Odwagi!

Listopad 1, 2010

Dzień Zmarłych jest świętem pożytecznym i pouczającym. Obserwacja przedziwnych rytuałów, niejednokrotnie jawiących się nam, na pierwszy rzut oka, jako absurdalne lub odstręczające, pozwala zastanowić się nad kondycją umysłową i emocjonalną żywych. Zarówno obserwowanych, jak i obserwujących. Dzisiaj: Famadihana, czyli dzień zmarłych bez zgniłych kompromisów. Nie, nie u nas.

Famadihana jest wynalazkiem malgaskim. Kościół Rzymsko-Katolicki, w przeciwieństwie do wybrzydzających jak zawsze duchownych protestanckich, może nie w pełni popiera, ale na pewno toleruje, a nawet wyraźnie sympatyzuje. Mimo swej niewątpliwie pozytywnej wymowy i radosnego charakteru, malgaski obyczaj czczenia zmarłych jakoś się dotąd – poza Madagaskarem –  nigdzie nie upowszechnił. A szkoda. O ileż bardziej pogodne i pełne niezapomnianych wrażeń dla dorosłych i dzieci byłoby nasze, z roku na rok coraz bardziej upodabniające się do meksykańskiego, skomercjalizowanego ” Dia de los muertos” święto, gdybyśmy potrafili przełamać nieuzasadnione opory i otworzyć się na świeży powiew dalekich i egzotycznych kultur. Czego chłop nie zna, nie je. Mamy szansę to zmienić. Alors, on y va.

Nieuniknione dygresje

Przypatrzmy się wpierw, jak emocjonalnie ubogi jest nasz (polsko-katolicki i trochę – co tu ukrywać – pogański) sposób świętowania. Nasi zmarli spoczywają w miejscach odosobnionych, wyrzuceni poza nawias naszej codzienności – co pozwala na luksus usunięcia ich z naszej aktywnej (nieokazjonalnej) pamięci. Zamurowani w kryptach, przywaleni granitowymi lub betonowymi płytami, spoczywają umieszczeni raz na zawsze (czyli na okres wynikający z wysokości uiszczonej opłaty) w miejscu odosobnienia, w miejscu będącym egzemplifikacją zinstytucjonalizowanej codziennej niepamięci, przydając się nam, tak naprawdę, jedynie raz do roku. Wówczas to dochodzi do symultanicznego aktu masowej ekspiacji, manifestującej się w nabywaniu rozmaitych, zmarłym do niczego nie potrzebnych roślin i przedmiotów, a następnie umieszczania tychże, w sposób doskonale widoczny dla czujnej konkurencji (nieodżałowany mąż, teść ojciec, dziadek, pradziadek i magister z lewej, niezapomniany mąż, ojciec i dyrektor z prawej), na uprzednio odpowiednio wypucowanej mogiłce…(Niech się Jóźwiakowa martwi gdzie w przyszłym roku dostanie sztuczniejsze wieńcokwiaty i większe znicze, moje są pozłacane i wielkości wiadra, większych nie dostanie. A jak dostanie, to ja szklane zalewane, długopalne postawię. Albo gipsowe w kształcie anioła w kapliczce. Albo nawet szklane, duże w obudowie z estetycznego tworzywa)

Ale niepotrzebnie zbaczamy, wszyscy w końcu wiemy jak jest. Jest nieładnie. Z braku rozsądnych alternatyw większość z nas bierze raz do roku roku udział w powszechnym, żenującym spektaklu rozpasanej, stadnej komercji. Najczęściej aby nie sprawić bólu bliskim (przy czym bliscy nie chcą sprawić przykrości nam) i ufając w skrytości ducha, że ziarenko niesionej przez nas na cmentarz pamięci usprawiedliwia i tłumaczy udział w masowej orgii ekshibicjonistycznego kiczu.  A można przecież inaczej. Alternatywy są. I należy im się (bo dlaczego nie?)  uważnie przyjrzeć.

