Koszmar
listopad 9, 2009
- Co się stało?
- Miałem koszmarny sen, brrrr…
- ???
- Byłem znów w zamierzchłej przeszłości. Wszyscy ubrani byli jakoś śmiesznie, zgodnie z obowiązującą w połowie lat siedemdziesiątych modą. Stałem przed okienkiem pocztowym. Coś mnie pokusiło, aby wysłać do redakcji telegram z wymówieniem. Treść była głupia, na formularzu widniały jedynie słowa: „Wypowiadam stosunek pracy ze skutkiem natychmiastowym. Jadę do Patagonii”
- Ależ Bruce!!
- Absurdalne, prawda? Ale to nie wszystko. Dalej śniło mi się, że idiotyzm tego telegramu dotarł do mnie dopiero po jego nadaniu. Urzędnik w okienku powiedział, że nic już nie da się zrobić i że muszę jechać do Patagonii. Byłem przerażony, chciałem się obudzić i nie mogłem.
- To był tylko sen.
- Wiem, Elisabeth, wiem. Ale to było takie realne. Urzędnik był nieubłagany. Kolejka za mną wydłużała się, a ja ściskałem w dłoni kurczowo oprawiony w czarne płótno notatnik i przypatrywałem się jego ustom. Nagle, sam nie wiedząc dlaczego, zapragnąłem go pocałować.
- Biedaku! Co za horror!
Elisabeth powoli podniosła się z posłania i pokuśtykała do kuchni. Bruce pozostał w łóżku czekając na swe poranne kakao. Za oknem powoli budziła się zamglona londyńska pogoda.. Życie emeryta, pomyślał, poza bólami reumatcznymi ma też swoje małe, codzienne przyjemności.
0, 1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 1, 1.
październik 28, 2009
- Tak dłużej być nie może – powiedziała pełnym irytacji głosem – musisz coś z tym zrobić!
Od czasu gdy Gulielmo podarował mu parkę królików, mały Leonardo spędzał całe dnie przed klatką. Sytuacja stała się dramatyczna w momencie gdy pojawiło się liczne potomstwo. Usłyszawszy, że szczęśliwi rodzice mają skończyć w garnku, mały dostał ataku histerii. Wyrok został chwilowo odroczony. A teraz, gdy królica znów była kotna, mały klęczał godzinami z nosem pomiędzy prętami i tyle było z niego pożytku.
Gulielmo podniósł głowę sponad papierzysk i rozejrzał się nieprzytomnie.
- Mały całkiem zgłupiał na punkcie tych królików – dodała – stoi od tygodnia przed klatką i coś mruczy pod nosem. Zeby się z nimi chociaż bawił, ale nie, tylko stoi, patrzy i kombinuje jak koń pod górkę.
Jutro będzie potrawka z królika – Gulielmo uśmiechnął się do żony – a na pocieszenie kupię małemu parkę żółwi. I nie martw się, wyjdzie na ludzi.
Dziecko, aby się prawidłowo rozwijać, powinno mieć jakieś zwierzątko, pomyślał.
Dbałość o właściwe wychowanie potomstwa miała w końcu w rodzinie Bonaccich długą tradycję.
Niespodziewany obrót wypadków
wrzesień 4, 2009
…wykonując wszystkie te cudaczne gesty aby okazać mi swą wdzięczność i radość.
Począłem zatem do niego przemawiać, a jako że nie znał ludzkiej mowy, nauczyłem go przede wszystkiem słów „tak“ i „nie“ jak również przybliżyłem mu znaczenie słowa „master“. Potem oznajmiłem mu, że mam zamiar nadać mu na imię Piętaszek. Tego bowiem dnia uratowałem mu życie i ku pamięci tego faktu postanowiłem go właśnie tak, a nie inaczej, nazwać.
Usłyszawszy to, wpadł on jednak w wielką rozpacz, drżał na całym ciele, rzucał się na ziemię, rwał sobie włosy z głowy i uspokoił się nieco dopiero wówczas, gdy obiecałem mu, że jeśli chce, zwał będę go Umberto Eco. Było to dziwne imię i nie wiem skąd mi się ono wzięło.
Noc spędziłem przy nim, a gdy nastał ranek, wytłumaczyłem mu na migi, że ma podążać za mną, bo zamierzam go przyodziać. Jako że był całkiem nagi, pomysł spodobał mu się nadzwyczaj…
Tu rękopis się urywa. Pod spodem, innym, staranniejszym charakterem pisma, następujący dopisek:
Cynaderki: zamarynować na noc w zalewie czosnkowej, dodać więcej pieprzu. Podawać z winem palmowym w liściach bananowca.
Z pamiętnika panny służącej. Cała prawda.
sierpień 13, 2009
8.4.1912 – Montag
Dzisiaj pierwszy dzień na nowej posadzie. Nie byle gdzie, bo u Państwa Dokturostwa. Pastor Kruger mnie polecił. Dobry z niego człowiek.
11.5.1912 – Sonntag
Niedziela. Już miesiąc tu jestem. Praca dobra, ale ci moi Państwo jacyś dziwni. Szczególnie pani Olga. Nic nie robi tylko śpiewa smutne pieśni w jakimś obcym języku. Doktur Gehrling powiedział, że to po rosyjsku. Widział to kto, po rosyjsku! Jak by po ludzku nie można było.
27.5.1912 – Montag
Skaranie Boskie z tem mojem Państwem. Pani Olga śpi do południa, widział to kto? Boga się nie boi. Doktur, i owszem, wstaje wcześnie, jak Bóg przykazał i idzie do nich, do tych swoich wariatów. I jak ja mam wyfroterować te podłogi, jak ona całymi dniami śpi?
12.6.1912 – Mittwoch
Oj nie wiem ja biedna, czy ja tu długo miejsca zagrzeję. Porządku utrzymać się nie da. Wszędzie leżą papiery. Jak zaczęłam dzisiaj sprzątać u doktura w gabinecie, to zdenerwował się i nawrzeszczał. Ważne papiery, krzyczy, niczego potem nie znajdę, krzyczy. Jakie tam ważne papiery. Ale czego można się spodziewać po kimś, kto pracuje u wariatów? Doktur Gehrling mówi, że oni i tak wyjadą do tej Rosji. Nie wejdę więcej do tego gabinetu. Niech mu żona posprząta.
22.6.1912 – Samstag
To się dobrze nie skończy. Doktur dzisiaj przyprowadził do domu małpę. Małpa biega i brudzi. Pani Olga klaszcze w dłonie i zaśmiewa się do łez. Jak by musiała po małpie sprzątać – to by się nie zaśmiewała. Jutro po mszy zapytam Krugera czy nie zna jakiegoś miejsca u pobożnej rodziny, jakiejś, która nie trzyma małpy w domu. Doktur Gehrling mówi, że małpa jest naukowa i ma służyć dokturowi do obserwacji pacjentów. Wariaty mają uciechę, doktur ma swoje obserwacje, a ja mam więcej roboty.
1.7.1912 – Montag
Sądny dzień. Małpa zamknęła się w gabinecie. A doktur biega i rwie włosy z głowy. Gdzie jest kałamarz, krzyczy, gdzie jest mój kałamarz?. A skąd ja mam wiedzieć gdzie jest kałamarz? Pewnie małpa porwała. Pani Olga tylko się śmiała. A doktura rozbolał od tego krzyku brzuch z prawej strony. Jak małpa naświni atramentem, to ja będę musiała posprzątać. Tak dłużej już być nie może.
2.7.1912 – Dienstag
Małpa poplamiła wszystkie papiery. Sodoma i Gomora. Kłócą się teraz i wrzeszczą.
Dopisek ołówkiem, prawdopodobnie później:
Rzuciłam robotę u tych Rorschachów.
Egzystencjalizm a sprawa polska…
lipiec 14, 2009
Gdy Sartre zaczął pić denaturat, Simone de Beauvoir ostatecznie straciła do niego serce i poświęciła się bez reszty studiom terenowym nad wyższością materaca sprężynowego nad włosianym. Początkowo usiłowała jeszcze wpłynąć na wybitnego myśliciela przy pomocy perswazji słownej, ten jednak nie znosił utyskujących bab i dawał swej niechęci upust w sposób dobitny.
- Nie znoszę utyskujących bab – wrzeszczał ku utrapieniu sąsiadów na całe podwórko.
Pomysł z denaturatem podsunął mu konsjerż Vienckoffsky, któremu ten interesujący zwyczaj znany był z opuszczonej przed laty ojczyzny. Camus i Vercors próbowali przez pewien czas wpłynąć na Sartre’a i mu wyperswadować, ten jednak, konsekwentny aż do bólu, postanowił zaznajomić się dogłębnie z obyczajami proletariatu..Ani myślał ugiąć się przed dyktatem burżuazyjnej małostkowości. Poznawanie życia ludu z perspektywy kawiarnianego stolika mierziło go. I już.
Siedzieli sobie tak z konsjerżem Vienckoffskym filtrując denaturat przez bagietkę i co ufiltrowali to wypili. Vienckoffsky, rozumiejąc przewagę intelektualną Sartre’a, konsekwentnie odmawiał wypicia bruderszaftu. Myśl, że filozof będzie mu mówił Heniu, napawała go z jednej strony dziwnym podnieceniem, z drugiej strony jednak, zrozumiałym niepokojem. Sartre, po wypiciu dwóch musztardówek, wpatrywał się tępo w poplamioną tapetę stróżówki. Czasem mruczał coś pod nosem po francusku. Po trzeciej zazwyczaj spadał z krzesła.
Pewnego dnia Sartre zażądał od Vienckoffskyego aby zagrał coś na bałałajce, ten zaś zawarczał groźnie, a następnie wyrżnął filozofa w mordę. Sartre wstał i bez słowa opuścił stróżówkę. Odtąd spędzał swój czas wolny na tarasie Café des Deux Magots. Tak oto ta piękna, męska przyjaźń zakończyła się tak samo gwałtownie jak się rozpoczęła, pozostawiając jednak niezatarte piętno na dokonaniach twórcy egzystencjalizmu.
Przewodnik operowy dla głuchych i leniwych
lipiec 9, 2009
Nikt nie chce uchodzić za chama albo, co gorzej, prostaka. Nawet autor niniejszego bloga. Znajomość oper uchodzi (w pewnych kręgach przynajmniej) nadal za probierz kulturalnego wyrobienia. W przypadku dzieł literackich można przeczytać bryk lub streszczenie i od biedy uchodzić za znawcę. Z operą jest trudniej. Bryków nie ma. Wychodząc naprzeciw ogólnemu zapotrzebowaniu, postanowiliśmy zamknąć tę dotkliwą lukę.
Dzisiaj:
Józef Verdi. La Traviata.
Na początku należy zaznaczyć, że chodzi o kobiety podejrzanego autoramentu, alkohol i życie towarzyskie. Czyli nic dla dziatek i osób z kręgosłupem moralnym. Pozostałe osoby prosimy o pozostanie na sali. Będzie miło.
Tytuł
La Traviata znaczy „ta, która pobłądziła, zboczyła z drogi”. Jest to eufemizm, chodzi o kobietę upadłą, co też jest eufemizmem ponieważ chodzi o kurtyzanę. Co zresztą też jest eufemizmem, bo wiemy dobrze o kogo chodzi. Ponieważ rzecz dzieje się w czasach politycznej poprawności zwanej wówczas jeszcze moralnością mieszczańską, Verdi nie mógł prosto z mostu. Może tak i lepiej.
Pomysł.
Libretto napisał niejaki Francesco Maria Piave. Piave był zdolnym i pracowitym wyrobnikiem. Verdi zamawiał, Piave dostarczał. W sumie dostarczył dziewięć razy. W nagrodę Verdi traktował go nie najlepiej. Piave nie wymyślał, Piave był rzemieślnikiem i pracował zgodnie z instrukcjami mistrza. Akurat święciła triumfy Dama Kameliowa, nie tylko jako powieść lecz przede wszystkim jako sztuka teatralna. Mistrz pozazdrościł synowi Aleksandra Dumasa sławy i zamówił u Piavego „coś podobnego, najlepiej też o kobiecie lekkich obyczajów, ma się dziać w Paryżu i skończyć smutno” Piave nie dyskutował lecz usiadł i napisał libretto do Traviaty.
Historia
Akt I
Paryż, połowa XIX wieku Salon niejakiej Violetty Valéry, jeszcze się dowiemy co to za jedna. Wszyscy się pysznie bawią. Gospodyni też. Akurat przedstawiono jej niejakiego Alfredo Germont. Młodzieniec wydaje się być poczciwszy niż jej aktualny amant, baron (przepraszamy za słowo) Douphol. Baron wznosi toast za miłość. Toast przechodzi mu w dłuższą arię.
Violetta dostaje ataku uporczywego kaszlu i już wiemy, że broń, która pokazana została w pierwszym akcie musi nieuchronnie wystrzelić w ostatnim. W przerwie pomiędzy ponawiającymi się atakami kaszlu, Alfredo (poczciwiec) wyznaje jej swą miłość. Najpóźniej w tym momencie nawet najbardziej nierozgarnięty widz powinien móc przewidzieć jak to się skończy. Violetta próbuje ostudzić zapały młodzieńca, ten nie daje za wygraną. Ponieważ lowelas-poczciwina nie chce się odczepić, pożycza mu kwiat Kamelii, prosząc aby zwrócił nazajutrz. Naprawdę. Po wyjściu gości gospodyni spekuluje czystym sopranem na temat ewentualnych uczuć. W końcu jednak przychyla się do poglądu, że skromne radości dnia codziennego i udogodnienia wynikające z dobrodziejstw profesji też są w końcu coś warte. Kurtyna.
AktII
Odsłona pierwsza
Trzy miesiące później. Alfredo i Violetta żyją sobie szczęśliwie w małym domku na prowincji. Sielankę finansuje chwilowo ustatkowana oblubienica z potajemnej sprzedaży majątku ruchomego. Alfredo, wiedziony ambicją, udaje się do Paryża w celu zdobycia środków do życia. Pod jego nieobecność pojawia się tatuś ambitnego młodzieńca. Starszy pan Germont, kierując się troską o dobre imię rodziny, nakłania Violettę do porzucenia kochanka i powrotu do nierządu. Violetta, wychodząc ze słusznego założenia że jej koniec jest bliski, z bólem serca przystaje.
Violetta wyjeżdża, Alfred powraca. Violetta powiadomiła go listownie o swej decyzji. Rozpacz. Ponownie pojawia się tatuś i wzywa marnotrawnego syna do powrotu. Ten jednak odnajduje zaproszenie na party u niejakiej Flory Bervoix i postanawia jednak podążyć do Paryża śladami ukochanej. Nie podda się tak łatwo. Taki on. Kurtyna.
Odsłona druga
Violetta, w towarzystwie nieodłącznego Barona (przepraszamy) Duphol na balu u Flory B. Goście przebrani za torreadorów i cyganki. Tańce i napoje wyskokowe. Pojawia się Alfredo i siada do karcianego stolika. Licytację przerywa kąśliwymi uwagami pod adresem byłej kochanki. Baron gotuje się wewnętrznie. Ku ogólnemu zdziwieniu Alfredo wygrywa i postanawia opuścić bal zabierając ze sobą Violettę. Ta, mimo gorących próśb kochanka, odmawia. Alfredo podejrzewa romans z (przepraszamy) Dupholem. W ataku zazdrości rzuca naszej biednej (i chorej) heroinie pieniądze w twarz, dając przy tym towarzystwu do zrozumienia, że jest to opłata za coś zupełnie innego, powszechnie wiadomo za co mężczyzna płaci kobiecie nie będącą jego żoną. Przynajmniej wówczas wszyscy wiedzieli. Violetta mdleje, Baron wyzywa, tatuś zazdrośnika pojawia się nie wiadomo skąd i znów wtrąca swe trzy grosze. Kurtyna.
Akt III
Luty, czas karnawału. Violetta na łożu boleści. Wcale nie czuje się dobrze, co jest w końcowym stadium suchot zrozumiałe. Z listu starszego pana Garmont dowiaduje się, że zraniony w pojedynku baron wraca do sił, Alfredo zaś musiał opuścić kraj. Nie ma to jak dobre wieści.
Alfredo, uświadomiony przez nękanego uzasadnioonymi wyrzutami sumienia ojca, pojawia się w sypialni umierającej i zaczyna w swej naiwności snuć plany wspólnego szczęścia. Pojawia się ojczulek Garmont i korzystając ze swych uprawnień rodzicielskich błogosławi rozkwitające uczucie. Violetta zaklina oblubieńca aby poszukał sobie innego obiektu zainteresowań ponieważ ma zamiar za chwilę skonać. Alfredo prosi aby nie umierała. Violetta chciałaby ale nie może. Szlochy publiczności. Kurtyna.
Uwagi, które należy rzucić od niechcenia po zakończeniu spektaklu.
1. No, Callas to jednak całkiem inna klasa (na temat odtwórczyni roli tytułowej).
2. Gdzież mu tam do Placido Domingo (na temat odtwórcy roli Alfreda).
3. No, Zefirelli to z niego raczej nie jest (na temat jakości pracy reżysera).
4. Pamiętam, w 2005 roku w Salzburgu, gdy śpiewali Netrebko i Villazon! Nie-za-po-mnia-ne!!! (tak ogólnie)
Obsada (w skrócie):
Violetta Valéry (sopran)
Flora Bervoix (mezzosopran)
Alfredo Germont (tenor)
Baron (przepraszamy) Duphol (baryton)
Tatuś Germont (baryton)
Ważniejsze arie (również duety):
1. Libiamo ne lieti calici (Alfredo, Violetta, Chór)
2. Un di, felice, eterea (Alfredo, Violetta)
3. Ah, fors’è lu (Violetta)
4. Sempre libera (Violetta)
5. De miei bollenti spiriti (Alfredo)
6. Addio del passato (Violetta)
7. Gran Dio! morir si giovane (Alfredo, Violetta)
Trivia:
Opera miała być początkowo zatytułowana „Kamelia”. Stanęło jednak na tym, że będzie to Traviata. Prapremiera odbyła się 6 marca 1853 w Teatro La Fenice w Wenecji. Publiczność wygwizdała „za pokazywanie dziwek na scenie” a recenzenci zjechali niemiłosiernie. Verdi załamał się, zmienił tytuł opery na Violetta a Piave przeniósł akcję na dwór Ludwika XIV. Co się spodobało. Pierwotna wersja wróciła do łask w czasach późniejszych.
Z ostatniej chwili. Odkrycie
lipiec 2, 2009
Kiedy w trakcie prowadzonych w okolicach wiadomej góry badań archeologicznych, odnaleziono potrzaskane przez Mojżesza tablice, radości nie było końca. Światowej sławy eksperci natychmiast zabrali się do żmudnych, ale jakże pasjonujących prac rekonstrukcyjnych.
Praca nad układanką trwała trzy tygodnie, pod koniec zaczęła wyłaniać się całość.
Przykazań było nie dziesięć lecz pięć. Pierwsze: „nie będziesz pożyczał na procent, a jeśli już, to na niski”. Drugie: „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. Trzecie: „rób co chcesz, ale uważaj aby nie zrobić krzywdy bliźniemu swemu”.
Czwarte było pewnym zaskoczeniem: “karawana nadchodząca z prawej strony ma pierwszeństwo”
Największą konsternację wywołało jednak piąte. Brzmiało ono: „Jeśli pojawi się ten Dawkins, powiedz mu że się myli”.
Hagiografia: Święty Jerzy. Historia oszałamiającej kariery
czerwiec 29, 2009
Święty Jerzy jest świętym niebywale popularnym i powszechnie znanym, ba, większość świętych może Jerzemu niesamowitej kariery pozazdrościć. Popularność święty Jerzy zawdzięcza smokowi. Szkoda, że podobnie jak smok, najprawdopodobniej nigdy nie istniał. Ale po kolei.
Święty Jerzy pojawia się po raz pierwszy pośród rozlicznych męczenników u Euzebiusza z Cezarei. Wzmianka jest skromna, liczy dwie linijki i dotyczy niejakiego Georgiosa, ściętego w Nikomedii w 303 roku. Akurat wówczas, wobec – powiedzmy to sobie otwarcie – mało tolerancyjnej polityki Dioklecjana, męczenników było na pęczki. Konstantyn miał to wkrótce zmienić, można zatem powiedzieć, że Georgios załapał się na męczeństwo w ostatnim momencie. Na temat rozlicznych bohaterskich czynów Jerzego i jego rzekomego zatargu z Dioklecjanem Euzebiusz milczy.
W miarę upływu czasu, cudów przypisywanych św. Jerzemu zaczyna przybywać. Jego kult upowszechnia się w Egipcie i Azji Mniejszej w V i VI wieku, aby przybrać cechy groteskowego, powszechnego uwielbienia w okresie wojen krzyżowych. Wpierw, z anonimowej nieomal ofiary masowych prześladowań, Jerzy przeistacza się w szlachetnego rzymskiego rycerza, który miał odwagę przeciwstawić się cesarzowi doprowadzając go do wściekłości. Rozliczne miasta rozpoczynają współzawodnictwo o tytuł oficjalnego miejsca męczeństwa, zwycięso wychodzi Lida, aczkolwiek mieszkańcy Nikomedii nie przyjmują tego do wiadomości. Jakby tego było mało, z czasem pojawia się legenda, jakoby miał swój występ na dworze cesarskim poprzedzić rozdaniem dóbr doczesnych pomiędzy biednych i potrzebujących. Z każdym następnym opisem żywot Jerzego staje się barwniejszy, wspanialszy i obfitujący w coraz bardziej spektakularne czyny. Święty Jerzy obrasta w życiorys i cuda z dynamiką wywołującą zdumienie nawet u hierarchów ówczesnego kościoła. Zaczyna nadal przybywać miejsc, w których rzekomo miał mieszkać i ponieść śmierć męczeńską, nieomal co druga budowana we wczesnym średniowieczu świątynia nosi jego imię. Do świętego zaczynają się przyznawać nie tylko miasta i kraje, w których jak możemy założyć nigdy nie był, ale również te, w których nigdy być nie mógł. Jednocześnie rozpoczyna się cudowne rozmnożenie relikwii, na szczególną wzmiankę zasługuje tu dokonanie biskupa Moguncji Hatto, który w 896 roku z wyprawy turystycznej do Ziemi świętej powrócił z doskonale zachowaną głową świętego.
W okresie wojen krzyżowych Jerzomania jest już tak rozpowszechniona, że święty, mimo że oficjalnie od 700 lat uznany za zmarłego, zaczyna się znów pojawiać. Szczególnie krzyżowcom. Na przykład wedle świadectw uczestników bitwy pod zamkiem Montgisard, św. Jerzy miał walczyć ramię w ramię z rycerzami Baldwinem i Balianem z Trewiru oraz Rajmundem, Hugonem i Wilhelmem z Galilei. Wszyscy go widzieli i poświadczyli pod przysięgą, trudno więc wątpić aby tylu znakomitych mężów mogło się mylić.
W trakcie synodu w Oksfordzie w 1222 roku, święty Jerzy zostaje oficjalnie uznany za Anglika, jego miejsce urodzenia zostaje przeniesione z Kapadocji do Coventry. Teraz już spokojnie może zostać patronem swej nowej ojczyzny. I zostaje. Krzyż św. Jerzego nie od parady zdobi do dziś brytyjską flagę. Dobrze, że nie istniały wówczas media, udało się dzięki temu uniknąć międzynarodowego konfliktu z Gruzją, Maltą, Portugalią, Abisynią i Bułgarią (które już wcześniej sobie świętego zarezerwowały) jak również z Litwą, Rosją, Tyrolem, Katalonią i Serbią (które dołączyły później).
Gdy wreszcie Jakub de Vorgaine w połowie XIII wieku w swej „Legenda Aurea” próbował zmontować z setek krążących, sprzecznych ze sobą fantastycznych opowieści i mitów w miarę spójną historię – napotkał na nie lada problem. Wybrnął mistrzowsko, ignorując konsekwentnie zasady chronologii i logiki. Smok też się załapał.
W 1969 roku, Jego Świątobliwość Papież Paweł VI traci nerwy i nakazuje usunięcie dynamicznego świętego z kalendarza liturgicznego. Decyzję swą motywuje w sposób śmieszny i mało wiarygodny, a mianowicie tym, że takiego świętego nigdy nie było. Święty okazuje się być jednak jednak oporny, w roku 1975, mimo oficjalnego dekretu papieskiego skazującego go na nieistnienie, pojawia się, jak Feniks z Popiołów, w rzeczonym kalendarzu ponownie.
Święty Jerzy opiekuje się szczególnie zakonami rycerskimi, harcerzami, wędrowcami, górnikami i żołnierzami. Jest też patronem rolników, kowali, bednarzy, artystów i więźniów.
Modlitwa do Św. Jerzego pomaga bez wyjątku wszystkim i na wszystko.
Hagiografia: Święty Sebastian
maj 5, 2009
Święty Sebastian żył krótko ale za to intensywnie. Jest przykładem ilustrującym tezę, że żelazna konsekwencja przeważnie doprowadzi nas do upragnionego celu. Celem Sebastiana było zginąć śmiercią męczeńską i należy podkreślić, że nie tylko nie szczędził starań, ale w dodatku zostały one uwieńczone spektakularnym i trudnym do powtórzenia sukcesem. Swięty Sebastian poniósł śmierć męczeńską dwukrotnie. Ha!
W dziejach świętego Sebastiana mało rzeczy jest pewnych. Do niewielu, które uznawane są za bezsprzeczne należy data ostatecznego zejścia z tego padołu: rok 288 naszej ery. Reszta jest prawdopodobnie legendą. Nie wiemy nawet czy urodził się w Narbonne (jak chcą jedni) czy też był synem mediolańskiego kupca (jak dowodzą inni). Nie to wydaje się być jednak istotne. Istotne jest natomiast tło historyczne. W cesarstwie panuje Dioklecjan, cesarz myślący trzeźwo i raczej nie przepadający za chrześcijanami. Obok rozlicznych reform administracyjnych wsławił się on wydaniem czterech edyktów skierowanych przeciw zwolennikom stosunkowo nowej ale już nader rozpowszechnionej religii, jak również tym, że umarł w podeszłym wieku przebywając na zasłużonej emeryturze. Z ręki własnej i we własnym łożu. Nieczęste osiągnięcie jak na rzymskiego cesarza.
Nie wiadomo co skłoniło Dioklecjana (lub jego kolegę Maximiliana) do powierzenia Sebastianowi zaszczytnego stanowiska kapitana gwardii pretoriańskiej. Nie wiadomo również, skąd się nasz Sebastian w ogóle na dworze cesarskim wziął – nieomal każde źródło twierdzi na ten temat coś innego. Wiadomo natomiast, że po wstąpieniu na zaszczytną służbę u będącego raczej zdecydowanym wyznawcą Jowisza Dioklecjana, nasz Sebastian, na razie jeszcze kapitan pretorian a nie święty, miast zgodnie z podjętymi zobowiązaniami strzec życia i zdrowia monarchy, postanawia poświęcić się swemu hobby i rozpoczyna działalność misyjną w okolicznym więzieniu. Nie mogąc się oprzeć natarczywym prośbom głuchoniemej niewiasty imieniem Zoe, czyni nad nią znak krzyża, a ta odzyskuje natychmiast mowę i pewnie też słuch – choć na ten temat źródła dyskretnie milczą. Cudowne uzdrowienie wywiera piorunujące wrażenie na 78 więźniach i postanawiają oni również przyjąć wiarę. Pogłoski o radosnej działalności Sebastiana docierają do cesarza wywołując jego niezadowolenie. Sebastian zostaje na mocy wyroku cesarskiego skazany na śmierć przez rozstrzelanie z łuku. Obnażony z szat i przywiązany do drzewa zostaje przez nubijskich (mauretańskich,?) łuczników naszpikowany strzałami jak jeżozwierz. Po stwierdzeniu zgonu delikwenta, łucznicy oddalają się w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, a niebywała kariera Św. Sebastiana nareszcie się rozpoczyna. Bo oto pragnąca pochować zwłoki niewiasta (znana współczesnym jako „ta” Irena, potomnym zaś jako św. Irena) stwierdza, że Nubijczycy spaprali robotę – w podziurawionym jak rzeszoto Sebastianie tli się nadal iskierka życia. Po tygodniach troskliwej opieki i pielęgnacji Sebastian wraca do zdrowia. Powstawszy z łoża boleści udaje się prosto do Dioklecjana i wygłasza płomienną mowę na temat wyższości nowej religii nad tą, która była miła cesarzowi, ten zaś, zirytowany natręctwem wydaje polecenie aby gwardia zatłukła go na miejscu pałkami. Wyrok wykonano a zwłoki wrzucono do dołu na nieczystości znanego pod nazwą cloaca maxima. Pod osłoną nocy i z narażeniem życia wierni wyławiają ciało, ponowna resuscytacja nie przyniosła jednak ku ogólnemu rozczarowaniu pożądanych wyników.
Zaden chyba święty nie doczekał się takiej ilości wizerunków jak Sebastian. Zbiór jest przygniatający swym ogromem i obejmuje tysiące pozycji i nieomal wszystkie znaczące nazwiska począwszy od późnego średniowiecza aż po schyłek baroku. Rozmiar ikonograficznego szaleństwa najlepiej obrazuje stwierdzenie, że trudno wręcz odnaleźć artystę, który pokusiłby się o rezygnację z wykorzystania świętego do swych celów. Taki Rubens na przykład, podchodził do tematu sześć razy. Bellini i van Dyck też. Tycjan pięć, Veronese również pięć. El Greco i Carlo Boni tylko po cztery. Palmę pierwszeństwa dzierży Perugino (jedenaście scen męczeństwa), przed Lotto (osiem męczeństw), Guido Reni (też osiem).
Wraz ze schyłkiem baroku malowanie świętych powoli zaczęło wychodzić z mody, artyści coraz częściej zaczęli skłaniać się ku motywom świeckim malując i rzeźbiąc najczęściej swych zleceniodawców (z powodów merkantylnych) i sceny rodzajowe (z tych samych powodów). Trend ten nie dotyczył najwidoczniej św. Sebastiana, który dalej, po dzień dzisiejszy z niesłabnącym entuzjazmem malowany bywa i rzeźbiony, a ostatnimi czasy nawet fotografowany. Interesującym może wydać się fakt, że pośród niezliczonych artystów, żaden nie pokusił się o przedstawienie rzeczywistej śmierci męczeńskiej dobrego chrześcijanina. Dla artystów atrakcyjny był Sebastian jedynie muskularny, w obcisłych slipach i ewentualnie odpowiednio podziurawiony. Nieliczne wyjątki potwierdzają regułę.
Próbę wytłumaczenia tego faktu znajdujemy u Oskara Tersa (Die Legende des Heiligen Sebastian – Ein Vergleich zwischen den lateinischen Quellen und den mittelalterlichen Übersetzungen unter besonderer Berücksichtigung und Transkription der Handschrift 717 II der Bibliotheque Municipale zu Colmar). Na podstawie odcyfrowanych przez siebie manuskryptów i ponownej szczegółowej analizy antycznych źródeł, Ters dostarcza nowej, interesującej interpretacji dziejów Sebastiana jako ofiary homoseksualnego dramatu zazdrości rozgrywającego się w trójkącie Maximilian-Dioklecjan-Sebastian. Wizerunek Sebastiana preferowany był jego zdaniem ze względu na uroki cielesne przez gejów i kryptogejów wszystkich następnych epok. Od początków XX wieku uwielbienie to jest manifestowane otwarcie, między innymi w ramach wystaw malarstwa i fotografii o śmiałym i jednoznacznym kontekście.
Domniemane szczątki doczesne św. Sebastiana spoczywają w rozmaitych miejscach. Modlitwa do św. Sebastiana pomaga w ostro przebiegających chorobach zakaźnych i kłopotach z aparatem ucisku. Jest patronem kamieniarzy, myśliwych, strażaków, żołnierzy i policjantów. Między innymi.
Wieczny tułacz
marzec 30, 2009
“C’est l’antisémite qui fait le juif”
J-P. Sartre, “Réflexions sur la question juive”
Antysemita, przybywszy w okolice bliżej mu dotąd nie znane, rozgląda się uważnie. Choć znużony wędrówką, stara się mimo skrajnego wyczerpania nie utracić tak potrzebnej czujności. Poszukiwania nie są łatwe, a wróg może się czaić wszędzie. Na szczególną nieufność zasługują zamożni lub wykazujący się starannym wykształceniem. Obdarzeni nieprzeciętnymi talentami bądź znajomością języków innych niż własny. Pewną wskazówkę stanowić może również brak agresji, lub pełen poświęcenia, lecz jakże pozorny i niesłuszny patriotyzm.
Wbrew popularnemu mniemaniu, porównywanie kształtu nosów i zaglądanie do gaci nie jest jego specjalnością. Już nie.
Poszukiwanie Żyda w bliźnim jest misją niemożliwą do spełnienia bez wytrwałości i wyrzeczeń. Zajęciem znojnym, żmudnym i wymagającym poświęceń. Nie zawsze uwieńczone bywa ono sukcesem.
Nie zdoławszy Żyda odnaleźć, antysemita niezwłocznie rusza w dalszą drogę. I tak już od tysiącleci. Pokryty kurzem minionych wędrówek, spragniony zrozumienia i narażony na wytykiwanie palcami przez prześmiewców, przenosi się z miejsca na miejsce, wierząc głęboko, że kiedyś wreszcie modlitwy jego zostaną wysłuchane. Że kiedyś musi się udać. Nie zazna spokoju aż nie dopełni się misja. Antysemita. Wieczny tułacz.
Historia prawdziwa: bohater pracy
marzec 26, 2009
Będzie dla odmiany długo i wyczerpująco. Ale ciekawie. Znużenie historiami niebyłymi skłania nas do poświęcenia dla odmiany naszej uwagi faktom na pozór nieprawdopodobnym – choć starannie udokumentowanym . Tym razem chodzi o wielkiego człowieka, człowieka którego wielkość nie sprostała próbie czasu. Ale co tam.
Zdumiewająca doprawdy to postać i nie sposób zająć się wszelkimi aspektami życia i działalności tego giganta myśli i czynu. Dla nas powinno być ważne, że otrzymał wszystkie nieomal najwyższe polskie odznaczenia. Czy zasłużył, nie ma sensu dziś dociekać. Nie ma się zresztą czego wstydzić, inne narody nie były pod tym względem lepsze i wiedząc o jego słabości, obwieszały go bez umiaru. W ojczyźnie miłowano go do tego stopnia, że nazwano jego imieniem osiem miast, jedną górę i jedną wyspę. Tylko jedną i to dziwi, bo wysp w ojczyźnie ojca narodu był przecież dostatek. Gdy zmarł, za jego trumną szły trzy bataliony królów, prezydentów i dyktatorów. W pierwszym rzędzie konduktu pogrzebowego dojrzeć można było zgodnie pogrążonych w smutku Helmuta Schmidta, Saddama Husseina, Jassira Arafata, Leonida Breżniewa i Margareth Thatcher. Tak odprowadza się prawdziwych bohaterów. Ale po koleji.
Nasz tytan urodził się 7 maja 1892 roku, zadekretował jednak, by poddani obchodzili jego urodziny 25 maja. Składanie hołdów wymagało odpowiedniej meteorologicznej oprawy, a takowa 7 maja była raczej niepewna.
W 1912, jako dwudziestoletni młodzian, przebywa akurat w miejscowości Cenkovo na terenie dzisiejszych Czech. Będąc z zawodu bezrobotnym dołącza się na niejasnych zasadach do strajku miejscowych robotników domagających się wyższych zarobków. W trakcie strajku poznaje Marusę Novakovą, niepełnoletnią córkę miejscowego lekarza. Utrzymując się z pożyczanych i nie oddawanych pieniędzy, składa dziewczynie kilka interesujących ofert, między innymi propozycję okradzenia zamożnego tatusia i zbliżenia o charakterze intymnym. Marusa ustosunkowuje się pozytywnie, zaznacza jednak, że wolałaby wpierw udać się do ołtarza. Gdy nasz bohater dowiaduje się że Marusa jest w ciąży, deklaruje natychmiast, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, gotowość zawarcia małżeństwa i przyjęcia posady załatwionej przez teścia. W dniu ślubu wsiada do pociągu z krótko przedtem poznaną Lizą Spunner i wyjeżdża do Wiednia. Syn Leopard Novakov przychodzi na świat w 1913 roku w Pradze Czeskiej.
Jest rok 1913. Liza Spunner kocha naszego bohatera miłością prawdziwą i bezkompromisową. Przychodzi jej to tym łatwiej, że jest od niego o 10 lat starsza. W Wiedniu zajmują mały apartament, którego ciasnota staje się uciążliwa po tym jak wprowadza się doń dodatkowo Lizy najnowszy kochanek. Jak przystało na kochającą kobietę, Liza Spunner podczas rozlicznych miłosnych zmagań drapie naszego bohatera a nawet namiętnie gryzie, ten zdradza jednak coraz większą irytację. W tym czasie bohater nasz udziela się od czasu do czasu lirycznie pisząc dla Lizy wiersze, a gdy nie pisze okrada ją regularnie z oszczędności aby mieć pieniądze na przygody natury damsko-męskiej. Pewnego dnia Liza oświadcza mu że jest w ciąży. Nasz bohater nie daje temu wiary, udaje się w podróż związaną z interesami i już więcej z niej nie powraca. Syn, Hans Spunner rodzi się w Wiedniu w 1914 roku, zostaje austriackim inżynierem, aby zostawszy wiele lat później powołany do Wehrmachtu, zginąć w 1943 roku w Jugosławii, w trakcie walk z miejscowymi partyzantami.
W 1914 roku widzimy naszego bohatera w Zagrzebiu w towarzystwie Teresy Stazner, młodej damy z lepszego towarzystwa. Poznali się przypadkowo w Wiedniu na wyścigach konnych i tak zawiązała się nić sympatii. Teresa stara się pomóc naszemu bohaterowi uniknąć służby wojskowej – bez skutku. Ten, ze swojej strony, stojąc przed komisją poborową usiłuje symulować głuchotę, sprawa kończy się nieomal przed plutonem egzekucyjnym. Z twierdzy wyciąga go wreszcie ustosunkowany ojciec panny Stazner, niestety nie oznacza to zwolnienia od służby wojskowej. W trakcie służby bohater nasz uczy się strzelać i osiąga w tej dyscyplinie zdumiewająco dobre wyniki zdobywając trzecie miejsce w konkursie strzeleckim Cesarskiej i Królewskiej Armii. W końcu zostaje wysłany na front rosyjski i już z niego nie powraca. Z początkiem roku 1915 Tersa Stazner powije bliźniaki, Gabrielę i Paula. Gabriela umiera w kołysce, Paul zostaje później inżynierem.
W 1915 roku możemy spotkać naszego bohatera w Rosji, w okolicy przysiółka Korutowo, dokąd udało mu się akurat szczęśliwie zdezerterować. Spotyka się tutaj z całym szeregiem atrakcyjnych rosyjskich dziewcząt, jak również z młodymi, równie atrakcyjnymi mężatkami. Jedną z nich jest Lusia Sedlowska, kobieta wykształcona i obdarzona wszechstronnymi talentami. Nasz ulubieniec proponuje jej wspólną ucieczkę do Ameryki, Lusia nie reflektuje, bo się boi męża. I słusznie, ten bowiem zastając zakochaną parę w sypialni, tłucze żonę a do uciekającego amanta wali z dubeltówki. Lusia błaga, aby nie bił zbyt mocno, bo jest w ciąży. Syn, Kirył Sedlowski rodzi się jeszcze w 1915 roku, aby później zostać radzieckim weterynarzem.
Poważnie postrzelony, trafia nasz protagonista do lazaretu, gdzie opiekuje się nim pielęgniarka Ira Gligoriewa, z którą już uprzednio łączyły go zażyłe stosunki. Stanąwszy jako tako na nogi, poślubia ją w pobliskim Swiazeńsku. Ira jest zazdrosna o będącą w zaawansowanej ciąży Lusię, co doprowadza do niesnasek, jak również do nawiązania bliższych stosunków z niejaką Darią Andirelową, uroczą lekarką z arystokratycznym rodowodem, gotową dzielić z nim nie tylko łoże lecz również wprowadzić go do lepszego towarzystwa. Ira Gligoriewa umiera w trakcie przedwczesnego porodu. Syn, Sierjoża Gligoriew zostaje później działaczem partyjnym w radzieckim Briamsku.
Po śmierci żony nasz bohater wprowadza się do willi Darii, gdzie obejmuje opiekę nad stajniami. Wkrótce przeprowadzają się oboje do Moskwy, w domu rodziców swej nowej oblubienicy poznaje Olę Kutinę, uroczą studentkę nauk ekonomicznych. Daria Andirelowa pragnie zalegalizowania związku, Ola w zasadzie też, ale się boi tatusia. Z Darią porozumienie jest trudne, źródłem niesnasek są wygórowane żądania finasowe kandydata na męża. W końcu Daria wyrzuca go z domu. Syn, Josip Andrilow przychodzi na świat w 1916 roku. Ginie zestrzelony w 1944 roku nad Berlinem jako pilot radzieckiego bombowca.
Z Moskwy udaje się nasz bohater do St. Petersburga aby odwiedzić Ninę Bazan, najlepszą przyjaciółkę wspomnianej już pobieżnie Oli. Nina ma siostrę bliźniaczkę o imieniu Swietłana, po upływie trzech miesięcy obie zachodzą w ciążę co jest kłopotliwe, ponieważ nasz bohater zaręczony jest z Niną ale zakochał się w międzyczasie w niejakiej Newie o której niestety niewiele wiadomo. Bliźniaczki, aby uniknąć skandalu postanawiają obciążyć odpowiedzialnością za brzemienny stan Swietłany jednego z jej nauczycieli. Sytuacja robi się nieprzyjemna gdy z sejfu rodziny Bazanów giną w niewyjaśnionych okolicznościach kosztowności. Obrażony niesłusznymi jego zdaniem podejrzniami, bohater naszej opowieści wyprowadza się z niegościnnego domu, niestety nie zauważywszy, że w międzyczasie wybuchła rewolucja październikowa. Za brak papierów zostaje zaaresztowany i wysłany na Sybir. Syn, Wladimir Bazan przychodzi na świat w 1918 roku. Zostanie lekarzem w Leningradzie.
W drodze na Syberię udaje się naszemu dobremu znajomemu wyskoczyć z pociągu w okolicach Omska. Otaczają go opieką miejscowi Kirgizi, schronienie znajduje ostatecznie w jurcie zamożnego posiadacza ogromnych stad bydła, niejakiego Zalida Badahura. Badahur ma córke niezwykłej urody o imieniu Zuhra. Nasz bohater zostaje pasterzem i obiecuje Zuhrze ożenek. 18. marca 1918 roku stają na ślubnym kobiercu. Zuhra zachodzi w ciążę. W zorganizowanym przez zwycięską Armię Czerwoną konkursie jeździeckim Zuhra, mimo błogosławionego stanu, zdobywa główną nagrodę: szczerozłotą podkowę. Następnego ranka nasz bohater, z podkową w bagażu podręcznym dosiada konia i udaje się do Omska. Syn Kadi Badahur rodzi się w 1918 roku. Zostanie później inżynierem petrochemikiem w Baku.
Czasy były niebezpieczne. W drodze do Omska nasz jeździec zostaje zaaresztowany, na nic próby tłumaczenia że jest Kirgizem. W trakcie rozlicznych przesłuchań dostrzega nagle urocze dziewczę w mundurze i stwierdza, że chyba się znają. Pelagija Biełołusowa, pseudonim rewolucyjny Polka, też sobie coś przypomina. To ona po raz pierwszy pokazuje mu przechowywaną na piersi fotografię wodza rewolucji Włodzimierza Iliicza. Mimo pewnych nieporozumień wynikłych z przelotnej znajomości naszego bohatera z mieszkającą w sąsiedztwie nauczycielką, niejaką Anną Iwanowicz, wszystko kończy się dobrze. Związek małżeński zostaje zawarty 19 czerwca 1919 roku. Syn Zarko Broz przychodzi na świat tego samego roku, zostaje zawodowym wojskowym i żyje po wojnie w Jugosławii.
Czasy były nadal niebezpieczne, ale też nad wyraz ciekawe. Na pewien czas tracimy naszego bohatera z oczu. W 1934 roku widzimy jak opuszcza więzienie w Omsku i zamieszkuje u prawosławnego biskupa o nazwisku Rozman. Przedstawia się jako inżynier Rudi, Austryjak. W ogrodach biskupich poznaje dziewczę o imieniu Vida. Odkrywają, że łączy ich wspólne umiłowanie muzyki, Vida pragnie udać się do Wiednia aby studiować grę na fortepianie w tamtejszym konserwatorium. W przebraniu uciekają wspólnie przez zieloną granicę. Vida Kogej zostaje studentką, bohater nasz natomiast nawiązuje bliższe kontakty z miejscowymi komunistami. Przyprowadza nawet do domu rozmaite kobiety przedstawiając je Vidzie jako aktywistki i działaczki. Vida zachodzi w ciążę a nasz ulubieniec postanawia ją poślubić. Dochodzi jednak do wniosku, że jego miejsce jest jednak gdzie indziej i opuszcza Wiedeń. Syn, Dymitr Kogej przychodzi na świat w 1935 roku w Wiedniu. Zostanie potem profesorem muzyki.
W 1935 roku widzimy go znów w Moskwie jako pracownika Kominternu. Tym razem występuje pod pseudonimem Walter. Biuro obok zajmuje Elsa Gerlach, pseudonim Rider. Prawdziwa, oddana sprawie komunistka. Zauważywszy, że w jego pokoju pali się światło do późnych godzin wieczornych, Elsa oskarża Waltera o uleganie burżuazyjnym nawykom i zużywanie zbyt dużej ilości energii elektrycznej. Sprawa kończy się na szczęście samokrytyką. Walter zwraca się do Komitetu Wykonawczego Kominternu o pozwolenie poślubienia towarzyszki Rider i pozwolenie otrzymuje. Oboje wprowadzają się do luksusowego jednoizbowego apartamentu z niszą kuchenną wyposażonego nawet w radio. Elsa Gerlach, będąc czujną komunistką nie spuszcza oka ze swego Waltera, przeważnie ku jego niezadowoleniu. W międzyczasie rozpoczął on mianowicie romans z obiecującą aktorką Wasylissą Kowesznikową. Zupełnie nieuzasadniona nieufność Elsy denerwuje go do tego stopnia, że zmuszony jest poinformować organa bezpieczeństwa o jej rzekomych kontaktach z amerykańskimi szpiegami. Jest rok 1937. Elsa znika bez śladu, zdążywszy jeszcze w areszcie urodzić syna Wiktora Gerlacha, dalsze losy nieznane.
Zmiana dekoracji. W 1937 roku widzimy naszego bohatera jak wysiada z pociągu na paryskim dworcu. Na ulicy spotyka kobietę z córeczką. Jeanne Coitier jest młodą wdową, córeczka ma na imię Danielle. Rozmawiają ze sobą po rosyjsku bo tak się składa, że ona zna ten język. Gdyby nie znała, raczej nie mogli by się ze sobą porozumieć. Ale zna. Jeanne zgadza się udzielać naszemu bohaterowi lekcji francuskiego. Gdy zachodzi w ciążę, nasz pieszczoch dochodzi do wniosku, że chyba jednak nie lubi dzieci. Kłótnia i rozstanie. Syn, Oliver Coitier ur. 1938 żyje w Paryżu jako fizyk jądrowy.
Zuhra Reuf-Anadolka jest kobietą bajecznie bogatą. Nasz bohater,zajęty konspitracją lecz utrzymujący się z hazardu, postanawia poświęcić jej zatem jak najwięcej szczerego zainteresowania. Jej powszechnie znany i raczej swobodny stosunek do spraw damsko-męskich bynajmniej go nie odstręcza. Za pośrednictwem przyjaciół wynajmuje za pożyczone pieniądze pałac hiszpańskiego markiza i zdradza wybrance swego serca, że jest właścicielem kopalni złota w Jugosławii. Nasz nowo wykreowany krezus oświadcza się, oświadczyny zostają przyjęte. Razem udają się do Turcji aby uzyskać zgodę tatusia. Tatuś zgodę wyraża i ślub zostaje zawarty w Paryżu. Lipiec 1937 roku para spędza w podróży poślubnej w Turcji. Po powrocie do Francji, nasz bohater pragnie zamieszkać u żony, ona woli jednak mieszkać w jego pałacu. Na to on oddaje klucze do zamku, oświadczając jednocześnie małżonce, że obiekt sprzedał aby pokryć długi, posiadana zaś przezeń kopalnia złota najzwyczajniej zbankrutowała. Udaje się następnie w podróż do Chorwacji, a gdy wraca musi stwierdzić, że żona w międzyczasie nie tylko nie dochowała mu wierności lecz chyba wprost wręcz przeciwnie. Jest oburzony, dochodzi do kłótni. Zuhra nakazuje służącym wyrzucić go za drzwi. Wspólny syn, Izet Reuf przychodzi na świat w Paryżu w 1938 roku. Zyje później w Stambule jako zamożny turecki kupiec.
W 1940 roku widzimy go ukrywającego się przed Gestapo w wiedeńskim mieszkaniu Herthy Haas, poznanej jeszcze w 1937 roku w Paryżu znajomej. Hertha jest aktywistką działającej w podziemiu partii komunistycznej a poza tym w zaawansowanej ciąży. Z naszym bohaterem oczywiście, który w nie cierpiących zwłoki sprawach musi udać się do okupowanej przez Niemców Jugosławii. Syn, Aleksander Misza Broz , ur. 1941, zostaje oddany do przytułku, miejsce kobiety jest przy boku walczącego z okupantem oblubieńca. Gdy przybywa jednak na miejsce, dowiaduje się, że ten związał się w międzyczasie z jakąś Daworjanką. Taki pech.
W 1941 roku nasz ulubieniec piastuje już stanowisko sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Jugosławii. Jego towarzyszką życia i walki jest oficjalnie niejaka Ljubimka Djodjevic-Buba. Oficjalnie. Daworjanka Paunowic-Zdenka jest jedynie sekretarką. Prawdziwe uczucie nie zna jednak przeszkód i Daworjanka, mimo gwałtownego sprzeciwu Komitetu Centralnego, zajmuje szybko jej miejsce. Po czym zachodzi w ciążę a krótko potem dostaje gruźlicy. Syn, Slawisza Paunowic zostaje umieszczony u serbskich dziadków w miejscowości Foca, a Daworjanka udaje się do ZSSR na leczenie. Zamiast dbać o zdrowie, wygłasza tam płomienne mowy na rozlicznych manifestacjach i wiecach. W 1945 roku bohater nasz wprowadza się – tym razem już na stałe – do prawdziwego pałacu, Dworjankę umieszcza zaś w sanatorium, w którym umrze ona 1 maja 1948 roku. Po jej śmierci oświadczy zgromadzonym towarzyszom, że była to największa miłość jego życia.
Dręczony przez kamicę żółciową i depresję, bohater nasz zamienia się w miarę upływu lat w introwertyka, traci na pewien czas zainteresowanie nowymi związkami i oddaje się nowemu hobby – sprawowaniu niepodzielnej władzy. Jednym z jego pierwszych darów dla miłującego go narodu jest stworzenie obozu pracy dla przeciwników politycznych, w związku z czym, z czasem przeciwników ubywa, a miłujących go poddanych wciąż przybywa. Jovanka Budisavljević (Stevo) umieszczona zostaje w pałacu już w 1945 roku, w jakim charakterze trudno dociec bo Davorjanka jeszcze żyje a nasz ulubieniec interesuje się głównie śpiewaczką operową Zinką Kunc, Ta jednak, jest bardziej zainteresowna rozwojem własnej kariery i daje naszemu bohaterowi, noszącemu teraz na co dzień skromny mundur marszałka, najzwyklejszego kosza. Co gorsza, odmawia wysłuchania jego argumentów, woląc zamieszkiwać sobie z dala od stron rodzinnych w obcym kulturowo Paryżu. Slub z Jovanką odbywa się w 1959 roku. Razem zamieszkują w 40 pałacach, które wdzięczny naród podarował swemu ukochanemu przywódcy. Razem hodują konie wyścigowe, kolekcjonują biżuterię i oddają się wspólnemu hobby jakim jest czyszczenie jego nieprzeliczonych odznaczeń, jedzenie ostryg, podróże po kraju prywatnym pociągiem i spędzanie czasu na rozlicznych luksusowo wyposażonych jachtach. Szczęśliwa codzienność zostanie przerwana raz tylko, gdy małżonka umieszczona zostaje w areszcie domowym pod zarzutem przygotowywania spisku. W tym czasie, w międzyczasie sędziwy już nasz bohater poświęca swój czas śpiewaczce operowej Gertrudzie Munitic. Gdy się z nią rozstanie, Jovanka przywrócona zostanie do łask, a mąż wyda dekret przyznający jej po jego śmierci dożywotnie bajeczne apanaże i przywileje prezydenckiej wdowy.
Wesołe lata siedemdziesiąte XX wieku zbliżają się jednak nieuchronnie ku końcowi. Gospodarka spoczywa w ruinach, w kraju wybuchają pierwsze zamieszki. Latem 1980 roku, mimo wysiłków lekarzy, nasz Casanova umiera w stosunkowo młodym wieku 88 lat. Natychmiast po pogrzebie ojca narodu, wdzięczny naród pozbawia wdowę wszelkich przywilejów i umieszcza ją w areszcie domowym.
Rozpoczyna się czas wielkiego zamętu.
Josip Broz Tito, ulubieniec zachodnich demokratów i twórca Ruchu Państw Niezaangażowanych, kawaler nieomal wszystkich znanych i całego szeregu mniej znanych Krzyży, Gwiazd i Orderów, niepodzielny władca swego kraju przez okres 35 lat zniknął w mrokach historii, z których się uprzednio wyłonił, i mało kto dziś o nim pamięta. Niesłusznie. Gdyby ktoś wpadł na pomysł napisania scenariusza filmowego, którego fikcyjny bohater przypomina postać opisaną powyżej, uznano by go bez wątpienia za obdarzonego rozpasaną wyobraźnią i skłonnego do niebotycznej przesady fantastę.
Można i tak.
marzec 2, 2009
Noc była duszna, upalna i obfitująca w rozrywki dla dorosłych.
Nad ranem, krótko przed świtem, nadszedł wreszcie sen. Sen był z początku lekko zamazany, ale po chwili obraz się wyostrzył. Brzeg Nilu. Kołyszące się zarośle papirusu. Plusk wody.
Nagle z Nilu zaczęły wyłazić tłuste, spasione krowy.
- Tylko nie znowu te krowy – jęknął Józef – wszystko, tylko nie krowy.
Krowy posłusznie zawróciły i zniknęły w odmętach.
Józef, uspokojony rozwojem wypadków, objął ramieniem talię żony Putyfara i spał dalej cicho pochrapując. Na zewnątrz, za okiennym otworem, powoli budził się dzień.
Hagiografia: Swięty Szczepan
luty 23, 2009
Swięty Szczepan jest świętym wyjątkowym. Pierwszy męczennik Chrześcijaństwa zasługuje na naszą szczególną uwagę. Przypatrzmy mu się zatem bliżej bo warto. Myliłby się ten, kto by sądził, że nasz Szczepan – zwany dalej dla ułatwienia studiów porównawczych Stephanosem – zawdzięcza swą palmę męczeństwa i tytuł świętego nienawistnym poganom, którzy uwzięli się na zwolenników religii opartej na miłosierdziu i miłości bliźniego. Było zupełnie inaczej i z perspektywy czasu raczej śmiesznie.
Stephanos był nieomal rówieśnikiem Chrystusa, rok młodszy od Nazareńczyka, przeżył go jednak jedynie o lat kilka. Zadbała o to gmina braci w wierze. A było tak:
Po śmierci Jezusa, malutka gmina chrześcijańska postawiła sobie za punkt honoru, obok głoszenia sławy Pana, opiekę nad potrzebującymi ze szczególnym uwzględnieniem nędzarzy, chorych, wdów i sierot. Opieka polegała na wspomaganiu takowych dobrym słowem a także uczynkiem. Mówimy tutaj o dobrach materialnych, sprawa jest raczej jasna i nie ma powodu aby owijać ją w bawełnę. W krótkim czasie doprowadziło to niebywałego wzrostu popularności Chrześcijaństwa, szczególnie wśród chorych nędzarzy oraz obdarzonych licznym potomstwem wdów. Te akurat garnęły się do nowej religii że aż ho. Gmina, a szczególnie stojący na jej czele Apostołowie staneli w obliczu sytuacji kryzysowej, której niełatwo było sprostać. Rysowała się groźba rozłamu: frakcja judeoaramejczyków posiadała zupełnie inne wyobrażenia na temat priorytetów i misji chrześcijaństwa niż judeogrecy. Istotą kontrowersji było czy Apostołowie powinni poświęcić w pierwszej kolejności zagadnieniom krzewienia wiary czy też raczej praktykowaniu miłosierdzia. Rzesza potrzebujących skłaniała się ku drugiemu wariantowi, Apostołowie preferowali pierwszy. Istotne też było, komu należy się więcej miłosierdzia: wdowom oraz sierotom aramejskim, czy też raczej judeogreckim. Aby uniknąć rozłamu, zwołano walne zgromadzenie chrześcijan i wybrano z łona obu frakcji siedmiu diakonów, których zadaniem była troska o nędzarzy, wdowy i sieroty, Apostołowie mogli w końcu odetchnąć i zająć się chwaleniem Imienia Pańskiego. Jednym z diakonów był nasz Stephanos, jak imię wskazuje mąż o greckim rodowodzie, wybrany w celu reprezentowania judeogreckich wdów i sierot. Te bowiem czuły się dyskryminowane, twierdząc że datki i zapomogi płyną raczej w kierunku zupełnie niewłaściwym, czyli nędzarzy aramejskich.
To właśnie z grupy podopiecznych Stephanosa rozczarowanych niewystarczającą ich zdnaiem opieką wypłynął donos do Synhedrynu jakoby nasz miły diakon miał powiedzieć, iż Chrystus miał jakoby z całą pewnością powiedzieć iż Swiątynię Jerozolimską należy zburzyć. Coś takiego i jeszcze kilka innych ciekawostek w tym stylu mających doprowadzić Synhedryn do białej gorączki. Stephanosa wezwano przed oblicze i zadano mu jedno jedyne pytanie, a mianowicie, czy zarzuty mają odbicie w rzeczywistości. W odpowiedzi Stephanos zaczerpnął oddechu i wygłosił zawiłą mowę obrończą trwającą dwa dni z której nikt niczego nie zrozumiał. Byłaby to sprytna taktyka, gdyby jakieś licho nie pokusiło naszego diakona aby – gdy główne niebezpieczeństwo zdawało się być zażegnane – wznieść nagle oczy ku niebu i zawołać: „Widzę jak otwiera się niebo a syn człowieczy stoi po prawicy Pana!”. Każdy może mieć chwilę słabości. Synhedryn potrzebował kilku sekund na skazanie Stephanosa na zwyczajowe w takim przypadku ukamieniowanie. Nadzór natychmiasowego wykonania powierzono młodemu, zaangażowanemu człowiekowi o imieniu Saulus, znany zapewne większości polskich czytelników pod pseudonimem Szaweł. Z obowiązku wywiązał się Saulus przykładnie, dbając o wystarczającą ilość kamieni, chętnych do rzucania, a nawet samemu rzucając. Nie wiemy czy trafił i czy jego rzut był rozstrzygający. Gdyby jednak tak było, to byłby to ciekawy przyczynek do historii chrześcijańskiej martyrologii. Saulus przeszedł do historii jako Swięty Paweł, Ojciec Kościoła, ten od podróży misyjnych i listów. Zestawienie – wśród jego rozlicznych zasług – obok sławiącej potęgę miłości pieśni zawartej w „Liście do Koryntian” również celnych rzutów kamieniami, których wynikiem był pierwszy męczennik kościoła może wprawić i wprawia w zadumę.
W rozlicznych pismach Sw. Pawła na próżno szukać wzmianki o onegdaj ukamieniowanym przezeń Stefanosie. Pamięć bywa zawodna, szczególnie jeśli chodzi o błędy młodości.
Dalczego Sw. Szczepan został patronem bednarzy, woźniców, murarzy, tkaczy, krawców i cieśli pozostanie tajemnicą tych, którzy na ten pomysł wpadli. Skierowane do niego modlitwy pomagają jak ręką odjął w przypadku napadu szału, bólów głowy i ataków kamicy nerkowej.
Czas kryzysu.
luty 12, 2009
Samuel J. Towland, zwany też – dla odróżnienia od ojca i dziadka – trzecim, właściciel posiadłości z widokiem na zachód słońca, jachtu, rezydencji letniej i rezydencji zimowej, żony, którą można było pokazać, trójki dzieci z wymaganiami, biblioteki, dwóch kochanek, dyplomu znanej uczelni, samochodu terenowego wyglądającego jak limuzyna i limuzyny będącej samochodem terenowym, kolekcji monet i antyków jak również psa rasowego z medalem oraz dyplomem, spojrzał po raz ostatni na wyciąg z konta, poprawił stosik leżącej przed nim korespondencji, wstał od masywnie rzeźbionego biurka, podszedł do otwartego okna, wdrapał się na parapet i skoczył.
Trzydzieste siódme piętro to nie w kij dmuchał.
Juan Arroyo Diaz, mimo popularnego w rodzimym Curundú nazwiska i jeszcze bardziej popularnych imion, obywał się bez numeru porządkowego. Jego stan majątkowy ograniczał się do taczki, miotły, kubła, ubrania noszonego na grzbiecie i wyświechtanego portfela, w którym obok rozpadającego się panamskiego paszportu, trzech pomiętych banknotów, sfałszowanego prawa jazdy i nieważnej karty kredytowej opiewającej na nazwisko Jason T. Brown, przechowywał również list od żony. Małżonka donosiła w nim o urodzinach siódmego z kolei dziecka. Juan Arroyo Diaz z zapałem zamiatał chodnik przed imponującym biurowcem należącym do Towland Enterprises, zastanawiając się jednocześnie nad niepojętym cudem natury, który sprawił, że jego niewidziana od ponad roku żona powiła potomka.
Czytelników, przeczuwających zbliżający się nieuchronnie dramat, pragnę uspokoić. Ciało Samuela J. Towlanda, uderzając z głuchym hukiem o chodnik, nie uczyniło zamiataczowi najmniejszej krzywdy, jako że znajdował się on w tym momencie po drugiej stronie budynku. Szczerze powiedziawszy, nie zauważył on nawet zdarzenia i skończywszy zamiatać, oddalił się.
Literatura i życie to dwie zupełnie różne sprawy.
Sen Antysemity
luty 9, 2009
«Si le juif n’existait pas, l’antisémite l’inventerait.»
J-P. Sartre, “Réflexions sur la question juive”
Antysemita, tłumiąc w sobie okrzyk przerażenia i rozpaczy, budzi się w środku nocy z koszmarnego snu. Snu, w którym okazało się, że Zydów nie ma, nigdy nie było i nigdy nie będzie. Zlany zimnym potem, siada na brzegu łóżka i sięga roztrzęsionymi dłońmi po papierosa. Po chwili namysłu postanawia nie budzić śpiącej obok, nieświadomej grozy sytuacji żony, wsuwa kapcie i udaje się do kuchni. Tam, nad szklanką ciepłego mleka powoli wraca do siebie. Stwierdziwszy z ogromną ulgą że był to jedynie zły sen, postanawia przy najbliższej okazji ponownie przemyśleć wysokość datku dziękczynnego, który przecież powinien być adekwatny do groźby unikniętego cudem niebezpieczeństwa.