Koń Teilharda de Chardin

Kwiecień 15, 2011

„Jeździec jaki jest, każdy widzi”.
(Podobno) koń Benedykta Chmielowskiego
„Nieważne, na co się patrzy. Ważne, skąd się patrzy“
(Podobno) Teilhard de Chardin

Jeśli zawierzyć pamięci i poczynionym niegdyś notatkom, autorem powyższego zdania był Pierre Teilhard de Chardin, mistyk, wizjoner i jezuita. Między innymi. Nie o to jednak chodzi, nie o nim będzie. Chociaż z drugiej strony szkoda, bo mogło by być. A może nawet powinno. Helas. Może kiedy indziej. Będzie o narracji. Narracja stała się ostanimi czasy słowem-kluczem w roztrzęsionych rączkach posiadaczy poglądów słuszniejszych, bo własnych. Wiosłem, kompasem i piórkiem. Wskoczmy zatem do tego tramwaju. En avant.

Będąc koniem i doceniając dobrodziejstwo naszej pamięci, pozbawiony jestem brzemienia wszelkiej wątpliwości. Pragnienie prawdy musi wystarczyć. Opowiem jak było i jak jest. Proszę mi wybaczyć, jeśli w dążeniu do celu pominę szereg powszechnie znanych faktów. Cel uświęca, uproszczenie pomaga. A zatem: en avant. Galopem.

Redukcja historii do pięciu tysięcy lat rzezi koni i ludzi, uwłacza koniom. My konie, byliśmy na długo przed Hetytami i Asyryjczykami, jesteśmy również dzisiaj i możemy dać świadectwo. O Hetytach i Asyryjczykach nie da się tego powiedzieć. Dzieje naszych pierwszych walk nie zachowały się, nic nie wiemy o pierwszych zwycięskich koniach. Wyłoniliśmy się z odmętów rewolucji neolitycznej, pierwszy udokumentowany triumf odnieśliśmy pod Megiddo. Pod Kaddesch walczyliśmy już w szyku i zaprzęgu. A potem nie odbyła się bez naszego udziału praktycznie żadna wielka bitwa.

Niezliczone są przykłady naszego męstwa i poświęcenia. Zwycięski w tylu bitwach Bucefał przemierzył cały antyczny świat zanim nie poległ pod Hedaspes. Godny podziwu wyczyn zważywszy, że przez cały czas siedział na jego grzbiecie jakiś niezrównoważony osobnik.
Pod Carrhae nasi partyjscy przodkowie roznieśli w puch legiony Krassusa. W średniowieczu założyliśmy pancerze, zakuci w żelazo szturmowaliśmy Jerozolimę. W wojnie trzydziestoletniej złożyliśmy daninę krwi walcząc o wiarę. Raz tę, raz inną, ale zawsze. I tak bez ustanku, aż po szarżę lekkiej brygady, podczas której polegliśmy pokotem okazując pogardę dla śmierci.

Szczególne są jednak zasługi konia polskiego (zwanego dalej Koniem Polskim). Zaczeliśmy pod Cedynią. To my, Konie Polskie, rozgromiliśmy niedobre konie krzyżackie pod Grunwaldem. W ciągu pierwszej minuty bitwy pod Kircholmem zginęło nas ponad 150. Pod Wiedniem przejechaliśmy się z furkotem skrzydeł po tureckich bachmatach. Jakże się to papieskiemu wierzchowcowi spodobało. Pod Somosierrą zyskaliśmy sobie wśród innych europejskich koni opinię wariatów, była to jednak potrzebna ofiara, w końcu chcieliśmy dotrzeć za przewodem wierzchowca, na którym siedział niejaki Dąbrowski, do ojczyzny i złączyć się z końmi cierpiącymi pod butem batem zaborcy. Co nam się zresztą udało. Na niepodległość trzeba było długo czekać; gdy w końcu nadeszła, trzeba było jej bronić do ostatniego wędzidła. Koń Polski pokazał zniewolonemu koniowi Budionnego do czego jest zdolny. To nie był żaden cud, to bezprzykładne bohaterstwo Konia Polskiego zmusiło do rejterady sowieckie wierzchowce.

Nie jest prawdą,  jakoby Polskie Konie były tak głupie, aby w czasie kampanii wrześniowej rzucać się na czołgi. Mogły być najwyżej odważne. Ot, zwykła legenda. Prawdą jest, że rola konia, a w szczególności Konia Polskiego, jest zwyczajowo niedoceniana.

Najwyższy czas aby coś z tym zrobić. I przy okazji wyjaśnić wreszcie, czy Teilhard de Chardin jeździł konno. Świat czeka na prawdę.

Odpowiedzi: 27 to “Koń Teilharda de Chardin”

  1. staruszek said

    Będzie jakieś zaKOŃczenie pełnej krwi, czy romans z oŚLINĄ?

  2. ludwigbodmer said

    Wiem, że trochę odczapiście, i znalazłem tylko po angielskiemu, ale nie mogłem się powstrzymać.

    „In the presence of a reader of Teilhard De Chardin I feel disarmed, nonplussed, ready to break down in tears.”

    Michel Houellebecq

  3. mona said

    @ludwigbodmer:

    bo on już taki był i tak miał ;-)

    „Within a few years of his death, he was almost forgotten and his body remained in the backyard of a monastery which eventually was sold to the Culinary Institute of America.”

    Zeztąd:
    http://forums.philosophyforums.com/threads/the-sad-case-of-pierre-teilhard-de-chardin–41588.html

  4. archeopterix said

    Boskie. Klap, klap, klap, klap.

  5. Bobik said

    Mogę jak najbardziej potwierdzić tezę o decydującym wpływie skądpatrzenia na patrzenie. Moja przynależność gatunkowa bez wątpienia determinuje odmienne od końskiego spojrzenie na historię i to, co w niej ważne, a co mniej. Na przykład centralne miejsce galopu w psiej historiografii zajmuje miska. Inaczej mówiąc, w psim ujęciu punkt widzenia zależy od punktu jedzenia.
    Kiedyś już zresztą o tym pisałem, więc nie będą się powtarzał, tylko zlinkuję na wypadek, gdyby jakiś koń zechciał zaznajomić się z pieską optyką.
    http://www.blog-bobika.eu/?p=293
    Ale mamy też z końmi pewne punkty wspólne. Choćby przekonanie, że ogon jest pojęciem z dziedziny imponderabiliów.

  6. andsol said

    A skoro jest szansa rozmowy międzygatunkowej, czy mogę zapytać co w hippicznej metafizyce stoi w miejscu Gołębicy?

  7. telemach said

    andsol: masz na myśli (chyba) synogarlicę?

    A dyskurs międzygatunkowy jest potrzebny. Jak się rozejrzę i widzę/słyszę te wszystkie wrzaski n/t wyższości konia nad psem i na odwrót, ech.

  8. zeen said

    Kuń jaki jest, każden widzi.
    A andsolowi nie o synogarlicę chodzi, chociaż może też być, o ile umie latać…

  9. zeen said

    No popatrz jaki ze mnie głąb, nie wziąłem tego pod uwagę.
    Miałem na myśli wyrafinowanie andsola. Widziałeś Nemocnice na kraji mesta?
    To o to mi szło, o słynny na całą okolicę żart.

  10. Bobik said

    Jestem zdecydowanym zwolennikiem dyskursu międzygatunkowego. Ale jestem też za tym, żeby miał on rozsądne granice. Znaczy, jak koń mnie kopnie, żebym ja mógł odkopnąć, albo uciec. A jak całe stado antylop zacznie mnie kopać, żebym ja też mógł zareagować adekwatnie. A nie, żeby mnie kolejne nosorożce kopały, a ja żebym nie mógł slowa pisnąć, bo, kurczę, dialog międzygatunkowy…

  11. andsol said

    Bobiku, bój się Rottweilera, gdzie Ty oglądałeś stado kopiących nosorożców? Takich rzeczy nawet TNT nie pokazuje!

  12. caddicus said

    Telemachu,
    Koń koniem, ale wypadałoby wspomnieć słonie, którymi Hannibal przekroczył Alpy. One też mają swoją opowieść, ale to może przy innej okazji coś o nich napiszesz. Nie było ich pod Grunwaldem, a ty bardziej nie brały udziału w kampanii wrześniowej… niestety.

  13. telemach said

    Jak to nie było? Pod Grunwaldem nie było?

  14. telemach said

    Pod Grunwaldem słoni nie było? Jest oczywistą oczywistością, że pod Grunwaldem słonie były. Nasze polskie słonie przewyższały pod każdym względem słonie krzyżackie, chociaż gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że słonie smoleńskie wiele im nie u stępowały.

  15. caddicus said

    Kurtka w dętkę! Zatem Sienkiewicz zafałszował historię oręża polskiego… Noż, lipa jakich mało!!!!

  16. A dlaczego właściwie wymazuje się z podręczników fizyki i instrukcji samochodowych jednostki mocy „koń parowy” (HP) i „koń mechaniczny” (KM)?

    Czy zastąpienie ich angielsko-francuskimi kilowatami nie jest wynikiem działalności „rytu szkockiego” i Grupy Bilderberg?

  17. telemach said

    @globalnysmietnik: to akurat jest łatwe – jest to istotnie rezultat mało znanego lewacko-masońskiego spisku, którego początki sięgają decyzji rewolucyjnego konwentu w 1793 roku. Powiedzmy sobie szczerze: w Wandei to się nie narodziło, nuncjusz papieski tego nigdy nie pochwalił. I w ten sposób jesteśmy tam, gdzie każdy czujny tropiciel śladów musi dotrzeć: początkach NWO i jego podstępnej urawniłowki.
    Całe szczęście, że USA, Birma i Liberia dalej wysoko (ale samotnie) dzierżą sztandar mks-owej wolności.

  18. blogali said

    Najbardziej mnie zadziwia świadomość narodowa konia. I to zdaje się, że ona, ta końska świadomość narodowa, to starsza jest niż np. chłopów polskich.

    Natomiast podszywanie się pod gatunek w celu uzurpacji głosu rzeczonego zupełnie mnie nie przekonuje. Może by przekonało, gdyby tak udowodnić, że zaiste dzieli się z bratnim gatunkiem punkt widzenia? Może gdyby tak narrator pociągnął pług w polu, pożuł trawę albo owies, albo dał się podkuć?

    A propos innych prób identyfikacji (problemu), pozwolę sobie, bo to może ucieszyć:
    http://blogali.wordpress.com/2008/03/25/portret-konia-ii-czyli-kon-arystokrata-a-kon-cham/

    Chętnie przyczytałaby o koniu Teilhard de Chardin czy u Teilhard’a de Chardin. Z której strony by nie patrzeć, zawsze… się czegoś można dowiedzieć. :)

  19. Bobik said

    Czuję się oszukany. Cały czas myślałem, że na koń-cu się wyjaśni, czy nasz ulubiony bohater T. de C. jeździł konno, czy nie jeździł, a tu guzik.
    Agatha Christie by mi na pewno takiego numeru nie wycięła.

  20. telemach said

    @Blogali: Ten koń (Koń Polski) ma naturalnie świadomość narodową, nie jest to dzieło przypadku. I orać nie będzie, bo w ramach (powszechnego przecież w kręgach pewnych koni) redukcjonizmu, on jest od symboli i racji stanu, walki „o nasze, czyli prawdę” – a nie od orania. Koń Polski nie orze, Koń Polski walczy. Trawy też nie musi skubać, bo odżywia się patosem.
    Ten koń (Koń) nie da się podkuć, on będzie postulował podkucie innych. :)

    A link cudny.

  21. blogali said

    Rozumiem: to Koń z tych, o których pisała Mniszkówna. Koń arystokrata, a nie cham(ska jego dola…). ;)

    Teilhard de Chardin się gdzieś zapodział, or am I missing something? ;)

  22. telemach said

    „Teilhard de Chardin się gdzieś zapodział, or am I missing something? ;)”

    Ależ nie. TdC jest (po prostu) odpowiedzialny za powstanie tego wpisu. Przed (naprawdę wielu) laty zapisałem to jego zdanie do notatnika, coś musiało odwrócić moją uwagę, bo (co karygodne) zapomniałem zanotować tytuł źródła. I tak wlokło się ono za mną, przypomniało mi się, gdy zastanawiałem się w jaki sposób można najlepiej zilustrować absurdalność „nieustannej wojny o wyższość naszości naszej nad naszościami nienaszymi”. A potem pomyślałem sobie, że z punktu widzenia koni to historia (rozumiana, przedstawiana, a co gorsza redukowana do 5 tysięcy lat rzezi ludzi i koni), to tak rozumiana historia z końskiej perspektywy była nader kiepskim interesem. A potem, przez przekorę chyba, wyobraziłem sobie konia idiotę dmącego (ku rozpaczy koni pobratymców) w tę samą trąbę co inni niekońscy pathetic idiots zwykli dąć, nie będę wskazywał palcem, bo po co.

    A TdC musiał po prostu zakończyć zwieńczyć piramidkę. Choć szczerze mówiąc – zasługuje na więcej.

  23. caddicus said

    A TdC musiał po prostu zakończyć zwieńczyć piramidkę.

    Jeśli już mowa o TdC to stosowniejsza od piramidy wydaje się spirala, ale to takie moje reminiscencje sprzed 30 lat.

  24. blogali said

    Swój pierwszy (i jedyny) komplet Teilhard’a de Chardin nabyłam jeszcze jako studentka socjologii w maleńkim antykwariacie, w suterenie kamienicy mniej więcej na przeciw Krzywej Wieży w Toruniu. O ile mnie pamięć nie myli. Tam też kupiłam kilka książeczek, które dzisiaj by można uznać za teologię feministyczną. Było to w 1990 roku, czyli wtedy, kiedy mało komu w Polsce śniło się o teologii feministycznej i z pewnością nikomu nie śniło się o religijno-medialnym imperium wielebnego Ojca Dyrektora. Było to w roku, kiedy konia ciągnącego wóz można było jeszcze zobaczyć tu i ówdzie, także w wielki mieście Toruniu, a świat – zwłaszcza z perspektywy schodków nad Wisłą – wydawał się pełen niezliczonych możliwości.
    Komplet Teillarda zgubił się po drodze, może w którymś z dwudziestu ośmiu miejsc, w których mieszkałam przez następne dwadzieścia lat, może oddany jakiemuś przyjacielowi czy przyjaciółce, których imienia już dziś nie pamiętam.
    Nie tęsknie za nim. Chociaż mistyczki katolickie znowu ze mną. :)
    Wybacz ten komentarz nostalgiczny. Sprowokował mnie do niego nie tyle Koń, co mistyk jezuicki. A na pewno Twój komentarz. :)

  25. Blogali,

    aż policzyłam swoje przeprowadzki – trzydzieści, w dłuższym jednak okresie, ale nie jestem pewna czy ktorejś nie zapomniałam.

    Rzeczy o Koniach tam i Tu smakowite bardziej od mazurków.

  26. czepiaczek said

    Ładne. Ale jednak wolałbym troszkę poprawione:

    „Pod Kaddesch walczyliśmy już w szyku i zaprzęgu.” – w bitwie pomiędzy Egipcjanami, pod wodzą Ramzesa Wielkiego, a Hetytami. Ale miasto i bitwa mają od dawna utrwaloną w polskim piśmiennictwie nazwę: Kadesz, bitwa pod Kadesz.

    „zanim nie poległ pod Hedaspes” – tu podobnie, a nawet bardziej. Trudno polec „POD Hedaspes”, bo Hydaspes to rzeka w północnych Indiach, nad którą rozegrała się bitwa pomiędzy Aleksandrem Wielkim a indyjskim władcą Porosem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: