Czas kryzysu.

Luty 12, 2009

Samuel J. Towland, zwany też – dla odróżnienia od ojca i dziadka – trzecim, właściciel posiadłości z widokiem na zachód słońca, jachtu, rezydencji letniej i rezydencji zimowej, żony, którą można było pokazać, trójki dzieci z wymaganiami, biblioteki, dwóch kochanek, dyplomu znanej uczelni, samochodu terenowego wyglądającego jak limuzyna i limuzyny będącej samochodem terenowym, kolekcji monet i antyków jak również psa rasowego z medalem oraz dyplomem, spojrzał po raz ostatni na wyciąg z konta, poprawił stosik leżącej przed nim korespondencji, wstał od masywnie rzeźbionego biurka, podszedł do otwartego okna, wdrapał się na parapet i skoczył.

Trzydzieste siódme piętro to nie w kij dmuchał.

Juan Arroyo Diaz, mimo popularnego w rodzimym Curundú nazwiska i jeszcze bardziej popularnych imion, obywał się bez numeru porządkowego. Jego stan majątkowy ograniczał się do taczki, miotły, kubła, ubrania noszonego na grzbiecie i wyświechtanego portfela, w którym obok rozpadającego się panamskiego paszportu, trzech pomiętych banknotów, sfałszowanego prawa jazdy i nieważnej karty kredytowej opiewającej na nazwisko Jason T. Brown, przechowywał również list od żony. Małżonka donosiła w nim o urodzinach siódmego z kolei dziecka. Juan Arroyo Diaz z zapałem zamiatał chodnik przed imponującym biurowcem należącym do Towland Enterprises, zastanawiając się jednocześnie nad niepojętym cudem natury, który sprawił, że jego niewidziana od ponad roku żona powiła potomka.

Czytelników, przeczuwających zbliżający się nieuchronnie dramat, pragnę uspokoić. Ciało Samuela J. Towlanda, uderzając z głuchym hukiem o chodnik, nie uczyniło zamiataczowi najmniejszej krzywdy, jako że znajdował się on w tym momencie po drugiej stronie budynku. Szczerze powiedziawszy, nie zauważył on nawet zdarzenia i skończywszy zamiatać, oddalił się.

Literatura i życie to dwie zupełnie różne sprawy.

Odpowiedzi: 10 to “Czas kryzysu.”

  1. flanelka said

    :)

    Coś mi mówi, że wystarczy za komentarz.. o ile nie jest nawet zbytkiem ciągu liter.

  2. fren said

    To prawda, literatura i życie, to dwie zupełnie różne sprawy, szczególnie ta literatura dla kucharek, w której miarą wartości człowieka są posiadłości, jachty, limuzyny, antyki, kobiety w roli ornamentów i wielocyfrowa liczba na wyciągu bankowym po stronie ma.

  3. Mag said

    Jako, że rzeczywistość jest cieniem słowa śmiem twierdzić, że jednak i literatura i życie mają ze sobą wiele wspólnego. ;)

  4. monades said

    hi fren, moja kucharka nie moze oderwac sie od Prousta, co robic?
    A tak na marginesie marginesu: o ironii i parodii gatunku juz slyszalas?

  5. Mag said

    Pozwolę sobie zacytować osobistego Mistrza:
    „Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie jest dla nas rzeczywiste. Każdy fragment rzeczywistości żyje dzięki temu, że ma udział w jakimś sensie uniwersalnym. Stare kosmogonie wyrażały to sentencją, że na początku było słowo. Nienazwane nie istnieje dla nas. Nazwać coś – znaczy włączyć to w jakiś sens uniwersalny. Izolowane, mozaikowe słowo jest wytworem późnym, jest już rezultatem techniki. Pierwotne słowo było majaczeniem, krążącym dookoła sensu światła, było wielką uniwersalną całoścą. Słowo w potocznym dzisiejszym znaczeniu jest już tylko fragmentem, rudymentem jakiejś dawnej wszechobejmującej, integralnej mitologii. Dlatego jest w nim dążność do odrastania, do regeneracji, do uzupełniania się w pełny sens. Życie słowa polega na tym, że napina się ono, pręży do tysięcy połączeń, jak poćwiartowane ciało węża z legendy, którego kawałki szukają się wzajemnie w ciemności. Ten tysiąckrotny a integralny organizm słowa rozerwany został na poszczególne wyrazy, na głoski, na potoczną mowę i w tej nowej formie, zastosowany do potrzeb praktyki, przeszedł on już do nas jako organ porozumienia. Życie słowa, jego rozwój sprowadzony został na nowe tory, na tory praktyki, życiowej, poddany nowym prawidłowościom. Ale gdy jakimś sposobem nakazy praktyki zwalniają swe rygory, gdy słowo, wyzwolone od tego przymusu, pozostawione jest sobie i przywrócone do praw własnych, wtedy odbywa się w nim regresja, prąd wsteczny, słowo dąży wtedy do dawnych związków, do uzupełnienia się w sens – i tę dążność słowa do matecznika, jego powrotną tęsknotę, tęsknotę do praojczyzny słownej, nazywamy poezją.”
    To tyle jeżeli chodzi o Schulza.
    Ale można posiłkować się jeszcze Austinem.
    Rzeczywistość powstaje – jeżeli ją nazwiemy. Słowa są tkanką budującą tekst – także literacki. Czy w takim wypadku życie jest zbudowane z tekstu? I jeśli tak, to czyż – bawiąc się w uogólnienia – nie można go nazwać dziełem literackim? ;)

    Pozdrawiam cieplutko bardzo.

  6. telemach said

    Jeśli chodzi o Schultza to ja nie powiem nic i pozostanę na klęczkach. Jest to wbrew pozorom postawa wygodna i zasadnicza.Nie ze względu jednak na treść, lecz na formę. Uwierzyłbym mu nawet wówczas gdyby twierdził, że wszystko jest inaczej.
    A tak ogólnie to zakapućkać się można. Bo jeśli przez moment założymy, że istotnie rzeczywistość powstaje w momencie jej nazwania, to czymże jest nienazwana rzeczywistość? Nierzeczywistością najlepiej opisywaną niewypowiedzianymi słowami? Nie takie to wszystko proste jak by Mistrz Bruno sobie życzył.
    Przed laty widziałem dziecko. Było głuchonieme i niewidome od urodzenia. Jego świat składał się jedynie z dotyku. Prostych, cielesnych doznań. Ciepła. Zimna. Bólu. Z czego zatem droga Mag składała się jego rzeczywistość?
    I czy jego życie też było utworem literackim?
    Poważnie się zrobiło, nieprawdaż?
    Przyjemności. Mimo wszystko.

  7. fren said

    hi monades, to lepiej zmień kucharkę, jak się zaczyta, to zupę Ci przypali.

    „o ironii i parodii gatunku juz slyszalas?” – Nie, a z czym to się je?

  8. Mag said

    * „Bo jeśli przez moment założymy, że istotnie rzeczywistość powstaje w momencie jej nazwania, to czymże jest nienazwana rzeczywistość? Nierzeczywistością najlepiej opisywaną niewypowiedzianymi słowami?”
    -> To, co nienazwane nie istnieje. To coś w stylu – nie można podać dowodów na nieistniego czegoś.

    * Świat nie jest tylko indywidualną projekcją i konstrukcją. Nie możemy rozpatrywać tego „nadawania rzeczom sensu przez nazwanie ich” w kontekście każdej jednostki w oderwaniu. Dziecko – czy zdrowe, czy chore – poznaje słowa, uczucia, kolory, kształty, świat – dzięki temu, że jest kierowane przez jakąś inną jednostkę. Aby odczytać świat znaczeń (wszystkiego tego, co nazwane) potrzebuje pomocy.
    Słowa w tym znaczeniu nie są tylko dźwiękami. Chodzi tu raczej o desygnaty.

  9. monades said

    @fren: z chrzanem, fren, z chrzanem. Kucharki nie zmienie bo odziedziczona z dobrodziejstwem inwentarza. Trudne, prawda?

  10. Bardzo intrygująca historia z tzw. „Pazurem” :)

    Przez mózg przedragala mi niepokojąca wibracja – często mnie przeszywa, gdy wchodze w rezonans z odpowiednim tekstem:
    Co jeśli Mr.Anderson miał rację?
    Może jednak żyjemy w Matrixie?
    Może – co gorsza – jest tylko jeden Matrix i jest on mój, a reszta jest oprogramowaniem? To co nie ujęte w matematycznych zawiłościach, logarytmach i języku programistów, rzeczywiście nie istnieje?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: