Braterstwo broni albo jak trafić do encyklopedii
wrzesień 9, 2009
Zbudowany w latach dwudziestych na potrzeby władz województwa budynek stoi – w niezmienionej postaci – do dziś. Również dziś mieści się w nim siedziba miejscowej administracji. Ulica nie nosi już nazwy Unii Lubelskiej. Od dawna. Przed głównym wejściem: pośpiesznie sklecony, niski podest ze starannie oheblowanych desek. Na podeście: trzech mężczyzn w wyglansowanych oficerkach. Nastrój jest pogodny, ba serdeczny. Wiemy kto stoi na podeście. Dwie z trzech przedstawionych na zdjęciu postaci zostały uznane za godne obszernego przedstawienia w encyklopediach.
To jest naprawdę dziwne zdjęcie. Pochodzi z Niemieckiego Archiwum Federalnego. Sygnatura 1011-121-0011A-22. Autor: nieznany. Data: 22. 09.1939. Przedstawia dowódców dwóch zaprzyjaźnionych armii odbierających defiladę zwycięskich wojsk. Wspólny sukces domagał się odpowiedniego uczczenia. – coś takiego łączy. Po upływie siedemdziesięciu lat, zdjęcie zdaje się mieć znaczenie jedynie dla tych, których przedstawiciele, ze zrozumiałych powodów nie stali wówczas na podium. I to zasadnicze. Dla spadkobierców podówczas defilujących, wydaje się mieć ono dzisiaj znaczenie raczej marginalne.
Stojący w centrum dowódca XIX korpusu pancernego zgrupowania armii północ, generalleutnant Heinz Guderian uśmiecha się serdecznie i wylewnie do stojącego po jego lewicy kombryga Siemiona Mojsiejewicza Kriwoszeina. Kombryga, bo stopnie generalskie zostaną wprowadzone ponownie dopiero po katastrofie wojny sowiecko-fińskiej. Kombryg wygląda na równie zadowolonego. Ma powód. Dzięki osobistemu wstawiennictwu Budionnego udało mu się przeżyć ostatnie cztery lata. A to wcale nie było oczywiste.
O Guderianie można by godzinami. Ale po co. „Szybki Heinz” był ojcem „blitzkriegu” z użyciem wojsk pancernych. Wnuk pruskiego junkra, syn zawodowego oficera. Na frontach pierwszej wojny światowej dosłużył się stopnia szefa kompanii. Wizjoner i fanatyczny czołgista. Parokrotnie pokłóci się z Hitlerem, którego uważa za katastrofalnego dowódcę. W ogóle uparciuch i watażka. Na zdjęciu ma 50 lat. Nazista z przekonania, odegra nader niechlubną rolę po puczu oficerów w 1944 roku. Pod koniec życia, ciesząc się zasłużoną emeryturą i sutymi honorariami doradcy ministerstwa obrony RFN, poświęci się pisaniu pamiętników, w których będzie sławił chwałę niemieckiego oręża i bohaterstwo niemieckiego żołnierza.
O Kriwoszeinie też można by długo. Syn żydowskiego kupca, uczestnik wojny domowej, oficerem zostaje w słynnej konarmii Budionnego. Bierze udział w wojnie domowej w Hiszpanii a potem w walkach z Japończykami w Mandżurii. Forsował w Armii Czerwonej rozwój wojsk pancernych, później został jednym ze współautorów zwycięstwa pod Łukiem Kurskim. Po śmierci Stalina jako generał-lejtnant uda się na zasłużony odpoczynek i poświęci bez reszty pisaniu wspomnień. Wspomnień, w których będzie sławił chwałę radzieckiego oręża i bohaterstwo radzieckiego żołnierza.
O przebiegu brzeskich uroczystości wiemy niewiele, trochę jednak wiemy. Na wstępie junkier i nazista serdecznie się wyściskał z komunistą, nie ukrywajmy tutaj pochodzenia etnicznego, bo po co. Następnie obaj panowie wygłosili krótkie przemówienia. Wpierw przemawiał Guderian i podkreślił rolę i znaczenie braterstwa broni. Potem przemawiał Kriwoszein i podkreślił rolę towarzysza Stalina w budowaniu odwiecznej przyjaźni pomiędzy narodami, jak również rolę i znaczenie braterstwa broni. Na zakończenie swego przemówienia kombryg, w imieniu towarzysza Stalina złożył życzenia szybkiego zwycięstwa nad kapitalistyczną Anglią i serdecznie zaprosił Guderiana oraz zaprzyjaźnione niemieckie przywództwo do Moskwy, nie zdając sobie chyba jednak sprawy, że Guderian i koledzy już wkrótce z zaproszenia skorzystają. Potem zagrała orkiestra a potem odbyła się defilada.
Godnym wzmianki jest fakt, że obaj panowie zostali za swój udział w kampanii wrześniowej odznaczeni. Guderian otrzyma Krzyż Rycerski Krzyża Żelaznego. Do licznej już kolekcji. Kriwoszein też nie odejdzie z pustymi rękoma. Po powrocie do Moskwy zostanie mu nadany zaszczytny tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. W encyklopedii zainteresowani mogą znaleźć na ten temat następującą wzmiankę:
„Został bohaterem sowieckim, po tym jak jego oddziały w Brześciu nad Bugiem wzięły do niewoli 1030 polskich oficerów, 1220 podoficerów i 34 tys. szeregowych żołnierzy. Na dworzec kolejowy w Brześciu w bałaganie odwrotu ku bezpiecznym granicom przybyło kilkadziesiąt polskich transportów wojskowych z żołnierzami i sprzętem. Wysiadali z wagonów wprost w sowieckie ręce jeszcze 25 września 1939.“
Wiemy co się stało z polskimi oficerami. Ich wspomnienia nie zachowały się. Trafili również do encyklopedii, ale zbiorowo, można ich znaleźć pod literą „K”. O stolarzu który zbijał podest, encyklopedia milczy.
Doktor G. albo ostateczne zwycięstwo bzdury
czerwiec 23, 2009
Rozpocznijmy od pytań trywialnych. Opłaci się.
Skąd się bierze historia? Kto ją tworzy? Jak się ma to, co zwykliśmy uważać za historyczne fakty, do tego co się wydarzyło w rzeczywistości? Co to znaczy „w rzeczywistości”? Czy to, co zawarte w materiałach źródłowych ma jakąkolwiek szansę we współzawodnictwie z wiodącymi byt samoistny wierzeniami kolektywnymi, wierzeniami, które kwitną w najlepsze na przekór wszelkim zawartym w źródłach świadectwom? Ze zbiorową świadomością, której ulubionym skrótem myślowym jest powabne sformułowanie „jak powszechnie wiadomo”?
Joseph Ignace Guillotin przyszedł na świat 28 maja 1738 roku w Saintes. Jego tatuś był cenionym adwokatem, o mamie wiemy mało. W każdym razie rodzina była przyzwoita i ciesząca się nieposzlakowaną opinią. W przyszłości miało się to zmienić, ale nie uprzedzajmy wypadków. Jezuici, których był wychowankiem, są do tego stopnia zachwyceni intelektem małego Józia, że nalegają na wstąpienie tegoż do zakonu i kontynuowanie studiów teologicznych. Tak się też staje. Joseph Guillotin zostaje profesorem literatury w jezuickim Kolegium w Bordeaux. Po siedmiu latach młody uczony dochodzi jednak do przekonania, że teologia w połączeniu z literaturą nie jest „en vogue” i postanawia poświęcić się służbie ludzkości. Pakuje kufry i udaje się do Paryża. Studia odbywa na Sorbonie oraz w Rheims. Uzyskawszy w 1768 roku dyplom i tytuł, oddaje się z oddaniem praktyce lekarskiej, ludzkość ma jednak o nim jeszcze usłyszeć. Na arenę dziejów wkracza w 1784 roku, pomaga mu w tym Franciszek Mesmer, Austriak, również lekarz medycyny a także szarlatan, hochsztapler oraz pionier leczenia ładnych kobiet z „fluidów” przy pomocy obmacywania na osobności. Mimo że proponowana przezeń metoda miała sprawiać, przynajmniej w swych założeniach, sporą przyjemność zarówno terapeucie jak i pacjentkom, władze w rodzinnej Austrii nie podzieliły nowatorskiego entuzjazmu i Mesmer salwował się ucieczką do Paryża. Również w tym pięknym mieście napotkał na trudności i brak zrozumienia. Król Ludwik XVI powołuje komisję naukowych autorytetów, czternastoosobowe gremium potępia twórcę teorii magnetyzmu zwierzęcego w czambuł, Mesmer przenosi się do Niemiec. Jednym z członków komisji, obok Beniamina Franklina (tego od piorunochronu) i Antoniego Lavoisiera (tego od chemii) był Joseph Guillotin. Jego sława jako lekarza wydaje się być w międzyczasie ugruntowana, świadczy o tym choćby stanowisko przybocznego lekarza królewskiego brata, późniejszego Ludwika XVIII.
Czasy są nad wyraz ciekawe, we Francji wszyscy zabierają się nagle za politykę, Guillotin nie umie się powstrzymać i miast przepisywać maści i tinktury, wydaje pamflety na temat parlamentaryzmu i wolności słowa. Nie uchodzi to ogólnej uwadze współobywateli, na 10 tygodni przed zburzeniem Bastylii doktor G. zostaje wybrany deputowanym do Konstytuanty Zgromadzenia Narodowego. W ramach doskonale udokumentowanej działalności parlamentarnej, energicznie inicjuje szereg reform, szczególnie angażując się w reformę służby zdrowia jak również, będąc radykalnym abolicjonistą, w doprowadzenie do ustawowego zniesienia kary śmierci. Ponieważ pomysł zniesienia najwyższego wymiaru kary napotyka na powszechny brak zrozumienia, zrezygnowany Guillotin, w jednej z licznych ożywionych dyskusji na temat praw człowieka i obywatela, proponuje przynajmniej ujednolicenie i demokratyzacje sposobu jej wymierzania. A mianowicie: „przez użycie sprawnego i praktycznie bezbolesnego urządzenia”. Nie przystoi bowiem, argumentował, aby skazaniec, w zależności od rodzaju przestępstwa, urodzenia i stanu majątkowego miał do czynienia ze stosem, rozrywaniem końmi, gotowaniem żywcem, szubienicą, ostrym mieczem lub tępym toporem w ręku pijanego parobka. Było to w 1791 roku.
Wypowiedź dobrego doktora, podobnie jak wcześniejsze usiłowania zniesienia najwyższego wymiaru kary, początkowo pozostaje bez echa. Pewnej pikanterii dodaje całej sprawie fakt, że do frakcji przeciwników kary śmierci należeli obok doktora Guillotin również Robespierre, Le Peletier, Mirabeau i Brissot. Trzy lata później nikt z nich już nie żył.
Humanitarny w swych założeniach pomysł doktora Guillotin, zapamiętał przeciążony urzędowymi obowiązkami kat Paryża Charles Henri Sanson. „Monsieur de Paris” zwraca się jesienią 1791 roku do Antoniego Louis, profesora chirurgii (jak również przybocznego lekarza Ludwika XVI) o fachową pomoc. Profesor Louis dostarcza dokładnego projektu urządzenia, wzoruje się przy tym na wcześniejszych urządzeniach tego typu, m.in. tzw. toporze z Halifax. Wykonanie prototypu powierzono sąsiadowi Sansona, niemieckiemu budowniczemu klawesynów Tobiaszowi Schmidtowi. Obaj panowie muzykowali wspólnie w czasie wolnym od innych zajęć. Budowy pierwszego funkcjonującego urządzenia podjął się hrabia Pierre-Louis Roederrer, do publicznie toczonej dyskusji nad optymalnym kształtem ostrza włączył się nawet osobiście sam król. Urządzenie, nazwane na cześć swego wynalazcy Louisette, zostało użyte po raz pierwszy 25. kwietnia 1792 roku w celu dekapitacji niejakiego Nicolasa Pelletier. Pelletier był oskarżony o kradzież portfela. Publiczność, rozczarowana zbyt szybkim i przez to mało spektakularnym przebiegiem widowiska, skwitowała całość buczeniem i gwizdami.
Nie mający ze sprawą zbyt wiele wspólnego Joseph Ignace Guillotin wykonuje dalej spokojnie swój zawód, w 1795 roku, u schyłku wielkego terroru, podejrzany o to co wszyscy czyli bycie wrogiem ludu, spędza nawet cztery tygodnie w więzieniu. Udaje mu się przeżyć. Zostaje znanym w całej Francji orędownikiem i propagatorem wynalezionej przez Jennera szczepionki przeciw ospie, w sprawie masowych szczepień dociera do Napoleona, a potem do papieża Piusa VII. W późniejszym czasie zakłada w Paryżu Akademię Medyczną (która, wbrew mylącej nazwie, była instytutem higieny publicznej) a także – jako znany lekarz i pedagog – leczy swych rodaków. Umiera otoczony powszechnym szacunkiem w wieku 75 lat w 1814 roku.
Trudno powiedzieć skąd wzięło się powszechnie panujące przekonanie o wynalazcy gilotyny, krwiożerczym lekarzu, który padł ofiarą swego wynalazku. Pewną rolę odegrało zapewne złośliwe przekręcenie faktów w anonimowym artykule opublikowanym w wydawanym na emigracji rojalistycznym pisemku. Guillotin do ostatnich dni swego pełnego poświęcenia życia nie pojął przyczyn, dla których akurat jemu, zdecydowanemu humaniście i przeciwnikowi kary śmierci, przypisano sławę wynalazcy śmiercionośnego narzędzia. Po jego śmierci, rodzina wystąpiła do władz z prośbą o zmianę (w międzyczasie już oficjalnej) nazwy urządzenia. Spotkawszy się z odmową, krewni sami zmienili swe nazwiska.
Ostatni wyrok z użyciem gilotyny wykonano we Francji w 1977 roku.
Orientacja seksualna
kwiecień 16, 2009
Georg Joachim Iserin urodził się 16. lutego 1514 roku, jako syn miejscowego lekarza w Feldkirch, w dzisiejszej Austrii. Trudno go odszukać we współczesnych encyklopediach, zmieniał bowiem nazwiska i przydomki jak rękawiczki. Niespokojne były to czasy, a Georg Joachim nie miał łatwo. Z rozmaitych powodów. Gdy skończył wiosen 14, był świadkiem egzekucji swego oskarżonego o czary (według jednych źródeł) bądź o okradanie pacjentów (według źródeł innych) ojca. Ojca nie tylko ścięto, trybunał zakazał również wymawiania jego nazwiska po wsze czasy. Georg Joachim zwie się zatem po matce de Porris i kontynuując rodzinną tradycję postanawia zostać lekarzem. Studiuje wpierw w rodzinnym Feldkirch a potem w Zurychu. Zurych opuszcza w niejasnych okolicznościach i pod osłoną nocy w 1531 roku. Rok później spotykamy go w Wittenberdze, student medycyny de Porris nazywa się teraz dla odmiany von Lauchen i jest studentem matematyki. Tamże, w niewinnym wieku lat 23 obejmuje katedrę matematyki niższej. Profesorowanie nie trwa długo, po niecałym roku opuszcza (również w niejasnych okolicznościach i nader pośpiesznie) Wittenbergę aby pojawić się dla odmiany w Norymberdze. Tutaj podaje za się wydawcę i obstaje przy tym, że nazywa się teraz tylko i wyłącznie Rheticus. Dowiedziawszy się od Johannesa Schoenera o kontrowersyjnych tezach żyjącego w odległych Prusach i nieznanego jeszcze ogółowi uczonego, nakłania miejscowego drukarza Johannesa Petreiusa do zamówienia dużej ilości wytwarzanego w pobliskiej papierni towaru i rusza w drogę. Płacić nie musi, z wiodącym żywot samotnika przystojnym drukarzem łączą go zażyłe a nawet przyjacielskie stosunki.
W maju 1539 roku widzimy go jak przekracza bramę miasta Frauenberg, polskiemu czytelnikowi znanego pod spopularyzowaną później nazwą Frombork. W sakwach trzy otrzymane w podarunku od Petreiusa księgi mające zjednać mu przychylność uczonego. Ten zaś, nie tylko przyjmuje prezenty, lecz również przytula do serca i wprowadza Georga Joachima w tajniki swej ukrywanej przed czujnym okiem Watykanu, na razie egzystującej jedynie w formie rękopisu, teorii. Upalne lato spędzają razem w Lubawie, w ciągu najbliższych ponad dwóch lat Georg Joachim opuści swego uczonego przyjaciela tylko dwa razy. Raz aby wygłosić cykl wykładów w pobliskim Gdańsku a drugi raz, aby prosić Księcia Albrechta Pruskiego o wyrażenie zgody na druk tez swego najukochańszego mentora. Albrecht zgodę wyraża, stawia jednak warunek: Georg Joachim ma opuścić Frombork i kontynuować swą naukową karierę w odległym zakątku Niemieckiej Rzeszy. Nie wiemy co go skłoniło do tej decyzji ani jakich argumentów użył. Georg Joachim opuszcza chorego przyjaciela i udaje się do Wittenbergi, gdzie oczekuje go stanowisko dziekana wydziału sztuk. W bagażu podręcznym rękopis, najcenniejszy dowód zaufania. Tu również nie zagrzewa miejsca i w maju 1542 widzimy go w Norymberdze u serdecznego przyjaciela Petreiusa. W październiku natomiast rozpoczyna cykl wykładów w Lipsku, gdzie ofiarowano mu katedrę matematyki wyższej.
Uczony przyjaciel w dalekim Frauenburgu nie doczeka wydania dzieła, umiera w samotności i niedostatku w maju, traktat zaś ukazuje się drukiem w nakładzie 500 egzemplarzy latem 1543 roku. Georg Joachim, mimo opieki rozlicznych przyjaciół, patronów i mentorów nie zdoła przechytrzyć przeznaczenia. W Lipsku zabawia zdecydowanie zbyt długo. W 1551 zostaje przyłapany “in flagranti” ze jednym ze swych podopiecznych i jego zwana wówczas uroczo sodomią “przypadłość” staje się, przynajmniej w Saksonii, dobrem publicznym i powszechnie znanym. Georg Joachim ucieka nocą do Pragi, proces odbywa się pod jego nieobecność i kończy, zamiast zwyczajowym wyrokiem spalenia na stosie, jedynie konfiskatą majątku i relegowaniem z uczelni na okres 101 lat. W Pradze podejmuje studia medyczne ale i tu wnet docierają wiadomości o jego orientacji seksualnej, podobnie dzieje się w Wiedniu, gdzie pragnie objąć bezskutecznie katedrę matematyki.
Schronienie znajduje ostatecznie w Krakowie, gdzie w oddaleniu od naukowych ośrodków cesarstwa, w zaciszu kontynuuje swe studia trygonometryczne utrzymując się z leczenia przygodnych pacjentów nieświadomych jego przeszłości. Co skłoniło go po 20 latach do nagłego opuszczenia Krakowa i udania się do węgierskich Koszyc pozostanie prawdopodobnie na zawsze tajemnicą.
Georg Joachim primo voto Iserin, secundo voto von Lauchen, tertio voto Rheticus, matematyk, lekarz, astronom, człowiek wielu talentów i częstych gwałtownych przeprowadzek pod osłoną nocy, umiera w Koszycach, 31 lat po śmierci swego mentora z którym łączyło go uczucie oddania oraz serdeczna, męska przyjaźń. Polskim czytelnikom zapadł Georg Joachim w pamięć jako Jerzy Joachim Retyk. Jedyny uczeń, powiernik i najbliższy przyjaciel lat schyłkowych Mikołaja Kopernika z Torunia.
Niczego, doprawdy niczego nie mamy zamiaru sugerować. Pozdrawiając jednocześnie serdecznie wszystkich oddanych patriotów spod znaku katolickiego konserwatyzmu. Niewykluczone, że mogą oni mieć mały problem.
Uwielbiam historię. Nasz geniusz.
luty 3, 2009
Oj będzie wrzask. Pewnie skończy się nawet na oskarżeniach o kalanie gniazda. Zacznijmy zatem niewinnie od wierszyka.
Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, greckie go wydało plemię.
Dlaczego? Dlatego.
Przeświadczenie, że ludzkość zawdzięcza heliocentryczny wizerunek wszechświata narodowi polskiemu pisanemu przez duże P (tutaj prężymy dumnie pierś), a reprezentowanemu przez wybitnego naszego-własnego odkrywcę Kopernika Mikołaja, który jako pierwszy na to wpadł, jest w naszym pięknym kraju niebywale rozpowszechnione. Szkoda, że nieprawdziwe.
W ferworze zapoczątkowanej w XIX wieku i toczonej z zaciśniętymi zębami absurdalnej debaty dotyczącej przynależności etnicznej duchownego, ogółowi zaciekle kłócących się patriotów obojga narodów umknął drobny szczegół. Sformułowanie i szczegółowy opis teorii heliocentrycznej – wraz z szeregiem wyliczeń, z których wynikać miało jak autor do tego doszedł, zawdzięczamy Arystarchowi z Samos. Wzmiankowany jest ten Arystarchos w Polsce raczej półgębkiem. Zmarły w 230 roku p.n.e. uczeń Stratona z Lampsakos nie tylko stworzył heliocentryczny system, lecz również, jako pierwszy obliczył (zresztą błędnie) odległość dzielącą Ziemię od Słońca. Dokładne informacje na temat teorii heliocentrycznej Arystarchosa zawdzięczamy Archimedesowi (który z lubością go cytował) i stoikowi Kleantesowi (który zaproponował postawienie Arystarcha przed sądem za bluźnierstwo).
Zeby było zupełnie śmiesznie: odkrywców modelu heliocentrycznego było przed Kopernikiem co niemiara. Sto lat po Arystarchu odkrycia dokonał ponownie Seleukos z Seleukii. Ponieważ żył w Mezopotamii spokojnie możemy dokonać kolejnej transwersji naszego wierszyka, który tym razem musiałby brzmieć tak:
„Wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię, irackie wydało go plemię” Smieszne, pawda?
Można by przypuszczać, że triumf ludzkiego umysłu w postaci zwycięstwa, przynajmniej z punktu widzenia umysłów nieskomplikowanych zdecydowanie słuszniejszej i sympatyczniejszej ptolemeańskiej wizji kosmosu, da nam chwilę wytchnienia. Ależ skądże. W 5 wieku n.e. żyjący w Kartaginie Marcjanus Kapella wpada na zadziwiający pomysł, że planety mogą krążyć wokół słońca. Nie tylko wpada – on nawet spisuje swą szaleńczą teorię ale uchodzi mu to na sucho. W 1028 roku, arabski uczony Ibn al-Haytham publikuje dzieło pt tytułem „Wątpliwości dotyczące Ptolomeusza”. W dziele nie przedstawia wprawdzie modelu heliocentrycznego lecz nie pozostawia z dogmatów Ptolomeusza kamienia na kamieniu. Dzieł niewiernych w Europie nikt nie czyta, ogólnie rzecz biorąc czasy nie są sprzyjające czytaniu w ogóle. A szkoda, bo nader mądry był to człowiek i nauka zaoszczędziła by kilkaset lat błąkania się po manowcach przesądów i zabobonów. I to w kilkunastu rozmaitych dziedzinach. Potem jeszcze wiekopomnego kopernikańskiego odkrycia dokonało kilku innych uczonych między innymi w 1030 Al-Biruni (ale to się nie liczy bo to byłow Indiach), Abu Said al-Sijzi (jakiś Arab, a zatem nie musimy brać pod uwagę), i w końcu w XIII wieku Qutb al-Din (też nie nasz, a szczerze mówiąc wręcz przeciwnie).
I wreszcie, 19 lutego 1473 roku wchodzi na arenę dziejów syn śląskiego mieszczanina znad Nysy podpisującego sie Koppernicg i pani Wetzenrode czyli Polak z krwi i kości a w dodatku katolik oraz zdeklarowany przeciwnik Zakonu Krzyżackiego, czyli wreszcie ktoś, kto może tym razem z patriotycznie słusznych pozycji zapoczątkować kopenikańską rewolucję. Kopernik zapoczątkowywuje.
Nie umniejszajmy jego zasług bo był to człowiek interesujący i wyprzedzający pod wieloma względami swą epokę. Nie bądźmy prześmiewni, mali ani złośliwi. Nie wytykajmy mu, że notorycznie uchylał się od używania w korespondencji języka ojczystego, z niezrozumiałych dziś powodów pisząc prywatne listy i sporządzając osobiste notatki na przemian po łacinie i w języku wroga. Dzięki uprzejmości niezapomnianego Gustawa Adolfa, może się o tym przekonać każdy, kto zada sobie trud zapoznania się z ocalałym księgozbiorem naszego ziomka. Do zobaczenia, wraz z notatkami i obszerną korespondencją w bibliotece w Uppsali. Gdyby kogoś interesowało. Nawet do własnego króla pisał ten Kopernik w języku obcym, polecając uwadze władcy napisany przezeń na cześć JKM utwór poetycki. Napisany zresztą po grecku. Takie to były czasy. Jego dokonania jako administratora i twórcy rewolucyjnej jak na owe czasy teorii pieniądza powinny mu zapewnić nasz dozgonny szacunek. Bardziej zapewne, niż jego wiekopomne przemyślenia i rozliczne publikacje dotyczące scholastyki.
Dlaczego jednak z pierwszego wydania „De revolutionibus orbium coelestium“ zniknęły wszelkie, jeszcze w rękopisie obecne opisy i odnośniki dotyczące odkryć Arystarcha i przemyśleń arabskich poprzedników pozostanie tajemnicą autora. Wśród polskich historyków dominuje pogląd, że chodziło o to aby nie drażnić hierarchów kościoła powoływaniem się na jakichś pogan. Czasy nadchodziły trudne. Kościół katolicki jakoś nie mógł się przyzwyczaić do propozycji naszego rodaka. Gwoli sprawiedliwości należy przyznać, że protestanci nie byli ani gorsi ani lepsi.
Nie ma jednak powodu do nieuzasadnionego czarnowidztwa. Nie minęło nawet kilkaset lat i już sympatyczny papież, nomen omen Benedykt ale dla odmiany XIV, zdjął 17 kwietnia 1757 roku nałożoną na błądzących wiernych ekskomunikę i Ziemia mogła zacząć oficjalnie krążyć wokół Słońca również dla osób wierzących. A potem było już z górki. W 1835 roku dzieło naszego rodaka zostało usunięte z indexu ksiąg szkodliwych i zabronionych. Na ulicach europejskich miast płonęły gazowe latarnie i jakby ktoś chciał, to mógłby sobie wówczas poczytać dzieło naszego rodaka w pociągu. Gdyby tylko chciał.
Hagiografia: Sw. Mikołaj z Miry
grudzień 7, 2008
Postać nader interesująca, ten urodzony w Patarze Nicolaos.
Wyświęcony na księdza przez swego własnego stryjka, biskupa o takim samym imieniu, był bez wątpienia postacią historyczną, choć na beatyfikację zasłużył sobie szeregiem czynów równie nieprawdopodobnych jak i niedorzecznych. Czegóż tam nie ma, cudowne rozmnożona żywność, wskrzeszanie zmarłych, uratowani młodziankowie, bryły złota wrzucane po kryjomu przez okno w celu ratowania czci dziewic, uciszanie burz, zmiana kierunku wiatrów, straszenie cesarzy po nocach. Do cudów zaliczono nawet fakt, że mały Nicolaos potrafił jako niemowlę w trakcie kąpieli stać samodzielnie w wannie. Barwna i uwielbiana przez współczesnych postać. Zawód wykonywany: biskup, zawód wyuczony: cudotwórca. Wiara w cuda, w rodzaju tych, których sprawcą miał być nasz Nicolaos jest co prawda godna pozazdroszczenia lecz trudna do bezkrytycznej akceptacji.
Zajmijmy się zatem tym co pozostawili historycy. Nie zostawili wiele. To co wiemy o Mikołaju zawdzięczymy mnichowi Andreasowi z Krety, który opisał udział Nicolaosa, podówczas już biskupa Mirny, niespecjalnie atrakcyjnej mieściny w Azji Mniejszej, w pierwszym soborze w Nicei. Jest Rok Pański 325. Głównym powodem zwołania soboru przez uważającego się po roku 313 za zwierzchnika chrześcijan cesarza Konstantyna I (pomysł że głową kościoła zawsze był arcybiskup Rzymu pojawił się, wbrew obecnym sugestiom katechetów, trochę później) była różnica zdań pomiędzy duchownymi jakże młodego wówczas jeszcze kościoła w sprawie natury Trójcy Swiętej. Problem przeszedł do historii pod nazwą kontrowersji ariańskiej i dotyczył w dużym uproszczeniu raczej kluczowego zagadnienia boskiej natury Jezusa, jak również wyobrażeń dotyczących Ducha Swiętego. Ponad 2000 duchownych, w tym 318 biskupów kłóciło się na koszt Konstantyna zażarcie o to, czy Bóg jest tylko jeden czy też jest raczej trojakiej natury, jak również czy Jezus zawsze już był Bogiem, czy też dopiero mógł być za takiego uważany od momentu przyjęcia przezeń chrztu. Naprzeciw siebie stały dwa nieprzejednane stronnictwa głęboko przekonane o wyższości swej racji, pomińmy szczegóły, być może z wyjątkiem jednej ważnej uwagi, że – jeśli wierzyć kronikarzom – w porównaniu z atmosferą soboru, każde pomeczowe spotkanie kibiców dwóch nieprzyjaznych sobie drużyn piłkarskich może spokojnie uchodzić za kulturalne oraz pełne przyjaznego spokoju wydarzenie.
I tu wchodzi na arenę dziejów nasz krzepki biskup Nicolaos. W trakcie trwających do dwóch miesięcy sporów i kłótni dochodzi do tumultu połączonego z rękoczynami. Rzucając się z pięściami na Ariusza, głównego ideologa zgromadzonych wokół Euzebiusza z Nikomedii Arian i waląc go (nie wstydźmy się użyć tego sformułowania) po pysku, przechyla szalę zwycięstwa na korzyść stronnictwa Patriarchy Alexandrii. Swięta Trójca w znanej nam obecnie postaci zwycięża, zwolennicy prymatu jedynego Boga wszechmogącego wycofują się na z góry upatrzone pozycje, aby w następnym stuleciu utracić wszelkie znaczenie i wpływy, a na koniec zostać przez zwycięskich braci w wierze obłożeni ekskomuniką.
Bardzo prawdopodobne, że to właśnie Nicolaosowi z Miry mamy do zawdzięczenia obecny kształt katolickiej doktryny dotyczącej natury Trójcy Swiętej. Jak również wzmożone obroty przemysłu cukierniczego w przedzień 6 grudnia, dnia w którym zmarł Nicolaos, nam bliżej znany jako Swięty Mikołaj. Cudotwórca i prawdziwy człowiek czynu.
Polskie Termopile. Uwielbiam historię
wrzesień 1, 2008
Polskie Termopile, wszyscy uczyliśmy się w szkole, nazywają się Westerplatte i to stamtąd, w ramach nieugiętej, heroicznej walki bohaterskiej garstki polskich obrońców z ogromną machiną militarną połączonych sił Wehrmachtu, SS, Luftwaffe i Kriegsmarine prosto do nieba trójkami szli, chociaż może były to czwórki. I tak dalej. Dzień za dniem, godzina za godziną zacięty opór. Tak było niewątpliwie, bo przecież podręczniki historii nie kłamią, czasem tylko ku pokrzepieniu serc trochę przeinaczą lub pominą niewygodny fragment. Zacznijmy zatem prostować, chociaż, obawiam się, nikt nas za to nie polubi.
Graf Manfredo Gravina był nie tylko Wysokim Komisarzem Ligi Narodów ale również autorem porozumienia ,z którego wynikały trójstronne ustalenia dotyczące statusu Westerplatte. Stronami porozumienia były Polska, Niemcy i Wolne Miasto Gdańsk. Polskie podręczniki pomijają grafa i słusznie bo jeszcze ktoś mógłby zacząć zadawać niewygodne pytania do czegóż też umawiające się strony się zobowiązały. Strona Polska np. do tego, że posterunek wartowniczy na Westerplatte nie będzie liczył więcej niż dwóch oficerów, 20 podoficerów i 66 osób personelu. W jaki sposób po trwającej 7 długich dni śmiertelnej bitwie liczba poddających się była ponad dwukrotnie wyższa nie powinno nas interesować. Pewnie cud. Polacy nie byli jedyną stroną łamiącą umowy i nie powinniśmy im tego wytykać. Nie będziemy kalać. W każdym razie liczebność garnizonu pilnującego składnicy tranzytowej wynosiła wg rozmaitych źródeł 205-220 żołnierzy i oficerów.
O godzinie 4:47 wystrzały z przeznaczonego na zezłomowanie stareńkiego liniowca dogorywającego jako statek szkoleniowy a zwanego przez polskich historyków z niejasnych powodów uporczywie pancernikiem rozpoczęły oficjalnie II wojnę światową, która trwała już od pewnego czasu i rozpoczęła się bombardowaniem Wielunia (wg. źródeł polskich i zachodnioeuropejskich) lub incydentem na moście Marco Polo (Marco Polo Incident) dwa lata wcześniej. Wersja ta obowiązuje w Azji, obu Amerykach, Australii oraz Oceanii – czyli prawie wszędzie. Nie ma się jednak co dziwić skoro część bardziej patriotycznych źródeł fińskich przenosi początek wojny światowej na 1940 rok a w myśl rosyjskiego dziejopisarstwa patriotycznego do 21 czerwca 1941 roku panował w zasadzie pokój.
Wraże pociski nie trafiły w nic szczególnego, bo jak z zawstydzeniem wspominają źródła niemieckie, dowództwo statku nie dysponowało mapą, na której byłby zaznaczony cel bo zapomniało takową zabrać ze sobą a zresztą widok zasłaniał las. W każdym razie 1 września przywieziona przez Schleswig-Holstein grupa szturmowa w sile jednej kompanii (Marinestosstruppkompanie w sile 225 żołnierzy) w towarzystwie SS-Heimwehr Danzig nie dała sobie rady i zmuszona została przez siedzących w bunkrach bohaterskich obrońców Westerplatte do odwrotu. Drugiego Września, gdy drugi atak również się nie powiódł Westerplatte zostało pod wieczór zbombardowane przez 60 bombowców nurkujących Stuka i jak pisał w swych (dziwnym trafem prawie nigdy nie cytowanych) wspomnieniach Major Sucharski, gotowe było się w przypadku następnego natarcia wroga się poddać, do czego jednak nie doszło bo następny atak nie nastąpił. Od czasu do czasu strzelano sobie przez następne dni, Niemcom było to z powodu całkowitego braku militarnego znaczenia Westerplatte najwidoczniej obojętne, walki nie wiązały żadnych sił a z symboliki jaką Wsterplatte miało dla Polaków strona niemiecka nie zdawała sobie najwidoczniej sprawy. Ósmego września nastąpił wreszcie zmasowany atak Niemców z użyciem artylerii oraz miotaczy ognia i Polacy wywiesili białą flagę. O rozmiarach swego nieludzkiego heroizmu dowiedzieli się wzięci do niewoli obrońcy Westerplatte dopiero w obozie jenieckim od współtowarzyszy niedoli. Ci wiedzieli naturalnie lepiej, bo słuchali komunikatów Rozgłośni Polskiego Radia z Warszawy.
Budowa mitu polskich Termopil i nadmuchiwanie patriotycznego balona rozpoczęło się na dobre dopierow w czasach wczesnego PRLu. Weteranów Obrony Westerplatte zapisano do ZBOWiDu i obwożono po akademiach „ku czci” po całym kraju przez lat czterdzieści. Każde miasto powiatowe uzyskało ulicę bądź plac im. Obrońców Westerplatte a miasta wojewódzkie i ulicę i plac. Imię to nadano jednej uczelni wyższej, jednej brygadzie pancernej, dwóm statkom, licznym hufcom harcerskim oraz niezliczonej ilości szkół podstawowych, gimnazjów, liceów i zespołów szkół zawodowych. Obok koszmarnego pomnika, pod którym przedstawiciele władz partyjnych, delegacje aktywu robotniczego i w zależności od stanu zdrowia czterech do dziesięciu dziadków weteranów składało co rok wieńce postawiono z niezrozumiałych powodów radziecki czołg T34. Weterani, zadowoleni z uzyskanych rent zbowidowskich nie przyczyniali się do demaskacji mitu. W miarę upływu czasu większość z nich uwierzyła, że naprawdę to było tak jak pokazano to w filmie autorstwa brata Tadeusza Różewicza.
Filmie czarno-białym i słusznym.
- – - – - – - - reedited 2009 – - – - – - – - -
Ponieważ, mimo upływu czasu, wciąż pojawiają się uwagi tudzież obelgi sugerujące, że termin “Polskie Termopile” po wsze czasy zarezerwowany jest dla Bitwy nad Wizną (cześć ich pamięci), koniecznym wydaje się wyjaśnienie, że tytuł powyższego tekstu był wynikiem świadomej przekory. Tradycja do odruchowego sięgania przez polskich literatów i dziejopisów do miejsca antycznej klęski Leonidasa jest długa i stanowi w zasadzie doskonały materiał na odrębną historię. Niezliczone są polskie Termopile i ich piewcy. Nie, nieprawdą jest jakoby po raz pierwszy użyto tego terminu w stosunku do Bitwy pod Węgrowem (3.2.1863). Również bitwy pod Zadwórzem (1920), Dytiatynem (1920) i obrona Wizny w 1939 roku nie wyczerpują wszystkich możliwości. Warta wspomnienia jest Bitwa pod Borysowem (1812). Ta ostatnia znana jest raczej jedynie polskim historykom – ale może to i lepiej, nie ma się specjalnie czym chwalić. Jak do sprawy podszedł Tadeusz Miciński pominiemy w tym miejscu milczeniem. Polskie Termopile sławili ponadto m.in. Norwid, Konopnicka, Różewicz. Za każdym razem inne. Oni mogli – to i ja mogę. Ironia, wbrew głębokiemu przeświadczeniu rozmiłowanych w klęskach genetycznych patriotów, nie jest bynajmniej równoznaczna z blasfemią.
Obrońca reduty. Uwielbiam historię
sierpień 7, 2008
Słodko i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę. Szczególnie, jeśli można to uczynić parokrotnie. I tu lądujemy przy Ordonie, Julianie Konstantym, dowódcy słynnej Reduty, który po długiej i wyczerpującej obronie, wobec braku lepszej alternatywy, bohatersko wysadził się w powietrze wraz z wyżej wspomnianymi fortyfikacjami w celu pogrzebania sie pod gruzami.
Wiedzę tę zawdzięczamy Mickiewiczowi Adamowi zwanemu dalej Wieszczem. Każde polskie dziecko poznało i nauczyło sie na pamięć utwór zaczynający się od słów „Nam strzelać nie kazano”. Ale nie rozdrabniajmy się
Według Wieszcza, heroiczną decyzję o wysadzeniu umocnień podjął Ordon Julian Konstanty po wnikliwym przeanalizowaniu sytuacji oraz uwzglądnieniu stosunku strat własnych do strat szturmującego wroga, który też miał być pogrzebany, dobrze mu tak. I dlatego czcimy jako dobrzy patrioci Ordona Juliana jako bohatera narodowego i dlatego nazwaliśmy jego imieniem nawet szkaradny przystanek Warszawskiej Koleji Dojazdowej oraz prawdziwe Centrum Handlowe.
Tyle bajki, teraz będzie historia. Podporucznik Ordon nigdy nie dowodził nazwaną później na jego cześć Redutą nr. 54, szczerze mówiąc nie dowodził też żadną inną. Powierzono mu jedynie opiekę nad dwoma starymi działami austryjackiego pochodzenia, innymi słowy archaicznym złomem, który w trakcie krótkich potyczek poprzedzających upadek reduty ani razu, wbrew temu co twierdził Wieszcz , nie wystrzelił bo nie mógł.. Ordonowska reduta zapisała się w historii (w przeciwieństwie do reduty nr. 57) raczej niechlubnie, bo jakiś łamaga w ostatniej chwili zapruszył ogień, przez co doszło do wybuchu, w którym zginęło więcej obrońców niż wrażych Moskali. Całość widział na własne oczy Gaszyński Konstanty, opisał potem barwnie Wieszczowi, powinien zainteresować się nim okulista, choć najprawdopodobniej był to zwykły łgarz.
Tyle smutnych faktów, teraz będzie śmiesznie. Ordon, lekko poparzony przeżył i udał się na tułaczkę po świecie. Próbował nawet wstąpić parokrotnie do razmaitych formacji zbrojnych tworzonych przez Wieszcza i otaczających go genetycznych patriotów ale za każdym razem skutecznie był odpędzany jako zombie. Raz nawet, w 1855 roku zdołał się wreszcie dostać przed oblicze tego, który go tak skutecznie uśmiercił, brakuje jednak sprawdzonych informacji czy pomiędzy obu panami doszło do rękoczynów. Zostaje wolnomularzem, co oznacza dla niego drugą śmierć, tym razem cywilną, bo Polak-Katolik masonowi, a w dodatku ewangelikowi przecież ręki nie poda. Wielokroć odtrącony przez rodaków, walczy u boku Garibaldiego o wolność Włoch, wreszcie osiada we Florencji, aby w wieku lat 77, zadręczony przez wierzycieli, popaść w alkoholizm jak również depresję i popełnić samobójstwo.
Jedyną ogólnie znaną pozostałością reduty jest obelisk stojący w zupełnie innym miejscu niż powinien. Tam też od czasu do czasu odbywają się rozmaite uroczystoćci. W 1937 roku wdzięczni rodacy w ramach pielągnacji tradycji narodowej ponownie pomylili reduty i umieścili tablicę pamiątkową nie tam gdzie trzeba tylko jeszcze gdzie indziej. W tą tradycje wpisuje się również Centrum Handlowe Reduta i przystanek WKD Reduta Ordona, oba niecały kilometr dalej niż wykopaliska reduty. Reduta, gdyby to kogoś przypadkiem interesowało, znajdowała sie na pograniczu Woli i Ochoty.
Mieczyk Chrobrego. Uwielbiam historię.
sierpień 3, 2008
Dajmy na to taki Bolesław Chrobry. Ciekawy przypadek. Dwie daty koronacji, żadna nie potwierdzona jednoznacznie przez współczesnych dziejopisów, ale nie bądźmy drobiazgowi. Współczesny kronikarz Ademar de Chabannes wspomina jedynie, że cesarz Otto dał potrzymać Bolesławowi swą włócznię, ale nie czepiajmy się szczegółów i uznajmy, że Długosz, z perspektywy czasu widział sprawy lepiej a przede wszystkim bezstronniej czyli słuszniej. Chrobrym nazwany dopiero przez potomnych, przeżyl życie bez świadomości swego przydomka. Bolesław zatem, na razie bez nazwiska ale z ambicjami natury terytorialnej, udał sie w otoczeniu podwładnych na Ruś, gdzie – o czym wie każde polskie dziecko – stępił swój miecz uderzając nim o Bramę Kijowskę. Stąd też nazwa miecza: SZCZERBIEC. Dziecko się myli. Brama Kijowska została wybudowana 19 lat po wyprawie Bolesława (jeszcze nie całkiem Chrobrego) na Kijów ale, jak się zdaje, nikomu to po dziś dzień nie przeszkadza. Znamienne jest jednak, że do wyszczerbienia na nieistniejącej bramie, wybrał sobie Bolesław nie byle jaki miecz, lecz całkiem przyzwoity kawałek oręża , którego rękojeść wykonana jest w technice niello. Co do tej natomiast, wszyscy znawcy są zgodni, to pojawiła się ona w XIII wieku. Aby było całkiem zabawnie, rękojeść zdobią rozmaite napisy m. in. w języku hebrajskim, co sprawia, że ochota faszyzujących bojówkarzy z okresu międzywojennego, aby udając się na pogrom, wpinać sobie miniaturkę szczerbca w klapę marynarki, nabiera surrealistycznego posmaku.
I tak sobie ten nienazwany Chrobry, niewykluczone, że król, szczerbi nieistniejący miecz na nieistniejącej bramie. Od stuleci. U Siemiradzkiego, u Matejki. W podręcznikach historii. W głowach i sercach rodaków. Ku pokrzepieniu serc. Dobranoc Państwu.