Koniec nieuniknionych dygresji

A zatem famadihana, już sama nazwa brzmi poetycko poszumem egzotycznego morza w przyłożonej do ucha muszli. Opis tego uroczego i głęboko ludzkiego obyczaju należy rozpocząć od tego, że famadihana, w przeciwieństwie do Dnia Zmarłych, zmarłych z rytuału nie wyklucza. Wręcz przeciwnie. Podobnie jak my, Malgasowie udają się gromadnie na cmentarz, na tym jednak podobieństwa się kończą. Zamiast bowiem ograniczyć się do odwiedzin zmarłych w miejscu ich spoczynku (i ewentualnego szybkiego opuszczenia miejsca odwiedzin, gdy już jest po ptakach), licznie zgromadzeni krewni wygrzebują swych zmarłych z mogił (wygrzebywanie powierza się tradycyjnie już młodym, krzepkim mężczyznom), aby następnie, w radosnym i cudacznym korowodzie, w rytm pogodnej, tanecznej muzyki zanieść szczątki doczesne do domu, gdzie już czekają suto zastawiony stół, napoje i najzwyczajniej dobry biesiadny nastrój.

Odgrzebywanie zwłok ukochanych osób połączone jest, szczególnie w pierwszych latach po pochówku, z drobnymi trudnościami natury technicznej, te jednak zostają przez kochających krewnych pokonane z godną pozazdroszczenia pogodą ducha. I tak na przykład nieocenioną pomocą są kolorowe całuny i nieprzemakalne płachty i maty trzymające doczesne szczątki w poręcznym tłumoku, tak że nie trzeba się obawiać, że poszczególne części najbliższej osoby zagubią się w trakcie tanecznej procesji lub się, nie daj Bóg, ze sobą pomieszają. Po przyniesieniu ukochanych krewnych do domu, rozpoczyna się właściwa uroczystość, ukochane zwłoki otrzymują nowy, czysty całun i sadzane są przy stole, tak aby mogły wziąć udział w niekończącej się i pełnej toastów i radosnych pieśni biesiadzie. W zależności od stopnia zamożności rodziny, uroczystość trwa od dwóch dni do tygodnia. Pląsom i śpiewom nie ma końca, zwłoki naturalnie też tańczą przy wydatnej pomocy rozbawionych biesiadników. Gdy jadło i napoje się wreszcie skończą, a szacowni zmarli – wyściskani za wszystkie czasy – znają już wszystkie najnowsze plotki z życia żywych, radosny korowód udaje się z powrotem na cmentarz. Tam dochodzi do ponownego pochówku pełnego melancholijnej pogody ducha – w końcu żegnamy się z najbliższymi jedynie do następnego razu.

Pierwszym Europejczykiem, który opisał famadihanę był Émile Durkheim. (Les formes élémentaires de la vie religieuse.Félix Alcan, Paris 1912). Lektura warta polecenia. Ten Durkheim to postać naprawdę fascynująca. Ale o tym może kiedy indziej. Zrobiło się późno. Spokojnej nocy i pogodnych snów. Dobranoc.

Trochę do poczytania i pooglądania (ładny reportaż) tutaj

Odpowiedzi: 28 to “Odwagi!”

  1. futrzak said

    Niekpraktyczni sa. Inne ludy lepiej sobie wymyslily: pala cialo, prochy do urny a urna na poczesnej poleczne w domu, pali sie przed nia kadzidelka prawie kazdego dnia :)

    Aha, i jest jeszcze jakies plemie (nie pamietam juz gdzie, ale cos chyba okolice Australii/polinezji) ktore po rozlozeniu sie zwlok zabiera czaszki do domu i spi z nimi „pod poduszka” w nadziei na otrzymanie dobrych rad od przodkow.

  2. Czaszki wodzów w roli dostarczycieli dobrych rad występowały również u Indian północnoamerykańskich. Wydaje mi się, że zabieranie czaszki w roli poduszki też, ale tu głowy nie dam.

  3. andsol said

    U nas to by tak wyglądało, że po odzyskaniu Naszego Wielkiego Rodaka tzw. „ojciec” Tadeusz zamiast do tańca wziąłby się do nagadania Mu co On za brednie z tymi starszymi braćmi wygadywał, i On nie czekając końca dnia sam by na Swoje Miejsce wrócił. A taki Miłosz czy Piłsudski to by kości nie pozbierał.

  4. caddicus said

    … manifestującej się w nabywaniu rozmaitych, zmarłym do niczego nie potrzebnych roślin i przedmiotów…
    Ta manifestacja jest potrzebna w sposób oczywisty żyjącym. Szkoda, że takiego umiłowania nie okazywali zmarłym za życia, kiedy było im bardziej potrzebne.

  5. telemach said

    @Andsol: sugerujesz, üe w przeciwieństwie do Malgasów MY się do radosnego świętowania nie nadajemy?

    Pomyśl o np. radości, jaką gorącym zwolennikom artysty Eligiusza N.sprawiłoby spędzenie z cenionym i podziwianym człowiekiem kilku chwil przy suto zastawionym stole. Rotę można by zaintonować, albo inną radosną pieśń z których nasz naród słynie na całym świecie. Eeeech.

  6. andsol said

    Ach, Ty mówisz o Niewątpliwie Prawdziwych Polakach (przy stole i w zawiniątku).

  7. Obserwacja przedziwnych rytuałów, niejednokrotnie jawiących się nam, na pierwszy rzut oka, jako absurdalne lub odstręczające, pozwala zastanowić się nad kondycją umysłową i emocjonalną żywych. Zarówno obserwowanych, jak i obserwujących.

    Święta prawda.

    Jedno jest pewne: wpis w tradycji antropologicznego poszanowania (i nie wyśmiewania się) z innych kultur (w duchu choćby Levi-Straussa, Mircei Eliadego czy Malinowskiego) to nie jest.
    Dość przykre w czytaniu są także same tagi: „alternatywa do powszechnego ponuractwa”, „obyczajowość codzienna egzotycznych ludów”, „pogoda ducha”, „radość”.
    Cisną mi się tu na pióro takie choćby słowa jak „obłudny”, „sarkastyczny”, „drwiący” i „prześmiewczy”, ale nie będę ich używał, abym i ja nie został posądzony o złośliwość :)

  8. najdrozsza said

    Może ja nie zrozumiałam tego wpisu (czego nie żałuję), ale czy możesz Logosie wskazać, w którym miejscu Autor wyśmiewa INNE kultury? Bo mnie się zdaje, że wyśmiał własną, znaczy tę, w której wyrósł. A może inaczej rozumiemy (w kontekście tego wpisu) słowo „inny”? Muszę przyznać, po zastanowieniu, że zwyczaj obstawiania nagrobków dużą ilością plastikowych koszmarów, masowo i w konkretnej dacie, rzeczywiście jawi mi się jako „inny”.

  9. cmss said

    Sugerujesz, że Dick ściągnął pomysł, czy by Drogich Nieobecnych w komórkę wyposażyli?

  10. Najdroższa, rzeczywiście, jakże mogłem tego nie zauważyć!
    Wpis Telemacha pełen jest poszanowania, tolerancji i przychylności dla INNEJ kultury. Nie można się w nim doszukać nawet cienia złośliwości, szyderstwa czy sarkazmu.
    Jak zwykle, zresztą.

  11. andsol said

    Chyba miałem 6 czy 7 lat gdy mi rodzice opowiedzieli bardzo politycznie niepoprawną historię o wróbelku, kocie i koniu, gdzie to wynikało, że nie każdy, kto na wróbelka nakupka jest jego wrogiem, i nie każdy, kto go z kupy wyciągnie, jest jego przyjacielem.

    Zdaje się, że dzieci wychowane na bardziej wyrafinowanych oraz politycznie i biologicznie poprawnych historyjkach mają w pewnym wieku trudności ze zrozumieniem takich pojęć jak metafora, analogia czy przenośnia.

  12. najdrozsza.b said

    Logosie, nie odpowiedziales na moje pytanie. Wybacz, ale podniosle Twe okrzyki nie zmieniaja mojego widzenia sprawy. Kazdy ma prawo miec wlasna opinie. W moim przekonaniu dobrze jest umiec ja uzasadnic.

  13. najdrozsza.b said

    Acha, doszukiwac to sie oczywiscie mozna. Jak sie ktos bardzo uprze to nawet bedzie twierdzil, ze sie doszukal. Nie wiem tylko po co to sie robi. Ironia (rozni sie moim zdaniem od sarkazmu) jest obecna, jak sadze, w tekscie telemacha. Ostrze jej w moim pojeciu skierowane jest w inna nieco strone, niz Ty to sugerujesz. Auto wyrazil swoj poglad na sprawe. Obszernie uzasadnil. Podsumowac, ze jest jak zwykle zlosliwy to troche malo, aby nazwac to dyskusja. Nie sadzisz? Moze przeslij jakies fotografie z nagrobkow przynajmniej?
    Aby nie bylo watpliwosci pragne sie przyznac – to jest zlosliwosc. Pamietam takie powiedzenie z dziecinstwa – kto sie wypina tego wina.
    Czesc i czolem.

  14. babilas said

    Nie trzeba jeździć aż na Madagaskar, w katakumbach u kapucynów w Palermo przodkowie swoi i nieswoi czekają na gości codziennie, w garniturach i pod krawatem. Dawniej całe rodziny przychodziły piknikować pod czujnym oczodołem dziadunia. Niekiedy zmarli zapisywali spadki pod warunkiem regularnego przebierania testatora. Teraz już wszystko się skomercjalizowało, wpuszczają za kilka euro. I już nikogo nie dokładają nowego.

  15. Torlin said

    Jakoś nie czuję potrzeby siedzieć przy stole z odgrzebanymi moimi bliskimi, ani stawiać urny z prochami na czołowym miejscu.
    A jeżeli chodzi o polską tradycję… Przede wszystkim trzeba pamiętać, że ostatnie 230 lat „wyprodukowało” tysiące grobów ludzi zabitych, zagłodzonych, zakatowanych, historia nas nie oszczędzała. Przez te wszystkie lata nie było chyba rodziny, której nie dotknęłoby nieszczęście: wysyłka na Sybir, obozy koncentracyjne, łapanki, w demonstracjach 1905 roku. I ta tradycja po prostu się utrwaliła, a na dodatek jedyne święto, jakie mamy radosne – 11 listopada – też jest o takiej porze roku, że tylko siąść i płakać. Chociażby Amerykanie i Francuzi pod tym względem mają lepiej.

  16. yassa said

    No tak Torlinie,
    przegwizdane to my tu mamy…

    Nigdzie na świecie nie ma tak ponurych listopadów, jak u nas. Ponurych i niebezpiecznych.
    Prawda to znana od przeszło stu lat. Nie tylko emigrantom.

    Pora ta zaczyna się nad wyraz paskudnie.
    Wygrzebuje człeka z pieleszy i zmusza do ruszenia, w dżdżysty, nierzadko wietrzny dzień, do od dawna nieobecnych; tatusia, dziadunia Klemensa oraz ciotki Fabiany.
    Każe zapalić im światełka na wilgotnych i zimnych kamieniach.
    Brrr…
    Bez sensu. Zwłaszcza, że dzień to wolny – można by posiedzieć sobie w ciepełku, przy telewizorze albo kompie.

    Ja, tak jak i Ty, nie czuję wielkiej potrzeby popijania z umrzykami, lecz, spójrzmy prawdzie w oczy.
    My Polacy, nie mamy się czego wstydzić!
    Obyczaj ten i u nas ma się znakomicie.
    I co istotne, nie ogranicza się jedynie do święta zmarłych.

    Przyznasz chyba, że trudno uświadczyć, nieważne, wiejskich chrzcin czy prestiżowych bankietów w Business Centre Club, na których nie wygrzebano by spod płota lub z toalety, jakichś zwłok.
    Nie usadowiono by onych przy stole i… radośnie nie bankietowano by dalej.
    Do upoju.
    Nie jest więc najgorzej.

    Nie powiem, żeby nie pociągały mnie weselsze regiony świata.
    Zwłaszcza jeden taki barwny, rozbrzmiewający sambą.
    Ojczyzna orzechowych tancerek o smagłych udach i jędrnych pupach. I piersiach wodzących na pokuszenie.

    Z tego co wiem, dotarli już tam pierwsi mykolodzy z naszego smętnego kraju plastikowych wieńców.
    Z zaawansowaną obsesją typu actarius deliciosus.

    Zatem, pewnie czułbym się tam całkiem dobrze. Zupełnie jak w domu.
    A może nawet lepiej, bo bez tych polskich
    wkurzających listopadów.

    Ukłony dla Mony.:)
    yassa

  17. yassa said

    Właściwie powinienem iść w zaparte lub siedzieć cicho, lecz przykład Telemacha oraz Kwika, z poprzedniej notki, podziałał.
    Oni się kropnęli i przyznali, nie mam więc wyjścia i czynię to samo:
    poddałem się dyktatowi durnego automatycznego korektora pisowni, który nie zna zasad polskiej ortografii.:)

  18. mona said

    Drogi Yasso,

    faktycznie smutny ten polski listopad. Ten tekst uważam za ważny, bo isotnie przykro jest patrzeć, jak dobry i sklejający polską tożsamość obyczaj zamienia się na naszych oczach w kiczowatą komercyjną wydmuszkę. Ze staropolskiej świeczki na grobie, która miała być przecież dodatkiem do modlitwy, a ta była początkowo dodatkiem do wspomnienia, większość rodaków zrobiła formę, w której coraz trudniej doszukać się treści. Overkill lampionów i plastikowych wieńców na najszkaradniejszych, ale za to najbardziej wypasionych grobach Europy, nie ma już zbyt wiele wspólnego z codzienną indywidualną pamięcią, wzruszeniem, szacunkiem. Tych jest coraz mniej. Jeśli autor wybrał okrężną drogę by nam ukazać że brzydko błądzimy, to ja mu to wybaczam, Czasem trzeba zestawić ze sobą dwa koszmary aby uświadomić sobie że to co, uważamy za godne szacunku i normalne, może być z punktu widzenia postronnego obserwatora, no wiadomo. Umiejętność spojrzenia na siebie z boku, jest ważna. Bez niej, o ile nie uchowało się w sobie prostej naiwności, łatwo zostać nadętym, pretensjonalnym i pozbawionym poczucia durniem, któremu się nie tylko myli ironia z sarkazmem, ale nawet gubi sens i posłaniem nieprawdaż? Nie grozi to każdemu, ale czasem się zdarza.
    serdecznie pozdrawiam
    Mona

  19. yassa said

    Mono,
    pod wszystkim o czym piszesz, mógłbym się podpisać; mnie też zdarza się przekroczyć tę trudno uchwytną granicę między ironią a sarkazmem.

    No, może z wyjątkiem tego durnia, bo to już bardziej kwestia formy.
    Coś jak sztuczna chryzantema.:)

    Odpowiem Ci historyjką, która przytrafiła mi się ostatnio.

    Traf chciał, że zahaczyłem o spotkanie architektów i urbanistów debatujących o rozwoju Warszawy.

    Spokojnie wysłuchiwałem co mówiono, aż do czasu gdy zebrani, demonstrując kolejne projekty, zaczęli, zgodnym chórem piać z zachwytu nad pięknem i nowoczesnością naszej stolicy.
    Wówczas nie wytrzymałem.

    Projekty same w sobie nawet mogłyby być. Ale nie w proponowanej lokalizacji, bo ta to horror.

    Ciąg dalszy wielkiej i radosnej improwizacji;
    osiedli, które będą opisywane jako obronne obiekty mieszkalne końca XX w., szkaradnych biurowców, suburbi, o urodzie powodujących pękanie gałek ocznych…

    Ciąg dalszy tego wszystkiego co powoduje, że Warszawa nie jest miejscem do życia, a jedynie noclegownią rodzimego geszefciarstwa.
    Że staje się europejską ubożuchną krewną LA.
    Jednym wielkim banerem reklamowym.

    Moja gadka skwasiła klimat do tego stopnia, że zmuszony byłem do ewakuacji.

    Na ulicy dopadłem taksówkę. Jak się okazało, co nie jest bez znaczenia, skierniewicką.
    Jej właściciel, jak to taksówkarz, rozpoczął monolog.
    Tyrada jego był jedną wielką jazdą po Warszawie. W przenośni.:)

    W pewnym momencie nie wytrzymałem i nieszczęśnikowi dostało się za wszystko. Za skierniewickie kotłownie i pluszowe kości do gry zwisające z lusterka.
    Na miejscu, już na ulicy, wraz z towarzyszką podróży, wybuchnęliśmy śmiechem.

    Gdy radość ustała, znajoma spytała:
    A tak zupełnie serio, czemu tak ostro potraktowałeś faceta?
    Przecież mówił dokładnie to samo co ty godzinę wcześniej.
    Tylko dlatego, że był ze Skierniewic?

    To też – odpowiedziałem – ale, zupełnie serio, to przede wszystkim dlatego, że się zagalopował. Wyczułem pogardę i szyderstwo, w tym co mówił o moim mieście, o jego historii i mieszkańcach, en masse.

    Pozdrawiam równie serdecznie.
    Całkowicie szczerze, bez krzty ironii.:)

  20. Xiężna said

    Nadobne Panie, Szlachetni Panowie,
    oto wiadomosc, znaleziona najpierw tu:

    http://tecumseh27.wordpress.com/

    a zaraz potem tu:

    http://defendo.wordpress.com/2010/11/03/716/#comments

    I juz.

  21. mona said

    Drogi Yasso, piękna opowieść, nie wiem czy pojęłam aluzję, umówmy się jednak, że tak. Myślę, że każde z nas ma podobnie. Pewnie też i autor tego bloga, pewności nie mam, ale z drugiej strony conieco na to wskazuje. Gorzka ironia może brać się z podłego charakteru albo z tego, że najzwyczajniej to co nas otacza boli. Ponieważ nikt mi nie może odebrać swobody interpretacji – wybieram drugi wariant.

    Zasadniczo o wszystkim rozstrzyga styl. Bo co my możemy wiedzieć o intencjach? Styl jest twardym kryterium. I miejsce. Miejsce jest ważne. Ponieważ telemach pisze po polsku i do/dla polskich czytelników, to nie widzę powodu, używając języka Twojej przenośni, aby go skierować w okolice Skierniewic, bo on wypowiada się na temat Wawy z Wawy. Po wawsku. Czyli argument o kalaniu odpada.
    Tak to widzę.
    Moc pozdrowień z drugiej chwilowo półkuli.
    Mona

  22. futrzak said

    @Xiężna:
    no dobrze ale jak to sie ma do glownego wpisu?
    Rozumiem, ze byla ci to osoba bliska, ktora zmarla. Co wlasciwie chcialas powiedziec podajac te linki?

  23. Xiężna said

    Panie Futrzaku,
    Defendo byla znana w roznych zakatkach Sieci. Wydawalo mi sie, ze tu zagladala takze.
    Jesli sie myle i nikt z Panstwa jej nie znal, to mille pardon.

  24. telemach said

    @Xiężna:
    tak, to istotnie bardzo smutna i przygnębiająca wiadomość. Zaglądała. Dziękuję za informację (mimo, że wiedziałem już wcześniej). Muszę przyznać, że do rozstawiania świeczek po internecie mam stosunek ambiwalentny. Rozumiem i podzielam potrzebę żałoby, jest to jednak dla mnie uczucie intymne, coś z czym niechętnie się dzielę, o ile odczuwam, naturalnie. W przypadku Małgorzaty ambiwalencja ta jest wzmożona, była ona częstokroć obiektem chamskich, niewybrednych ataków, teraz z taką samą intensywnością obdarzana jest świeczkami, i zapewnieniami o wiecznej pamięci – których już nie potrzebuje. To zastanawia, jak łatwo przechodzimy od brutalnego nieposzanowania żywych do ekspiacyjnego i pełnego egzaltacji czczenia zmarłych, prawda?

  25. Xiężna said

    Ta egzaltacja wynika być może z mglistego poczucia winy? Albo potrzeby ekspiacji, kto wie?

    I ja wolę zapalić zwyczajne światełko w intencji Tych, Którzy Odeszli.
    Taka już jestem sensoryczna. Może bez sensu…

    To przeznaczone dla Defendo zapłonęło ubiegłej soboty na pewnym stareńkim grobie pod rozwichrzoną sosną w głębi cmentarza prawosławnego na Woli.

    Pozdrowienia wietrzne z City

    Xiężna

  26. telemach said

    Xiężna:

    (…) na Woli. Pozdrowienia wietrzne z City

    Rozumiem, że Madame ma na myśli to przepiękne miasto wy budowane po 1945, na miejscu tego, które przedtem tam było? Które Głowacki w jakimś wywiadzie nazwał lewobrzeżną Pragą?

  27. babilas said

    Skojarzył mi się ten wpis, gdy usłyszałem dziś w radio o ekshumacji Wassermanna. I o tym, że – niewykluczone – będą dalsze. Chyba chodzi o to, żeby byli wykopani na wybory, taki początek nowej, niekoniecznie świeckiej, tradycji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: