1999/1

Styczeń 9, 2011

Gdyby Hercowicz nie był takim skąpcem, wszystko potoczyłoby się pewnie  inaczej. Wiekowy ford nie wyzionąłby ducha na 120. kilometrze wielopasmowej, ale mimo to wyboistej, drogi łączącej Nowy Lublin ze starą stolicą, Brodsky zdążyłby na spotkanie z dłużnikami, a może nawet uzyskał prolongację wystawionych niegdyś lekkomyślnie weksli. Hercowicz nie byłby jednak Hercowiczem gdyby – zgodnie z obietnicami- oddał ostatni z niegdyś wielu firmowych pojazdów do nieodzownego przeglądu. Skuszony perspektywą zaoszczędzenia kilkuset złotych, Hercowicz powiedział, że odda, ale nie oddał. I wypadki potoczyły się dalej tak, jak się potoczyły. Brodsky odbył resztę drogi autobusem. Gdy przybył na miejsce, było już za późno i recepcjonista w banku Herszel i Ska nawet nie starał się zachować pozorów uprzejmości. Spółka została na wniosek banku postawiona w stan upadłości, a zdyszany Brodsky zrozumiał, że ma teraz bardzo dużo wolnego czasu. Czasu, który może równie dobrze wykorzystać do przyzwyczajenia się do nowej dla niego roli bankruta.

Teraz siedział pod zakurzonym daktylowcem na odrapanym krzesełku kafejki „U Tuwima“ i pił z wyszczerbionej filiżanki aromatyczną, stołeczną – czyli odpowiednio drogą – kawę. Ponieważ blat stolika, po tym jak zaspany kelner wytarł go szmatą brudniejszą od swego fartucha, lepił się jak nie przymierzając banknoty do rąk municypalnych urzędników, Brodsky rozpostarł plan miasta na spoczywającej na kolanach teczce. Teczka była prezentem od siostrzenicy, plan natomiast, został na prośbę Brodsky’ego udostępniony przez kelnera naiwnie ufającego, że uprzejmość przybliży go do upragnionego napiwku.

-Tak się można tragicznie pomylić – westchnął sam do siebie Brodsky – ludzka naiwność jest, w pewien sposób, wieczna.

Nagle przyło mu na myśl, że Hercowicz, siedzący w tym momencie najprawdopodobniej z kieliszkiem francuskiego koniaku w dłoni, w salonie zmierzającego w kierunku Réunion promu, może o nim, Brodskim myśleć dokładnie tak samo i zrobiło mu się mdło i nieprzyjemnie.

Jak zwykle w październiku wiosenne słońce przypiekało nawet późnym popołudniem. Pora sucha dobiegała końca, można się było spodziewać, że lada dzień zacznie padać. Brodsky usiłował zorientować się w topografii otaczającego go miasta w nadziei, że w ten sposób zdoła zaoszczędzić pieniędzy na taksówkę. Najważniejsze, pomyślał, to wiedzieć gdzie się jest. Niejasno przypuszczał, że musi znajdować się gdzieś w okolicy muru dzielącego miasto na dwie części. W perspektywie zaułka dostrzegł schody prowadzące w dół, w stronę Alei Wolności. Ironia losu sprawiła, że za murem, w północnej, okupowanej części miasta, przedłużenie Alei Wolności nosiło nazwę Avenue de L’Independence. Niejasno przypominał sobie, że w jednej z przecznic, chyba była to Lalana Radama albo Rue Benily, znajdował się tani hotelik o zabawnej nazwie Le Cactus Vert. Hotelik w którym zwykł nocować z Rachele późnych w latach siedemdziesiątych, jeszcze przed postawieniem granicznego muru. Karta kredytowa jest już pewnie zablokowana, pomyślał. Trzeba będzie poprosić Grossa o telegraficzny przekaz. Przeliczył szybko posiadaną gotówkę: pozostało mu około trzystu złotych i trochę bilonu. Nie ma się co łudzić, na nocleg w Zamenhof International raczej nie starczy. Odczekał jeszcze chwilę, a gdy zaspany kelner zniknął we wnętrzu kafejki, podniósł się szybko, chwycił teczkę i nie poświęcając ani jednej zbytecznej myśli irytującej kwestii nieuregulowanego rachunku, energicznym krokiem zaczął schodzić ze schodów. Gdy po chwili kelner pojawił się ponownie, Brodsky’ego, który zniknął za murem otaczającym należący do pobliskiej synagogi ogród, już nie było widać. Kelner stał lekko osłupiały, gdy jednak ogarnął sytuację, zaułek wypełnił się jękliwym lamentem przekleństw.

– A to szmuk – wrzasnął. –  A niech ci – krztusił się z wściekłości – wypadną wszystkie zęby, wszystkie z wyjątkiem jednego, który cię będzie bolał!
Po drugiej stronie ulicy otwarło się okno i siwowłosa, pomarszczona staruszka wychyliła się, zaciekawiona kto wydziera się w samym środku spokojnego popołudnia. I do to w dodatku w obarczonym galicyjskim akcentem jidysz.

– Ładnie to tak, panie Bronsztajn? – zawołała. – Pan jesteś człowiek kulturalny, a się zachowujesz jak ulicznik.
– Przepraszam panią, pani Zielinsky – odkrzyknął kelner – ale gość mnie uciekł bez zapłacenia rachunka.

Odpowiedź najwidoczniej usatysfakcjonowała wiekową panią Zielinsky, bo okno zamknęło się i w ocienionym daktylowcami zaułku Icyka Kacenelsona znów zapanował spokój.

tłum. własne

Odpowiedzi: 16 to “1999/1”

  1. caddicus said

    Codziennie ktoś naiwny zyskuje sporo wolnego czasu.

  2. nameste said

    ” A niech Ci – krztusił się z wściekłości – wypadną wszystkie zęby.”

    Kląć z szacunkiem.

  3. Mona said

    Czy to jest TO co ja myślę, że jest?

  4. Mona said

    Bo jeśli tak, to implikacje są trudne do przewidzenia ;)

  5. theo.weinberger said

    Ciekawe czy jest tam ulica Mieczysława Lepeckiego?
    Bo powinna być.

  6. telemach said

    nameste:
    błąd, który (przez Twój komentarz) muszę teraz zachować.Ale: trudno (chyba) przewidzieć w jakim kierunku potoczyłaby się ewolucja języka w tak ekstremalnych warunkach. Może nawet w korzystnym?

  7. najdrozsza said

    Ach, jakby to bylo pieknie. Jak pieknie.
    Smutno mi sie zrobilo, telemachu. Zal.

  8. miziol said

    Ja to wszystko rozumiem, ale to pazdziernikowe slonce, przypiekajace wiosennie…

  9. theo.weinberger said

    Miziolu, popatrz na tagi, na tagi ;)

  10. miziol said

    Wejsc dwa razy pod rzad w ta sama kupe to by byla jednak glupota Mon Cheri. Ja na tagi u Telemacha patrze, az dostaje wytrzeszczu. W Antananariva wiosny ni cholery nie uswiadczysz :)

  11. mona said

    @Miziol:
    „W Antananariva wiosny ni cholery nie uswiadczysz :)”

    Says who?
    To jak się tam teraz nazywa ta pora roku?
    Pozmieniali coś?

  12. mona said

    @Miziol: Już wiem, już wiem!!! Faktycznie – trudno w Atananariva mówić o wiośnie w naszym pojęciu tego słowa. Klimatycznie nie ma. Ale czy europejski emigrant będzie myślał i pojmował otaczający go świat klimatycznie, czy kalendarzowo? Bo kalendarzowo to jednak jak się kończy zima, to potem???…

  13. telemach said

    Mona:
    Miziol:

    Nie ma się o co kłócić. Miziol ma klimatologicznie słuszność: klimatolodzy wyróżniają tam tylko dwie pory roku. Czy dla Brodskiego, będącego pewnie urodzonym na miejscu (z moich wyliczeń wynika, że powinien być on potomkiem imigrantów z lat 38-44, a zatem imigrantem (w) 2. generacji, wyniesiony z Europy podział roku na 4. pory zachował jeszcze ważność, czy też nie – to interesujący teren do spekulacji.

    Moje obserwacje dotyczące obyczajowości immigrantów drugiej generacji w krajach Europy Zachodniej każą mi myśleć, że w przypadku gdy imigrant może zabrać swą kulturę, obyczajowość, ba prawodawstwo ze sobą (w postaci otoczenia) i jeśli będzie mógł kultywować „dotychczasowe” w diasporze – to pojmowanie rzeczywistości będzie zupełnie odmienne, niż w przypadku przesadzenia jednostki z jednej rzeczywistości w drugą.
    Tezę tę wydają się potwierdzać przekazy dotyczące np. obyczajowości Burów (upierających się przy swych kalwińsko-niderlandzkich reliktach przez co najmniej 200 lat). Pozostali oni przy europejskim pojmowaniu świata – a przecież mogli przyjąć perspektywę Zulu. Nie przyjęli. Stąd też moje przeświadczenie, że Brodsky będzie w roku 1999 – czyli 70 lat po hipotetycznym eksodusie pojmował przełom zimy i lata jako (swego rodzaju) wiosnę. A nie jedynie pasatowo-monsunowy przełom.

  14. miziol said

    Wlasciwie to nie powinienem sie czepiac, bo jakkolwiek klimatologicznie niepoprawne, to literacko jest to genialne i dodatkowo poglebia nastroj niepewnosci, pewnej nierealnosci i zaskoczenia obecny w calym tym wpisie. To ci sie udaje genialnie Telemachu, co zreszta udowadniasz w „bez dogmata”. O malo co mialbys tez na swoim koncie udowodnienie (po raz kolejny chyba), ze jedzenie podczas czytania moze byc smiertelnie niebezpieczne, a ja mialem jedyna w swoim zyciu szanse udowodnienia, ze jest mozliwe polkniecie ogorka kiszonego w calosci. W kazdym razie postanowilem czytac twoje wpisy z dala od polmiskow i wszelkich wystajacych przedmiotow, ktore mogloby zaczepic wstrzasane konwulsjami smiech cialo :)

  15. A wiosna lodów?
    Czyż trudno jest nam sobie coś takiego wyobrazić?

    PS. I tak sobie myślę, że ten wiekowy Ford wart byłby całą… przepraszam za wyrażenie – kupę forsy.
    Nawet bez remontu.
    Ale żeby od razu tak nim jeździć na ważne spotkanie?

  16. beatrix said

    sorry, ze tedy, ale sprawa jest wazna. szczegoly w mailu.

    bardzo ladne, btw. bardzo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: