ma choć odrobinę Honoru, niech złoży swoje truchło dla uczczenia Człowieka, którego doprowadził do stanu przedpomnikowego.

  16. Wimmer said

    @Torin – teraz to już wiem ;-)

  17. „Niewypłacalność symulantów sprawia, że nieopłacalne jest pełne oddanie Doktorów swojej Służbie i na ogół tracą na niej swoje zdrowie, a czasami – jak i w opisanym tu przypadku – i życie.”

    Nie proszę Pana, jeszcze raz nie. Jest dokładnie odwrotNIE. Winny jest zawsze ten drugi, a nas jest więcej.

  18. Bobik said

    Zawsze to samo. Kotek zawinił, psa powiesili.
    Czy nie mógłby chociaż raz beknąć ten, co zasłużył? I czy ustalanie, kto zasłużył, nie mogłoby wreszcie odbywać się z jedynie słusznego, psiego punktu widzenia?

  19. System pożera własne dzieci…

  20. Winno być: System co pożera własne dzieci.
    Przepraszam.

  21. mona said

    Dla mnie jest to tekst o korupcji powstającej i samonapędzającej się w układzie trójbiegunowym. Wierzchołkami trójkąta są (niezadowoleni z wynagrodzenia) świadczący usługi,(niezadowoleni z usług) ich odbiorcy i system finansowania świadczeń, który jest pochodną, a zarazem przyczyną obu postaw. Pomiędzy korupcją usługodawców i usługobiorców zachodzi relacja sprzężenia zwrotnego i negatywnego wzmocnienia. Wszyscy uczestnicy tej smutnej i samonapędzającej się farsy kierują się, co zrozumiałe, myśleniem życzeniowym, nie chcąc przy tym dostrzec swej kolektywnej roli we współtworzeniu systemu.
    Bardzo smutny wpis jak się zastanowić.

  22. telemach said

    mona:

    jest to tekst o korupcji

    Czym jest tekst wynika z tego, co w nim zostanie dostrzeżone przez czytelnika. Jeśli ten nie dostrzeże – to żegnaj Palomo. Jak (raczej) w tym przypadku. No może z wyjątkiem Ciebie i Andsola, chociaż i on wybrał tryb żartobliwy.

  23. Bobik said

    Domaganie się od czytelników, żeby łączyli wnikliwe dostrzeganie ze świątecznym obżarstwem, a nieraz i opilstwem, jest po prostu nieludzkie. O tym, że niepsie, już nawet nie wspomnę. ;)
    Andsolowi oczywiście łatwiej, bo on świąt nie obchodzi. Ale… czy się mylę, czy słyszę w głosie Autora lekką nutkę żalu, że andsol wybrał ton żartobliwy? Na mój psi rozum, ton żartobliwy może nie gorzej trafiać w sedno, niż ten poważny. Zwłaszcza kiedy się mówi o rzeczach, u którymi się nie identyfikuje, tylko stara się do nich mieć dystans. Ale bo ja wiem, czy to słuszne podejście?

    Prawdę mówiąc, zacukałem się trochę, bo sam mam tendencję do notorycznego wpadania w żartobliwość. I na myśl, że mogłoby w tym być coś przykrego dla Autora, aż się boję podejść do dostrzegania. ;)

  24. telemach said

    bobik: w tonie żartobliwym nie ma nic zdrożnego. Wybór Andsola jest uprawniony – zwykła konstatacja. Tekst jest istotnie (być może) mało strawny świątecznie w sensie, że komu by się chciało zdrapywać lakier z powierzchni. A na pewno Autor jest sam sobie winien wybierając powierzchowną konwencję zabawnej opowiastki do opisania piekła, które wciąż na nowo – nolens volens – sami sobie stwarzamy na ziemi. Więc teraz nie powinien jęczeć.

  25. Bobik said

    Uff, poczułem się uspokojony. ;)

    W święta w ogóle mało komu się cokolwiek chce i chyba najlepiej to przeczekać. A jak chodzi o wybór zabawnej konwencji, – no, ja chyba będę ostatnim, który miałby prawo rzucić bumerangiem. Niech inni rzucają, jak znajdą powody.

    Co do piekieł (bo nie jest to chyba tylko jedno piekło), które sobie stwarzamy… No cóż, teoria mówi, że system można zmienić tylko od wewnątrz (choć zewnętrzne bodźce mogą te zmiany prowokować). Tymczasem większość utkwionych w systemie i niezadowolonych z niego czeka na jakąś tajemniczą Siłę, która przyjdzie i naprawi, albo przestaje w ogóle myśleć o zmianie i realizuje się w narzekaniu, wzmacniając tym samym status quo.
    I tak to na ogół trwa, dopóki wewnątrz systemu nie znajdzie się jeden albo kilku wariatów, do których jakimś cudem nie dotarło, że „ten system” jest niereformowalny. Takim wariatom czasem się nawet jakąś bryłę z posad udaje poruszyć czy przekształcić. Ale z tego wcale jeszcze nie wynika, że Pan Kotek i Pan Doktor (gdyby żył) z tej nowej bryły będą zadowoleni. Wot zagwozdka.

  26. mona said

    @Bobik:
    „Tymczasem większość utkwionych w systemie i niezadowolonych z niego czeka na jakąś tajemniczą Siłę, która przyjdzie i naprawi, albo przestaje w ogóle myśleć o zmianie i realizuje się w narzekaniu, wzmacniając tym samym status quo.”

    Zastanawiam się dlaczego niezadowoleni nie są skłonni zastąpić niezadowolenia zastanowieniem się nad tym jak ich zdaniem „powinno być” i kto to ma to czyim kosztem zrobić. Bo że ma być dobrze – to wszyscy jesteśmy zgodni, tyle tylko, że to „dobrze” zawsze jest czyjeś.

  27. beatrix said

    MOna,

    własnie dlatego, ze nikt nie chce poniec kosztow. Koszty powinni poniesc „tamci”, albo „ci,ktorzy do tego doprowadzili”. Jak przyjdzie wreszcie odwazny, ktory powie, ze koszty musimy poniesc wszyscy i powie jeszcze jakie i do czego dojdziemy (do dalszego ponoszenia kosztow, „darmowej sluzby zdrowia” nikt jeszcze nie wynalazl, o ile mi wiadomo)to mozna wowczas bedzie pomyslec, ze idziemy. Na razie krecimy sie w kolko, ktore zgrabnie opisalas jako trojkat.

  28. mona said

    @beatrix: ale po co nam politycy skoro nikt nie chce powiedzieć, że nie ma lunchu za darmo? I kim są w takim razie ludzie udający polityków? I dlaczego nikomu nie przeszkadza, że jacyś ludzie udający polityków mogą ich udawać? I dlaczego ci, którzy nie przejmują odpowiedzialności za wybór polityków chcących i mogących rozwiązać (w jakikolwiek sposób) nękające ich problemy, potem uskarżają się na to, że problemy są nierozwiązane?

  29. @mona
    „Zastanawiam się dlaczego niezadowoleni nie są skłonni zastąpić niezadowolenia zastanowieniem się nad tym jak ich zdaniem „powinno być” i kto to ma to czyim kosztem zrobić.”

    Alez wiekszosc niezadowolonych doskonale wie, co zrobic. System aktualny ma trzy glowne wady: po pierwsze: jest w nim za malo pieniedzy (m.in. dla lekarzy), po drugie: za duzo urzednikow, po trzecie: jest panstwowy, a co panstwowe, to w Polsce, wiadomo, niczyje. Wiec też nikomu z zarzadcow (politykow, ktorzy i tak z publicznej sluzby zdrowia nie korzystaja) pod nieobecnosc wlascicieli nie zalezy na jego uzdrowieniu (czytaj: sprywatyzowaniu). No, chyba że przy okazji prywatyzacji jakiegos szpitala mozna sobie ubogacic kumpla…

  30. Bobik said

    Może nie przyjmujemy odpowiedzialności za wybory polityczne (lub przyjmujemy niechętnie), m.in. dlatego, że coraz więcej osób czuje się niereprezentowanych i głosują wyłącznie na jakieś tam mniejsze zło? Ale to oczywiście jeszcze nie powód, żeby tych nawet „z musu” wybranych polityków nie nękać i nie żądać od nich rozliczania się z tego, co i jak robią. Bo darmowych obiadów wprawdzie nie ma, ale sposób rozdysponowania najmarniejszego choćby budżetu zawsze jest do ustalenia. Wolimy dziś zacisnąć pasa, a jutro odetchnąć, czy dziś zaszaleć, a jutro skoczyć z mostu? Wolimy te marne 3 grosze wetknąć w szafę grającą czy do skarpety? Itp, itd.
    Kiedy się ma poczucie wpływu na jakieś decyzje, skłonność do narzekania na nie wydatnie się zmniejsza. Ale często tego wpływu sami się pozbawiamy, zakładając z góry, że to i tak nic nie da.
    Mam taki tekst, którego używam przy opisie systemów rodzinnych: ludzie wolą mieć rację, niż być zadowoleni (z wariantem: ludzie wolą znaleźć winnego, niż być zadowoleni). Kiedy ten tekst wygłaszam do jakiegoś zainteresowanego, on zwykle rzuca się na mnie i chce mnie pogryźć. Bo przecież on wszystko robi, żeby być zadowolonym z życia, a ja tu takie bzdury…
    A jak jest naprawdę? Kiedy ktoś mi się skarży, jaki jest nieszczęśliwy, bo, powiedzmy, ta cholerna żona stale wrzeszczy o jakieś skarpetki nie tam gdzie trzeba położone, pytam go, jak sobie wyobraża sytuację zadowalającą. No, żeby żona nie wrzeszczała – mówi rozmówca. Okej, powiadam, a próbowałeś, czy ona by dalej wrzeszczała, gdybyś kładł te skarpetki tam, gdzie trzeba? Zwykle w tym miejscu rozmówca dostaje szału: to przecież nie o to chodzi! A o co? Zwykle po dłuższym kluczeniu okazuje się, że o przyznanie, że to żona jest wredna i że „z tym się nic nie da zrobić”.
    Żeby było sprawiedliwie – gdybym rozmawiał z tą żoną, efekt byłby idealnie symetryczny. Też okazałoby się, że to on jest zły i nic się z tym nie da zrobić, a ja jestem potrzebny tylko po to, żeby przyznać jej rację.
    Wbrew pozorom to było cały czas na temat. ;) Bo żeby poprawić system warto mieć – poza przekonaniem, że to jest wykonalne – cele zdefiniowane trochę wyraźniej niż „ma być dobrze” i trzeba się zgodzić na rozpoczęcie zmian od siebie (czyli na poniesienie kosztów). A to jest wiele trudniejsze, niż znalezienie winnego albo kogoś, kto będzie skłonny potwierdzić, że tak, mamy rację – nic się nie da zrobić.

  31. staruszek said

    Telemach zakończył historię Kotka pesymistycznym stwierdzeniem o systemach wszelakich.

    Dbanie o zdrowie jest jednym z wydajniejszych źródeł korupcji. Dopóty inzynieria genetyczna nie upora się z niosącym zagładę sposobem replikacji telomerów, dopóty będziemy wskazywać system ochrony zdrowia jako przykład niemożliwych do rozwiązania sprzeczności.
    Pan Doktor chciał wykiwać Mefista i załatwić sobie wielokrotną reinkarnację za kilka kropel krwi.
    Pokarało go zawałem.
    Pan Kotek zamiast wyciągnąć plik zaczął stękać.
    Nie jest głupotą w młodości nie wiedzieć jak chorować. Głupotą jest nie wiedzieć dlaczego tak wielu jest lekarzy. I nikt nie chce wprowadzić do szkoły powszechnej tematu lekcyjnego z tytułem lekcji: „Wszyscy mądrzy ludzie z pokoleń starszych o cztery umarlli.”
    Gdyby się to nauczanie upowszechniło, tęsknota za systemem jednogłośnie akceptowalnym nie bolała by tak bardzo.
    Dzisiejsza Polska jest przeżarta korupcją.
    Być może już jutro będzie chodziła fama o cenniku odpuszczania grzechów. Coś takiego sobie przypominam w kontekście przybijania do wrót.
    Ja mojemu bogu odpuszczam.
    Tylu malkontentów musi zadowolić!

  32. Wspomniałam o Systemie, że marnie sobie poczyna, bo tak się składa, że lekarze (w przytłaczającej) większości uznając się za klienta… przemysłów farmaceutycznego i spożywczego z ich mark-i-etingiem włącznie, żyją średnio lat 57. Wiara markietingowi cudów nie czyni.

  33. fren said

    @Mona – jasne, trudno się z tym nie zgodzić, nie ma lunchu za darmo, ani śniadania, ani kolacji też. Wszystko wydaje się takie proste, kiedy mówimy ogólnie o systemach, ludziach udających polityków, którzy nie potrafią powiedzieć tego wprost o co chodzi. Pewnie trudniej powiedzieć by było rodzicom: trudno, państwa dziecko musi umrzeć, bo nie stać państwa było na wykupienie ubezpieczenia, z którego sfinansowałoby się jego terapię.
    O ile wiem, nigdzie na świecie nie znaleziono systemu opieki zdrowotnej, która zadowalałyby wszystkich, zwłaszcza przy postępie medycyny i rosnących jej kosztach.
    A wracając do pana Kotka, a jeżeli on nie symuluje, jeżeli rzeczywiście jest chory?
    Trudno mi o tym mówić, bo znałam lekarza, który uważał swój fach za powołanie, który twierdził, że nie ma żadnego przymusu bycia lekarzem. Ale cóż, czasy się zmieniły, może to i dobrze, że ta osoba już nie żyje, nie umiałaby odnaleźć sie w dzisiejszym świecie.

  34. Bobik said

    Fren, mnie się wydaje, że my się często – w ślad za politykami i różnego rodzaju „ekspertami” – zgadzamy na przyjęcie fałszywej i niekoniecznej optyki. Każda leninowska kucharka wie, że jeżeli jej nie starcza na kawior, schabowego i chleb powszedni, to najpierw rezygnuje z kawioru, potem – choć z pewnym bólem – ze schabowego, ale chleb powszedni stara się kupować do ostatniego tchu. Znaczy- jak nie ma na wszystko, trzeba ustalić priorytety.
    Polityk może przemówić do społeczeństwa w te słowa: kochane społeczeństwo, cienko w kasie, więc zdecydujcie, z czego wolicie zrezygnować: z ochrony dziedzictwa narodowego, z lekcji religii i z piłki kopanej, czy z ochrony zdrowia? Ale polityk na ogół nie przemawia w ten sposób, bo po pierwsze zwykle widzi tylko drzewa, nie las (myślenie resortowe), po drugie w momencie, kiedy usiadł na stołku, nabrał przekonania, że nos dla tabakiery, a po trzecie boi się tych od dziedzictwa, religii i piłki kopanej wiele bardziej niż społeczeństwa.
    Ale tu jest właśnie możliwość zrobienia czegoś. Jeżeli społeczeństwo uważa, że ma takie a takie priorytety i tak a tak wolałoby tę cienką kasę dzielić, to może dawać głos, robić stały oddolny nacisk i bezlitośnie wyborczo karać tych, którzy na jego głos są głusi. Tak żeby politycy przypomnieli sobie dla kogo ta tabakiera i zaczęli bardziej przejmować się głosem nosa, niż rozgrywkami na podwórku władzy.
    Takie dawanie głosu, które uwzględnia realia i nie domaga się cudu, tylko zgodngo ze zdrowym rozsądkiem i wolą większości ustalenia priorytetów, nie ma nic wspólnego z postawą roszczeniową. To jest po prostu próba postawienia tego, co stoi na głowie, z powrotem na nogi.
    Oczywiście to, co napisałem, ma sens tylko pod tym warunkiem, że większość społeczeństwa istotnie bardziej przejmuje się zdrowiem i życiem swoich dzieci bądź staruszków, niż dziedzictwem, lekcjami religii, wyposażeniem gabinetów, tudzież piłką kopaną.

  35. porcelanka said

    Jest jeszcze jedno wyjście z tego pozornego koziego rogu. Pan Kotek może zadać sobie pytanie:
    – Co mogę zrobić, ja Kotek, by nie być klientem Pana Doktora?
    – Jaką wiedzę zgromadzić i jak wykorzystać? Co zmienić w swoich nawykach, stylu życia, diecie, żeby nie być chorym albo dolegliwość swą znacznie zmniejszyć?
    – Czy doprawdy chciwy i ograniczony Pan Doktor, podcinający gałąź, na której siedzi jest jedynym dostępnym mi felczerem?
    wreszcie:
    – Czy moimi wyborami zmieniam siebie, swoich bliskich, a nawet…system?

  36. staruszek said

    Porcelanko!
    „Żyje jeszcze człek poćciwy!”
    Piękną anegdotę znam. Ktoś kupił domek zdala od City wsi Londyn. Postawił warunek: wszystko w nim zostaje „jak jest”. Nie targował sie wielce. Kupił.
    Sprzedał filiżankę stojącą w oknie parteru za cenę apartamentu w City.
    Skoro Telemachowi się nieudało, to recepta musi zawierać coś więcej niż kaolin i zdobienia.

  37. porcelanka said

    Staruszku, pewnie tak. Ale nawet najlepsza recepta, jeśli dana jest społeczeństwu o zniewolonych umysłach, które nie chce wziąć spraw we własne ręce, będzie… tylko receptą.
    Toteż nieuchronnie Pan Doktor również mógłby zadać sobie pytanie:
    – Co mogę zrobić, ja Doktor, by ten upierdliwy symulant Pan Kotek nie zawracał mi tak często gitary?
    – Jaką wiedzę mu przekazać i jak ją podać, żeby Kotek pojął, że ja tu tylko… sprzątam?
    – Czy doprawdy wiem już wszystko, żeby być najlepszym doktorem jaki chodzi po powierzchni ziemi? ;)
    wreszcie:
    – Czy moimi decyzjami zmieniam siebie, swoich pacjentów, a nawet…system?

  38. mona said

    @Tomek Łysakowski
    @Bobik
    @Fren
    @Staruszek
    @Teresa Stachurska

    Wszystko dobrze, ale. Jeśli partykularność interesów, indolencja polityków i brak jasno określonych celów wyznacza granicę tego co możliwe, a z drugiej strony tzw. społeczeństwo nie jest w stanie wymusić debaty, która by te cele określiła, to może jako byt zbiorowy mamy dokładnie to na co zasługujemy? Coraz większe figury Chrystusów, coraz wspanialsze beatyfikacje z otoczką, coraz głośniejsze kłótnie na tematy chyba tak naprawdę mało istotne?

    Z drugiej strony zastanawiam się nad odpowiedzialnością dziennikarzy i mediów. Przemieszczając się po świecie jestem świadkiem publicystyki politycznej polegającej na tym, że politycy zmuszani są przez dziennikarzy do wypowiadania się na temat ich zamierzeń, celów ich działań, terminów realizacji, dostosowania strategii do zasobów i możliwości. Gdy przekraczam Odrę lub Karpaty, słyszę jazgot wywoływany przez polityków politykujących na temat tego co powiedzieli inni politycy. I to mnie nawet nie dziwi, dziwi mnie, że ten jazgot jest zagospodarowywany i moderowany przez publicystów. A jeszcze bardziej mnie dziwi, że ta koegzystencja pyskaczy i sensatów uznawana jest przez większość za stan normalny. Tę samą większość, która po wytarzaniu się w błocie polityczno-publicystycznej pyskówy, kładzie się wieczorem do łóżek wzdychając tęsknie do tego żeby „wreszcie było u nas normalnie”.

  39. andsol said

    Staruszku, ta historia o filiżance z dynastii Ming jest apokryfem, prawda jest w tym, że kolekcjonerowi Merlin powiedział, że w pewnym cottage będzie w oknie cup zawierająca płyn wiecznego zdrowia i młodości. On zapłacił nie za opakowanie zewnętrzne (cottage) ani wewnętrzne (cup) a za parę łyżeczek zawartości. I dlatego do dziś nie potrzebuje lekarzy.

    A my tak. Nawet jeśli wolimy Merlina.

  40. Bobik said

    Mona, w sprawie marnej jakości zarówno klasy politycznej, jak i mediów, jestem Ci gotów przybasować bardzo donośnym szczekiem, jednakowoż też nie bez pewnych ale, choć może bardziej pytających niż twierdzących.
    Pierwsze ale – to, że media gonią za nowościami, sensacjami, lub choćby sensacyjkami, nie jest niczym nowym ani niezwykłym. I ja bym jednak bardziej był skłonny za nieprofesjonalizm wygryzać polityków prowadzących politykę przy pomocy sensacyjek, niż dziennikarzy na te sensacyjki polujących. Chociaż przyznaję, że też chętnie bym widział i słyszał mniej jazgotu.
    Drugie ale – wciąż powtarzają się głosy, że gdyby media nie bębniły stale np. o Prezesie, to Prezesa by praktycznie nie było. Może i prawda. Nawet sam sobie parę razy z głębi duszy tak jęknąłem. A potem się zastanowiłem – przecież media prawicowe bębnić o nim nie przestaną, wiadomo dlaczego. Czy wtedy te nieprawicowe mogą udawać, że zjawisko nie istnieje? Czy nie będzie to zafałszowanie obrazu rzeczywistości? I czy nie wzmocni to prezesizmu, który przestanie napotykać się na jakikolwiek odpór?
    Trzecie ale – media nie funkcjonują w próżni społecznej. I być może zasłużyliśmy sobie na takie media tak samo, jak na Chrystusów, beatyfikacje oraz galopady smoleńskie? Inaczej pytając: czy to my z mediów, czy one z nas?

    A mnie się marzy kurna cha… tfu! Mnie się marzy, żeby na przykład było takie miejsce, gdzie Pan Kotek mógłby się spotkać z Panem Doktorem (być może jeszcze z udziałem rozsądnego, nieagresywnego moderatora) i żeby mogli sobie pogadać od serca. Być może okazałoby się wtedy, że ich cele w gruncie rzeczy wcale nie są takie rozbieżne. Że Pan Kotek chciałby być dobrze leczony, a Pan Doktor chciałby dobrze (choć nie za darmo) leczyć. I żeby razem zastanowili się, jak wspólnymi siłami mogliby poprawić to, co od nich zależy, a może i – po dobroci lub przyciskiem – wciągnąć do tego poprawiania i trzeci wierzchołek trójkąta.
    Bo obawiam się, że dopóki Pan Kotek i Pan Doktor uważają się za naturalnych wrogów, ten trzeci wierzchołek może sobie dzielić i rządzić jak mu się spodoba.

  41. mona said

    „Pierwsze ale – to, że media gonią za nowościami, sensacjami, lub choćby sensacyjkami, nie jest niczym nowym ani niezwykłym.”

    Nie jest. To że poza goniącymi nie ma praktycznie innych – jest. Sama pracuję dla takich, które są robione dla maleńkiej mniejszości. Ale one są.

  42. beatrix said

    A co powinno byc pierwsze? Media czy mniejszosc? Bo tego nie moge pojac – co zrobic, zeby pstryknelo?
    I zgodze sie, ze nie jest to nic nowego i niezwyklego, ze gonia, ale jest to bardziej wkurzajace, jesli nie ma zadnej alternatywy.

  43. zeen said

    Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku
    wykończę cię chętnie – rzekł doktor – koteczku,
    reforma systemu opieki jest licha
    więc kończ marudzenie bezzwłocznie i zdychaj
    czy będzie pociechą ci biedna zwierzyno,
    że gdy przyjdzie pora i ja marnie zginę?
    Tego koteczek już znieść nie mógł wcale,
    jak ryknie na niego: spadaj stąd bęcwale!
    I kto cię tu prosił ty durny lebiego,
    mam kaca, to wszystko i nic ci do tego…
    Doktory… bo z nimi są zawsze afery
    przydatni sa jeno, by pisać L4…

  44. fren said

    Bobiku, „…większość społeczeństwa istotnie bardziej przejmuje się zdrowiem i życiem swoich dzieci bądź staruszków, niż dziedzictwem, lekcjami religii, wyposażeniem gabinetów, tudzież piłką kopaną.” – tu mam poważne wątpliwości. Poszczególni członkowie społeczeństwa pewnie przejmują się zdrowiem swoim, swoich dzieci i swoich staruszków, ale już nie zdrowiem dzieci albo staruszków sąsiada, od tego jest ważniejsza piłka kopana. Oburzamy się na polityków, na media, ale przecież oni są „z nas”, to znaczy ze społeczeństwa, mówią tylko to, co większość chce usłyszeć.
    Tu zgadzam się z Moną, mamy to, na co zasługujemy. „…społeczeństwo nie jest w stanie wymusić debaty, która by te cele określiła.” – czy społeczeństwo chce wymusić taką debatę? Może kilku komentatorów na blogu Telemacha, Bobika i kilku innych, reszta chce igrzysk i żeby „mnie było dobrze” A „mnie jest dobrze” zależnie od opcji, albo żeby bogatym dokopać, powiewać sztandarami, stawiać pomniki, budować nowe i nowe kościoły pod wezwaniem NAJWIĘKSZEGO CZŁOWIEKA W DZIEJACH ŚWIATA, który wyszedł z naszego plemienia, no i mieć wszystko za darmo, albo wręcz przeciwnie. Co mnie obchodzą ci niezaradni pechowcy, ja za zdrowie swoich płacę, stać mnie na to i nie życzę sobie, żeby ze mnie zdzierano na jakiś niewydarzonych, w końcu jakaś selekcja naturalna musi być.
    A ja buntuję się zarówno przeciwko jednym, jak i drugim, chciałabym, żeby, jak to ładnie ująłeś Bobiku „…Pan Kotek chciałby być dobrze leczony, a Pan Doktor chciałby dobrze (choć nie za darmo) leczyć. I żeby razem zastanowili się, jak wspólnymi siłami mogliby poprawić to, co od nich zależy, a może i – po dobroci lub przyciskiem – wciągnąć do tego poprawiania i trzeci wierzchołek trójkąta.” Tylko, żeby to osiągnąć, Pan Kotek musiałby przestać symulować chorobę, a Pan Doktor uznać, że jego fach jest trochę powołaniem i nie zaczynać rozmowy od ceny jego usług. Pewnie to marzenie na kilkadziesiąt lat. Nie bez przyczyny Mojżesz ciągał swoje plemię 40 lat przez pustynię.

  45. mona said

    Fren, z tym powołaniem to taka piękna legenda. Zupełnie nieznana poza granicami naszej ojczyzny. Chociaż są szlachetne przypadki przepracowujące swój urlop w Kenii lub Lesotho pod sztandarem Médecins Sans Frontières. Ale to są szlachetne wyjątki a i te zdziwiłyby się gdyby się dowiedziały że mają mieć powołanie.
    Nikt nie domaga się powołania od sędziego,adwokata, bankiera, policjanta ani kierowcy autobusu. Tylko od księży i lekarzy. W Polsce.

  46. Bobik said

    Z tą legendą nieznaną poza granicami naszej ojczyzny trudno byłoby mi się zgodzić. Jak najbardziej znam niepolskich lekarzy, którzy swój zawód traktują jak powołanie (co nie znaczy wcale, że mają wykonywać go bez wynagrodzenia). Zresztą, nawet bez powoływania się na osobiste doświadczenia – jest w końcu bardzo stara tradycja szczególnego traktowania zawodu lekarza, jest przysięga Hipokratesa, której nie składają bankierzy ani kierowcy autobusów, jest deontologia lekarska, która wymaga m. in. dbałości o dobrą opinię profesji, są Médecins Sans Frontières, itd.
    Ale zostawmy już na boku powołanie. W moim przekonaniu większość lekarzy chciałaby dobrze leczyć i pracować w sensownym systemie, bo to byłoby dla nich po prostu z wielu względów korzystne. Tylko że lekarz też człowiek i ulega temu samemu mechanizmowi, co pacjent – często łatwiej mu psioczyć na zły system i wrednych pacjentów, niż usiąść z tymi pacjentami przy stole i zastanowić się, czy dałoby się coś zrobić, żeby było choć trochę lepiej.

  47. mona said

    Bobiku, może i oni, ci znani Tobie a mi nieznani lekarze traktują. Ale czy ich pacjenci wymachują tym powołaniem w ramach prób wywołania u lekarza wyrzutów sumienia? Wątpię.

  48. Bobik said

    O, właśnie, Mona, tu leży mój pobratymiec pogrzebany. Ich pacjenci nie wymachują, bo nie mylą powołania lekarskiego z zakonnym. Lekarze nie ślubują ubóstwa, posłuszeństwa, czystości, ani innych takich numerów. Toteż można im mieć za złe, jeżeli np. lekceważą pacjenta albo nie leczą go zgodnie ze wskazaniami sztuki, ale nie to, że za swoją pracę chcą być uczciwie wynagradzani.

  49. fren said

    Właśnie o to mi chodziło, kiedy mówiłam o lekarzach z powołania. Nikt nie żąda od lekarza, żeby pracował za darmo, ale też zasobność portfela pacjenta nie powinna być jedyną wskazówką, jak go traktować. Chodzi o to żeby o swoich pacjentów się troszczył, nie był zniecierpliwiony, arogancki, żeby nie był to kolejny „ciekawy przypadek” albo nieciekawy, który można zlekceważyć. Zresztą mówimy nie tylko o lekarzach z powołania, słyszałam o położnych z powołania, nauczycielach. Ostatnio mówiła mi ze łzami w oczach znajoma pani po wylewie, nie wstająca z łóżka, dla której udało mi się znaleźć opiekunkę, że to „opiekunka z powołania”, bo nie wpada jak po ogień, ma zawsze dobre słowo i uśmiech, a to zwykła prosta kobieta, tyle że dobra.
    Uważam, że wszyscy pracujący „z ludźmi”, a zwłaszcza z ludźmi cierpiącymi albo dziećmi, powinni czuć powołanie do zawodu, który wykonują, lubić ludzi i się o nich troszczyć. Jeżeli dla kogoś zarobki albo własna kariera jest jedynym kryterium wyboru zawodu, to ma wiele innych możliwości, może być programistą, albo układać kafelki, może być naukowcem albo mechanikiem samochodowym. Nie zrównujmy usług mechanika samochodowego z usługami położnej, samochód nie potrzebuje empatii.
    Kiedy słucham ludzi rozżalonych na nasz system ochrony zdrowia, wydaje mi się, że największym problemem są nie kolejki na zabieg czy do lekarza ale znieczulica, pośpiech, brak spokojnej, zrozumiałej informacji, obojętność lekarzy. To dlatego pacjentom wydaje się, że kiedy wręczą „kopertę”, zostaną potraktowani „indywidualnie”, zresztą często nie bez racji.
    A jeżeli chodzi o wymachiwanie powołaniem „w ramach prób wywołania u lekarza wyrzutów sumienia”, to lekarz z prawdziwego zdarzenia nie potrzebuje wymachiwania, kiedy coś sknoci, on ma wyrzuty sumienia bez tego. Mój bliski lekarz po każdej stracie pacjenta przesiadywał godzinami w bibliotece, żeby się upewnić, że zrobił wszystko co możliwe.

  50. andsol said

    Drodzy, mówicie wiele słusznych i cennych rzeczy. Brak mi tylko elementu, na który wyczuliły mnie lektury Jayme Landmanna, wielkiej klasy medyka (chirurgia), nauczyciela, pisarza, i po prostu obywatela, zaniepokojonego amerykanizacją brazylijskiej medycyny. Otóż nie mówimy do tej chwili o potwornej presji grup od ubezpieczeń i właścicieli szpitali (bo to oni dziś, a nie chorzy, są pracodawcami lekarzy) i całego kompleksu od farmakologii. Jak długo przetrwałby w zawodzie lekarz opierający diagnozy głównie na szczegółowym badaniu historii życia pacjenta i jego rodziny, na oglądaniu, naciskaniu i wąchaniu go? Jakie presje by nań wywarto gdyby chadzał do chorego a nie kazał choremu przytelepać się do niego? Lekarze są pionkami w tej grze i tylko trochę więcej mogą niż pacjenci (no, mogą wejść i wyjść ze szpitala kiedy chcą), ale to dziś nie tyle powołanie, co wezwanie do czytania przepisów i kodeksów.

  51. Bobik said

    O, już widzę, gdzie leżą pogrzebani kolejni przedstawiciele mojego gatunku. Kryterium zysku tak naprawdę wprowadzają do systemu niekoniecznie lekarze (którzy chcą być po prostu wynagradzani stosownie do kwalifikacji i użyteczności społecznej), tylko „trzeci wierzchołek”, nazwijmy go dla uproszczenia instytucje. Ale ponieważ pacjent nie ma z nimi bezpośredniego kontaktu, całe jego niezadowolenie koncentruje się na lekarzach (czy personelu medycznym). Dlatego ja cały czas rozmyślam o stworzeniu czegoś w rodzaju lobby lekarsko-pacjenckiego, które skutecznie(j) mogłoby się temu trzeciemu wiierzchołkowi przeciwstawiać i walczyć o rozwiązania bardziej zadowalające dla wszystkich stron, nie tylko dla jednej.

    Tego, co pisze Fren o wadze empatii, kiedy się pracuje z ludźmi, trudno mi nie poprzeć. W końcu dlatego pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, że traktuje go empatycznie (choć w drugą stronę, niestety, nie zawsze to działa). ;) Ale trudno sprawdzić jakimś testem, kto w codziennej praktyce, na dłuższą metę, będzie wykazywał zachowania empatyczne, a poza tym empatia nie może być jedynym kryterium przydatności czy sprawności zawodowej. Jest jednakowoż pewien sposób stałej weryfikacji i to według kryteriów, na których pacjentom najbardziej zależy – wolny wybór lekarza (czy innego usługodawcy). Co oczywiście musi się przekładać na korzyści z posiadania większej liczby pacjentów/klientów. Inaczej mówiąc, głosowanie nogami.
    Mogę ujawnić pewne szczegóły z życia psa: ja tę możliwość wyboru posiadam i w związku z tym mam dwóch lekarzy domowych. Jeden jest empatyczny, sympatyczny i lubi pogawędki. Jego umiejętności zawodowe oceniam jako średnie. Chodzę do niego wtedy, kiedy moje dolegliwości są dość oczywistej natury (np. grypa) i potrzebuję tylko zwolnienia, recepty, tudzież pogłaskania. Drugi lekarz jest raczej introwertyczny i z głaskaniem u niego średnio (choć absolutnie nie można mówić o lekceważeniu pacjenta), ale o jego umiejętnościach mam bardzo wysoką opinię, więc lecę do niego jak w dym, kiedy mam wrażenie, że sprawa jest poważna. A po drodze odrzuciłem radosnego, chaotycznego ekstrawertyka, który nawet wrzód na de potrafiłby omyłkowo zapisać w karcie jako zapalenie wyrostka, oraz zimną businesswoman, która nawet nie umiała udawać, że ją cokolwiek obchodzę ja czy moje choroby (już samą tę nieumiejętność udawania uznałem za nieprofesjonalną). I tak właśnie działa niewidzialna ręka rynku pacjentów. :-)

  52. staruszek said

    Męczy mnie ta koniczność przyznawania racji Monie oraz Andsolowi. Mogłem po poobiedniej drzemce obejrzeć odcinek „Plebanii” i wejść na jakąś Prawdziwą Witrynę. Sam tego chciałeś dyndający staruszku.
    Mój nieudany pobyt na neurologii pozostawił we mnie wspomnienie niezbornego w ruchach, popadającego w całkowitą niesamodzielność chorego na degenerację osłonek włókien nerwowych. Już mało widział spoza zdegenerowanych funkcjonalnie powiek. Pani Doktor oraz Pan Profesor Ordynator wymienili między sobą uwagi: „To co? Wpisujemy Pana do programu?” „Tak.”

    Szpital, lekarze, pacjenci, apteki i Narodowy Fundusz Zdrowia chodzi na pasku koncernów farmaceutycznych. W trzecim wierzchołku trójkąta przedstawionego przez Monę są organizacje.
    Organizacje mające ogromną siłę. Tak jak kiedyś marzono o panaceum, tak dziś specjalista marzy o wpisaniu się do pisma Lancet lub innego specjalistycznego dzięki trafnemu związaniu się z odpowiednią kasą. W niedalekiej odległości mam kilka aptek. Lekarstwa tam preferowane mają taki sam skład podstawowej substancji leczącej. A lek co apteka to inny i w innej cenie.
    Mam szczęście do tanich chorób. Mój lekarz rodzinny skorygował zalecenie specjalisty poprzedzając to stwierdzeniem: „Oni byli u mnie. Ale ja mam odchowane dzieci i grzecznie odmówiłem.” Mam zatem lek połowę tańszy. Ja godzę się z płaceniem za tęsknotę za zdrowiem. Ale nie jestem ślepy, głuchy i naiwny.

  53. Andrzeju,

    lekarze pionkami w grze… Teatr kukiełkowy dla ubogich (pacjenci?), aczkolwiek nie bez grosza? To dlatego ciężko chory lekarz udaje się po poradę do znachora?

    http://www.stachurska.eu/?p=1915

  54. telemach said

    „Tak jak kiedyś marzono o panaceum, tak dziś specjalista marzy o wpisaniu się do pisma Lancet lub innego specjalistycznego dzięki trafnemu związaniu się z odpowiednią kasą.

    To niezupełnie akurat tak działa. A raczej z reguły całkiem inaczej. „Wpisanie się” jest warunkiem koniecznym (aczkolwiek nie wystarczającym) do popychania wózka z napisem „kariera akademicka”. Ta znów jest synonimem zawodowego awansu. Pieniądze nie przekładają się automatycznie na „wpisanie się”. Raczej już umiejętność naukowej autokreacji (w odpowiednim miejscu i czasie) w połączeniu z mozolną pracą, czasem nawet własną. I naturalnie przysłowiowym łutem szczęścia. Ciekawy samonapędzający się mechanizm. W pewien sposób równoległy do pekuniarnej aktywności wielkich koncernów.

  55. Lusia said

    Fakt „Pan kotek” pozostał sam i marudzić może nad rozlaną miską mleka bo dzisiaj nie ma komu powycierać brudnej podłogi biurokracji i ma się wrażenie że ci co tworzą coraz to nowsze przepisy są zabezpieczeni dożywotnim zdrowiem i spokojną starością.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: