Doktor G. albo ostateczne zwycięstwo bzdury

Czerwiec 23, 2009

Rozpocznijmy od pytań trywialnych. Opłaci się.
Skąd się bierze historia? Kto ją tworzy? Jak się ma to, co zwykliśmy uważać za historyczne fakty, do tego co się wydarzyło w rzeczywistości? Co to znaczy „w rzeczywistości”? Czy to, co zawarte w materiałach źródłowych ma jakąkolwiek szansę we współzawodnictwie z wiodącymi byt samoistny wierzeniami kolektywnymi, wierzeniami, które kwitną w najlepsze na przekór wszelkim zawartym w źródłach świadectwom? Ze zbiorową świadomością, której ulubionym skrótem myślowym jest powabne sformułowanie „jak powszechnie wiadomo”?

Joseph Ignace Guillotin przyszedł na świat 28 maja 1738 roku w Saintes. Jego tatuś był cenionym adwokatem, o mamie wiemy mało. W każdym razie rodzina była przyzwoita i ciesząca się nieposzlakowaną opinią. W przyszłości miało się to zmienić, ale nie uprzedzajmy wypadków. Jezuici, których był wychowankiem, są do tego stopnia zachwyceni intelektem małego Józia, że nalegają na wstąpienie tegoż do zakonu i kontynuowanie studiów teologicznych. Tak się też staje. Joseph Guillotin zostaje profesorem literatury w jezuickim Kolegium w Bordeaux. Po siedmiu latach młody uczony dochodzi jednak do przekonania, że teologia w połączeniu z literaturą nie jest „en vogue” i postanawia poświęcić się służbie ludzkości. Pakuje kufry i udaje się do Paryża. Studia odbywa na Sorbonie oraz w Rheims. Uzyskawszy w 1768 roku dyplom i tytuł, oddaje się z oddaniem praktyce lekarskiej, ludzkość ma jednak o nim jeszcze usłyszeć. Na arenę dziejów wkracza w 1784 roku, pomaga mu w tym Franciszek Mesmer, Austriak, również lekarz medycyny a także szarlatan, hochsztapler oraz pionier leczenia ładnych kobiet z „fluidów” przy pomocy obmacywania na osobności. Mimo że proponowana przezeń metoda miała sprawiać, przynajmniej w swych założeniach, sporą przyjemność zarówno terapeucie jak i pacjentkom, władze w rodzinnej Austrii nie podzieliły nowatorskiego entuzjazmu i Mesmer salwował się ucieczką do Paryża. Również w tym pięknym mieście napotkał na trudności i brak zrozumienia. Król Ludwik XVI powołuje komisję naukowych autorytetów, czternastoosobowe gremium potępia twórcę teorii magnetyzmu zwierzęcego w czambuł, Mesmer przenosi się do Niemiec. Jednym z członków komisji, obok Beniamina Franklina (tego od piorunochronu) i Antoniego Lavoisiera (tego od chemii) był Joseph Guillotin. Jego sława jako lekarza wydaje się być w międzyczasie ugruntowana, świadczy o tym choćby stanowisko przybocznego lekarza królewskiego brata, późniejszego Ludwika XVIII.
Czasy są nad wyraz ciekawe, we Francji wszyscy zabierają się nagle za politykę, Guillotin nie umie się powstrzymać i miast przepisywać maści i tinktury, wydaje pamflety na temat parlamentaryzmu i wolności słowa. Nie uchodzi to ogólnej uwadze współobywateli, na 10 tygodni przed zburzeniem Bastylii doktor G. zostaje wybrany deputowanym do Konstytuanty Zgromadzenia Narodowego. W ramach doskonale udokumentowanej działalności parlamentarnej, energicznie inicjuje szereg reform, szczególnie angażując się w reformę służby zdrowia jak również, będąc radykalnym abolicjonistą, w doprowadzenie do ustawowego zniesienia kary śmierci. Ponieważ pomysł zniesienia najwyższego wymiaru kary napotyka na powszechny brak zrozumienia, zrezygnowany Guillotin, w jednej z licznych ożywionych dyskusji na temat praw człowieka i obywatela, proponuje przynajmniej ujednolicenie i demokratyzacje sposobu jej wymierzania. A mianowicie: „przez użycie sprawnego i praktycznie bezbolesnego urządzenia”. Nie przystoi bowiem, argumentował, aby skazaniec, w zależności od rodzaju przestępstwa, urodzenia i stanu majątkowego miał do czynienia ze stosem, rozrywaniem końmi, gotowaniem żywcem, szubienicą, ostrym mieczem lub tępym toporem w ręku pijanego parobka. Było to w 1791 roku.

Wypowiedź dobrego doktora, podobnie jak wcześniejsze usiłowania zniesienia najwyższego wymiaru kary, początkowo pozostaje bez echa. Pewnej pikanterii dodaje całej sprawie fakt, że do frakcji przeciwników kary śmierci należeli obok doktora Guillotin również Robespierre, Le Peletier, Mirabeau i Brissot. Trzy lata później nikt z nich już nie żył.

Humanitarny w swych założeniach pomysł doktora Guillotin, zapamiętał przeciążony urzędowymi obowiązkami kat Paryża Charles Henri Sanson. „Monsieur de Paris” zwraca się jesienią 1791 roku do Antoniego Louis, profesora chirurgii (jak również przybocznego lekarza Ludwika XVI) o fachową pomoc. Profesor Louis dostarcza dokładnego projektu urządzenia, wzoruje się przy tym na wcześniejszych urządzeniach tego typu, m.in. tzw. toporze z Halifax. Wykonanie prototypu powierzono sąsiadowi Sansona, niemieckiemu budowniczemu klawesynów Tobiaszowi Schmidtowi. Obaj panowie muzykowali wspólnie w czasie wolnym od innych zajęć. Budowy pierwszego funkcjonującego urządzenia podjął się hrabia Pierre-Louis Roederrer, do publicznie toczonej dyskusji nad optymalnym kształtem ostrza włączył się nawet osobiście sam król. Urządzenie, nazwane na cześć swego wynalazcy Louisette, zostało użyte po raz pierwszy 25. kwietnia 1792 roku w celu dekapitacji niejakiego Nicolasa Pelletier. Pelletier był oskarżony o kradzież portfela. Publiczność, rozczarowana zbyt szybkim i przez to mało spektakularnym przebiegiem widowiska, skwitowała całość buczeniem i gwizdami.

Nie mający ze sprawą zbyt wiele wspólnego Joseph Ignace Guillotin wykonuje dalej spokojnie swój zawód, w 1795 roku, u schyłku wielkego terroru, podejrzany o to co wszyscy czyli bycie wrogiem ludu, spędza nawet cztery tygodnie w więzieniu. Udaje mu się przeżyć. Zostaje znanym w całej Francji orędownikiem i propagatorem wynalezionej przez Jennera szczepionki przeciw ospie, w sprawie masowych szczepień dociera do Napoleona, a potem do papieża Piusa VII. W późniejszym czasie zakłada w Paryżu Akademię Medyczną (która, wbrew mylącej nazwie, była instytutem higieny publicznej) a także – jako znany lekarz i pedagog – leczy swych rodaków. Umiera otoczony powszechnym szacunkiem w wieku 75 lat w 1814 roku.

Trudno powiedzieć skąd wzięło się powszechnie panujące przekonanie o wynalazcy gilotyny, krwiożerczym lekarzu, który padł ofiarą swego wynalazku. Pewną rolę odegrało zapewne złośliwe przekręcenie faktów w anonimowym artykule opublikowanym w wydawanym na emigracji rojalistycznym pisemku. Guillotin do ostatnich dni swego pełnego poświęcenia życia nie pojął przyczyn, dla których akurat jemu, zdecydowanemu humaniście i przeciwnikowi kary śmierci, przypisano sławę wynalazcy śmiercionośnego narzędzia. Po jego śmierci, rodzina wystąpiła do władz z prośbą o zmianę (w międzyczasie już oficjalnej) nazwy urządzenia. Spotkawszy się z odmową, krewni sami zmienili swe nazwiska.

Ostatni wyrok z użyciem gilotyny wykonano we Francji w 1977 roku.

Odpowiedzi: 31 to “Doktor G. albo ostateczne zwycięstwo bzdury”

  1. Aspik said

    No, właśnie. Też mam żal do historii i opiniotwórczych żurnalistów z białej emigracji. La Louisette podoba mi się o wieeele bardziej.
    Ciekawe, że mimo tylu prekursorów nikt nie wykłóca się o pierwszeństwo wynalazku. Nawet w czasach dawniejszych nigdy nie słyszałem o pańszczyźnianym chłopie spod Smoleńska, który by wynalazł luizetkę już w czasach Iwana Groźnego.

    Pozdrowienia.

  2. Torlin said

    Może gilotyny nie pragnąłbym powrotu, ale dyby przydałyby się. Zamiast karać uporczywe przestępstwa karami finansowymi lub więzieniem – w dyby, spodnie w dół i na widoku tłumów chłosta. Za pierwszym razem 10, przy każdej kolejnej recydywie o 10 więcej. Zacząłbym od motocyklistów, złodziei radiów samochodowych, złodziei autobusowych. Taki jestem średniowieczny.

  3. telemach said

    W jakiś sposób wpłynęła na mnie ta gilotynowa historia budująco. Taki redaktor Wildstein Bronisław może jeszcze przejść do historii (tylko i jedynie) jako współpracownik Gazety Wyborczej. I rodzina nic, ale to nic nie będzie mogła na to poradzić.
    Historia jest nieobliczalna.

  4. andsol said

    Co by mi wyszło taniej, przesiewać śmietnik mózgowy czy „zdeletować” wszystko, co mam w głowie i zacząć uczyć się od nowa?

    Tylko z czego? Jakie podręczniki są procentowo ujmując mniej zaśmiecone niż moja obecna głowa?

  5. telemach said

    Andsolu, mam całkiem podobne refleksje. Z drugiej strony jednak, gdyby wszystko w masowej wyobraźni było zgodne z źródłami mającymi przynajmniej ambicję być zapisem minionej rzeczywistości, to blog ten byłby o parę wpisów uboższy.
    Przekłamania też się mogą od czasu do czasu do czegoś przydać.

  6. Aspik said

    Już teraz nie ma łatwo. Onegdaj pewna maturzystka pomyliła go z Schindlerem. Jarecki świadkiem.

  7. kociszlak said

    chyba sobie wydrukuję te wszystkie Twoje teksty, bo się Pan rozpisujesz, ech.
    a ja jednak do słowa drukowanego nadal przyzwyczajona.

  8. drakaina said

    Fascynująca sprawa. Aż by się prosiła o to, żeby zrobić ranking tego, co powinno przejść do historii w formie, nazwijmy to w duchu notki, okrojonej ;) Wildstein, piękny przykład. Ale co byś powiedział na Lecha i Jarosława K. jako odtwórców głównych ról w filmie dla dzieci?

  9. telemach said

    Pani szanowna sobie wydrukuje? Ależ proszę uprzejmie. Ja bym jednak poczekał na wydanie jubileuszowe na papierze akcydensowym i w półskórku. Zawsze przyjemniej wziąć do ręki ;-)

  10. porcelanka said

    Skąd się historia bierze? Jeśli się zastanowić głębiej, pewnie z bierności. A ściślej, biernej akceptacji ogółu uśrednionego opisu faktów. Niemniej, jak na ospałego przeciętniaka, niezła z niej ironistka.
    Po zastanowieniu się jednak, trudno posądzić o bierność poszukujących Elvisa do dziś na Bahamach fanów. Więc może historia bierze się jeszcze z „szczyrej wiary”.
    Louisette – czy dziecięce imię licuje z powagą zawodu Monsieur de Paris? Ale to już byłaby teoria spiskowa ;)

  11. dru' said

    Swego czasu nasz inteligentny i rozlegle wyedukowany nauczyciel polskiego mówił o „wynalazku pana Guillotin”, a tu proszę…
    No, ale żarówkę też wynalazł radziecki uczony, a nie jakaś imperialistyczna świnia.

  12. telemach said

    -> drakaina: to jest miłe miejsce, staram się w nim unikać aluzji do aktualnych tematów i zagadnień o charakterze obscenicznym. Ale mogę się wypowiedzieć na ten temat chętnie u Ciebie ;-)

  13. Aspik said

    Bo historia, podsumowując różne powiedzonka, to taki stary babsztyl-belfer jest, co w kółko zrzędzi, że „nic się nie uczycie” i wali linijką po łapach przy każdej złej odpowiedzi. A jak co do czego, to myli fakty i ludzi.

    (Nie dotyczy historii najnowszej, która posiada jeszcze wszelkie wady i zalety młodej nauczycielki)

  14. futrzak said

    Jak mawial Nietzsche:
    „Nie ma FAKTOW, sa tylko INTERPRETACJE”.

    Od czasu do czasu ktos mozolnie usiluje dociec faktow, jednak na niewiele sie to zdaje.
    Pamiec zbiorowa zawsze bedzie uzywac interpretacji….

  15. Aspik said

    Dziś jestem w nastroju pryncypialnym, więc muszę stwierdzić, po kolejnej lekturze, że pod płaszczykiem utyskiwań na historię Autor próbuje nam tu przemycić gilotynizm. A na gilotynistyczną propagandę nie powinno być miejsca na przyzwoitym blogu.

    Proszę odnotować mój stanowczy protest.

  16. porcelanka said

    Znaczy, nie bije po łapach tylko stosuje metody bezstresowe? ;) (ta historia najnowsza). Bardzo mi się podoba porównanie belferskie.

  17. Abulafia said

    Ależ Aspik. Gilotynizm uprzyzwoica blog, a autora nobilituje.
    Taki np. czterowiersz o dekapitacji mimowolnie skojarzony z postem;
    Przebacz waćpan niezgrabność-mówi kat łotrowi.
    Pierwszy raz dzisiaj ścinam. Jestem nowym katem.
    -Proszę się nie krępować-łotr na to odpowie.
    -Pierwszy raz mnie ścinają. Nie poznam się na tem.
    to czysty wersalizm.
    A ile miarodajnej wiedzy post zawiera. Gdyby nie gilotyna świat nie wiedziałby, że;
    -niebieską krew mają tylko ci, których stać na spirytus,
    -golenia karku nożyskiem nie aprobuje żadna bipeda z dowolnym rodowodem,
    -Francja to nie tylko Wersal…
    Szukajmy zatem ziaren prawdy w ,,uzgodnionym zestawie kłamstw”, a dostrzeżemy w starym babsztylu-belfrze mądrą nauczycielkę życia. Jeśli nie spostponują jej kłamcy i gówniarze.

  18. Aspik said

    I tu się, prawda, nie zgadzam. Przytoczony wierszyk może pochodzić wyłącznie z epoki pregilotynalnej. Już we wczesnym gilotynie wyszło na jaw, że oprawca nowej epoki nie musi posiadać żadnych kwalifikacji prócz umiejętności pociągnięcia za – pardon – spłuczkę. Tak wychodzi na jaw prawdziwe oblicze gilotynizmu jako manifestacji określonego myślenia o ofiarach.

  19. makowski said

    nie pamiętam, jak było z tą gilotyną (coś też św. pam. p. Prof. Zahorski tak jakoś też podobnie się naśmiewał ;–)
    — ale to typowa magia sympatyczna, typu: „podobne zwalczaj podobnym„.
    bowiem SKORO wynalazł — to MUSIAŁ od tego zgi…

  20. Sadoq said

    Łatwiej nam przyjąć bez emocji obalenie mitów z przeszłości, która nas nie dotyka. Gorzej, gdy dotyczy to naszych własnych mniemań i wyznawanych mitologii.

    Najbardziej spektakularne mity upowszechniane są przez polityków. Niektórzy nawet wierzą w opowiadane przez siebie bajki.

  21. Historia tworzy się sama, czyni to przy pomocy faktów. Historyk, pisząc swoje dzieło, jedynie ją odtwarza, odkopuje spod warstwy niewiedzy, czy też – jak Ty, Telemachu, w tej notce – mitów. Czyni to właśnie po to, aby bzdura ostatecznie nie zwyciężyła – i czasem nawet udaje mu się osiągnąć ten cel.

  22. Aspik pisze: „pomyliła go Schindlerem” To prawda, choć na jej obronę muszę zauważyć, że nie wiadomo, czy miała na myśli „tego” Schindlera. Aby uhonorować autora tego świetnego tekstu muszę korzystając z okazji zauważyć, że nie jest to już byle jaka maturzystka, a jak dobrze liczę ( autor komentarza liczy na palcach ) studentka 4 roku historii ( archiwistyka ) IPN zarży w posadach.

  23. Aspik said

    zarży w posadach – wyborne !

  24. Abulafia said

    Tu z kolei ja się nie zgadzam.
    Historia może rżeć z IPN-u aż Instytut Paranoi Nieuleczalnych zadrży w posadach. IPN także może z historii rżeć, tyle, że ona nie zadrży nawet taktownie. Zatem rżenie IPN-u i historii może być porównywalne, zadrżenie-tylko na płaszczyźnie lapsusów. IPN rżeć może, zadrżeć-musi.
    I pomyśleć, że jedna literka różniąca ,,zadrżenia” od ,,zarżenia” wywołuje purystyczną niezgodę. W obawie o zafałszowanie historii?
    Chochliki językowe przypomniały mi anegdotkę.
    -Tato-mówi syn-Jakiś pan ciebie się kłania.
    -Nie mówi się ,,ciebie” tylko ,,tobie”-prostuje rodzic.
    -Mi?-dziwi się latorośl.
    -Nie mówi się ,,mi” tylko ,,mnie”-kontynuuje purysta.
    -No, mówiłem, że ,,ciebie”-konstatuje syn.
    Gdyby tylko takie lapsusy zaśmiecały historię, mi czy mnie nie zaciemniałyby jej obrazu. Jeśli jednak kłamcy i gówniarze z IPN-u kpią z tej pięknej nauki, nie wiem, czy rżeć czy drżeć.

  25. Czy ty, pardą, nie jesteś przypadkiem Chińczykiem?
    Dworowaliśmy sobie z nich kiedyś, że „oto młody przywódca, który w maju skończył lat 84”
    A tu widzę, że nawet wiedzę na lata trzeba mierzyć.
    Skoro ludzie po 30 to gówniarze, rozumiem że odpowiedniej wiedzy i autorytetu można nabrać tak koło 70. Ale znowuż często skleroza.
    Gorzej gdy wybiórcza. ( bez skojarzeń )

    A zarży, zarży – wszyscy zarżymy jak te nieboskie szkapy bo zbliża się pokolenie pragmatyków o bardzo małych rozumkach.

  26. monades said

    @Jarecki:
    @Abulafia:

    Światopoglądowa krucjatokopanka dotycząca IPN-u?
    Zaraz zacznie brzydko pachnieć. Jest to, moim zdaniem, nieuniknione.

  27. Abulafia said

    @monades.
    Rozczaruję. I przeproszę za unikanie krucjatokopanki. Przykro mi.
    @Jacek.
    Trafił Ci się lapsus z IPN-em; ,,IPN z a r ż y w posadach”. Purysta Aspik zauważył potknięcie kwitując je; ,,wyborne!”.
    Zamiarem mojego wpisu było obrócić w żart chochlika, niejednokrotnie spowodowanego przez rzecz martwą-klawiaturę lub kompa.
    Wytoczyłeś armatę. Wola Twoja. Proszę tylko o załadowanie na przyszłość kolubryny chińską mądrością, tą z tradycją tysięcy lat, nie czkawką z plenum KC ChPK z czasów rewolucji kulturalnej.
    Kłaniam się.

  28. Nic nie wytaczam. Tyle, że Aspik mnie zna i wie, że jak jest „zarży” to ma tak być. Przecież nie będę do komentarzy pisał tych, oj zapomniałem jak się nazywa komentarz do komentarza. Mniejsza z tym.

  29. Aspik said

    Potwierdzam: znam Jareckiego i wiem, że nigdy nie rży przez pomyłkę, tylko znacząco. Na przykład kiedy mu za mało herbatę posłodzić (zieloną). IPN jest jaki jest – nie będziemy tego robić Gospodarzowi, żeby s24 zaprowadzać w jego klimatyzowanej niszy – ale jak tam na posady dotrze nowe pokolenie, które Schindlera od Wildsteina nie odróżnia, to nawet najwięksi malkontenci mogą zatęsknić za Starym Dawnym.

  30. Aspik said

    P.S. Żeby jeszcze uwiarygodnić swoją wypowiedź dodam, że zjadłem z Jareckim beczkę soi. Tak go znam.

    Wbrew sugestiom, Abulafio, nie jestem purystą, bo bym musiał sam się batożyć regularnie. Czasem lubię pomarudzić, ale to coś zupełnie innego.

  31. No właśnie. Nie przenośmy sporów politycznych w tak interesujące miejsce.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: