Wróżba. Swoboda interpretacji (3)
październik 27, 2009
Wczoraj jej jeszcze nie było. Dzisiaj była. Obok szyldu informującego o jakże potrzebnej usłudze prężenia firan (tanio, szybko, sprawnie). Nad notariuszem. Pod urologiem. Mała mosiężna tabliczka. To nie było złudzenie.
Madame Woroncowa.
Medium. Wróżka
IV piętro. Dzwonić 2 razy.
Kropotin nie posiadał się ze zdumienia.
-A taki porządny dom – mruknął pod nosem – kto by pomyślał.
-Wprowadziła się wczoraj – głos za plecami Kropotkina był młodzieńczy, z drugiej strony jednak ni to syczący, ni zachrypnięty. Właściciel głosu ubrany był na czarno. Prawie młokos. Na głowie miał zdeformowany kapelusz, na twarzy dzioby po ospie. W kieszeni palta zwinięta w rulon gazeta.
-Czy my się znamy?- zapytał Kropotkin
-Nie sądzę – powiedział dziobaty – pozwoli Pan (tu uchylił kapelusza pokazując kruczoczarną czuprynę) – moje nazwisko Szwarcbard. Samuel Izakowicz Szwarcbard.
I chciał najwidocznie jeszcze coś dodać, ale jego słowa zagłuszył łomot, który nagle rozległ się po drugiej stronie zamkniętych drzwi. Coś ciężkiego spadało ze schodów.
Wróżba. Swoboda interpretacji (2)
październik 21, 2009
Wczoraj jej jeszcze nie było. Dzisiaj była. Obok szyldu informującego o repasacji pończoch (tanio, szybko, sprawnie). Pod notariuszem. Nad urologiem. Mała mosiężna tabliczka. To nie było złudzenie.
Madame Woroncowa.
Medium. Wróżka
III piętro. Pukać 2 razy.
Kropotkin, dumny ze swego sceptycyzmu, postanowił zignorować. W sieni pachniało myszami i zupą grzybową. W jaki sposób znalazł się na podeście trzeciego piętra – było dlań niepojęte. Zapukał. Madame Woroncowa ubrana była w surdut z pagonami. Na szyi miała sznur korali, w lewym oczodole monokl z pękniętym szkłem, a na kolanach kota. Wzrok rozmarzony, głos cichy, łagodny.
-Jest pan zainteresowany swą przyszłością – szepnęła.
Kropotkin, zdumiony trafnością spostrzeżenia, przytaknął.
- Życzy pan sobie przepowiedni zadowalającej, czy też zgodnej z prawdą?
- Nie rozumiem – wybąkał Kropotkin. I zamilkł. Pytanie, w przeciwieństwie do odpowiedzi, nie było zbyt trudne.
- No, chyba zgodnie z prawdą – odparł po krótkim ale intensywnym namyśle – chciałbym wiedzieć co mnie spotka.
- W takim razie muszę prosić o uregulowanie należności z góry.
Kropotkin uregulował, a Madame Woroncowa rozłożyła karty. Mag leżał pomiędzy wisielcem a wizerunkiem słońca.
- Niepotrzebnie się pan martwi –powiedziała – żona nie zdradza pana z tenorem Taszewskim. Już nie. Na Pana miejscu zainteresowałabym się raczej Szlomą Szwarzbardem. Chociaż – chwileczkę – nie ma powodów do paniki. Szczęśliwym trafem nie ma Pan na imię Szymon. Kłopoty finansowe są przejściowe. Znajdą swe rozwiązanie pod koniec października. Proszę jednak uważać na automobile. Pański wspólnik, co za człowiek, co za człowiek, umrze w niedługim czasie na apopleksję. Jak Pan zatem widzi – same dobre nowiny. Pańskie zdrowie nie powinno stanowić powodu do niepokoju, ból w kolanie minie z nastaniem mrozów. Proszę trzymać się z daleka od gier hazardowych i pożyczek skarbowych. Dolegliwości Jelizawiety Hektorownej nie miną. Będą się nasilać w miarę upływu czasu i będzie miała dla Pana coraz mniej czasu. Na pańskim miejscu zakończyłabym tę znajomość.
Kropotkin wstał i bez słowa pożegnania skierował się ku wyjściu. W przedpokoju ubrał palto i kapelusz, po czym opuścił mieszkanie. Na podeście pierwszego piętra potknął się i spadł z hukiem ze schodów tłukąc binokle, a następnie łamiąc prawą nogę, nadgarstek i dwa żebra. Leżał na kamiennej posadzce sieni. Nie czuł bólu. Spoza drzwi pobliskiego mieszkania dobiegał dźwięk patefonu, a potem zachrypnięty męski głos powiedział głośno i wyraźnie: „A z Kairu znów dzwonił Agardi Metrowitch, coś tam z dzieciakiem, czy ktoś może przekazać Helenie tę wiadomość?”.
A potem już była tylko ciemność i cisza.
Wróżba. Swoboda interpretacji.
październik 19, 2009
Wczoraj jej jeszcze nie było. Dzisiaj była. Obok szyldu informującego o repasacji pończoch (tanio, szybko, sprawnie). Pod notariuszem. Nad urologiem. Mała mosiężna tabliczka. To nie było złudzenie.
Madame Woroncowa.
Medium. Wróżka
II piętro. Pukać 3 razy.
Kropotkin, dumny ze swego sceptycyzmu, postanowił zignorować. W sieni pachniało pastą do butów i kapuśniakiem. W jaki sposób znalazł się na podeście drugiego piętra – było dlań niepojęte. Zapukał. Madame Woroncowa ubrana była w suknię nieokreślonego koloru. Na szyi miała sznur pereł przypominających prawdziwe, a na kolanach zupełnie prawdziwego kota. Wzrok badawczy, przenikliwy.
-Jest pan zainteresowany swą przyszłością – zawyrokowała.
Kropotkin, zdumiony trafnością spostrzeżenia, przytaknął.
- Życzy pan sobie przepowiedni zadowalającej, czy też zgodnej z prawdą?
- Nie rozumiem – wybąkał Kropotkin. I zamilkł. Pytanie, w przeciwieństwie do odpowiedzi, nie było trudne.
- No, chyba zgodnie z prawdą – odparł po krótkim ale intensywnym namyśle – chciałbym wiedzieć co mnie spotka.
- W takim razie muszę prosić o uregulowanie należności z góry.
Kropotkin uregulował, a Madame Woroncowa rozłożyła karty.
- Niepotrzebnie się pan martwi –powiedziała – żona nie zdradza pana z tym podejrzanym indywiduum Schwarzbardem. Pozostając w zupełnie zadowalającym obie strony związku z tenorem Taszewskim, nie ma najmniejszych ku temu powodów. Również trudnościami finansowymi nie powinien pan się zbytnio przejmować. Ani też nieuczciwym wspólnikiem. Naturalnie, że jest nieuczciwy. Szkopuł jednak w tym – tu madame zawiesiła głos – że nie ma to najmniejszego znaczenia. Najmniejszego. Z kart wynika, że wkrótce przydarzy się panu poważny wypadek. Gdyby jednak udało się Panu go jakimś cudem uniknąć, umrze Pan w przeciągu najbliższych dwóch miesięcy na apopleksję. Tak że ruina pańska, aczkolwiek nieunikniona, nie powinna Pana martwić. I proszę się nie kłopotać, że pozostawi pan rodzinę z długami i bez środków do życia. Nie ma najmniejszego powodu do zmartwień. Dziatki pańskie niezupełnie są pańskim potomstwem. Kanarek trafi w dobre ręce.
Kropotkin wstał i bez słowa pożegnania skierował się ku wyjściu. W przedpokoju ubrał palto i kapelusz, po czym opuścił mieszkanie. Na podeście pierwszego piętra potknął się i spadł z hukiem ze schodów tłukąc binokle, a następnie łamiąc lewą nogę, nadgarstek i obojczyk. Leżał na kamiennej posadzce sieni. Nie czuł bólu. Na jego twarzy majaczył się błogi uśmiech.
Intermezzo nr. 1
wrzesień 22, 2009
Na przykład taki B. Traven. Albo Pynchon. Wiele razy znikali. Z każdym zniknięciem ich obecność była bardziej natarczywa.
Kropotkin, wiedziony nagłym kaprysem, postanowił na chwilę zniknąć. I znikł.
Niby nic specjalnego. A jednak.
Myśl, że przed zniknięciem powinien jednak obmyślić sobie sposób powrotu, próbowała pojawić się w głowie Kropotkina, ale nie mogła. Z powodów zasadniczych. I – mimo zamiaru uporczywości – nie pojawiała się.
Gdyby Kropotkin nie znikł, byłby zapewne zakłopotany.
Kolejność rzeczy bywa czasem ważniejsza niż się to z pozoru wydaje.
Patriotyzm fryzjerski
sierpień 29, 2009
W miasteczku S. jest dwóch fryzjerów. Pierwszy z nich jest człowiekiem pod każdym względem zaangażowanym, również w sprawy społeczności lokalnej, a przede wszystkim prawdziwym patriotą. Drugi umie strzyc.
Kropotkin, postawiony przed trudnym wyborem, z bólem serca decyduje się na wizytę u słusznego fryzjera. Wyniki przerastają jego najśmielsze oczekiwania. Dotychczasowe, nikłe raczej powodzenie u dam, ustępuje miejsca niemiłej samotności. Znajomi, widząc nową fryzurę, współczująco kiwają głowami, aby - gdy odwróci się do nich plecami - wybuchać niepohamowanym, nerwowym chichotem.
W miasteczku S. jest również dwóch dentystów. Pierwszy z nich to człowiek o nieposzlakowanej opinii, uczciwy i w ogóle pod każdym względem przyzwoity. Drugi zaś zna się na swym fachu i wierci bezboleśnie.
Kropotkin, obudziwszy się rano z dotkliwym bólem zęba, stara się nie myśleć o najbliższej przyszłości i próbuje znaleźć ukojenie w biografii Samuela Johnsona pióra niezapomnianego Jamesa Boswella. Johnson miał jakoby stwierdzić, że patriotyzm jest ostatnim schronieniem szubrawców. Jakoby. Zagadnienie, czyim schronieniem może ewentualnie być przyzwoitość, pozostaje, ku zakłopotaniu Kropotkina, otwarte.
Dobrze albo wcale
lipiec 31, 2009
O zmarłych należy mówić albo dobrze albo wcale. I skąd to się proszę Państwa wzięło? Skąd biorą się takie z pozoru sympatyczne, a po głębszym zastanowieniu się raczej problematyczne bonmoty?
Teorii jest kilka. Wymieńmy dwie. Zasługują na to.
- De mortuis nil nisi bene [dicendum] miał rzekomo jako pierwszy zawyrokować Chilon ze Sparty. Tak przynajmniej twierdził Diogenes. Nie ten od beczki, lecz ten drugi, Laertius. Powszechnie uważany za fachowca od żywotów i dokonań antycznych filozofów, mógł sobie pozwolić na nacechowane pewną dezynwolturą przypisywanie tego i owego – wedle swego uznania – to temu, to tamtemu. Gdyby jednak poczytał uważniej Plutarcha, byłby pewnie ostrożniejszy. Ten bowiem, dobre 300 lat wcześniej przypisał już te słowa Solonowi Ateńczykowi. Zełgać mógł jeden, drugi lub obaj – czyli mamy tutaj, prawda, pewien dylemat. Czym się kierować? Komu tu wierzyć? Jedno jest pewne: w powyższej formie żaden z nich nie mógł niczego podobnego powiedzieć bo żaden z nich nie znał łaciny. Nie znał i już. Dlatego przyjmuje się, że Chilon powiedział (lub nie powiedział) „τὸν τεθνηκότα μὴ κακολογεῖν“, podczas gdy Solon miał jakoby powiedzieć (lub nie powiedzieć) „ τὸν τεθνηκότα μὴ κακολογεῖν, γῆρας τιμᾶν.“ Różnica, jeśli wolno zażartować, trudna do przeoczenia nawet dla osób pobieżnie znających starożytną grekę. Ale nieważne.
Spróbujmy zatem ocenić wiarygodność obu panów posługując się innymi, bardziej przekonywującymi kryteriami. Spróbujmy, bo co szkodzi.
O Chilonie ze Sparty wiemy mało. Pozostała po nim garść przypisywanych mu sentencji i opinia jednego z siedmiu mędrców starożytności. Niektóre sentencje są niezrozumiałe (poznaj siebie samego) inne rozczulają swą dobroduszną naiwnością (nie śmiej się z cudzego nieszczęścia). Gdyby posłuchano Chilona, nigdy nie powstałby kabaret.
O Solonie wiemy całe mnóstwo, prawie nic z tego nie jest na szczęście pewne. Nawet nie wiadomo tak naprawdę, kiedy ten Solon dokładnie żył. Biorąc pod uwagę, że wybitny prawodawca, filozof i poeta należał do czołowych propagatorów pedofilii w starożytnych Atenach – to może nawet i lepiej. Niezapomniane są jego rozwiązania prawne regulujące szczegółowo z jakimi pacholęciami płci męskiej obywatelom można współżyć ( z potomstwem niewolników i wyzwoleńców), a z jakimi raczej nie (z synami wolno urodzonych obywateli). Chyba, że obie strony się ze sobą dogadają to wtedy wolno wszystkim wszystko i jest to, według Solona, bardzo dobre, pożyteczne, godne podziwu a nawet pochwały.
Po dokładnym porównaniu dokonań obu mędrców, decydujemy arbitralnie, że w kryterium ulicznym zwyciężył Chilon ze Sparty i teraz to już chętniej jego właśnie cytujemy. Trudno bowiem pogodzić się z myślą, że uznajemy poglądy notorycznego pedofila za godne cytowania. Albo co gorsza, za swoje własne.
Kropotkin, po głębszym namyśle, dochodzi do wniosku, że niezależnie od autorstwa, maksyma nie ma najmniejszego sensu. Mówienie źle o zmarłych wydaje mu się wcale nie aż takie zdrożne. Po pierwsze przynosi ulgę, po drugie nie może ich to już zaboleć, a po trzecie – w przeciwieństwie do żywych – nie mogą odwdzięczyć nam się tą samą monetą.
Na temat mówienia źle o żywych starożytni mędrcy nie pozostawili nam żadnej maksymy.
Logika emocjonalna
czerwiec 17, 2009
Niezły łobuz z tego Golemana. Namieszał w głowach, że aż zęby bolą. Wobec faktu, że termin „inteligencja emocjonalna”, mimo uporczywych usiłowań panów Lockego, Zeidnera i Robertsa, nie daje się tak łatwo usunąć z masowej wyobraźni, zajmijmy się logiką emocjonalną. Dla odmiany. Twierdzącym, że czegoś takiego nie ma, polecić można szczególny przypadek postrzegania rachunku prawdopodobieństwa w przypadku gier losowych.
Bez zbędnego zagłębiania się w szczegóły przypomnijmy, że w przypadku skreślenia na kuponie totolotka sześciu liczb, prawdopodobieństwo wylosowania „szóstki” jest identyczna dla każdej dowolnej kombinacji. Również dla tej, która została wylosowana w poprzednim ciągnieniu. I tu zaczyna się problem. Zdumiewająca większość ofiar gier losowych, zapytana o to, czy ma sens zakreślania liczb, które komuś przyniosły materialne szczęście przed tygodniem, odpowiada, że nie. Szansa dwukrotnego wyciągnięcia takiej samej kombinacji w dwóch kolejnych odsłonach dramatu, wydaje im się nagle niebywale, ba, astronomicznie mała, o wiele mniejsza niż szansa wyciągnięcia daty urodzin żony sąsiada, rozmiaru butów rodzeństwa lub liczb które im się przyśniły w proroczym śnie. Nieodparcie nasuwa się analogia do irracjonalnej wiary żołnierzy chowających się w zamęcie bitwy do leja po bombie, w przeświadczeniu, że rachunek prawdopodobieństwa jest ich sprzymierzeńcem.
Logicznie rzecz biorąc, zakreślanie liczb wylosowanych w ostatnim ciągnieniu jest najlepszą z możliwych strategii. Wobec wzmiankowanej powyżej niechęci innych grających do tej kombinacji, szansa na to, że wygranej nie trzeba będzie dzielić z innymi, a zatem że będzie ona znacząco wyższa, wzrasta. Czy ktoś to robi? Wątpliwe. W przeciąganiu liny pomiędzy odpowiedzialnymi za podejmowanie trafnych decyzji, „logicznymi” obszarami kory znajdującymi się ponad ciałem modzelowatym, a ewolucyjnie starszymi warstwami zbliżonymi do układu limbicznego, z dziecinną łatwością wygrywa ten drugi. Wbrew logice rozumianej jako dyscyplina normatywna.
Kropotkin, w drodze do kolektury totolotka, zastanawia się poważnie nad zasadnością wprowadzenia terminu „emocjonalnej racjonalności”. Krótko przed osiągnięciem celu, sięga do kieszeni i dyskretnie wyrzuca do kosza na śmieci wypełniony uprzednio kupon. Zakreśli swe liczby na miejscu dbając, aby nie zabrakło wśród nich ulubionej siódemki. Jak również siedemnastki i czwórki. Teściowej można nie lubić, przenoszenie swej niechęci na jej datę urodzenia wydaje mu się jednak zupełnie pozbawione logiki.
- – - – - – - –
Szanowni komentatorzy Aspik i Nameste zwrócili mi słusznie uwagę na niestosowność bądź też nieadekwatność przykładu z lejem po bombie. Proszę zatem o traktowanie z należną ostrożnością i ewentualnym sceptycyzmem. Jestem na najlepszej drodze aby się samemu do leja zdystansować. Do czasu znalezienia lepszego przykładu lej (prowizorycznie) pozostanie.
Finale
maj 26, 2009
Po 1945 roku, popularność imienia Adolf spadła w krajach niemieckojęzycznych – jak również ościennych – do zera. Jest to w pewnym sensie zrozumiałe. Myli się jednak ten kto sądzi, że towarzyszące nazewnictwu dzieci idiosynkrazje dadzą się zawsze tak łatwo uzasadnić. Nikt nie daje dziecku imienia Hiob. Wobec faktu, że była to postać nader pozytywna i – jeśli wierzyć kanonowi – pod każdym względem godna naśladowania, może to najzwyczajniej dziwić.
Kropotkin, nie posiadając nigdy – nawet jako dziecko – żadnego zwierzęcia na własność (czy można posiadać zwierzę?), wykorzystywał skwapliwie coroczną obecność karpia wigilijnego w wannie i nadawał stworzeniu, w skrytości ducha i tajemnicy przed otoczeniem, imiona wielkich wodzów, odkrywców, a czasem nawet filozofów.
- W zasadzie – myślał – to chyba lepiej, że nikt nie wie, że w zeszłym roku spożyliśmy Hegla.
Ponieważ dalsze rozważania związane z tematem nadawania imion wydawały mu się jałowe i nie prowadzące do żadnych, nawet konstruktywnych, wniosków, postanowił położyć się do łóżka i zamknąć oczy. Natychmiast zapadł zmrok. Za zamkniętymi na klucz drzwiami szumiało życie zewnętrzne.
Z pamiętnika idioty. Myślenie pozytywne.
marzec 10, 2009
Geld ist nicht wichtig. Hauptsache man hat welches.
Karl Valentin
Kropotkin postanowił przyjrzeć się uważniej światowym finansom. Przyglądanie się wprawiło Kropotkina w lekką depresję i dlatego postanowił przypatrzyć się dla odmiany finansom własnym. Dylemat, czy wpierw poświęcić chwilę cennego czasu pakietowi posiadanych akcji, czy też raczej stanowi oszczędności, nie był dylematem trudnym bo oszczędności już nie posiadał. Rozeszły się ostatnio. Jakoś tak.
- A zatem – pomyślał – zacznijmy od akcji.
Sądził, że nic już nie jest w stanie nim wstrząsnąć, ale najwidoczniej było to przekonanie błędne.
- Ciężko przyszło – mruknął przypatrując się ruinom – ale za to łatwo poszło.
Ponieważ dalsze przypatrywanie się nie miało większego sensu, Kropotkin postanowił oddać się rozmyślaniom na temat upadku Konstantynopola w 1453 roku. Oblężenie zakończyło się dla obleganych raczej niekorzystnie, ponieważ ktoś przed kolejnym szturmem zapomniał zamknąć furtkę. Prawdopodobnie odźwierny miał słaby dzień. Ponieważ tę część mieszkańców, która nie została pognana na targ niewolników, Turcy natychmiast po zdobyciu miasta wyrżnęli co do nogi, do dzisiaj nie udało się ustalić, kto był winien tego drobnego zaniedbania. Innymi słowy, sprawcy tego zabawnego qui pro quo najzwyczajniej się się upiekło.
- Wszystko ma swe złe i dobre strony – pomyślał Kropotkin – najważniejsze to dostrzegać te dobre i nie tracić nadziei. Na przykład taka szklanka. Może być ona, proszę szanownej publiczności albo do połowy pełna albo do połowy pusta. Ha!
Zdumiony oryginalnością tego spostrzeżenia uniósł butelkę do spragnionych ust. Szklanki zostały co do ostatniej wytłuczone przez rozochoconego Zajcewa w trakcie zeszłotygodniowej libacji.
Nowy argument na rzecz determinizmu
luty 19, 2009
Znużony niekończącą się wądrówką poprzez zaśnieżone wąwozy ulic, Kropotkin wreszcie dotarł do dwuskrzydłowych drzwi z masywnego dębu. Mosiężne klamisko zakończone imitacją głowy lwa znajdowało się na wysokości kropotkinowej brody, tak się kiedyś budowało.
Po krótkiej szarpaninie powitała go obszerna sień i znajoma mieszanina zapachów świeżo wypastowanej podłogi, krochmalu i szelakowej politury. Chwilę później stał przed drzwiami prowadzącymi do apartamentu na drugim piętrze. Wybrał z rozwagą klucz, lecz zanim zdążył otworzyć drzwi, te otwarły się same. W drzwiach stała kobieta przeciętnej urody ubrana w narzutę normalnie przykrywającą łoże w sypialni i raczej nic więcej.
- Nareszcie – powiedziała z wyczuwalną pretensją w głosie – najwyższy czas.
- Kim pani jest – wykrztusił Kropotkin –i co pani tu robi?
- Głupie pytanie, głupia odpowiedź – odparła wyniośle nieznajoma – niech Pan w końcu wejdzie, bo nabawię się przeziębienia.
Kropotkin wszedł posłusznie i spróbował ocenić sytuację. Sytuacja nie dawała się, stawiała opór i napawała Kropotkina coraz większym niepokojem. Coś się nie zgadzało.
- To moje mieszkanie – wrzasnął Kropotkin.
- Czy ktoś twierdził coś innego? – zapytała kobieta – zamiast stać jak kołek w przedpokoju mógłby Pan zdjąć palto i kalosze. Mógłby Pan wówczas ewentualnie podrapać mnie po plecach.
-Niczego nie będę zdejmował – zdenerwował się Kropotkin – proszę się wynosić bo zawołam policję.
Ze znajdującej się na końcu korytarza łazienki dobiegały odgłosy uruchamianego prysznica. Po chwili do odgłosów dołączył lekko zachrypnięty baryton i zaczął wychwalać uroki zachodów słońca w okolicach Astrachania.
- Kto to? – zapytał szeptem Kropotkin – kto jest w mojej łazience?
- Zajcew – odparła krótko kobieta.
- Zajcew? – szepnął Kropotkin – no tak, Zajcew. Jaki znowu Zajcew!? Ja żadnego Zajcewa nie znam!
- A wie pan co – przerwała mu kobieta – niech Pan jednak nie zdejmuje palta. Skoro Pan już ubrany, to może Pan skoczyć za róg do Delikatesów i kupić butelkę przyzwoitego szampana. I może jakieś winogrona, jak pan sądzi? Zajcew uwielbia winogrona.
Przypadkowi, spóźnieni przechodnie, widząc przemykającego się wzdłuż oświetlonego gazowymi latarniami zaułka i zmierzającego w stronę pobliskiego sklepu z towarami kolonialnymi osobnika, przyglądali mu się z mieszaniną udawanej obojętności i nieukrywanego zdumienia. Obiekt ich zainteresowania nerwowo wymachiwał rękoma mrucząc coś niezrozumiale pod nosem.
- A przecież – mruczał sobie Kropotkin – tak bardzo chciałem dziś wieczorem popracować nad traktatem o wolnej woli. Tak bardzo.
Nieskończony Wszechświat
luty 17, 2009
W uznawanym za nieskończony wszechświecie, ilość miejsc, w których nas z całą pewnością nie ma, jest również nieskończona. Miejsce w którym akurat jestem – pomyślał sobie Kropotkin – jest tylko jedno.
Tyle, jeśli chodzi o przestrzeń.
Kropotkin poczuł się nieswojo i postanowił spędzić resztę wieczoru pijąc syrop na kaszel i rozmyślając o pieniądzach.
Z pamiętnika idioty. Wstyd (7)
styczeń 29, 2009
Wstyd umyka wszelkim próbom opartej na racjonalnych przesłankach analizy. Jakże często wstydzimy się nie potrafiąc pojąć co jest źródłem tego przedziwnego i niepojętego uczucia. Wstyd, odczuwany w samotności i będący reakcją na własny, godzien naszego potępienia uczynek wydaje nam się być szlachetniejszym uczuciem niż wstyd wynikający z przyłapania nas na tymże uczynku przez bliźnich. Ale czy dotkliwszy?
Złapani na kłamstwie, wstydzimy się bardziej niż gdy kłamiemy. Wstydzimy się najprostszych czynności fizjologicznych, mimo iż mamy świadomość, że są one przecież nieuniknionym udziałem ogółu. Wstydzimy się gdy się kochamy i poszukujemy ustronnych miejsc, w których możemy bezkarnie oddać się miłości.
W przeciwieństwie do miłości, nienawiści nie wstydzimy się nigdy.
Nowe szaty cesarza – pomyślał Kropotkin przypatrując się pomarszczonemu tyłkowi monarchy – nie tylko są piękne, ale zasługują na to aby je głośno, publicznie pochwalić.
Z pamiętnika idioty. Flow.
grudzień 11, 2008
Dzień, w którym Kropotkin postanowił stworzyć dzieło wiekopomne, zaczął się podobnie jak większość wszystkich innych dni. Kropotkin wstał, wziął długi prysznic, ubrał się i zjadł owsiankę. Pomysł stworzenia dzieła zaczął krystalizować sie podczas spożywania owsianki aby osiągnąć stan niezłomnego postanowienia w trakcie picia porannej kawy. Kropotkin poczuł jak ogarnia go radosne podniecenie i zamknął drzwi na klucz i na wszelki wypadek dodatkowo zaryglował. Natchnienie, pomyślał, jest stanem rzadkim i dlatego cennym. Tym bardziej, gdy pojawia się w sprzyjających okolicznościach. Natchnienie jest stworzeniem płochym.
Zdanie to spodobało się Kropotkinowi do tego stopnia, że postanowił uwiecznić je w specjalnie w tym celu nabytym niegdyś notatniku. Niestety nie mógł sobie w żaden sposób przypomnieć, gdzie go schował.
- W komodzie – mruknął – ani chybi w komodzie.
Ale w komodzie notatnika nie było.
- Pewnie jest w kieszeni palta – pomyślał – albo w kuferku na szafie?
Notanika nie znalazł jednak ani w kieszeni palta, ani w kuferku. Nie było go również w szufladzie biurka, w kieszeniach marynarki ślubnej, w rękawie ubranka noszonego po raz ostatni do pierwszej komunii. Nie było go w szafce z lekarstwami ani w futerale na skrzypce.
- Do worka na kije do krykieta nie mam nawet zamiaru zaglądać –powiedział stanowczo sam do siebie.
Była to mądra decyzja zważywszy, że worek podarował przed laty domokrążcy. Przygnębiony ilością miejsc, w których notatnika nie było, Kropotkin spędził resztę dnia na bezowocnych poszukiwaniach, odnajdując przy okazji wiele od dawna zaginionych przedmiotów, w tym również niektóre, których istnienia nawet nie podejrzewał.
Pod wieczór, uświadomiwszy sobie, że w międzyczasie zapomniał co chciał w zagubionym notatniku zapisać, usiadł wyczerpany na stojącym przy biurku krześle. Jego wzrok padł na leżącą na środku blatu czystą kartkę papieru. Po chwili namysłu, ujął pióro i zaczął pisać:
Szanowny Panie Csikszentmihalyi!
W pierwszych słowach mego listu pragnę zaznaczyć, że nie jestem człowiekiem ordynarnym. Niemniej jednak, pragnę Panu zaproponować, aby pocałował mnie Pan w dupę.
Za oknem zapadał zmierzch. Nad domami, głośno kracząc, przelatywały jak co wieczór jakieś szkaradne ptaki, kierując się w stronę skutych mrozem podmiejskich lasów. Dobrze im tak.
Odnaleziona zakładka. Z pamiętnika idioty (5)
listopad 6, 2008
Komm, lass uns reden, solange wir reden, sind wir nicht tot.
Canetti, niezależnie od tego co można się o nim dowiedzieć od biografów jego żony, to był jednak całkiem rozsądny gość. Chociaż z drugiej strony niezła świnia. A zatem mówisz mi, że chcesz porozmawiać. Czy aby na pewno? Ludzie tak mało ostatnio ze sobą rozmawiają, że istotnym wydaje się zastanowienie nad przyczyną takiego stanu rzeczy. Niektórzy gorący zwolennicy rozmowy pragną się jedynie wypowiedzieć. Inni znów szukają nieustannie kogoś kto ich wysłucha. Jedni i drudzy, szukając rozpaczliwie słuchacza, zapominają o tym, że rozmowa jest sztuką aktywnego słuchania. Jest sztuką zadawania pytań połączoną z gotowością wysłuchania odpowiedzi. Czy w świecie przekrzykujących się zwolenników świętej racji, rozumianej jako racja własna, ktoś jeszcze o tym pamięta?
Tak czy owak – pomyślał Kropotkin – dentysta to wymarzony zawód dla gaduły nie znoszącego gdy mu się przerywa.