Frrrrrrr…

kwiecień 14, 2009

Brak bodźca może być również bodźcem. W latach 70-tych zeszłego stulecia (a zatem bardzo dawno temu) Pribram przytaczał wielokroć historię pewnej nowojorskiej kolejki nadziemnej. Mieszkańcy domów usytuowanych wzdłuż torowiska przesypiali jej hałaśliwy przejazd o trzeciej nad ranem. Po likwidacji linii i demontażu torów budzili się o tej właśnie godzinie. Trwało to, dopóki nie przyzwyczaili się wreszcie do nieoczekiwanej ciszy.

Józef K., który pouczającą tę historię wziął sobie do serca, bezskutecznie usiłuje się obudzić na odgłos budzika pożyczonego nieopatrznie znajomemu. Później, przyglądając się malejącej w błękicie przestworzy sylwetce samolotu, składa starannie lotniczy bilet i chowa do portfela. Na pamiątkę.

Na pamiątkę odkrycia, że rozdźwięku pomiędzy urzekającą teorią a przyziemnością zdarzeń codziennych nie należy jednak lekkomyślnie ignorować.

Myśl i język

kwiecień 6, 2009

Zarzut zezwierzęcenia lub zbydlęcenia stawiamy jedynie ludziom. Zachowanie określane potocznie jako nieludzkie, dotyczy również z reguły korony stworzenia, nie zaś pieska, kotka lub żyrafy.

To jest tylko z pozoru zabawa słowami. Czy język (jego struktury) determinuje nasze myślenie? Czy też raczej, sposób w jaki myślimy znajduje odzwierciedlenie w naszej mowie? Na pozór proste, ale jak wszystko na pozór proste – niebywale skomplikowane. Piaget poprawiał Wygotskiego i udałoby mu się go nieomal pogrzebać w kaloszach, gdyby nie nieoczekiwane wsparcie ze strony Bachtina, który pomysły Wygotskiego wprowadził do psychologii kognitywnej tylnymi drzwiami opatrzonymi tabliczką z napisem “teoria literatury”. Wygotski nie mógł się odwdzięczyć bo umarł na gruźlicę, zanim jednak umarł, nie miał najmniejszych wątpliwości i twierdził konsekwentnie, że możemy jedynie pomyśleć to, co jesteśmy w stanie ubrać w słowa. Innymi słowy: myślenie i język są dla niego nierozerwalne, a język wyprzedza myśl.

Dygresja.
Dlaczego Wygotski tak twierdził i jaki ma to związek z socjalizacją dziatek? To jest zasadniczo ważne, ale nie w tej chwili i nie w tym miejscu akurat. Podobnie jak nieistotna jest tutaj informacja, co też uwielbiany zasadniczo przez psychologów i lingwistów Michał Michajłowicz Bachtin wysmażył, aby jego prace uniknęły kolizji z opublikowanym w 1950 roku dziełem innego genialnego lingwisty Józefa Wissarionowicza S.. Dzieło tego ostatniego nosiło tytuł „Marksizm i zagadnienia językoznawstwa” a kolizja wydawała się nieunikniona. Bachtin zainteresowany był uniknięciem tejże ze względów zasadniczych. Pewien wpływ na jego determinację miały interesujące warunki pracy jakie konkurent do naukowych wawrzynów stworzył mu w okolicach kazachskiego miasteczka Kustanaj, gdzie w latach 1929-1936 niebywale był potrzebny buchalter.
Koniec dygresji.

Podając informacje marginalne, odpływamy coraz dalej od istoty problemu. A zatem: Wygotski. Myślenie jako proces wtórny w stosunku do języka. Słowo musi istnieć aby móc być pomyślane, a żeby zaistnieć, ktoś musi je wypowiedzieć. Karkołomne? Być może. Z drugiej strony byłoby to jakieś wytłumaczenie, jaki sens ma nieprzerwanie wzbierająca rzeka słów nie skażonych żadną myślą..Myśl wyłoni się zapewne później ze spienionych odmętów mowy utrwalonej jako pismo. Ewolucja jest sprytna i najwidoczniej wiedziała co robi tworząc blogosferę. Ponieważ miejsce to ma ambicje uchodzić za przyzwoite, zdanie kreacjonistów nas nie w tym wypadku nie interesuje.

Józef K., zasadniczo zgadzając się z teorią Wygotskiego, ma jednak poważny problem. Sen z powiek spędza mu jawiący się od czasu do czasu przed oczyma wyobraźni obraz. Obraz głuchoniemego od urodzenia, myślącego intensywnie na migi.

Latem – a dokładnie 5 lipca 1838 roku – ukazała się drukiem książka nosząca tytuł “Przygody Artura Gordona Pyma z Nantucket”. Zdumiewająca to i zagadkowa z wielu względów opowieść. Mimo iż strony tytułowej nie zdobiło nazwisko autora, wiemy dziś, że jej twórcą był Edgar Allan Poe. W treści, pośród szeregu przerozmaitych zdarzeń, na szczególną uwagę zasługuje historia zabicia i zjedzenia chłopca okrętowego przez zgłodniałego Pyma i jego dwóch towarzyszy niedoli. Chłopiec nazywa się Richard Parker. Poe umiera 11 lat później w niejasnych okolicznościach.

Latem – a dokładnie 5 lipca 1884 roku – jacht o nazwie Mignonette tonie w odległości 1600 mil na północny zachód od Przylądka Dobrej Nadzieji. Czteroosobowej załodze udaje się uratować, niestety bez jakichkolwiek zapasów. Po 19 dniach dryfowania trzech rozbitków zabija i zjada chłopca okrętowego. Konsumenci nazywają się Dudley, Stephens i Brooks , zjedzony nosi nazwisko Richard Parker. Cała sprawa znajduje, po cudownym ocaleniu uczestników posiłku, swój finał przed sądem jej Królewskiej Mości w Londynie, przechodząc do annałów sądownictwa jako przypadek znany później pod nazwą “Korona przeciw Dudleyowi i Stephensowi”.

Józef K. proszony przez dziecko o wyjaśnienie na czym polega rachunek prawdopodobieństwa, jak również jaka jest tegoż prawdopodobieństwa definicja, zaczyna powoli podejrzewać, że chyba nie najlepiej wybrał przykład. Czuje się nieswojo obawiając się, że ogarniające go poczucie zakłopotania jest nieprzypadkowe.

Douglas R. Hofstadter, w swych – w założeniu wiekopomnych, a w rzeczywistości tak szybko zapomnianych – Metamagical Themas (Questing for the Essence of Mind and Pattern), wychodząc od niezapomnianej kostki Rubika, zahaczając krótko o Mozarta i T.A. Edisona dochodzi do zdumiewającej konkluzji. Wszelka kreatywność – bez wyjątku – bierze się jego zdaniem z permutacji tego co zastane. Innowacyjność jako taka jest pochodną zręczności w żonglowaniu analogiami połączonej z wytrwałością. Jeśli chcemy odkryć coś zupełnie nowego, coś co nie istnieje, musimy wziąć to co istnieje i tak długo obracać w ręku aż ukaże się nam „nowe”.

Obracanie w ręku przyciężkawego tomu Hofstadtera przez jego wiernego czytelnika Józefa K. – mimo iż czyni to nieprzerwanie od momentu ukazania się dzieła czyli od 1985 roku – nie przyniosło na razie spodziewanych rezultatów. Nie tracąc zasadniczo nadzieji, Józef K. zaczyna się jednak zastanawiać, czy nie lepiej jednak zająć się wędkarstwem.