„Bevor ich ein endgültiges Urteil über Herostrat abgebe, würde ich gerne ein Bild des Tempels sehen.
Karl Kraus

Na pomysł aby stworzyć listę przebojów widocznych osiągnięć rodzaju ludzkiego wpadł jako pierwszy niejaki Antypater z Sydonu, bajarz i turysta, zwany przez potomnych z nieznanych powodów również uczonym. W stworzonych około 130 roku (przed narodzeniem) “Epigramach” wymienia siedem budowli starożytności, które jego zdaniem godne są obejrzenia. Większości z nich nigdy nie widział bo opisał je mylnie, innych znów widzieć nie mógł, bo za jego czasów już nie istniały.Wiszące ogrody Semiramidy na przykład, ani nie miały nic wspólnego z Semiramidą ani też nie wisiały, ale co tam, już wówczas bardziej liczyły się chęci niż rzetelna wiedza. Chęci Antypatrowi najwidoczniej nie brakowało.

Pomysł, aby nazwać wymienione przez Antypatra atrakcje turystyczne (theámata ) cudami, narodził się w głowie niejakiego Filona z Bizancjum. Filon znał się co prawda na pneumatyce, konstrukcji katapult i budowie portów, uważając się jednak za człowieka wszechstronnego, zajął się również pisaniem o świecie. Fakt, że nie podróżował i w związku z tym raczej niewiele widział, nie stanowił większej przeszkody w napisaniu dzieła o wymownym tytule „De septem mundi miraculis“. I tak już nam pozostało, wymysły dwóch ignorantów przeszły do historii jako antyczna wizja świata.
Siedem cudów świata było zresztą już w starożytności co najmniej jedenaście, bo co rusz ktoś miał ambicję aby coś nowego dopisać lub skreślić. Pozycję szóstą na pierwszej liście przebojów zajmowała Świątynia Artemidy w Efezie, jakimi kryteriami autor się posłużył pozostanie zagadką. Budowli na oczy nie widział, nie mógł też znać nikogo kto ewentualnie widzieć mógł. Zbudowana w znacznej części z materiałów łatwopalnych świątynia, zamieniła się w zgliszcza 200 lat przed powstaniem antypaterskich “Epigramów” dzięki odwadze i stanowczości niejakiego Herostratesa, którego imienia nikt by sobie dzisiaj nie przypominał, gdyby we władzach miasta Efez nie zasiadali wyjątkowi idioci. Wierząc w moc sprawczą postanowień o charakterze administracyjnym, rada miejska pięknego miasta Efezu wydała dekret nakazujący potomnym skuteczne zapomnienie imienia spragnionego wiecznej sławy piromana. Idiotyzm tej absurdalnej decyzji był tak ewidentny, że Teopomp z Chios nie mógł się najzwyczajniej oprzeć pokusie i powracał w swych rozlicznych rozprawach do wzmiankowanej historii jak pijany do płotu. I stało się jak było do przewidzenia: niezliczone są zabytki starożytności i wszystkie one, z wyjątkiem piramidy Cheopsa, spoczywają dziś w gruzach. Tylko w jednym, jedynym przypadku przetrwało do dziś imię sprawcy zniszczeń. Powinno to zasadniczo dać do myślenia współczesnym nam twórcom aktów prawnych, ale pewnie znów wymagamy zbyt wiele.
Legenda, jakoby największy barak (kolumnada marmurowa, konstrukcja dachu i ścian z drewna cedrowego) starożytności spłonął w dniu narodzin zbrodniarza wojennego Aleksandra zwanego obecnie Wielkim, pozbawiona jest znamion wiarygodności. Zawdzięczamy ją najprawdopodobniej sprytowi Efezyjczyków poszukujących sponsora gotowego partycypować w kosztach odbudowy. Starania uwieńczone zostały sukcesem.

Zabłąkani w okolice tureckiej mieściny Selçuk turyści mogą podziwiać pasące się kozy i stojącą samotnie na podmokłym terenie kolumnę, jedyną pozostałość po odbudowanym cudzie antycznego świata.
Po dawno zrównanym z ziemią Efezie pozostał w pamięci potomnych jeden, jedyny ślad w postaci imienia pewnego handlarza (jak chcą jedni) lub szewca (jak chcą inni), który lubił przyglądać się płomieniom.

Wszystkiego dobrego i spokoju ducha z okazji Świąt Wielkanocnych, które są pogodne i z powyższym tekstem naturalnie nie mają nic wspólnego.

Rozliczne są historie niezłomnych patriotów dawanych młodzieży za wzór przez autorytety moralne i tych, którzy pragnęli bądź nadal pragną za takowe uchodzić. Gaius Mucius zajmuje miejsce szczególne, pokolenia młodzianków wychowywano w przeświadczeniu, że jak przyjdzie co do czego, to trzeba naśladować i nie ma zlituj. Niezłomny charakter i żelazna wola: Mucjusz Scewola. Oj popularny był ten Scewola w ojczyźnie naszej. Już Kochanowski Jan, będąc samemu w wieku raczej zdziadziałym, stawiał go młodziankom za wzór:
Pali rękę Scewola dla ojczyzny: a my
I w zimną wodę onej włożyć się wzdrygamy?
Nie cierpieć nic, czynić nic – własne polskie dzieło
Bodajże się o takim Polaku nie śniło!

Pomińmy ocenę wartości literackiej i przypatrzmy się aspektom dydaktycznym. Zamiary poety wydają się jasne. Wniosek powinien nasunąć się młodziankowi automatycznie i utrwalić pod postacią odruchu bezwarunkowego: prawdziwy patriota cierpi. Im więcej cierpi, tym większy zeń patriota. Powoli zaczyna nam świtać, gdzie należy doszukiwać się archetypu romantycznego modelu patriotyzmu straceńczego, gdzie nawet samookaleczenie jest dowodem poświęcenia i powodem do dumy. Ale do rzeczy, przypomnijmy to co uchodzi za fakty. Jest rok 508 przed narodzeniem, od trzech lat – po wygnaniu ostatniego monarchy – w Rzymie panuje rodzaj obywatelskiego samorządu mającego przejść do historii pod nazwą republiki. Lars Porsenna, etruski władca, oblega wraz ze swymi oddziałami miasto, wówczas jeszcze nie wieczne, w celu ujarzmienia i podporządkowania, taka już wredna natura tych królów. Rycerz rzymski Gajus Mucius wykrada się poza mury, wkracza do wrażego obozu z zamiarem zrobienia Porsennie kuku, rzuca się na odzianego w najbardziej efektowne i ozdobne szaty osobnika i przebija go mieczem. To, że miast króla, uśmierca królewskiego sekretarza, potwierdza niestety najgorsze stereotypy rozpowszechniane na temat inteligencji wojskowych. To, że rzuciwszy się do ucieczki, daje się złapać strażom,  może, choć niekoniecznie musi, dowodzić niedołęstwa. Doprowadzony przed oblicze monarchy przyznaje się bez bicia do zamiaru królobójstwa po czym pakuje prawicę w płonący żar i przy akompaniamencie skwierczącego mięsa wygłasza swe słynne przemówienie na temat miejsca odwagi cywilnej w panteonie rzymskich wartości, swych własnych motywów oraz ilości współobywateli, którzy – co raczej nie rokuje monarsze długowieczności – z graniczącym z pewnością prawdopodobieństwem za jego, Muciusa przykładem podążą. Moment ten wywarł na potomnych tak duże wrażenie, że uwieczniony został przez ponad dwa tuziny renesansowych i barokowych artystów, wymieńmy tylko dla porządku Tintoretta, Schviavone, Lebruna, Rubensa i VanDycka. Scena przedstawiana była nieomal zawsze w ten sam sposób: panowie Gajus Mucius i Lars Porsenna stoją sobie odprężeni i zagłębieni w pogawędkę, przy czym ten pierwszy – mimo trzymanej w ogniu i ulegającej powolnemu zwęgleniu kończyny – śmiecha się uprzejmie. Nieopodal leżą zwłoki lubującego się w modnych strojach sekretarza, ale nikt nie zwraca na nie szczególnej uwagi. Słowem splapstick w najczystszej postaci.

Dalszy przebieg wypadków jest ogólnie znany. Panowie dochodzą do porozumienia, król życzy naszemu bohaterowi dużo szczęścia w życiu osobistym i sukcesów w życiu zawodowym, po czym, uznając wyższość moralną bohaterstwa rzymskiego nad etruskim, postanawia zwinąć namioty i się odalić. Mucius waraca do Rzymu, otrzymuje (co jest zrozumiałe) przydomek Scaevola i szmat ziemi na Zatybrzu w charakterze gratyfikacji.

Zabawną tę, aczkolwiek mało prawdopodobną  historię zawdzięczamy najprawdopodobniej wyobraźni autora wiekopomnej Historii Rzymu, Liwiuszowi. Niewykluczone, że również Dionizos z Halikarnasu maczał tutaj swe palce, jednym słowem: dziś nie sposób już dociec który zmyślił, a który tylko odpisał. Obaj żyli w czasach Augusta, gdy zapotrzebowanie na wspaniałą, dorównującą współczesności przeszłość było ewidentne. Tacyt w każdym razie twierdził, że chodzi tu o problematyczny rodzaj legendy, problematyczny bo Porsenna zdobył i podporządkował sobie Rzym nie napotykając przy tym zresztą większych trudności. Szereg historyków podzielało ten pogląd, tym bardziej, że nazwisko Scaevola pojawiło się dopiero pod koniec III wieku p.n.e., a przedstawiciele rodu nosili, wszyscy bez wyjątku, imiona Quintus i Publiusz.

Dlaczego przez wieki otaczano podziwem i stawiano młodzieży za wzór matoła, którego jedynym osiągnięciem było historycznie nieuzasadnione samookaleczenie, pozostanie dla próbującego myśleć racjonalnie czytelnika tajemnicą. Szczególnie gdy uświadomimy sobie dobrze – zarówno przez historyków jak i przez antropologów kultury – udokumentowany fakt: w VI i V wieku p.n.e. w kręgu kultur latyńskich, karano przypaleniem prawej dłoni zdrajców, złodzieji i krzywoprzysięzców.

Niekończący się korowód postaci wątpliwego autoramentu otwiera niejaki Filipiddes. Jeśli wierzyć spisującemu swe relacje 60 lat po bitwie Herodotowi, dziwny ten człowiek miał jakoby na zlecenie Militiadesa pobiec z Maratonu do Sparty w celu sprowadzenia posiłków, tak potrzebnych do pokonania niedobrych Persów. Spartanie, zajęci akurat świętowaniem, nie wystawili posiłków lecz zaofiarowali posłańcowi dobre słowo i wyrazy solidarności z bratnim ludem ateńskim. Tyle historyk. Jak się skończyła bitwa wiadomo powszechnie, jak skończył Militiades również. Wdzięczność pobratymców była bezgraniczna i niepohamowana, Militiades został uczczony z należytą pompą, aby następnie zgnić w ateńskim więzieniu. Szczegóły zawdzięczamy Neposowi, pewnie tak było.

Maraton od Sparty dzieliło 245 kilometrów, Filippides nie mógł jednak tego w żaden sposób wiedzieć, ponieważ kilometr wynaleziono znacznie później. Gdyby wiedział, najprawdopodobniej by się przestraszył i nie dobiegł. Według Herodota posłaniec potrzebował na przebycie dystansu dwa dni i dwie noce. Szacowny ojciec greckiej historiografii nie wspomina, czy Filipiddes pobiegł natychmiast z powrotem, czy też bitwa odbyła się bez jego udziału.

W jaki jednak sposób nasz Filipiddes pojawia się ponownie w opisie bitwy autorstwa żyjącego 500 lat później Plutarcha i znów biegnie, tym razem w pełnej zbroi ale w zupełnie innym kierunku, pozostanie na zawsze tajemnicą bajkopisarzy uznawanych dziś przez nas z braku rozsądnych alternatyw za historyków. Tym razem droga wiedzie do Aten, reszta znana jest z rozlicznych opisów, przeważnie autorstwa pisarzy z zamiłowaniem do powierzchownego ale efektownego wspominania dziejów bądź spragnionych taniego patosu poetów. Filippides biegnie, biegnie, biegnie aby w końcu wbiec na Areopag, wrzasnąć „zwycięstwo!” i skonać na oczach licznie zgromadzonej widowni.
Tutaj nasuwa się dużo pytań – chociaż od razu powinniśmy uczciwie przyznać, że nie należy raczej spodziewać się sensownej odpowiedzi. Czym tłumaczyć niepojęty spadek formy posłańca? Dlaczego nie zdjął zbroi, lecz wybrał się w drogę objuczony jak wielbłąd? Bez rynsztunku byłoby przecież łatwiej, a koledzy na pewno by popilnowali. I najważniejsze: jakim bezgranicznym idiotą musi być osobnik, poświęcający swe życie aby zakomunikować innym to, o czym prędzej czy później tak czy owak by się dowiedzieli? Przyjmijmy już lepiej, że Plutarch (a za nim Lukian) historię tę najzwyczajniej zełgał. Rzuca to nowe światło na postać Quentina Tarrantino, który powinien być w obliczu powyższego postrzegany przez nas jako kontynuator tradycji klasycznego dziejopisarstwa. Ale co tam.

Nie zmienia to jednak faktu, że 1750 lat później, 10 kwietnia 1896 roku, dla uczczenia wymysłu hellenistycznego mitomana, Pierre de Coubertin wzywa grupę bogu ducha winnych entuzjastów lekkiej atletyki do powtórzenia wyczynu Filippidesa. Coubertin sam nie biega, jako palacz cygar i smakosz lubi przypatrywać się jak biegają inni. Maraton dzieli od Aten 37 kilometrów, po zaokrągleniu wychodzi Coubertinowi 40, do startu, gotowi, hop. Na metę wbiega (po dwóch godzinach, pięćdziesięciuośmiu minutach i pięćdziesięciu sekundach) Spirous Louis, wieśniak biegnący nie ze względu na wrodzony entuzjazm, lecz dlatego, że nie miał innego wyjścia. Pełniąc akurat zasadniczą służbę wojskową, nie potrafił odmówić życzeniu bezpośredniego przełożonego. Po zwycięstwie Louisa naród grecki oszalał z radości, a obdarzony przez naturę zdumiewającą siłą perswazji major Papadiamantopoulos dostał z rąk króla odznaczenie. A Coubertin zostaje nawet baronem. Jak widać, zwyczaj nagradzania osób mających ze sprawą niewiele wspólnego, był już wówczas nader rozpowszechniony.

O ile jednak Sz. P. pragną się dowiedzieć, dlaczego współcześni męczennicy począwszy od 1908 roku muszą biec po przebyciu 40 kilometrów jeszcze dwa kilometry z hakiem, to proszę bardzo, odpowiedź jest nader prosta. W 1908 roku, igrzyska olimpijskie odbywały się w akurat Londynie, a otyli oraz rozleniwieni członkowie rodziny królewskiej nie mieli najmniejszej ochoty na opuszczanie w słoneczny, upalny dzień wschodniego tarasu Pałacu Buckingham. Dystans wydłużono zatem dla wygody Jaśniepaństwa. I tak już zostało.